Autorka tego bloga należy do grupy „Projekt Prozaicy”, z tego też powodu strona korzysta z płatnych linków. Ujmując to krócej i bardziej zrozumiale – autorka zarabia, a czytelnicy nic na tym nie tracą. Te linki są całkowicie bezpieczne dla komputerów, tabletów i smartphone-ów pod warunkiem, że postępuje się zgodnie z instrukcją, czyli nie klika w reklamy, nic nie ściąga na swój sprzęt, a jedynie odczekuje symboliczne pięć sekund i przechodzi dalej. Za wszelkie utrudnienia autorka bloga przeprasza, za waszą aktywność jest wdzięczna, a prywatnie pozdrawia i życzy dobrej zabawy podczas czytania.

Link do instrukcji – KLIK

sobota, 12 sierpnia 2017

#41

Dziewiąty wpis Artura
Wartość pereł

Rzadko kiedy z Klarą byliśmy tak zgodni jak w temacie Tymoteusza. Oboje zdawaliśmy sobie sprawę, że on zagraża naszemu małżeństwu. Po równi też wiedzieliśmy, że na wsi, pracując w stajni czy pomagając w prowadzeniu wyścigów konnych, ten chłopak się marnuje. Był na to za zdolny, miał zbyt lotny umysł. Chciałem, by go wykorzystał. Nie chciałem, by zaprzepaścił szansę jaką otrzymał od samego Boga.
Pamiętałem Tymka, gdy był jeszcze dzieckiem. Małym, chorym, umierającym. Widziałem jak stawał na nogi, po wielu miesiącach leżenia w łóżku. To był cud. Kolejnym było to, że wychowując się przy Wiktorii, bez pieniędzy i możliwości edukacji, on samodzielnie, w wieku pięciu lat, nauczył się czytać. Pisanie także przyszło mu łatwo. Z liczeniem było gorzej, ale douczałem go. Grałem z nim w karty na zapałki. Z doświadczenia wiedziałem, że przy hazardzie cyfry najłatwiej wchodzą do głowy.
Zdecydowaliśmy więc z Klarą, że trzeba Tymoteusza przepędzić ze wsi, ale nie w sposób typowy. Nie chciałem go zastraszać, bić, ani w żaden sposób hańbić. Zresztą, gdybym zhańbił go publicznie, mówiąc, iż romansował z mą żoną, to na niej ta hańba odbiłaby się najmocniej. Ja oberwałbym rykoszetem. I Filipowi potem, by dokuczano, że jego matka rozkładała uda przed stajennym. Dzieciaki teraz, podobnie jak kiedyś i tak jak jeszcze przez wieki będą, bywały okrutne, bo to dorośli ich tego okrucieństwa uczyli.
Tymka postanowiliśmy wysłać na studia, do miasta oddalonego o setki kilometrów od naszego miasteczka i pobliskich wsi. Nie mieliśmy na to środków. Wciąż spłacaliśmy długi. Byliśmy winni Baronowej jej należności oraz Mateuszowi musieliśmy wypłacać comiesięczną kwotę w wysokości wcześniej umówionego procentu od zysku. Klara miała jeszcze pierścionek, który otrzymała od Mateusza. Sądziła, że jest dużo wart, więc postanowiła go sprzedać, jednocześnie udowadniając mi, że Mateusz nic dla niej nie znaczył. Jednak w rzeczywistości, to rzeczy nie miały dla niej żadnej wartości, a nie ludzie. Mateusz był ważny, tak samo jak ja i Tymek. I tak samo bez znaczenia były dla niej pamiątki po nas, prezenty jakie od nas otrzymała. Nie miał więc wartości pierścionek zaręczynowy ani perły, ani własnoręcznie wykonana zawieszka do łańcuszka. Tą ostatnią jednak postanowiła zatrzymać, gdyż sprzedaż jej nie miałaby najmniejszego sensu. Zawieszka nie miała żadnej wartości pieniężnej. Jednak kwota jaką otrzymaliśmy za sprzedaż pierścionka i pereł wystarczyła na pokrycie podróży i opłacenie roku studiów. Tymek miał w przyszłości zostać księgowym, a być może później, gdyby zdecydował się dalej uczyć, to miałby szansę na bycie prawnikiem i to całkiem dobrym. Znając jego ambicję i zapał do uczenia się nowych rzeczy, czytania, nabywania wiedzy, nie było możliwości, by był słaby w zawodzie jaki zdobędzie.
Oczywiście to Klara dała mu pieniądze. Nakłamała, że inaczej grozi mu z mojej strony niebezpieczeństwo. To był jedyny sposób, by go przegnać. Nie chcieliśmy dla niego źle, ale mej rady, by nie usłuchał. Klara miała na niego wpływ, bo była dla niego kimś bardzo ważnym. Tylko dla jej spokoju zgodził się wyjechać.
Pozostała jeszcze Anita i jej córka. Nie chciałem, by się rozstały. Z własnego doświadczenia wiedziałem, że dziecku będzie najlepiej przy matce, nawet najgorszej, nawet nie do końca dobrej, nie prawej, nie niewinnej, ale przy matce, a nie przy obcych czy samym ojcu.
Moja matka nauczyła mnie kochać. Jej miłość była tak silna, że była gotowa dla mnie zabić i za mnie umrzeć. Gdy ojcu narodził się dziedzic, to go wykradła i porzuciła w lesie. Nie byłoby tego, gdy Marcel był Marceliną. Był jednak chłopcem, zagrażał mi. To on miał przejąć tytuł, a nie ja. Kiedy dowiedziałem się co zrobiła moja matka, targany różnymi uczuciami i emocjami wyszedłem na dach pałacu Grandich. Była burza, stałem przy samym filarze. Bujałem się i szukałem w sobie odwagi, by oddać skok. Mama weszła na ten dach po mnie. Dała radę doprowadzić mnie do okna, usadzić na parapecie i nakazać bym wrócił na strych. Ją jednak przestraszyła błyskawica, omsknęła jej się noga. Spadła, obijając się o gałęzie wysokich drzew. Wyglądała jak lalka, jak jakaś kukła, która zrzucona uderza o wszystko co stoi jej na drodze. Na końcu jednak pojawiła się krew. Uderzyła głową o murek, pękła czaszka. Patrzyłem na to wszystko i milczałem. Krzyk ugrzązł mi w gardle. Byłem jednak w stanie zbiec na dół i zerwać jej z szyi perły. Jedyny prezent jaki otrzymała od mojego ojca. To były te same perły, które po latach naprawiłem i ofiarowałem Klarze w święta. Te same perły, które sprzedane dały szansę Tymoteuszowi na lepszą przyszłość.
Po śmierci mamy dopadł mnie silny lęk wysokości. Trzęsły mi się nogi nawet, gdy wchodziłem po schodach i patrzyłem poza poręcz lub w dół. Nie podchodziłem też do okna, bałem się. Jednak, gdy zobaczyłem Klarę na dachu stodoły, to nie byłem w stanie przejść obojętnie. Strach nie zniknął, on mi towarzyszył także wtedy, jednak przy tej smarkuli starałem się trzymać fason. Wtedy myślałem, że jest moją siostrą. Nie chciałem, by ktoś jeszcze z mojego rodzeństwa zginął, dlatego zdecydowałem się ściągnąć ją na dół. Dlatego też nie byłem w stanie zabić Filipa, choć Klara mnie o to podejrzewała. Tak naprawdę wtedy miałem zginąć ja, a nie on.
Faktem było, że ja i Filip zatrzymaliśmy się w trasie, by porozmawiać. Mocno się wtedy pokłóciliśmy i on był gotowy zawrócić. Jednak podróży przyświecał szczytny cel i to on go powstrzymał. Dochód jaki płynął z przemytu opium przeznaczałem na hazard, opał i kozy. Hazard był moją rozrywką, ale opał zapewniał ciepło biednym mieszkańcom, których nie było na to stać. To dzięki mojemu sprytowi i przestępstwom ich dzieci co zimę nie były zmuszone chodzić po domu w kilku parach spodni i rękawiczkach. Kozy żywiły sieroty, niemowlaki porzucone w sierocińcu oraz dzieci, którym zmarły matki nim zdążyły je wykarmić. Tylko dzięki temu miały szansę dorosnąć, szansę przeżyć. Wszystkiemu jednak winny był mój ojciec. To on jako hrabia powinien dbać o mieszkańców miasteczka i wsi. Nie robił jednak tego. Smarował bogatym, by ci uczynili go jeszcze bardziej bogatym. Los biedaków był mu obojętny. Dla niego to były nic niewarte wszy.
Ten co zabił Filipa był w stanie ocalić Anitę i jej córkę, zapobiec zerwaniu więzi. Nie sądziłem, że będę go jeszcze o cokolwiek prosił. Ciężko patrzyło mi się w jego oczy. Był pierwszą miłością Klary. Dla niej zezwolił na wybudowanie toru wyścigowego na ziemi, która należała także do niego. W tej sytuacji jednak postanowiłem schować dumę do kieszeni. Nie było sensu go hańbić, nazywać mordercą i udowadniać winy. On już był umierający. Na niego czekał jedyny sprawiedliwy sąd, ten ostateczny. Miał jednak szansę przed śmiercią dokonać czegoś dobrego i być może tym jakoś załagodzić karę na jaką zasłużył i jaka z pewnością będzie mu dana po śmierci.

sobota, 29 lipca 2017

#40

Dwudziesty trzeci wpis Klary
Spokój przed burzą

Pamiętam, że tamtego dnia obudziłam się dziwnie spokojna. Od bardzo dawna nie zaznawałam już tego uczucia. Niemal go nie pamiętałam. Przez to spokój mnie przerażał. Był czymś obcym, nieznanym, budzącym lęk.
Otworzyłam oczy, by upewnić się, że to nie jest sen. Artur znajdował się obok mnie. Leżałam przy jego boku, czułam pod głową jego rękę, swoją dłoń trzymałam na jego brzuchu. Było tak jak być powinno, po prostu dobrze.
Dzień dobry – odezwał się, gdy przyuważył, że nie śpię.
Dzień dobry – odpowiedziałam z lekkim uśmiechem.
W tle słyszałam płacz Filipa. Domyśliłam się, że nasza służba spaceruje z nim po piętrze, z nadzieją, że ja i Artur zlitujemy się nad nimi i zabierzemy od nich tego małego krzykacza. Nie było nam jednak do tego spieszno. Chcieliśmy nacieszyć się sobą i choć być może było to z naszej strony zachowanie egoistyczne, to sądzę, że po tych wszystkich przeżyciach i czasie złym, jaki nam się przytrafił, jak najbardziej mieliśmy do tego prawo.
Nagle przypomniałam sobie Tymoteusza. Jego słowa, jego dotyk oraz groźbę jaką Artur wypowiedział pod jego adresem. Mój mąż nie groził mojemu kochankowi prosto w oczy, a przynajmniej nigdy nie byłam tego świadkiem. Zagroził jednak mnie. Zapytał się czy ma zabić Tymka, by nie musieć obawiać się z mojej strony zdrady. Brzmiało to tak, jakby był w stanie to uczynić.
Arturze? – zaczęłam niepewnie.
Tak?
Czy już pojąłeś, że jestem twoja? Zrozumiałeś, że nie masz konkurencji? Wiesz już, że nikogo nie musisz się obawiać?
Oprócz ciebie. Odnoszę wrażenie, że byłabyś w stanie wbić mi nóż w plecy, gdybym ci się zasłużył.
Jeśli nie uczyniłam tego do tej pory, to już tego nie uczynię – zapewniłam. – Ale chciałabym, by Tymoteusza nie spotkało nic złego – dodałam szybko i uniosłam głowę, by spojrzeć w twarz mojego męża, by móc dostrzec jego reakcje.
Co masz na myśli? – Zabrał rękę spod mojej głowy, uniósł się na łóżku do siadu i nerwowym ruchem, mocno drżącą dłonią sięgnął do swojej marynarki, która znajdowała się na podłodze. Wyjął z wewnętrznej kieszeni papierośnice. Odpalił jednego papierosa. – Co masz na myśli? – powtórzył nieprzyjemnym tonem.
Nie spałam z nim. Nie chcę więc, by za nic stała mu się krzywda. – Uniosłam się na jednej ręce, by nie być sporo niższa od niego, a przynajmniej się tak nie czuć.
Nie byłoby to za nic. Kręcił się przy tobie, przy mężatce.
Tak jak pewna wdowa przy tobie – wypomniałam i z oburzeniem odwróciłam twarz, by na niego nie patrzeć. Miałam nadzieję, że go to dotknęło.
Nie mógłbym go skrzywdzić, Klaro – wyznał z dziwną nostalgią. – Pamiętam go, gdy miał ledwie trzy, może cztery latka. Był wtedy bardzo chory. Modliłem się o jego życie i podkradałem ojcu pieniędzy na medyka i leki. Po tym wszystkim nie mógłbym mu tego życia odebrać. Tak więc o to nie musisz się martwić.
Dziękuję – szepnęłam.
Pewnym jednak jest, że Tymoteusz nie może tutaj dłużej zostać, nie może dłużej ci pomagać ani mieszkać w pobliżu. – Przyłożył dłoń do mojego przedramienia, potarł je. – Nie chcę byś go widywała.
To będzie kolejny, którego wyślesz do wojska? – zapytałam i napotkałam na zdziwione spojrzenie mojego męża. – Wiem, że zesłanie tam Mateusza, na dodatek tak daleko od miejsca zamieszkania, to twoja sprawka i nie udawaj.
Nie zamierzałem udawać. Przyznaję się. Zależało mi na tobie, od początku chciałem ciebie, a on stał na drodze.
Więc trzeba było go zdmuchnąć, tak?
A wolałabyś bym go zmiótł z powierzchni ziemi? Powinien być mi wdzięczny, dzięki mnie ma porządny zawód i wianuszek kobiet się za nim uganiających. Szkoda, że on zwraca uwagę tylko na jedną, na zajętą. Chyba mogę darować nam obojgu przedstawianie jej z imienia, prawda? Oboje wiemy o kogo chodzi.
Zaczynasz być niemiły.
Zawsze taki byłem. – Wstał i przytrzymując papierosa między wargami, przywdziewał szlafrok.
Mateusz też nie będzie już dla ciebie zagrożeniem – wyszeptałam smutno i poczułam jak łzy zbierają się w kącikach moich oczu. – Epidemia cholery powróciła. Jego stan jest tragiczny, śmiertelny – przyznałam to sama przed sobą i zaczęłam płakać, samoistnie, bo choć Mateusz był winny wielu moich cierpień, to jednak ciągłe był tym małomównym chłopcem sprzed lat, pierwszym mężczyzną, którego obdarzyłam uczuciem, z którym planowałam przyszłość, z którym się zaręczyłam.
Przykro mi – tylko na tyle było stać mojego męża. Potem wyszedł.
Tamtego ranka ja byłam spokojna, Artur najprawdopodobniej też, choć znowu snuł plany, które zamierzał przede mną ukryć. Hrabia miał pomysł na rozwiązanie wszystkich problemów i to nie tylko tych naszych prywatnych. Wiedział co zrobić, by jednocześnie pozbyć się Tymoteusza i Anicie oraz jej córeczce zapewnić opiekę. Nie zamierzał jednak tłumaczyć mi swoich planów, zwierzać się z nich, pytać o zdanie. Zamiast tego zabrał mnie i Filipa na spacer. Poszliśmy do miasteczka.
Przypomniałam sobie dzieciństwo, to jak wybierałam się do miasteczka z matką, czasami też w towarzystwie brata. Wróciły wspomnienia pana Henryka i jego bajek, cukierni i obrzydliwie słodkich ciastek, które zdaniem Filipa miały mnie utuczyć tak bardzo, że pewnym było moje staropanieństwo. Zwierzyłam się z moich wspomnień Arturowi. Śmiał się.
Jemu za to spacery do miasteczka kojarzyły się ze mną. Z pierwszymi tygodniami po naszym ślubie, gdy musieliśmy udawać przed wszystkimi, że tego chcieliśmy. Znaczy ja musiałam udawać, bo on tego właśnie chciał, on spełnił swoje plany, marzenia i cele.
Wolę ten późniejszy okres – przerwałam mu szybko. – Gdy co niedzielę chodziliśmy razem na msze, a potem odwiedzaliśmy cukiernie i brudziliśmy się nawzajem tortem lub kremówkami.
Nagle, niespodziewanie wskazał dłonią na wejście do cukierni. Podszedł do drzwi i otworzył je przede mną. Potem jednak szybko znalazł się przy mnie i zabrał mi z rąk wózek. Uznał, że jest ciężki, a próg wysoki i, że jemu będzie łatwiej podjechać. Faktycznie, ja bym się pewnie przy tym napociła co niemiara, a dla niego to była pestka. Był ode mnie silniejszy, sporo silniejszy, ale tylko fizycznie. Uczucia, rozum, dusza mojego męża... to wszystko było w totalnej rozsypce, ale krył się z tym na tyle dobrze, że nawet nie przychodziło mi do głowy, by mu dopomóc.
Po tym jak miło, wspólnie spędziliśmy dzień, wróciliśmy do domu. Filip był wyjątkowo spokojny. Spał w nieustannie kołyszącej się kołysce. To Artur ją co jakiś czas wprowadzał w ruch. Zasiedliśmy w salonie przy kominku, choć zwykle tego nie robiliśmy. Napiliśmy się wina, zapaliliśmy wspólnie jednego papierosa. To wtedy Artur na moment zniknął. Poszedł na strych, a gdy wrócił był cały zakurzony i w pajęczynach. Dopiero wtedy dotarło do nas, że na poddaszu od lat nikt nie sprzątał, a było tam naprawdę pięknie. Te wszystkie skosy i okna ostro zakończone. Miałam już wizję, że zrobię tam nasz prywatny, mały ogród, gdyż zawsze lubiłam kwiaty, a w pałacu było ich wciąż niewiele. Nim jednak tę wizję zaczęłam wprowadzać w życie, czy nawet opowiadać o niej mężowi, to na moich kolanach spoczął dziennik. Obity był w bordową skórę.
Chcę byś kiedyś mnie zrozumiała – powiedział dziwnie skrępowany. – Spisałem tam niemal wszystko. Wszystko to co najważniejsze. Nie czytaj jednak dziś ani jutro, ani nawet w przyszłym roku. Przeczytaj, gdy będziesz gotowa sama coś w nim napisać. Napisać w nim prawdę.
Wtedy zrobiło się dziwnie, ale spokój nadal mnie nie opuścił. Położyłam pamiętnik na niskiej ławie, a gdy wstałam, by przytulić męża, bo jego szklące się oczy wzmagały we mnie ochotę wzięcia go w objęcia i poczucia jak on obejmuje mnie, to potrąciłam kieliszek, gdy go stawiałam, to papieros był w mojej dłoni, więc i popiół spadł. Tak powstały plamy na dzienniku. Plamy, które od razu chciałam zetrzeć.
Zostaw, toż to pamiątki, niemal tak samo istotne dla nas, jak fotografie, jak listy pisane późną nocą, jak echo słów... szeptów rozognionych, gdy świt się pojawia na horyzoncie, budzi do życia miasta i wsie, i wyrywa nas ze swych objęć – przemówił szeptem tak podniecającym, że dreszcz przeszedł nie tylko wzdłuż mojego kręgosłupa. Ja odnosiłam wrażenie, jakby całe moje ciało stało się nagle jednym dreszczem.
To był moment, w którym Artur padł na kolana, a ja z wrażenia aż ponownie usiadłam na sofie. Znajdował się kilka kroków ode mnie i na kolanach ten dystans pokonał. Chwycił mą dłoń, pocałował jej wierzch i powiedział jedno, ciche, mające wszystko naprawić:
Przepraszam.
Wtedy nie rozumiałam, ale po roku pojęłam za co przepraszał. Sam mi to wyznał. Nie wszystko, ale większą część. Opowiedział historie mej matki, tego, że mój brat był dzieckiem z gwałtu, bo jego ojciec był zwierzęciem, nikim więcej. Przyznał, że on sam też, w pewnym momencie trwania naszego małżeństwa, zwierzęciem się stał.
Miałem w zamiarze cię chronić, nigdy krzywdzić – to słowa, które mówił poprzez szloch, słowa, które zawsze echem będą odbijały się w mym sercu.
Jednak zanim doszło do wyznań, to w życiu nas wszystkich nadszedł czas na wyjazd, ślub i pogrzeb. Na radość i łzy. Miejsce na rozstania, te na chwilę, choćby dłuższą, jak i te na zawsze.

środa, 12 lipca 2017

#39

Rozdział 3
Krew na podłodze

Omiotłam szkło na bok, pomimo coraz bardziej krwawiącego palca. Julkowi nakazałam stać w jednym miejscu, a Roksana była na tyle miła, że położyła dłonie na jego ramionach, na wypadek, jakby przyszło mu do głowy postąpić te dwa kroki i pokaleczyć sobie stopy.
Długo tutaj zostaną? – zapytała nagle, kiedy ja rozglądałam się za ręcznikiem, by móc się nim choć trochę okryć podczas wychodzenia z jakuzzi.
Rzuciłam jej spojrzenie pełne dezaprobaty, choć nie różniła się wiele ode mnie sprzed lat. Ja także kiedyś nienawidziłam pomagać, a jeśli ta pomoc miałaby w zanadrzu pozbawiać mnie mojego miejsca do spania, to tym bardziej byłabym na nie.
Dopóki Klaudiusz i Zofia sobie wszystkiego nie poukładają – odpowiedziałam i bez skrępowania wstałam.
Jeśli teraz im się nie układa, to już nie zacznie. Wam też już nie zacznie – odparła i tym wytrąciła mnie z równowagi na tyle, że sama zapomniałam o tym pierdolonym szkle. Wdepnęłam w nie.
Poczułam ból wbicia ostrego odłamka tuż pod dużym palcem. Przysiadłam na brzegu jakuzzi, bo wiedziałam, że jeśli stanę na tej nodze, to doprowadzę do tego, że szkło wejdzie głębiej, a tym samym wyciągnięcie go będzie boleśniejsze.
Julek krzyknął. Z początku myślałam, że się wystraszył, ale nie. On zdecydował się mnie ratować. Przebiegł przez mostek, następnie otworzył drzwi i krzycząc, leciał dalej. Zapewne po Darka.
Mój mąż zjawił się w chwili, gdy podnosiłam nogę, by zobaczyć jak to skaleczenie wygląda od spodu. Szedł niespiesznie, chociaż Julian nieustannie go pociągał za rękę i nakazywał się pospieszyć.
Spokojnie, bodyguardzie, nie wykrwawi się. – Zaśmiał się lekko, a potem, gdy już był naprawdę blisko mnie, bezceremonialnie chwycił za kostkę i podniósł moją nogę do góry. – No i coś ty narobiła? – zapytał.
O mało co, a przez jego praktyki wpadłabym do wody, bo w ostatniej chwili zaparłam się dłońmi, a on jeszcze brzmiał jakby miał do mnie pretensję.
Wyjmiesz czy będziesz się pastwił? – rzuciłam przez zaciśnięte zęby.
Pastwił nad żoną i w obecności dzieci? To nie w moim stylu, kochana. – Uśmiechnął się jak aktor z Hollywood i w końcu wyjął ten zalegający w mojej stopie odłamek.
Przysiadł obok mnie, na omurowaniu jakuzzi. Zaczął rozpinać koszulę, aż w końcu mnie nią okrył.
Czego dotyczyło zebranie? – zapytał uroczo, ale bardziej w stronę dzieciaków niż mnie.
Roksana nie chce być ze mną w pokoju. Mówi, że pierdzę! – poskarżył się Julek.
Dariusz chyba się załamał, bo na to wskazywałaby mimika jego twarzy oraz to, że wsparł czoło na dłoni, a potem potarł specyficznie o podbródek, jakby sprawdzał czy czasami nie musi się ogolić.
Dziś ostatnia noc. Jutro wracacie do siebie. Dacie radę.
A za tydzień one też będą? – Roksana brzmiała jakby miała pretensje, że one w ogóle są. Wyczekując odpowiedzi ojca splotła ręce na piersi.
Darek poczynił dokładnie ten sam gest. Podniósł przy tym dumnie głowę.
To znaczy, że tak? – dopytywała.
To znaczy, że za moment mnie wkurwisz, a na mnie, drogie dziecko, kwiaty lotosu, oazy spokoju, a nawet joga, jakby to powiedzieć? Nie działają?
Faktycznie, nie działają – przyznałam mu rację. – Na buddystę się nie nadajesz.
Dlatego jestem zagorzałym katolikiem – przypomniał.
Tylko przestrzeganie większości przykazań gdzieś tacie umknęło – wtrąciła Roksi.
Kiedy to powiedziała, nie mogłam powstrzymać śmiechu. Jej riposty były równie cięte jak te Darka. Oboje wiedzieli jak zagiąć przeciwnika. Byli do siebie podobni, dlatego dłuższe przebywanie razem im nie służyło. Doprowadzało ich wzajemnie do nerwów, a od nich, gdy sięgały odpowiedniego poziomu, był już tylko malutki kroczek do karczemnej awantury. Tym razem nie obyło się bez awantury.
Chcę wrócić do domu – zakomunikowała.
Wrócisz w poniedziałek do szkoły, potem do domu. Tak się umawialiśmy.
Nie umawiałam się na dzielenie pokoju z twoim synem.
Ja z twoją matką nie umawiałem się wcale na twoje poczęcie. I co to zmienia? Nic. Ty jesteś, Julek też jest, a jak trochę pobędziecie wspólnie, to wam nie zaszkodzi.
Mnie szkodzi! – uniosła się.
Nie podnoś głosu, bo cię zamknę.
W pokoju z tym gówniarzem!? – zapytała krzykiem i w chwili, gdy Darek wstał, wyjęła z kieszeni telefon komórkowy. – Zadzwonię do babci jeśli mnie tkniesz.
Jeśli po takiej groźbie myślała, że jej nie tknie, to była skończoną idiotką. Na Dariusza Ratmajera nie działały pogróżki tego typu. Jeśli ktoś nie chciał od niego oberwać, to musiał przepraszać, prosić o wybaczenie i kajać się najlepiej na kolanach, a i tak nikłe szanse, że doczekał się choćby cienia litości.
Zapomniałaś, gówniaro, kto płaci za twój telefon?! – uniósł się. – Zapomniałaś kto ci go w ogóle dał? – Postąpił krok do przodu, ale Roksana ani myślała cofnąć się do tyłu.
Trzynastolatka spojrzała mu w oczy, ale w tych jej zamigotało przekonanie jakby patrzyła na zwykłego śmiecia. Ich miłość była strasznie dziwna i wyglądała dokładnie tak jak sinusoida. Raz kochali się nad życie i byli w stanie za siebie nawzajem to życie oddać, a mnie wtedy brało na mdłości. Innymi razy odczuwałam strach, gdy rozpętywali awanturnicze piekło. Nie byłam pewna ani jej, ani jego postępowania. Dariusz był niebezpieczny, a mała potrafiła być walnięta i w chwili furii chwycić nawet za nóż.
Moment, w którym Roksana rzuciła telefonem do basenu, wypominając ojcu, że wszystko chciałby załatwiać pieniędzmi i drogimi gadżetami, widziałam jakby w zwolnionym tempie, choć wszystko potem działo się już na wyjątkowym przyspieszeniu.
Policzek był tak silny, że dosłownie zwalił ją z nóg. Starałam się być na to ślepa i głucha. Udawałam, że nie usłyszałam huku, odwróciłam od niego wzrok. Usłyszałam jednak klamrę, dźwięk rozpinania paska. Spojrzałam ponownie na Darka, na jego pewność siebie, zawziętość.
Wciąż siedząc, chwyciłam go za nadgarstek.
Przestań – powiedziałam, wiedząc, że to nie ma żadnego sensu, bo w końcu i tak zrobi to co on uważa za słuszne i ani trochę nie przejmie się moim zdaniem.
Zerknęłam na Roksi, która zbierała się z opłytkowanej podłogi. Klęcząc, przykładała dłoń do puchnącego policzka. Nie było mi jej jakoś szczególnie szkoda. Sama była sobie winna. Poza tym wyjątkowo jej nie lubiłam. Niby nic złego mi nie zrobiła, a jednak nie przypadła mi do gustu. Uważałam ją za rozwydrzonego bachora, któremu wpierdol raz na jakiś czas, by się przydał, ale niekoniecznie chciałam, by odbywał się na moich oczach.
Puściłam jednak nadgarstek Darka, bo nawet gdyby chciał się wyrwać, to nie było szans bym go utrzymała, a na szarpaninę z nim nie miałam najmniejszej ochoty.
Nachylił się do młodej. Jednym szarpnięciem podniósł ją z ziemi. Chyba nie miał zamiaru jej uderzyć, bo nawet rozpiętego paska nie wyjął z dżinsów. Wyglądało to tak jakby pchnął ją w kierunku mostku, jakby zaraz chciał wygonić ją do pokoju. Julek jednak się wystraszył. Niewyraźnie coś krzyknął i zaczął do mnie biec, choć dzieliło nas nie więcej niż trzy kroki.
Uważaj! – krzyknęłam, przypominając sobie o stłuczonym kieliszku, którego szkło wciąż zalegało na podłodze.
Wtedy gniew Darka przerzucił się z Roksany na Juliana. Mój mąż nie lubił ludzi głupich, nieuważnych, szkodzących samym sobie na własne życzenie.
Czy ty jesteś debilem!? – zapytał, chwytając małego za ramię i podnosząc kilka centymetrów nad ziemię. – Na dodatek ostatnią miungwą? – dopytywał, bo nie był w stanie znieść tego, że ledwie się uniósł, a Julek już się rozryczał.
Mój mąż nie lubił beks, nie tolerował płaczu, histerii, użalania się nad sobą. Taki twardziel od góry do dołu, który bronił matkę kiedy ojciec ją napierdalał czym popadło, a młodszemu braku kazał się w tym czasie ukrywać u sąsiadów albo chować za kanapę lub do szafy. Wszystko co o przeszłości mojego męża wiedziałam od Klaudiusza albo od jego żony. Darek o tym nigdy nie mówił.
Przymknęłam oczy i zagryzłam zęby, by nie reagować, choć byłam świadoma tego, że po wszystkim to ja będę małego pocieszać i tulić w ramionach. Nie był moim synem, ale przypominał mi Rafała, gdy ten jeszcze był mały. Na dodatek było mi go żal. Roksana miała przynajmniej normalną babcię, a mały plątał się między brudnym podwórkiem i wyrafinowanym salonem, między kawalerką w sutenerze, którą zajmował z matką alkoholiczką i co chwila jej nowym partnerem, a willą, gdzie stykał się z wygórowanymi wymaganiami ojca.
Roksana pobiegła do pokoju, zapewne po to, by się spakować. Mały płakał po laniu jakie otrzymał, Darek coś krzyczał, a ja czułam się jakbym się wcale nie czuła. Miałam poczucie trwania w czymś, chęć przeciwstawienia się temu, a jednocześnie brak siły, by wykonać choć jeden krok ku temu sprzeciwowi.
Zostałam z Julkiem sama. Dziwnie było mi tulić dziecko do nagiego ciała, ale nie myślałam o tym w chwili przytulania go, a dopiero wtedy, gdy się ode mnie odkleił. Byłam jednak w tym trochę też egoistką, bo zamiast myśleć o krzywdzie tego chłopca, ja w głowie szukałam wymówek na wyrwania się z domu, świadoma tego że mąż pozabierał mi klucze.
Okazja do wyjścia pojawiła się sama. Przez problemy, które zapoczątkowała Roksana, Darek był zmuszony odwieźć ją do domu jeszcze tego dnia. Oczywiście młoda upierała się, że nie chce z nim jechać. Była gotowa nawet na to, by samodzielnie wrócić pociągiem. Nie miała jednak nic do gadania. W tym domu dzieci i kobiety bardzo rzadko miały prawo głosu, a nawet jeśli mówiły, to nie było pewności czy pan domu je słyszy, czy tylko skupia na nich swój wzrok. Zwykle i tak robił potem po swojemu, więc pewnie nie słuchał wcale.
Dzieci zostaną z panią Alą, a ty pojedziesz na stację benzynową. Ktoś musi podliczyć zmianę. Pamiętasz jeszcze jak to się robi? – zapytał, jednocześnie zbliżając filiżankę z espresso do ust.
Oczywiście. – Oplotłam kubek obiema dłońmi, jakby nagle zrobiło mi się chłodniej i zapragnęłabym się o niego ogrzać.
Mym ciałem wstrząsał specyficzny dreszcz złego podniecenia. W głowie układałam już plan co poczynię i w jaki sposób to zrobię. Nie miałam złudzeń, że się nie wyda. Wiedziałam, że wcześniej lub później prawda wyjdzie na jaw.
Dzieciaki zaczęły biegać po salonie, pani Ala je uspokajać, tłumacząc, że tak nie wolno i obiecując wyjście do ogrodu. Ja zaczęłam zakładać buty na wysokim obcasie i ruszać do wyjścia, wcześniej zamawiając sobie taksówkę.
Za bramą poczułam zew wolności. Smogu było wiele, chodnik nie był najczystszy, a miejskie trawniki nie widziały kosiarki od miesięcy, ale było mi tam lepiej, niż w murach domu, u boku własnego męża.
Wsiadłam do taksówki, podałam adres i zapatrzyłam się na krajobraz za szybą. Bogactwo i przepych przeplatały się z pozostałościami po PRL-u. Nowe osiedla i stare poniemieckie kamienice. Młodzież w air max-ach i dorosłe kobiety, śpieszące się do pracy, w butach, które modne były dekadę temu. Świadomość różnic i podziałów bolała. Za czasów mojego dzieciństwa nie było to aż tak widoczne, bo od biedy do bogactwa była długa droga, ta drabina miała wtedy więcej szczebli. Dzisiejszy świat zmierzał do tego, by zrobić z nas małą Kolumbię albo coś ala Rio. Między biedą a bogactwem tworzyła się przepaść, podczas gdy kiedyś między nimi były jeszcze inne klasy społeczne.
Dojechałam na miejsce, na stację benzynową należącą do mojego męża. Przywitałam się w pracownikami. Zażyczyłam sobie, by zrobili mi kawę z ekspresu.
Może sezonową? – padło od jedynego chłopaka na zmianie.
Uśmiechnęłam się do niego.
To ta z bitą śmietaną? – zapytałam.
Przytaknął ruchem głowy.
Gdybym, chłopcze, jadała takie rzeczy jak bita śmietana, to myślisz, że wyglądałabym tak jak wyglądam?
Pytanie było czysto retoryczne, więc nie czekałam na to aż mi odpowie. Od razu wklepałam kod i udałam się do biura. Zaczęłam liczyć wrzutki, drukować brakujące cenówki, robić zamówienie na produkty, które schodziły, a których było już niewiele lub takie, których nie było już wcale.
Czekając na ostatnią wrzutkę, taką którą robi się po północy, by móc zamknąć poprzedni dzień, co rusz spoglądałam na sejf. Miałam do niego nieograniczony dostęp. To aż dziwne, że ktoś tak inteligentny jak mój mąż pozbawił mnie kluczy do samochodu i do mieszkania, a jednocześnie dał dostęp do dużej gotówki. Większej niż sądziłam. Nie tylko polskie złote tam znalazłam, ale także eurówki, co wskazywało na to, że Darek musiał ostatnimi czasy przeprowadzać tu jakieś interesy. Pieniądze były równo popakowane, owinięte kartką i zaklejone. Trochę się namęczyłam, by z każdej takiej kupki zabrać po jednym lub dwa banknoty, a potem ponownie spakować je w podobny sposób.
Wyszłam z zaplecza na stację i rzuciłam z uśmiechem do pracowników:
Ja, dzieciaki, na moment wyjdę na miasto. Zjem coś. Jak wrócę, to może ta wrzutka już będzie.
Do centrum miałam kawałek drogi. Do baru bilardowego było jeszcze bliżej. Weszłam tam jak do siebie, pomimo że o tak wczesnej porze nie był jeszcze otwarty dla klientów. Omiotłam wzrokiem znajome wnętrze i znajome twarze. Przywitałam się z nimi ciepłym uśmiechem i siląc się na służbowy ton, zapytałam się czy jest Rafa.
W kuchni – padła odpowiedź od jednego z dwójki mężczyzn, którzy wgapiali się w biust małolaty znajdującej się przed nimi.
Weszłam za bar, a stamtąd udałam się krętymi schodami w dół, wprost do kuchni. Pomieszczenie było całe wypłytkowane. Od góry do dołu sterylnie białe. Tamtego dnia ta sterylność była mokra. Poczułam niepokój, ale pomimo tego przestąpiłam jeszcze tych kilka kroków i weszłam na zaplecze. Zobaczyłam Rafała z kijem od mopa w ręce. Mył podłogę, a ta cała była zakrwawiona. Krew rozmazywała się, jaśniała, tworzyła obrzydliwe wzory bez ładu i składu. Zrobiło mi się niedobrze, ale szybko powstrzymałam odruch wymiotny.
Pomogę ci – zaoferowałam się.
Zostaw! – krzyknął, nim zdążyłam chociażby dopaść ścierki.
Chcę! – upierałam się.
W takim razie zdejmij ubranie, przede wszystkim buty – polecił.
Uczyniłam tak jak chciał i w samej bieliźnie, na kolanach zabrałam się za ścieranie tego czego mop nie był w stanie zabrać. Chciałam zapytać czyja to krew. Co jakiś czas podnosiłam głowę i spoglądałam na Rafała, ale sama nie byłam pewna czy chcę znać odpowiedź. Istniało ryzyko, że ja tego kogoś znałam. Zdecydowałam się więc na powiedzenie, że Darek dostał od kogoś zdjęcia.
Wiem. Roksana wysłała mi kopię.
Roksana? – zdziwiłam się.
Była ciekawa o co się pokłóciliście – wyjaśnił. Odłożył mop i z wiaderkiem udał się do łazienki, tam wylał brudną wodę do kibla.
Stałam, oparta o futrynę. Było mi zimno w stopy. Obserwowałam jak napełnia wiadro świeżą wodą, jak wymienia końcówkę mopa na nową. Jak dolewa do tej wody jakiś wybielacz.
Nie było na nich widać twojej twarzy, ale myślę, że to tylko kwestia czasu – mówiłam do jego pleców. On nie sprzątał w bieliźnie. Miał na sobie stary, biały T-shirt i dżinsy ucięte pod kolanami.
Rafał odwrócił się w moją stronę. Poruszył specyficznie brwiami, wbijając wzrok w moje stopy.
Nawet do niczego nie doszło – rzekł z wyczuwalnym smutkiem. – Kolacja i gra w bilard. Zasługujemy na ścięcie głowy?
Odetchnęłam głośno.
A co tu była za rzeź? – zdecydowałam się w końcu zapytać.
Dostawca pizzy. Nie miałem innego typu. Tylko on mógł zrobić te zdjęcia. Tylko on widział nas razem.
Nie sądzę, by Paweł...
Wolałem poświęcić Paula niż ciebie! – krzyknął.
Wychowaliśmy się, kurwa, razem! – wywrzeszczałam, a potem poczułam jak słabnę. Płacząc zaczęłam kucać, w końcu usiadłam na tej brudnej od krwi podłodze. Przed oczami przeleciały mi te wszystkie momenty, gdy z Pawłem biegałam za piłką, gdy kradłam z nim gumy kulki w osiedlowym sklepie, gdy podczas zabawy w chowanego złamał mi przypadkowo palec.
Wstań, nie powinnaś tego widzieć – stwierdził i zaczął mnie podnosić z podłogi. Chciał mnie uspokoić, ale on nigdy tego nie umiał. Przy nim zawsze czułam niepokój, a gdy zostałam żoną Darka to się tylko nasiliło, tylko tym razem nie bałam się o siebie, ani o to, że nagle wjedzie policja z butem i narobi rozpierduchę. Tym razem bałam się o niego.
Jak mogłeś!? – pytałam, uderzając pięściami w jego klatkę piersiową. – To też był twój przyjaciel!
Jesteś ważniejsza – powtarzał nieustannie.
Tak, byłam dla niego ważniejsza. Po śmierci jego matki stałam się dla niego najważniejszą osobą spośród tych, które znał. Dlatego musiałam wziąć się w garść. Paweł już nie żył, Rafał go zabił i nic nie było w stanie zwrócić życia jednemu i oddać niewinność drugiemu. Pozostał tylko po tym bałagan i trzeba było go sprzątnąć. Zdecydowałam się ponownie paść na kolana i wrócić do czyszczenia podłogi, a gdy było już po wszystkim i całe pomieszczenie dosłownie lśniło bielą i śmierdziało wybielaczem tak mocno, że aż dusząco, przyszła pora na kąpiel.
Zdjęłam bieliznę i weszłam pod prysznic. Rafał podał mi butelkę wybielacza i szczoteczkę do paznokci.
Tylko wyczyść porządnie. Wątpię, by ktoś cię podejrzewał, ale wiesz...
Wiem, tak na wszelki wypadek.
Patrzeliśmy na siebie. Trwaliśmy w dziwnym zawieszeniu, ja doszukująca się w jego oczach choć cienia jakichkolwiek, ludzkich uczuć, a on lustrujący każdy cal moich piersi.
Miałaś kompleksy – przypomniał. – Nie widać, że były operowane.
Nie rozumiałam dlaczego pieprzy o moich cyckach w obliczu tego wszystkiego co się wydarzyło. Umarł człowiek, a jego interesował bardziej mój biust niż to jak poradzi sobie z poczuciem winy, o ile w ogóle dotykało go jakieś poczucie winy. Może uważał, że winny był Paweł, że niepotrzebnie się wtrącił i przez to zasługiwał na śmierć.
To był dobry chirurg – odparłam, zasuwając kabinę.
Odsunął ją, rozebrał się i także wszedł pod strumień gorącej wody.
Tak będzie szybciej – wyjaśnił, przypierając mnie do białych kafli i całując, całując tak jak kiedyś, przed laty, a jednocześnie tak jakby to nigdy wcześniej się nie wydarzyło. – Nie mamy dużo czasu – dodał.
Nim zdążyłam zrozumieć co do mnie mówił i co takiego to oznaczało, to on brutalnie odwrócił mnie twarzą do ściany i lekko rozchylił moje nogi. Sprawił bym się pochyliła. Wszedł szybko, głęboko, po same jaja. Całował przy tym mój kark i plecy, ugniatał piersi. To trwało chwile, ledwie osiem, może dziesięć minut.
Kiedyś ci to wynagrodzę – rzucił, wychodząc spod prysznica. Nad umywalką czyścił paznokcie i dłonie jakimś palącym detergentem.
Ja robiłam to samo, tyle tylko, że cały czas stałam w płytkim brodziku. W końcu zdecydowałam się wyjść.
Rzucił we mnie ręcznikiem i wydał polecenie:
Wytrzyj się.
Zaraz. – Owinęłam się tak, by moje piersi i pupa były zakryte. Sięgnęłam do swoich rzeczy, do torebki. – Nie będziesz miał okazji wynagrodzić mi tego szybkiego przelotu – rzekłam i wysunęłam dłoń z pieniędzmi przed siebie. – Chcę byś wyjechał, Rafa – wyznałam ze łzami w oczach, bo w tym przypadku pożegnanie było znacznie trudniejsze niż sobie to wyobrażałam.

poniedziałek, 3 lipca 2017

#38

Dwudziesty drugi wpis Klary
Naprawić nas

Mnie i Tymoteusza dzieliło biurko pokaźnych rozmiarów, ale to nie przeszkadzało palcom naszych dłoni się spotkać. To był niby przypadek, a potem dreszcz, jakby nagle zrobiło się zimniej.
Uniosłam się, nie słowem, tak jak powinnam była to uczynić. Jedynie pupę podniosłam z fotela i pozwoliłam na to, by Tymoteusz dalej obejmował mą dłoń swoją dłonią. Zezwoliłam na więcej. Zezwoliłam na to, by już nie tylko dłońmi mnie dotykał. Jego wargi objęły moje usta, jego język wdarł się pomiędzy moje wargi. W głowie miałam wiatr. Dosłownie, czułam jakby huragan szalał we mnie, w mym ciele, sercu, całej duszy.
Drzwi się otworzyły w najmniej odpowiednim momencie. Spodziewałam się każdego, ale nie Artura. Nie pamiętam czy coś krzyczał. Pamiętam jedynie, że wcisnął Filipa na moje ręce, tym samym zmuszając mnie bym zajęła się naszym synkiem, a nie potajemnymi schadzkami z młodym blondynem.
Panowie mierzyli się wzrokiem, obaj równie nieustępliwi, zaborczy, pewni swego. To trwało jednak tylko chwilę. Krótki moment, podczas którego Tymek przegrał, jakby sam sobie uświadomił, że mam męża, a więc też to, że nie należałam się jemu. Należałam do Artura Grandi. Byłam hrabiną Grandi.
Wyjdźmy na zewnątrz – zadecydował mój mąż i nie kierował tych słów do mnie.
Przeraziłam się. Tymek chyba też, ale nie dał po sobie tego poznać. Za wszelką cenę starał się trzymać fason.
Obserwowałam jak Artur przytrzymywał drzwi i dawał Tymoteuszowi znać, by przeszedł przez próg. Chciałam zaprotestować, chciałam ich zatrzymać, ale miałam gulę w gardle. W tamtej chwili byłam egoistką i choć odczuwałam lęk związany z tym co spotka mojego niedoszłego kochanka, to jednak bardziej martwiłam się o swoją skórę.
Nawet nie wyszłam do okna, by sprawdzić co dzieje się na zewnątrz. Słyszałam podniesiony ton zarówno jednego, jak i tego drugiego z mężczyzn. Trzymając łkającego Filipa przysiadłam ponownie w fotelu i wyczekiwałam, choć tak naprawdę sama nie wiedziałam na co czekam. Pewnym jednak było, że chciałam ten czas zawieszenia mieć już za sobą. Lepsza była najgłośniejsza z awantur i najgorsza z kar, niż trwanie w niepewności, czekając na to co nieuniknione.
Wspomniałam wtedy śmierć konia i gniew Artura, który tym spowodowałam. To jak czekałam na niego w pałacu, w jego sypialni. Jak wymiotowałam ze strachu przed laniem jakie mi sprawi. Doszłam do wniosku, że teraz byłam silniejsza albo po prostu już zaznałam od niego tak wielu krzywd, że żadna kolejna nie była mi aż tak straszną, by pobudzić do konwulsji.
Mój mąż pojawił się ponownie w drzwiach gabinetu. Tym razem nie wyglądał już tak okazale jak poprzednio. Włosy miał potargane, pięść zakrwawioną, koszulę wymiętą i marynarka jakoś tak na nim nie leżała. Wściekłość miał wypisaną w oczach, ale nie obawiałam się. Wiedziałam, że nie spoliczkuje mnie w chwili, gdy trzymałam na rękach naszego syna. W taki sposób Filip stał się moją tarczą, która już wkrótce miała zostać mi odebrana.
Idziemy do domu – zakomunikował.
Wstałam na równe nogi, ale nie ruszyłam się o krok. Nagle strach powrócił, sparaliżował mnie.
Chcesz bym zabrał cię na siłę!? – ryknął, a Filip, jak nigdy wcześniej, na dźwięk głosu Artura zareagował głośniejszym płaczem.
Pokręciłam głową, świadoma tego, że jeśli dopuszczę do sytuacji, by mąż siłą wyprowadzał mnie z gabinetu, miejsca mojej pracy, to stanę się pośmiewiskiem w oczach pracowników i gości. Gośćmi nazywałam wszystkich, którzy przychodzili obstawiać wyścigi konne lub zechcieli skosztować czegoś w pobliskiej, także naszej, restauracji.
Ruszyłam do przodu, tuląc do siebie Filipa. Wyminęłam męża i wyszłam na zewnątrz. Razem wsiedliśmy do powozu, tego samego, którym przyjeżdżałam do pracy. Nigdzie nie było woźnicy, ale Arturowi zdawało się to wcale nie przeszkadzać. Sam zajął się powożeniem. Dowiózł nas pod drzwi pałacu, a tam zabrał Filipa z moich rąk i rozkazał jednej z służących, by się nim zaopiekowała.
Artur nie czekał aż Eliza wyjdzie z salonu, w którym się znajdowaliśmy. Służąca ledwie odwróciła się do nas plecami, a ja poczułam mocny uścisk na ramieniu.
Na górę! – wydał polecenie i pchnął mnie w kierunku schodów. – Na górę! – powtórzył warkliwie.
Biegłam po schodach tak szybko jak tylko potrafiłam, jedynie raz oglądając się za siebie. Chciałam zobaczyć jak daleko ode mnie znajduje się Artur. Sądziłam, że depcze mi po piętach, ale myliłam się. Co prawda podążał za mną, ale czynił to bardzo niespiesznie.
Wbiegłam do sypialni i zamknęłam za sobą drzwi. Nie miałam jednak do nich klucza. Obserwowałam klamkę, oddalając się małymi kroczkami, aż napotkałam na przeszkodę w postaci komody postawionej pod ścianą. Klamka zadrżała, a chwilę potem została naciśnięta od zewnątrz. Drzwi otworzyły się. Artur wszedł do środka. Czułam się niemal tak, jakby ktoś zamknął mnie w klatce, a potem wpuścił do niej dzikie, drapieżne zwierzę. Mój mąż był zwierzęciem i udowodnił mi to niejeden raz.
Myślisz, że pozwolę ci się pierdolić po kątach!? – wrzasnął, a ja zatrzęsłam się w przestrachu, oczekując tego co wydarzy się dalej.
To nie tak – odważyłam się zaprotestować. – To był pierwszy raz! – wykrzyczałam przez łzy, które zdawały się zalewać całą moją twarz.
Pierwszy raz? – nie dowierzał. Zaśmiał się przy tym w specyficzny, niezwiastujący niczego dobrego sposób, a potem na mnie ruszył. Pochwycił za nadgarstek, uniósł dłoń.
Skuliłam się, wyczekując uderzenia.
Pierwszy, kurwa, raz? – usłyszałam tuż przy uchu. – A kiedy będzie następny!? Mam go zabić byś się z nim nie puszczała!?
W tamtym momencie, po takich słowach, bardziej obawiałam się o życie Tymoteusza, niżeli o własne. Ubodła mnie jednak niesprawiedliwość. On mnie zdradzał, sypiał z baronową, ale to ja byłam ta zła, bo odważyłam się zezwolić na pocałunek z kimś komu jeszcze na mnie zależało. Arturowi nie zależało od bardzo dawna i w końcu odważyłam się na wykrzyczenie tego prosto w jego twarz.
Zafrasowałam go. Oddalił się na krok i wydawał być zamyślony, przygaszony.
We mnie natomiast skumulowała się cała złość i musiałam jakoś się wyżyć. Kopnęłam go w kostkę, następnie uraczyłam siarczystym policzkiem. Poczułam nagłą sprawiedliwość, bo gdy on sypiał z Wiolettą to ja najbardziej ucierpiałam i to z jego ręki. Przyszedł więc czas na to, by on ucierpiał z mojej, pomimo iż to ja dopuściłam się namiastki zdrady. Wykrzykiwałam swoje myśli jedna po drugiej, bez ładu i żadnego uporządkowania. Obijałam przy tym pięści o klatkę piersiową męża, czasami trafiając w policzek, innymi razy w okolice brzucha.
Artur nie walczył ze mną. Starał się mnie powstrzymać, ale nie chciał stawiać siebie w roli mojego przeciwnika. Chwytał mnie za nadgarstki, zawsze jednak za słabo, nie na tyle mocno, by móc mnie utrzymać. Dopiero, gdy kopnęłam go po raz drugi, trafiając w wyjątkowo czuły punkt, choć nie było to krocze, to zdecydował się na złapanie moich ramion i naparcie z taką siłą, że plecami uderzyłam o ścianę.
Dawno nie widziałam go z tak bliskiej odległości. Nawet gdy z sobą spaliśmy, to byliśmy odwróceni do siebie plecami, gdy się kochaliśmy, to ja byłam tyłem. Na pocałunki nie było w naszym życiu miejsca, nie było więc okazji, by nasze twarze znajdowały się tak blisko siebie. Okazja pojawiła się tamtego dnia, w chwili, gdy moje plecy dotykały ściany.
Spuściłam wzrok, świadoma tego jak drżą mi wargi. Zawsze moje usta drżały, gdy płakałam i byłam zdenerwowana. Być może właśnie to podnieciło Artura na tyle, że zdecydował się na pocałunek.
Przy Tymku czułam wiatr. Gdy mnie całował, to huragan szalał w mojej duszy, sercu, we mnie całej. Przy Arturze były to pioruny, najprawdziwsze błyskawice. One jednak nie chłodziły, tak jak te, które towarzyszą deszczu. One rozgrzewały. Sprawiały, że płonęłam.
Uśmiechnęłam się, chyba nawet nieświadoma tego, że to robię. To nie była z mojej strony gra aktorska, ani pewna, wyćwiczona kobiecość. Ja znowu czułam się jak mała dziewczynka, nieświadoma swojej cielesności, dopiero co ją odkrywająca. Dzieci podniecenie odczuwają zupełnie inaczej niż dorośli. Nie umieją nazwać tego uczucia, ale u nich jest ono znacznie silniejsze, niż w latach późniejszych. Dzieci wszystko przeżywają inaczej, intensywniej.
Pozwalałam na to, by Artur obcałowywał moją szyję, a następnie mnie całą. Rozbierał przy tym moją suknię, zdejmował ją niedelikatnie, ale jednak z namiastką subtelności, jakby samego siebie powstrzymywał i zmuszał do celebrowania tej chwili, jakby był świadomy, że ona może się już nigdy więcej nie powtórzyć, że w każdym momencie mogę go odepchnąć.
Nie miałam jednak w planach go odpychać. Zajęta byłam wspominaniem. Obrazy pojawiały się same przed mymi oczyma, pozwalając mi na to, bym je chłonęła. W myślach znowu byłam małą dziewczynką i odczuwałam tamten rodzaj intymności. Przed mymi oczami stał młodzieniec na tle węgla w płóciennych workach. Mnie piekł pośladek, a nawet oba, bo w wyniku zderzenia z chłopcem upadłam na twardą ziemię. Potem poczułam chłodny wiatr napawający zimnem i drżenie nóg z powodu znajdowania się tyle metrów nad ziemią, na dodatek w obecności najprawdziwszego wilkołaka. Powróciły akompaniament huku i pieczenie policzka, żal po stracie Filipa, żywa nienawiść do młodego hrabiego. Dłonie Artura dotykały mnie dokładnie tak samo, jak wtedy, gdy chciał dodać mi otuchy na pogrzebie mego ojca. W uszach słyszałam tupot kopyt, gdy tuzin koni zbijał w powietrze tumany kurzu.
Dzięki pocałunkowi mego męża, miałam możliwość przeżyć te wszystkie chwile jeszcze raz, ale wcale nie od nowa. Miałam możliwość poczuć je takimi jakimi czułam je wtedy, ale ze świadomością jaką miałam teraz. I wiecie do jakiego doszłam wniosku? Tak, dokładnie tak. Za dużo przeżyliśmy, by móc to w jednej chwili zaprzepaścić i wystarczająco wiele razem przeszliśmy, by być zdolnymi do tego, by nas naprawić.

piątek, 30 czerwca 2017

#37

Ósmy wpis Artura
Być ojcem

Myślałem, że nie doczekam takiego dnia, w którym na wszystko spojrzę inaczej. Myślałem, że nie czeka na mnie taki dzień, w którym wszystko się odmieni. Myliłem się. Nagle noce utraciły na smaku mocnych trunków, a do nozdrzy nie wbijał się zapach kobiecych perfum zmieszanych z dymem tytoniu. Noce smakowały płaczem, rykiem, kwileniem – tym wszystkim co każdego rodzica wybija z płytkiego snu i wydobywa na powierzchnie, wprost do rzeczywistości.
Filip był cudowny. Był niemal doskonały. Nieco płaczliwy, troszkę za mizerny, ze znamieniem na lewym pośladku, ale był mój. Denerwował mnie, to był fakt, ale nawet przykrywając twarz poduszką, by choć na krótki moment do moich uszu nie docierał jego jazgot, ja wciąż kochałem go tak samo.
Nie da się go jakoś wyłączyć? – pytałem Klarę, która pochylała się nad niewielką, białą kołyską. Lulała nią we wszystkie strony, ale nawet to nie pomagało. Filip ciągle płakał tak samo.
Jak!? – krzyknęła, odrzucając rozczochrane włosy do tyłu. Wyprostowała się, wsparła dłonie na biodrach i mocno odetchnęła. Wyraźnie miała dość. Była wyczerpana.
W końcu się zlitowałem i zwlokłem z łóżka, choć tak naprawdę wcale w nim nie odpocząłem. Nie spałem. Nie byłem w stanie spać, gdy on ryczał, choć zwykle nie miałem trudności, by zasnąć w hałasie.
Chodź do ojca – zawołałem do Filipka i jeszcze zanim się nad nim pochyliłem, już wyciągnąłem do niego ręce.
Pochwycił za mój palec i usiłował się podnieść. W efekcie tych działań poleciał do tyłu, uderzył się w główkę o drewniany szczebelek kołyski i zapłakał jeszcze głośniej.
Nie bądź taki beksa – rzekłem prosząco, tuląc go i głaszcząc po ciemnych włoskach.
Klara zaczęła chodzić od ściany do ściany i masować skronie.
Mamka nam jest potrzebna – stwierdziła, ale ja nawet nie chciałem o tym słuchać.
Zawsze dyskusje o niańce urywałem dokładnie w taki sam sposób. Mówiłem „Nie oddam mojego dziecka pod opiekę obcej kobiety”. Wytrwale spacerowałem z nim na rękach po całym pokoju albo kąpałem go po kilka razy tej samej nocy, nauczony doświadczeniem, że po kąpieli, zwykle na choćby pół godzinki, zasypiał. Z czasem zacząłem z nim po tym pokoju spacerować, trzymając za jego rączki. Z dumą obserwowałem jak stawia pierwsze, koślawe kroki. Z jeszcze większą dumą wpatrywałem się w jego pierwszy, samodzielny spacer, który miał miejsce w salonie, od fotela w którym siedziała Klara, aż do sofy, przy której ja klęczałem. Wpadł w moje ramiona w odpowiedniej chwili, potykając się. Gdybym znajdował się kawałek dalej, to pewnie mocno zdarłby sobie brodę o parkiet. Wtedy zapewne płakałby, a tak śmiał się, szczęśliwy z tego, że nauczył się chodzić.
Często odwiedzałem z nim córkę Wiktorii – Anitę. Miałem na to czas, bo Klara zajmowała się finansami. Moja żona inwestowała nasze pieniądze, dorabiając się praktycznie od zera, a nawet od minusów, jeśliby zaliczać nasze długi. Oddałem jej władzę, bo jeszcze na początku XX wieku, to co mężczyzn czyniło lepszymi od kobiet i dodawało im pewności siebie, to było dysponowanie pieniędzmi. U nas robiła to Klara, szybko więc stała się niezależna, samodzielna, niepotrzebująca mnie. Czułem to, ale zamiast zawalczyć, to odsunąłem się w cień. Każdy z nas robił w końcu to co lubił najbardziej – ona mnożyła majątek, a ja miałem kogoś do bezinteresownego kochania. Światem Klary były cyfry, monety, banknoty i papiery wartościowe. Za to mój świat skracał się do dwóch najważniejszych osób w mym życiu – do Klary i Filipa. Z czasem całym moim światem stał się tylko Filip. On był moją rodziną, synem. Żona zmieniła się we wspólniczkę, partnerkę, zupełnie obcą mi osobę, która utraciła dla mnie na kobiecości, delikatności, na wrażliwości, czyli na tym wszystkim za co ją pokochałem.
Pewnego dnia, gdy odwiedziłem Anitę, tak jak czyniłem to niemal co tydzień, wszystko się zmieniło. Padły słowa, za które mogłem Klarę znienawidzić, przez które mogłem ją przegnać, udowadniając jej zdradę. Anita powiedziała jednak też coś za co miałem ochotę znienawidzić samego siebie.
Filip i mała Amelia siedzieli wtedy na dywanie. Nawzajem wyrywali sobie drewniane chochle i łyżki. Obserwowałem małą blondyneczkę i uśmiechałem się ciepło.
Wychowają się niemal jak rodzeństwo – zagadnąłem. – Ja żałuję, że nie mam rodzeństwa. Choć w młodości miałem Filipa, wcześniej był Marcel, ale... pierwszy za późno pojawił się w mym życiu, drugiego jakby nigdy w nim nie było.
Obaj za szybko odeszli – odparła, związując włosy w niechlujny koński ogon. Podała mi herbatę i zabrała się za obieranie i krojenie warzyw na zupę.
Nie możesz tu ciągle siedzieć, zamknięta w czterech ścianach. Izolujesz nie tylko siebie, ale też to dziecko.
Dobrze, że nikt nie wie.
O czym nikt nie wie? – dopytywałem, bo w jej głosie wyczułem dziwną niepewność. – Dobrze, że tak niewiele osób wie o Amelii? – Wskazałem głową na siedzącą na dywanie, niespełna roczną dziewczynkę.
Przytaknęła ruchem głowy, ze łzami w oczach.
Będę musiała ją oddać.
Oddać? – nie wierzyłem własnym uszom.
Do sierocińca. Ona nie może tu zostać. Wystarczy już, że do mnie i mojego rodzeństwa przywarła łatka dzieci dziwki.
Nie jesteś jak Wiktoria – zaprzeczyłem ostro.
Może jestem, skoro w chwili słabości...
Proponowałem ci zabieg. Chciałem opłacić lekarza i nocleg w mieście – przypomniałem.
Myślałam, że dam radę ją pokochać. – Odłożyła nóż i w połowie obranego ziemniaka na stary, drewniany stół. Usiadła naprzeciw mnie i spuszczając głowę, wsparła czoło na dłoniach.
A nie kochasz!? – krzyknąłem.
Kocham i właśnie dlatego nie chcę dla niej takiego życia. To się kiedyś wyda. Takie czyny zawsze wychodzą na światło dzienne. Są potem miasteczkowymi plotkami i nawet poza granice miasta wypływają.
Chciałem wtedy coś powiedzieć, chciałem wtedy coś wykrzyczeć, ale na szczęście Filip mi to uniemożliwił. Rozpłakał się, bo Amelia chwyciła go za włosy i pociągnęła. Wziąłem więc go na ręce i starałem uspokoić. Wtedy dostrzegłem, że sam nie jestem spokojny. Drżałem na całym ciele, a ręce bardzo mocno mi się trzęsły.
Wyjdź za mąż – zaproponowałem. – To najlepsze z wyjść. Jeśli ktoś uzna dziecko, to problem zniknie.
To tak nie działa, Arturze.
Miała rację, to tak nie działało. Ślub niczego nie naprawiał, jedynie dokładał zmartwień i problemów. Ja zdobyłem Klarę, otrzymałem od życia tyle ile chciałem, podczas gdy inni nawet po namiastkę tego nie odważyliby się sięgnąć. Czy czułem się z tym lepiej? Czy samego siebie uważałem za zwycięzcę? Nie, ja byłem przegrany.
W takim razie wyjedź. Gdzie indziej mogłabyś uchodzić za młodą wdowę – wymyśliłem. – Wiem, że tutaj masz opiekę Tymoteusza, ale...
Tymek od dawna zajmuje się już tylko twoją żoną.
Znowu to samo. – Przewróciłem oczami. – Przysięgał mi na śmierć swoją, twoją, nawet waszego dziecka, że nic go z Klarą nie łączy.
Jeszcze – szepnęła z namacalną pewnością w oczach.
Ponownie przewróciłem oczami.
On i Klara są jednością. Tymek od bardzo dawna tak uważa. Sądził, że wasze małżeństwo niczego nie zmieni, ale pomylił się. Ona zawsze wybierała ciebie.
Nie powinienem więc mieć obaw, że kiedyś wybierze jego – pocieszałem samego siebie tym stwierdzeniem. – Mały jest niespokojny, chyba głodny. Będę już szedł. – Chciałem stracić ją z oczu, by choć na moment nie odczuwać poczucia winy.
Nie tyrania męża czyni z kobiety nieszczęśliwą, lecz jego obojętność – powiedziała, kiedy ja z Filipem na rękach zmierzałem w stronę drzwi wyjściowych. Na moment przystanąłem, jakbym zastygł niczym figurka z wosku. W końcu dłonią objąłem klamkę, nacisnąłem ją i wyszedłem. Zająłem się synem, o poczuciu winy odnośnie Anity całkiem zapominając. Klary jednak nie potrafiłem wyrzucić z mojej głowy, dlatego nie udałem się z małym do domu, a na tor wyścigów konnych, gdzie moja żona spędzała całe dnie, siedząc w tamtejszym gabinecie.

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

#36

Dwudziesty pierwszy wpis Klary
Od poczęcia dopada nas umieranie

Wpisy Artura były coraz bardziej pozbawione uczuć i emocji. Gdy je czytałam to aż mnie bolało. Teraz, jak i wtedy, często zastanawiałam się nad tym gdzie się podział ten chłopiec, bawiący się przy torach kolejowych. Jego już nie było. Umarł. Artur go pogrzebał, a pogrzeb ten wyprawił głęboko w sobie. Brakowało mi go. Nie sądziłam, że kiedyś się do tego przyznam, ale tęskniłam za młodzieńcem od węgla, za prawie mężczyzną, który był dla mnie najprawdziwszym wilkołakiem. Gdyby Artur się nie zmienił, gdyby pozostał taki jak na początku, to nigdy „my” nie podzieliłoby się na „ja i on”.
Dzięki jego wpisom jednak mogłam spojrzeć na samą siebie. On widział mnie zupełnie inaczej, jakby był innym lustrem, a w nim było moje nowe odbicie. Kochał mnie. Nie wątpię, że uczucie to było prawdziwe. Płakał, gdy myślał, że umieram. Troszczył się o mnie zawsze i nie pozwoliłby nikomu na zrobienie mi krzywdy. Jednocześnie sam potrafił mnie krzywdzić boleśniej niż ci wszyscy inni.
Jeszcze przed narodzinami Filipa zmieniliśmy się. Nie byliśmy już tylko mężem i żoną, staliśmy się partnerami. Artur zwierzył się ze swoich kłopotów, jak i pomysłów na ich rozwiązanie. Ja obiecałam mu pomóc i nigdy nie opuścić, nawet jeśli przyjdzie nam sprzedać pałac lub mój dom. Nigdy nie zależało mi na pieniądzach i nie dbałam o luksusy ani dobra materialne. Wtedy przestało mi też zależeć na zachowaniu wspomnień i miejsc, które po nich pozostały. Chciałam tylko Artura i tego dziecka. Pragnęłam stworzyć rodzinę, prawdziwą i ciepłą, taką jaką sama miałam. Chyba bardziej chciałam to wszystko osiągnąć dla niego niż dla siebie. Wmówiłam sobie, że nauczę go jak dobrze żyć, jak mocno kochać, jak być z kimś jednością, jak wygląda rodzina. On tego nie wiedział. Nigdy tego nie miał.
Obudziłam się z sennego koszmaru i weszłam wprost w ten rozgrywający się na jawie, niczym jedna z dramatycznych, teatralnych scen, które następują po krótkiej przerwie. Teraz przyszło mi na myśl, że ja i mój mąż nigdy nawet nie odwiedziliśmy wspólnie teatru. Odwiedzaliśmy za to domy rozrywkowe, jaskinie hazardu. Jedną z nich zresztą utworzyliśmy. Wyścigi konne, gra dla prawdziwych koneserów, przyniosła nam majątek, który pozwolił na spłatę długów i zabezpieczenie przyszłości Filipa.
Nie ma jednak co wyprzedzać czasu i przeskakiwać kilku ważnych lat. W chwili gdy rodziłam, to tor wyścigowy był dopiero co w budowie. Baronowa wyłożyła na to pieniądze. Chyba darzyła byłego kochanka dużym sentymentem. Nie ma też co ukrywać, że liczyła na szybką spłatę. Pierwsza miała otrzymywać zyski, aż do pokrycia się wszystko co Artur był jej winien. Potem miała zadowolić się czterdziestoma procentami, Mateusz piętnastoma, bo w ogóle zezwolił na to, by tor ten powstał, tak na mojej jak i jego ziemi. Oczywiście mowa tu o moim rodzinnym domu, a konkretnie to jego polach i podwórku.
Gdy rodziłam i nawet, gdy potem straciłam przytomność, to słyszałam prace remontowe w tle. Wychwytywałam też kłótnie mojego męża z lekarzem. Mężczyzna kazał mu wyjść, Artur uparł się, by zostać.
To moja żona!
Nie powinien pan tego oglądać.
Powinienem, przysięgałem „w zdrowiu i w chorobie”.
Żaden mężczyzna nie bierze przysięgi aż tak bardzo na poważnie.
Ja biorę! – trwał przy swoim. Potem zamilkł. Jego usta dotknęły wierzchu mojej dłoni, potem chyba przyłożył do niej czoło, a przynajmniej ja tak to czułam.
Chwilę później zasnęłam na dobre, ale na krótko. Wybudził mnie ból. Coś jakby rozrywało moje krocze. Chciałam się zerwać, ale Artur mnie przytrzymał. Dociskał moje ramiona do poduszki.
Lekarz skończył, uczucie rozrywania zelżało, ale wciąż pozostawało bolesne. Dostałam coś przeciwbólowego i coś też na uspokojenie, na lepszy sen. Nikt nie interesował się mną i moimi potrzebami, a ja miałam tylko jedną – chciałam, by zarówno mój mąż, jak i mój syn, byli przy mnie. Żądałam, by przyniesiono mi Filipa. Błagałam o to samego Artura przed odpłynięciem do sennych krain. Uciął jednak dyskusję w brutalny sposób, słowami:
Uspokój się, do cholery. Zajmę się nim, dopóki nie wyzdrowiejesz.
I zajął się nim. Długi czas się nim zajmował zupełnie sam, bo choć z początku pragnęłam tego chłopca widzieć, to po dowiedzeniu się, że będzie to moje jedyne dziecko, bałam się wziąć je nawet na ręce, by nie uczynić mu krzywdy. Był taki mały, kruchy i miał być zawsze jedyny, jeden. Zupełnie jak kiedyś Krystian dla państwa Morello.
Kto jest najładniejszym chłopcem na świecie? – pytał Artur, stojąc nad mocno rozbujaną kołyską. – No kto, kto? Pewnie, że ty. Gdybyś tak jeszcze zamknął oczyska, to byłoby doprawdy cudownie. Nie chcesz? Nie? Nie denerwuj ojca.
Uśmiechałam się, słysząc tę jego paplaninę. Zachowywał się zupełnie tak, jakby prowadził jakąś zażartą dyskusję ze wspólnikiem, a nie rozmawiał z własnym synem. Nawet nad mimiką twarzy nie panował. To cud, że gdy się gniewał lub złościł, to Filipa tym nie straszył. Choć być może, chłopiec był do tego po prostu przyzwyczajony.
Najbardziej jednak lubiłam obserwować, gdy Artur nosił go na rękach, zwłaszcza nocami, kiedy miał na sobie tylko spodnie od piżamy, ewentualnie kalesony. Filip także to lubił. Odnosiłam wrażenie, że opieranie główki na nagim ciele, wsłuchiwanie się w bicie serca, to było to co najszybciej go uspokajało, zwłaszcza, gdy osoba, która go nosiła, bujała się w jeden spokojny takt. Robił to jednak zwykle Artur, rzadko kiedy ja.
To głupie, ale nic w moim macierzyństwie nie było takim jakim sobie wymarzyłam. Co prawda, gdy byłam panienką, to nie myślałam o tym jakoś szczególnie często, ale oczami wyobraźni zawsze widziałam dziewczynkę, ewentualnie chłopca o jasnych włoskach. Filip był brunetem. Nie spodziewałam się też, że po porodzie będę musiała długi czas leżeć, że po wszystkim będę aż tak zmęczona i szybko wytrącająca się z równowagi. Moje dziecko miało być grzeczne, uśmiechnięte, sypiające. Filip był płaczliwy, marudny, na dodatek przez kilka miesięcy dręczyły go kolki. Byłam szczęśliwa, gdy opuszczałam sypialnie samotnie, zostawiając go w kołysce. Pragnęłam żyć, a on mi to życie, może nie odbierał, ale znacznie ograniczał.
Teraz mogę napisać, że kochałam mojego syna, ale nigdy go nie lubiłam. Piszę to, będąc w pełni świadomą znaczenia tych słów. Z Filipem było dokładnie tak samo jak z moim mężem – Artura także kochałam, ale nigdy go nie lubiłam. Z Filipem było też zupełnie odwrotnie niż z jego biologicznym ojcem – Mateusza zawsze lubiłam, ale nigdy nie byłam w stanie go pokochać. Tymoteusz był w mym życiu wyjątkiem – jego byłam w stanie zarówno lubić, jak i kochać, a przynajmniej wtedy tak mi się wydawało.
Tymek znowu stał się moim lekarstwem na codzienność. Kiedy Artur zajmował się dzieckiem, to on jeździł ze mną na wszystkie biznesowe spotkania, był obecny przy podpisywaniu kontraktów, pomagał, doradzał. Niekiedy całkiem zapominał, że jest tylko moim pracownikiem, przejmował rolę nawet nie przyjaciela, a już kochanka, choć wtedy jeszcze nie rozkładałam przed nim ud. Wykłócał się o swoje racje i obrażał, zupełnie tak, jakby oczekiwał czegoś więcej niż wypłacanej mu za to wszystko pensji.
Żegnałam się z Tymoteuszem zawsze w ten sam sposób, zazwyczaj późnym wieczorem lub wczesną nocą. Podawałam mu dłoń i oddalałam się, pozwalając, by ona sunęła po jego dłoni tak, że w końcu dotykaliśmy się jedynie opuszkami palców, by potem już nawet nimi się nie dotykać. Artur wielokrotnie widział to w oknie. Zawsze robił o to dokładnie takie same awantury. Kończył je na groźbach, nigdy na rękoczynach. Być może to beznadziejne myślenie, ale dopóki był w stanie podnieść na mnie rękę, to jego miłość była wyczuwalna. Ta miłość objawiała się troską okazywaną w taki brutalny sposób. Tym też pokazywał, że czuje się za mnie odpowiedzialny. Pewnego dnia to znikło, przestało istnieć. Nie było już strachu zawieszonego w powietrzu, zniknęło także podniecenie. Choć tego, to właściwie nie było od chwili, gdy zmusił mnie do współżycia. Nie przeczę, że nadal chciałam się z nim kochać, robiłam to, ale nic nie było w tym już takie jak przed tamtym gwałtem.
No i była też Amelia. Córeczka Anity, która przyszła na świat na moich i Artura oczach. Urodziła się w największą burzę jaką w życiu widziałam. Wszystkich nas to bolało. Poruszyło nawet Mateusza, który miał dziwną nadzieję i wiarę w życie. Taką nagłą. Wcześniej niczego takiego u niego nie dostrzegałam, ale tamtej nocy, to dziecko i jego matka przeżyli dzięki niemu.
To było dnia, gdy wybraliśmy się z małym na pierwszy dłuższy spacer. Zawitaliśmy sprawdzić jak się ma Anita. Artur upierał się byśmy zajrzeli do niej z odwiedzinami. Poczęstowano nas tam zupą i kilkoma kromkami chleba. Nim zjedliśmy, to deszcz, który wcześniej tylko pokropywał nabrał na sile, niebo zrobiło się ciemne, gromy zagrzmiały. Po godzinnej ulewie Anita zaczęła niespodziewanie rodzić. Zjawili się Mateusz i Matylda, razem. Jestem pewna, że przybyli w jakimś konkretnym celu, ale nim go wyjawili, to zdążyli się przejąć stanem brunetki. Wszyscy chcieliśmy jakoś pomóc. Nawet Filip na ten czas się uspokoił i przestał płakać.
Artur sądził, że drogi są nieprzejezdne, był gotowy sam odbierać poród, z pomocą moją, Matyldy i Wiktorii.
Powinna trafić do lekarza! – upierał się Mateusz. – Wiktoria mówi, że dziecko jest źle ułożone.
W takim razie jedź po lekarza, jeśli musisz!
Dojechać dojadę, ale potem drogi mogą być tak zalane, że nie dam rady z nim wrócić. Pakuj ją do wozu! – zadecydował z krzykiem, ale ten był tylko takim zaakcentowaniem. Mateusz bowiem był stoikiem, cały czas spokojnym, choćby nie wiem co się działo.
Kim jesteś, by wydawać rozkazy!? – pytał mój mąż, puszczając dłoń brunetki i wypychając Mateusza na korytarz.
Mieli w planach dać sobie po mordach, jak zwykle zresztą, gdy mieli odmienne zdania, ale Tymoteusz ich powstrzymał.
Jeśli moja siostra ma umrzeć, to chyba bez znaczenia czy będzie rodziła w domu, czy w powozie, prawda?
Tu ja i reszta kobiet przyznaliśmy mu rację. Najważniejsze jednak było zdanie Anity. Ona chciała jechać. Pragnęła żyć, bo wiedziała, że to dziecko będzie miało przede wszystkim tylko ją. Ojciec był nieznany. Ja sama na głos często to krytykowałam. Mateusz jednak zawsze szeptem lub w ustronnym miejscu wypominał mi, że nie jestem lepsza od niej. Ona bowiem chociaż nie chciała nikogo w ojcostwo wrabiać. Jednak czy to moja wina, że ja miałam męża?
Być może gdybym była panną niższego urodzenia, z matką prostytutką i braćmi bandziorami, to tak jak ona, miałabym dokładnie równą jej odwagę. Jednak byłam kim byłam, byłam sobą i jednocześnie ciągle czułam się jakbym była nie na swoim miejscu. Byłam na miejscu żony hrabiego Artura Grandi, byłam hrabiną Klarą Grandi. Trwałam w tym byciu, a świat wokół się zmieniał. Drzewa kwitły, gubiły liście, pola przysypywał śnieg, a potem złociły się pszenice. Natura trwała, odradzała się, a my dorastaliśmy, by przeżyć co dane było nam przeżyć i umrzeć.
Umieranie było okropne, dopadało nas każdego dnia, od chwili gdyśmy się poczęli. Wszystkich nas dopada dokładnie w taki sam sposób, od pierwszego zabicia każdego jednego serca. Jednak najbardziej umieranie jest przez nas dostrzegalne u schyłku, gdy już nam bliżej do śmierci niż dalej, w chwili, gdy bliżej nam do trumny niż do kołyski. Wtedy widzimy każdą zmarnowaną okazję, zdajemy sobie sprawę ze źle podjętych decyzji, mamy świadomość błędnych wyborów. Jest żal. Potworny żal zbity z desek utraconych lat i przybity gwoździami niepowodzeń. To nasza trumna za życia, nasze prywatne więzienie. Każdy z nas je ma. Wiesz jak się nazywa? To nie jest wcale takie trudne do odgadnięcia. To nic dziwnego i wymyślnego. To tylko lub aż sumienie.

Tu wspomnienia Klary są strasznie chaotyczne, takie rozemocjonowane i nie są spisane chronologicznie. Nie martwcie się więc, jeśli coś Wam się od razu nie układa w logiczną całość, bo później się to wyklaruje. Poza tym, zawsze możecie zadawać pytania. Pytania są naprawdę bardzo miło widziane.
Rozdział ten nie został też dogłębnie sprawdzony. Nadrobię to w najbliższych dniach. Postaram się wtedy go jeszcze raz przeczytać i poprawić wszelkie literówki i zdania, które mogą okazać się być bezsensu, choć mam nadzieję, że i w tym zachowują jakiś sens, nawet jeśli są trudne do rozczytania (szyk czasami może mocno zgrzytać).
Skoro już Was o wszystkim co konieczne uprzedziłam, to teraz zapraszam do skomentowania.