Autorka tego bloga należy do grupy „Projekt Prozaicy”, z tego też powodu strona korzysta z płatnych linków. Ujmując to krócej i bardziej zrozumiale – autorka zarabia, a czytelnicy nic na tym nie tracą. Te linki są całkowicie bezpieczne dla komputerów, tabletów i smartphone-ów pod warunkiem, że postępuje się zgodnie z instrukcją, czyli nie klika w reklamy, nic nie ściąga na swój sprzęt, a jedynie odczekuje symboliczne pięć sekund i przechodzi dalej. Za wszelkie utrudnienia autorka bloga przeprasza, za waszą aktywność jest wdzięczna, a prywatnie pozdrawia i życzy dobrej zabawy podczas czytania.

Link do instrukcji – KLIK

wtorek, 17 października 2017

#49

Rozdział 5
Raj na ziemi

Zszedłem na dół po krętych, niewygodnych, blaszanych schodach i spojrzałem na Patryka. Uniosłem przy tym geście brwi do góry i wykrzywiłem usta. Krótko ścięty barman rzucił mi pytanie samym wzrokiem, bez otwierania jadaczki.
Siedemnaście – odpowiedziałem, chwytając za jedną z teczek. Zacząłem przeglądać faktury. – Już legalna – skomentowałem, jakby od niechcenia i przysiadłem na brzegu ławki, takiej jak szkolna.
Chce szef coś...?
Nie wiem co takiego w niej widzisz. Taka sierotka Marysia. – Odnalazłem potrzebną mi fakturę, na której zawyżyłem koszty i podałem Patrykowi. – Dzięki temu, zwrócą nam większy VAT – wyjaśniłem.
Przejął dokument, a ja na moment odłożyłem teczkę i założyłem dłonie na biodra, by następnie wcisnąć tylko i wyłącznie kciuki do kieszeni. Zagrałem na własnych udach niczym na bębnie i zapytałem:
Podoba ci się?
Zależy jak się ubierze. Do pracy przyszła taka…
Seksowna – podpowiedziałem. – Była po prostu seksowna, jak większość kobiet, gdy podkreślą swoje walory dekoltem i zrobią oko.
Właśnie.
Właśnie – powtórzyłem powoli. – Więc ci się nie podoba – stwierdziłem. – Masz po prostu jakieś wyobrażenie kobiecości, a na to wyobrażenie nakierowały cię dzisiejsze media albo, co gorsza, pornosy.
Mówisz tak tylko, bo chcesz sobie ją zostawić dla siebie. – Spojrzał na mnie w taki sposób, jakby mnie oceniał.
Nie przeczę. Ma ładny tyłek, miłą twarz, trochę mały biust, ale nie ma kobiety idealnej, no chyba, że ją photoshop zrobi. – Puściłem do Patryka oczko, a on zrobił nieprzychylną minę. – Chętnie bym ją poobracał na tysiąc jeden różnych sposobów i w co najmniej sześćdziesięciu dziewięciu pozycjach, ale gdyby była choć pięć lat starsza. Więc, chłopie, wyluzuj, bo ja mógłbym mieć córkę w jej wieku, gdyby pierwsza w trawę nie poszła. Chcesz, to ją bierz, byleby się to na jej pracy nie odbiło.
Właśnie, a jak tam córka, szefie?
Patryka pytane sprawiło, że otworzyłem szeroko oczy. Zakląłem pod nosem, bo po spojrzeniu na zegarek, okazało się, że właśnie jestem spóźniony. Chwyciłem za kask i wbiegłem na górę po tych przeklętych, krętych schodach. Szczerze ich nienawidziłem, bo zawsze przy końcu kręciło mi się w głowie. Wsiadłem na motocykl i ruszyłem do szkoły. Będąc w połowie drogi już nie czułem dłoni, bo zapomniałem rękawiczek, ale za to kurtkę zdążyłem założyć, tyle, że już nie zdążyłem jej zapiąć.
Wpadłem do gimnazjum, zdejmując kask, a następnie okulary przeciwsłoneczne. Chwilowo zastępowały mi szybkę w kasku, która pękła podczas jednej z przejażdżek po wiejskich, nierównych drogach. Po prostu kask wtedy miałem zawieszony na jednej z rączek kierownicy i się odpiął.
W końcu odnalazłem gabinet dyrektorki, zapukałem i po zaproszeniu do środka, wszedłem.
Kobieta odziana w spódniczkę i marynarkę, wyglądała jak takie typowe wyobrażenie nauczycielki rodem z PRL–u. Podała mi dłoń, przedstawiając się. Przeprosiłem, że moje dłonie są zimne i zająłem miejsce. Przeżułem gumę, właściwie, to obróciłem ją na drugą stronę przednim zębami, za co ta, na pierwszy rzut oka sztywniara, posłała mi surowe spojrzenie.
Uważaj, Hubert, bo jeszcze ta wiedźma ma gdzieś schowaną linijkę i ci da po łapach – pomyślałem, przez co się uśmiechnąłem.
O dziwo odpowiedziała mi uśmiechem.
Są problemy z pańską córką – zaczęła.
Sądziłem, że będzie kontynuowała, więc postanowiłem milczeć. Nastała cisza, więc widocznie liczyła na jakiś komentarz z mojej strony.
Uraczyłem ją stwierdzeniem:
Domyślam się, przecież gdybyście państwo mieli kłopoty z cudzą córką, to byście wezwali jej rodzica, a nie mnie, prawda?
W rzeczy samej.
Poprawiłem się na krześle, założyłem stopę na nogę, kask kładąc na rozporku i zapytałem:
Co zrobiła tym razem?
Nie chodziła do szkoły. To nie jest pański podpis, sprawdziłam. – Położyła zeszyt na biurku.
Pewne sądziła, że za niego chwycę i zacznę się przyglądać, ale nawet nie wyciągnąłem po ten kajet ręki.
W takim razie, wpiszcie jej nieobecności. Chyba tak się robi w takiej sytuacji, prawda?
Ona nas okłamała. Posługiwanie się cudzym podpisem, to przestępstwo…
Czyli mógłbym ją za to zamknąć? – zaciekawiłem się tematem.
Zauważyłam uśmiech na pana twarzy czy mi się tylko wydawało?
Nie wydawało się pani, ale się tylko zgrywałem. Po prostu, propozycje zamknięcia mojej córki słyszę już siódmy raz w tym miesiącu. Od wychowawczyni, pana katechety, teraz pani, ostatnio i wczoraj na policji, a nawet gdy płaciłem mandat autobusowy – wyliczałem. – Chyba nawet jedna czy dwie sąsiadki też mi to zaproponowały, ale nie. Nie wyślę własnego dziecka do żadnego ośrodka tylko dlatego, że jest w trudnym wieku. Kiedyś musi jej minąć. Spróbujcie nie zwracać uwagi, tak jak ja, to może prędzej jej się znudzi.
Pan sobie żartuje? Mamy nie zwracać uwagi na to, że Zuzia otwiera okno na korytarzu i odpala papierosa?
A za pani pali czy za moje?
Ma pan bardzo lekkie podejście do wychowywania – brzmiało w jej ustach niczym oskarżenie i skazanie na krzesło elektryczne. – Nieletnim nie wolno palić papierosów.
A co mam zrobić? Palce jej połamać, by nie mogła ani jednej szlugi z paczki wyjąć? Poza tym, wybaczy pani, ja naprawdę jestem przeciwny tej modzie palenia wśród dzieci, bo sam tak zaczynałem i już piętnaście lat rzucam i rzucić nie mogę. Wiem jak to się potem mści na człowieku. To samo wagary, powtarzanie klas czy picie alkoholu, ale nie mam mocy pana Boga, by być wszechobecnym i wszechwiedzącym. Zresztą, nie oszukujmy się, moja córka tym nikogo nie zabija, to nie zbrodnia szkodzić tyko sobie.
Mam rozumieć, że szkoła nie może liczyć na współpracę z panem?
A na czym miałaby ta współpraca polegać? Na zafundowaniu boiska czy pomalowaniu płotu? Od razu uprzedzam, że na pierwsze mnie nie stać, na drugie nie mam czasu, ale rozumiem, że gdy znalazłbym i pieniądze, i czas, to nagle pani przestałaby dostrzegać błędy w zachowaniu mojej córki, i nie wyolbrzymiała ich do rozmiarów działania na szkodę społeczeństwa, prawda? Przecież szkoły publiczne, to jak kościoły, wszyscy macie swój program wyborczy.
Pan nas obraża.
Nawet jeśli, to nienaumyślnie, a już na pewno nie z własnej winy. Porozmawiam z córką… w najbliższym czasie.
Dlaczego nie dziś?
Dziś pracuję.
Dużo pan pracuje?
A pani z policji? Nie wydaje mi się, więc to nie pani sprawa! – uniosłem się. – Pracuję ile trzeba, by spłacać kredyt oraz utrzymać siebie i dziecko.
Może w tym tkwi problem. Z tego co wiem, Zuzannę wychowywali dziadkowie, potem sam dziadek, bo babcia zmarła. Dziecko przeżyło traumę, a pan nawet się nie zjawił na pogrzebie.
Byłem wtedy w Londynie – wyjaśniłem szybko.
Kobieta spojrzała w notatki i kontynuowała wyliczanie mi moich błędów:
A potem pan zamiast zająć się córką, zostawił ją pod opieką nowo poznanej kobiety, by po miesiącu przenieść się do Warszawy, ale tam też zostawił pan córkę pod opieką siostry, bo pana partnerce zawadzała, tak?
Nie i w ogóle skąd ma pani informacje o moim prywatnym życiu?
Od pańskiej córki.
Aha, mogłem się tego spodziewać. – Uśmiechnąłem się, w sposób niezwykle nieprzyjemny, ale starałem się trzymać fason.
To wszystko nieprawda?
Tego nie powiedziałem. Część jest prawdą. Jednak nie życzę sobie, by pani mnie oceniała, nie jesteśmy na kastingu. Wychowuję własne dziecko jak chcę, z kim chcę i gdzie chcę, a szkole nic do tego. Wy się lepiej edukacją zajmijcie, a nie zadajecie pracę domowe, by to rodzice nad nimi ślęczeli. To wam płacą za naukę, dziecka czas po szkole, to powinien być dziecka czas po szkole. Ja pracy do domu też nie zabieram. Do widzenia i proszę mnie więcej nie wzywać, no chyba, że Suzi kogoś zabije, potnie albo wydłubie mu oko. Żegnam. – Wyszedłem i trzasnąłem za sobą drzwiami.
Pierwsze co uczyniłem po wyjściu, to zapaliłem papierosa i odetchnąłem głębiej zimnym powietrzem. Rozejrzałem się dookoła. Kilku uczniów poddawało się tej samej czynności co i ja. Później spojrzałem naprzeciw mnie i usłyszałem znajome:
Cześć Hubert.
Ty, tutaj? – zdziwiłem się, widząc drobną blondynkę, tę kłamczuchę, co posługiwała się nieswoim dowodem. – Jeszcze trochę i pomyślę, że mnie prześladujesz. Pewnie się mścisz, tylko nie za bardzo wiem za co.
Cześć panu – powiedział do mnie chłopczyk, którego trzymała za rękę.
Mówi się „dzień dobry” – poprawiła go.
Oj, już, od razu niech najlepiej mi dziadku mówi – zażartowałem i przykucnąłem przy brzdącu. – Żółwik. – Zderzyłem się swoją pięścią z jego piąstką, po czym wyprostowałem i ponownie zaciągnąłem dymem. – Co ty tu robisz?
Ja… przyniosłam usprawiedliwienie.
Tutaj? Przecież tu nie ma liceum ani podstawówki – zauważyłem i wskazałem dłonią na gmach gimnazjum publicznego.
Tak, wiem, ale mam jeszcze siostrę. Będziemy już szli. Do piątku. – Wyminęła mnie pośpiesznie, a ja wypaliłem do końca, wyrzuciłem niedopałek i wsiadłem na motocykl.
Udałem się od razu do domu, choć z początku miałem w planach, zaraz po wizycie w szkole, wrócić do klubu, a następnie jechać do drugiej pracy.
Jakim prawem opowiadasz jakieś durnej babie o moim prywatnym życiu!?– zacząłem, ledwie po przekroczeniu progu.
Zamknąłem za sobą drzwi, a dziewczyna w dresie, wsparta plecami o futrynę, odpowiedziała:
Matki i ojcowie nie mają prywatnego życia, bo mają dzieci. – Zrobiła balon z gumy do żucia i odwróciła się do mnie plecami. Wbiła wzrok w jakiś teledysk MTV, wyświetlany na czterdziestodwucalowej plazmie.
Być może matki i inni ojcowie nie mają prywatnego życia, ale ja miałem! I swoje brudy prałem w czterech ścianach, a nie szedłem z nimi do ludzi! – Wyminąłem ją, wziąłem pilot z ławy i wyłączyłem telewizor.
Czy to moja wina, że pedagog pytała? Chciała znaleźć przyczynę mojego nieodpowiedniego zachowania. – Zuza, jak gdyby nigdy nic, usiadła sobie na kanapie i ze spokojem zaczęła malować paznokcie.
To po cholerę ciebie o to pytała? Mogła mnie zapytać, od razu wystawiłbym odpowiednią diagnozę.
Jaką? – Spojrzała na mnie i tak jakoś dziwnie się zawiesiła.
Nie lubiłem tego. Nie chciałem, by mi się długo przyglądała, bo wyglądała wtedy jak jej matka, gdy miała do mnie pretensje albo powątpiewała w moje ambicje, działania i plany.
No jaką? – ponowiła pytanie.
A taką, że w życiu nigdy porządnego lania nie dostałaś.
A czy to moja wina, że ty nawet na to nie znalazłeś czasu między pierwszym kieliszkiem a ostatnią butelką?
Nie rozumiem – przyznałem zakłopotany. – Nie wiem czy wiesz, ale inne dzieci, innym rodzicom, wypominają właśnie to, że byli bici, a ty mi wypominasz wręcz odwrotne.
No popatrz, jak to człowiekowi trudno dogodzić – zadrwiła, wstając i zakręcając to kolorowe cholerstwo.
Wpuszczą cię z takimi paznokciami do szkoły? – zapytałem, siadając w wygodnym, choć niskim, fotelu.
Wzruszyła ramionami w odpowiedzi.
Suzi, ja pytam poważnie, bo mi się nie uśmiecha znowu rozbijać dnia, tylko po to, by potem pół godziny słuchać od jakieś obcej baby, jak to ja się nie nadaję na ojca. Przecież sam o tym wiem, że się nie nadaje, więc po co ma mnie ktoś o tym informować? Poza tym, ja jestem za stary aby chodzić na dywaniki do gabinetu dyrektora. – Spuściłem wzrok i zająłem się miętoleniem brzegów koszuli. – Ja wiem, że mnie nie lubisz, nie szanujesz, nie kochasz i nie musisz – zacząłem i dopiero po tej przemowie na nią spojrzałem. – Przemęczmy się tylko jakoś do twojej osiemnastki, postarajmy sobie nawzajem nie zawadzać, a potem opłacę ci studia i wynajmę mieszkanie. Nawet nie będziemy musieli mieć z sobą kontaktu. Tylko mnie nie zadręcz do tego czasu, bo jak padnę na zawał, to już nikt się tobą nie zajmie, bo już nikt cię nie chce, dziewczyno, a w domu dziecka nie byłoby ani MTV, ani nowego smartphone-a. Umowa stoi? – zapytałem, ale ona już w połowie mojego monologu odwróciła się do mnie plecami, tak więc nie miałem pojęcia czy słyszała. – Umowa stoi? Dogadamy się? – powtórzyłem pytanie.
Jasne, tatusiu – odpowiedziała dziwnie zmienionym głosem.
Ale co to, ty płaczesz? – zapytałem zszokowany, odkładając kask na kanapę obok i wstając. – Z jakiego powodu? – dopytywałem i chciałem do niej podejść, ale usłyszałem tylko:
Zostaw mnie.
Potem trzasnęły drzwi jej pokoju.
Wróciłem więc na fotel, włączyłem pilotem telewizor i przewinąłem, by zobaczyć wiadomości, a potem chwyciłem za kask i wyszedłem z mieszkania, krzycząc za sobą:
Będę jakoś po drugiej. Zamów sobie coś na obiad i na kolację też. Słyszysz, mała?! – Nie odpowiedziała, więc wróciłem się i zajrzałem do jej pokoju.
Siedziała przy komputerze i miała słuchawki na uszach. Strąciłem je tak, by zatrzymały się na karku.
Ej, dzidzia, ja mówiłem do ciebie?
Nie mów do mnie dzidzia.
Okay, Suzi. Zamów sobie coś na obiad i na kolację. Postaraj się chociaż odrobić lekcje i nie pal na tarasie, bo sąsiedzi mi skarżą. Maciejewska to już opieką społeczną grozi za ostatnią balangę.
Przecież to była twoja balanga.
Wiem, ale teraz wszyscy musimy przez nią zaciskać pasa, bo na kolejną będę musiał wynająć jakąś salkę albo pokój w hotelu.
A gdy mnie nie było, to nie miałeś takich problemów, prawda?
Ani takich, ani nie musiałem latać do szkoły, ani podpisywać uwag. Trzema słowami, miałem raj na ziemi, ale skoro już tu jesteś, to mi nie utrudniaj. Ja nie wchodzę ci w drogę, ty mi nie wchodź w drogę i jakoś to będzie stykać, byle nie zgrzytało. Do jutra, dzidzia.
Nie mów tak do mnie! – wrzasnęła, ale już nic jej nie odpowiedziałem, bo właśnie wychodziłem i zatrzaskiwałem za sobą drzwi.

piątek, 13 października 2017

#48

Rozdział 4
Kolejne kłamstwo

Wsypywałam płatki do niedużych miseczek, udając jednocześnie, że słucham opowieści mojego młodszego braciszka. Jak nie trudno się domyślić, myślami byłam przy Hubercie. Zaczynałam nosić się z zamiarem odebrania od niego mojej dniówki, ale zaraz, gdy sobie przypominałam, że zapewne będzie mi zadawał niewygodne pytania, mój zamiar przechodził i znikał bezpowrotnie za stalowymi, nie do wyważenia drzwiami. Z drugiej strony, jednak wiedziałam, że kasa, by się przydała, bo nawet Miłoszek zaczął już dopytywać o te swoje strzelające w ustach czekolady.
Zadzwoniła do mnie Sandra, tłumacząc, że Hubert na nią czekał przed klatką schodową i kazał, by mi przypomniała o odebraniu wynagrodzenia. Nawet zażartował, że jeśli Sandra może, to niech mnie przyprowadzi, bo z tego co zdążył zauważyć, jego zdaniem, posiadałam tendencje do gubienia i mylenia dróg.
Bezczel – syknęłam jeszcze do komórki, ale w chwili, gdy blondynka się już rozłączyła, więc z pewnością tego nie słyszała.
Przez tego debila żołądek zacisnął mi się na tyle, że nie byłam w stanie niczego przełknąć. Zrezygnowałam więc z płatków. Stojąc przed lustrem zawieszonym na ścianie i rozczesując włosy szczotką, dotarł do mnie niepodważalny fakt, iż wcześniej czy później, ale w końcu będę zmuszona stanąć z nim twarzą w twarz. Tylko nadal nie wiedziałam co mam mu powiedzieć.
Dobra, nieważne – powiedziałam w myślach sama do siebie. – Co ma być to będzie. Raz kozie śmierć – dodałam i uśmiechając się do Miłosza. Zapytałam brata czy posiedzi kilka chwil sam, przy bajkach.
Zgodził się, ale tylko pod warunkiem, że do tych dwóch czekolad dokupię mu jeszcze jajo Kinder. Przewróciłam oczami, słysząc kolejne żądanie, ale i tak nie miałam innego wyjścia.
Wyszłam z domu i idąc wolnym spacerkiem, ze słuchawkami na uszach, docierałam coraz bliżej miejsca swojej pierwszej w życiu, a już byłej pracy. Zabawne, że nawet trochę żałowałam i nie tylko możliwości zarobku, ale też tamtejszej atmosfery. W ekipie Huberta – sam ich tak nazywał – pracowało mi się niezwykle dobrze, z wyjątkiem poklepywania po pupie przez pana Bezczela. Teraz jednak im bliżej byłam, tym wolniej stąpałam. W końcu dotarłam przed bramę, a następnie pod okratowane drzwi. Na szczęście nie było zamknięte, a krata była tylko tak pozornie zasunięta. Weszłam po cichutku, a potem zastukałam w bar.
Jest tu ktoś? Jesteście!?
Ja jestem – dobiegł mnie głos z jeszcze głębszych podziemi niż te, w których się obecnie znajdowałam.
Spojrzałam w tamtym kierunku. Od razu dostrzegłam Huberta, zmierzającego krętymi schodami do góry. Miał na sobie czarną koszulę z białymi wstawkami, które poprzez niewyłączony ultrafiolet, zdawały się aż bić po oczach jaskrawością. Skoro on tak oślepiał, to znaczyło, że ja już w ogóle, gdyż miałam na sobie białą bluzkę, a kurtka była rozpięta. Hubert musiał broczyć myślami po podobnych szlakach, gdyż pierwsze co zrobił, to wyłączył te efekty świetlne.
Szczerze, sądziłem, że już nie przyjdziesz – powiedział lekko zamyślony. – Już nawet miałem dzisiaj podać twoje pieniądze Sandrze.
Po co?
Nie lubię być nikomu nic dłużny i wisieć w zawieszeniu między niespłaconymi zobowiązaniami – wyjaśnił, mijając mnie. Odwróciłam się, by móc podążać za nim wzrokiem. – Usiądziesz? – zapytał niezwykle sympatycznie. No, przynajmniej jak na niego, to był sympatyczny ton. Wskazał mi dłonią jedną z kanap przy niskich stolikach.
Usiadłam, a on zajął miejsce na pufie obok. Miałam wrażenie, jakby mnie prześwietlał wzrokiem. Nie napawało mnie to odczucie optymizmem.
Milczeliśmy jakiś czas. On wsparł łokcie na kolanach, przez co pochylony był w moim kierunku, a ja z nerwów zaczęłam bawić się palcami, a nawet pociągać za skórki nieznacznie nachodzące na paznokcie.
Okłamałaś mnie, bo...?
Nie mam osiemnastu lat, a bez tego byś mnie nie zatrudnił.
By mnie pan nie zatrudnił – poprawił.
Spojrzałam na niego pytająco, bo przecież sam chciał, bym mu mówiła po imieniu, a teraz nagle zaczął się o to czepiać.
Na „ty” jestem z pracownikami, a ty już tutaj nie pracujesz. Inne małolaty, poza moją firmą, zwracają się do mnie „per pan”. Czyń tak samo – wyjaśnił.
Zagryzłam na dwie sekundy wargi, a potem przytaknęłam słowami:
Jak sobie pan życzy.
Życzyłbym sobie aby mnie nie kłamano, ale na to już chyba za późno. Ile masz lat?
Siedemnaście – skłamałam, bo on już traktował mnie z góry. Nie zniosłabym, gdyby jeszcze miał zacząć traktować mnie jak dzieciaka, którym zresztą nie byłam od chwili pojawienia się w moim życiorysie naprawdę dorosłych problemów, czyli od dnia, który był tak dawno, że nawet go nie pamiętałam.
Hubert potarł dłonią brodę, policzek i pociągnął nieco za swoje włosy, wplatając w nie długie palce. Nie miał już plastra na żadnym z paznokci. Wszystkie natomiast były równo przycięte, niezwykle czyste i zdawały się być wygładzone przy użyciu specjalnego pilniczka.
Skąd pomysł, by w tak młodym wieku podjąć pracę? – zapytał wprost, ale uczynił to z taką niezwykłą, jak na niego, delikatnością.
I wtedy przyszedł mi do głowy pewien pomysł. Postanowiłam powiedzieć Hubertowi półprawdę i tym sposobem spróbować zachować pracę.
W domu krucho z kasą.
A tak, kasa. – Chyba sobie dopiero przypomniał o moim wynagrodzeniu, gdyż wstał, wyjął portfel z tylnej kieszeni dżinsów i rzucił na blat stolika dwa banknoty w nominałach pięćdziesięciu złotych. Ponownie zajął miejsce i wskazał oczami oraz ruchem brwi na pieniądze
Dziękuję.
Nie masz za co, zarobiłaś uczciwie, w końcu nie na kradzieży, ale skoro brakuje ci tylko kilku miesięcy do osiemnastu lat, to wcale nie musiałaś mnie kłamać – wyjaśnił.
Jak to nie?
Polskie prawo daje możliwość zatrudniania nieletnich na specjalnych, ale nieskomplikowanych zasadach.
Nawet w klubie nocnym? – zdziwiłam się.
Nawet. Polskie prawo ma wiele luk. W klubie nocnym może spać nawet dziecko tancerki, pod warunkiem, że nie znajduje się na sali, tylko w jednym z pomieszczeń gospodarczych przeznaczonych dla szefa i personelu. Praca dzieci w Polsce jest legalna, dlatego mamy ochotnicze hufce pracy i praktyki zawodowe.
Czyli mogłabym tu dalej pracować? – zapytałam z nadzieją w głosie.
Tego nie powiedziałem. – Rzucił mi groźne spojrzenie. – Mogłabyś, gdybyś mnie nie okłamała.
No, ale już ciebie… pana nie okłamię. Proszę dać mi szansę, ja naprawdę jestem w trudnej sytuacji.
Uśmiechnął się do mnie delikatnie, a potem odwrócił głowę w bok, w chwili, gdy jego uśmiech się poszerzył.
Dobrze, zaufam, ostatni raz, ale na jutro przynieś mi jakiś dowód swojej tożsamości.
Nie mam dowodu, jestem nieletnia – przypomniałam.
Sama legitymacja mi starczy – stwierdził, wstając. Pożegnał się i wskazał wyjście. Ponownie znalazł się przy tych zakręconych schodach. Zmierzał nimi aż na sam dół.
Dziękować! – krzyknęłam za nim.
Prosić bardzo! – odkrzyknął i choć nie było go już widać, to echo jego donośnego głosu rozeszło się po całym pomieszczeniu i odbiło od ścian oraz pustych szklanek i kieliszków.
Musiałam przyznać, że tego, właściwie pierwszego razu, gdy byliśmy sam na sam, bez obecności osób trzecich i przypadkowych gapiów, to Hubert zachowywał się nawet normalnie i zdawał się być mniej bezczelny. Było to dla mnie niezwykle dziwne doświadczenie, bo nigdy wcześniej nie spotkałam tak zmiennego człowieka. Zastanawiałam się, która z jego twarzy to poza albo czy w ogóle pokazał mi swoją prawdziwą twarz, bo być może obie były odgrywaną rolą, jakby znajdował się na deskach teatru. Tyle, że ta scena zwała się „Życie” i niemożliwym było narzucanie poprawek do jego scenariusza oraz duble w razie pomyłki.

#47

Rozdział 3
Podwózka po prawdę

Noc w klubie była tak zajmująca, że gdy już wszyscy wyszli, a my – pracownicy i szef – zostaliśmy sami, to każdy, bez wyjątku, padł na kanapy w lożach albo krzesła i położył głowę na stole, ewentualnie odchylił ją do tyłu.
Nóg nie czuję – zawodziła jedna z tancerek, prosząc kogoś, by kopsnął jej zimne piwo z lodówki.
Patryk jej je podał. On był chyba jedynym, takim pomocnym człowiekiem w tym miejscu. Takim co to zawsze wszystkim chce dogodzić, choć na pierwszy rzut oka wcale tak nie wyglądał.
Dobra, odpoczynek był, a teraz ekipo… – Hubert wstał, przeniósł się ponownie za bar i zaczął napełniać szampanem kieliszki do połowy.
Patryk mu pomógł je porozdawać.
Za pierwszy dzień pracy, za otwarcie i za mój sukces. W końcu tak długo jak mi będzie się powodziło, wy będziecie zarabiać. – Uśmiechnął się szeroko, ale tylko na krótką chwilę.
Hubert stuknął kieliszkiem o kieliszki dwóch dziewczyn, które miał najbliżej, a potem zbliżył brzeg swojego do ust. Przechylił, ale płynu nie ubyło. Zastanawiałam się czy naprawdę jest abstynentem. Szczerze, to nie wyglądał na takiego co wylewa za kołnierz. Doszłam więc do wnioski, że pewnie odmówił sam sobie, bo prowadził.
To zbieramy się i zamykamy. Ekipa sprzątająca ma klucze. Sandra… Sandra! Ej. – Zaczął pstrykać palcami przed moją twarzą.
Dopiero wtedy przypomniałam sobie, że ja mam przecież od niedawna inne imię.
Tak, słucham? – dopytywałam.
No, proszę, proszę. Gdy wspólnie staliśmy za barem, to zarzuciłaś mi, że do każdej z was mówię dzidzia i mała, bo jestem za głupi, by spamiętać tyle imion.
Tam nie było głupi, tam było co innego, ale właściwie to chyba głupi jest mniej obraźliwe, więc niech pan już przy tym głupim zostanie – bełkotałam niczym pijana ze zmęczenia, odkładając jednocześnie pełen kieliszek na niski stolik. – No, ale chyba nie chce mnie pan zwolnić za taką głupotę, prawda?
Hubert się zaśmiał, kilka osób z towarzystwa też. Jakaś skąpo ubrana dama, zawieszając mu się od tyłu na ramionach, wyjaśniła, że szef nie jest obrażalski, tylko zazwyczaj sprawia takie pierwsze, złe wrażenie.
Ale ciebie zwolnię, Sandra – powiedział nagle.
Wystraszył mnie śmiertelnie. Już się miałam zapytać za co i zacząć go przepraszać, ale mnie ubiegł.
Obrażę się i cię zwolnię, jeśli dalej będziesz mi mówiła na pan. A teraz, chciałem ci po prostu oddać dowód i cię podwieźć. Wyczytałem z niego, że jesteśmy sąsiadami.
Wyciągnął z kieszeni, nierówno zapiętej koszuli w kratę, ten kawałek plastiku, a ja sięgnęłam po niego drżącymi dłońmi i pewnie nawet też pobladłam. Ja wiedziałam, że to miasto do największych nie należało, ale nie było znowuż tak cholernie małe, by się dupa o dupę ocierała. Czemu on akurat musiał być moim sąsiadem!? Co jak mój brat się z nim nie polubi? Albo co gorsza – zaznajomi? O cholera, przecież ja miałam nie swój dowód! To znaczyło, że nie moim sąsiadem był Hubert, a Sandry, a to jeszcze gorzej. W efekcie tego, w planach miał wywieźć mnie na drugi koniec miasta, skąd miałam daleko do domu. No pięknie! Że też zawsze ja musiałam mieć takiego pecha, no ale odmówić mu nie mogłam, bo zapewne zapytałby o powód, a ja nie miałam żadnej dobrej wymówki. Gdy wyszliśmy wspólnie na zewnątrz, wymówka się znalazła. Hubert zapiął swoją skórzaną kurtkę, a zaraz potem podał mi kask.
Ale ja nie jeżdżę motorem, zwłaszcza zimą i zwłaszcza z obcymi – usiłowałam się wykręcić.
Szatyn pogładził się wierzchem dłoni po nieco siwiejącej już brodzie, co właściwie dodawało mu nie tylko lat, ale także uroku.
Co to za głupie zasady? – zapytał i znowu uśmiechnął się tak szeroko, że było widać boczne kiełki oraz dołeczki w policzkach. – Będzie mi głupio odjechać, jeśli i tak mam cię po drodze. Tak, wiem co chcesz powiedzieć, są taksówki, ale kursy nocne są drogie, czyli całkowicie nieopłacane, a autobusy zaczną kursować dopiero za jakieś… – Spojrzał na ten swój złoty zegarek i wyczytał z niego, że najbliższy autobus będzie za dwie godziny.
Dam sobie radę, umiem sobie radzić.
W to nie wątpię. Wyglądasz na odważną dziewczynkę. Nie uwierzę, że lękasz się dwuśladu. Już prędzej mnie. – Puścił do mnie oczko.
Dopiero wtedy dostrzegłam, że stoimy sami na tym niewielkim, podwórkowym parkingu. Wszyscy się już rozeszli do swoich domów.
Twoje niedoczekanie – syknęłam w myślach. – Ja się niczego nie boję – dodałam, by przekonać samą siebie do tego kłamstwa, a potem przejęłam od niego kask i wcisnęłam na swoją głowę, czując, że strasznie rozwali mi to cholerstwo fryzurę.
Jeszcze trzeba zapiać. – Pochylił się i zaczął operować przy tych linkach i blokadzie, unosząc przy tym nieco mój podbródek do góry.
Był stanowczo za blisko, na tyle blisko, że czułam miętowy posmak tytoniu wydobywający się z jego ust, chociaż nie zauważyłam wcześniej, by palił. Poczułam nawet kompozycje lilii i jaśminu, zapewne był to zapach płynu do płukania, który dodawał do prania.
Hubert wsiadł pierwszy, a potem strącił motocykl z nóżki. Zaprosił mnie na tył i kazał siebie mocno objąć w pasie. Poinstruował też, gdzie mam położyć stopy, by nie wkręcić ich w koło, ani nie oparzyć o rurę, chyba wydechową – niedosłyszałam dokładnie. W końcu ruszyliśmy dwuśladem po śliskich od pory roku i pustych od pory nocy ulicach.
Droga jakoś nam minęła. Właściwie to mnie zleciała jak z bicza strzelił. Sądziłam, że szef odstawi mnie na jakiś parking albo najbliższy przystanek, ale nie, że zechce mi towarzyszyć do samej klatki schodowej. Nie wiedziałam jakim sposobem mam się go pozbyć, bo co niby miałam powiedzieć: Idź sobie już facet?
To nie ta klatka – poinformował mnie, ale prędzej to on mnie zmylił.
Cwaniak jeden, dobrze znał tę okolicę. Za to ja nie znałam jej prawie wcale.
To wina zmęczenia – usprawiedliwiłam się i zmierzyłam do środkowej klatki schodowej.
Oby to było zmęczenie. Przykre to by było, gdybyś się tak gubiła i nie odnajdywała każdego dnia bez powodu. To też nie ta klatka. – Oparł się perfidnie dłonią o drzwi i wskazał ruchem brwi ostatnią. – Tamta? – zapytał bezczelnie.
Ach, tak, wybacz, tu moja babcia mieszka i…
A jak się nazywa? – dopytywał.
A co go to, kurwa, obchodziło? Dobra, nieważne. Zaczęłam na szybko szukać wzrokiem domofonu, ale jak na złość, nowocześni mieszkańcy mieli wypisane tylko numery mieszkań, bez nazwisk. Wymyśliłam więc jakieś pierwsze lepsze nazwisko na poczekaniu.
To babcia od strony mamy czy taty?
Ojca.
I nie nosicie tego samego nazwiska? – zdziwił się.
Wyszła drugi raz za mąż – brnęłam w to dalej, chociaż on uśmiechem i taką rozbujaną postawą już zdradzał, że jeśli nie zna prawdy, to przynajmniej się jej domyśla.
W co ty grasz? – zapytał wprost.
W nic, mówię prawdę.
Kłamiesz jak z nut, tyle, że bez nut, bo tak niewiarygodnie, że śpiewnika z pewnością z sobą nie zabrałaś. – Splótł ręce na piersi i oparł się plecami o drzwi. Następnie od nich odbił. – Albo dobra, skoro mówisz prawdę, to odstawię cię pod same drzwi Kasprzyków. Tak na wypadek obyś się nie zgubiła na schodach ani nie pomyliła pięter.
Bardzo zabawne – cisnęło mi się na język, a dłoń aż mnie swędziała na samą myśl spoliczkowania tego wstrętnego i bezczelnego typa.
Grałam jednak twardą i pewnie wcisnęłam numer z dowodu na domofonie. Czułam, że jeśli odbierze matka albo ojciec Sandry, to mnie zabiją, że budzę ich o czwartej rano. Na szczęście słuchawkę podniosła Sandra.
Cześć Sandra, to ja Sandra, wpuść mnie do domu – palnęłam przez zmęczenie, a Hubert się zaśmiał w głos.
Jaka Sandra i jakiego domu? – zapytała ta plastik idiotka, która zaraz po przebudzeniu była najwidoczniej jeszcze mniej kumata niż zazwyczaj.
No to teraz się będziesz tłumaczyć, księżniczko – zapowiedział Hubert i już przekładał oba kaski do jednej ręki.
Ledwie zdążył złapać mnie za ramię, a Sandra mu przeszkodziła, zjawiając się w za dużym szlafroku, chyba należącym do jej ojca.
Ooo, to teraz mam pod ręką zakłamaną księżniczkę i śpiącą królewnę. Aż nie wiem, którą pierwszą wziąć w obroty. Cholernie trudny dylemat. Któraś mi coś sama wyjaśni?
To mój szef – poinformowałam Sandrę.
Uroczy – stwierdziła i na moment obrzuciła Huberta spojrzeniem. – Obudziłeś mnie pan.
Wyście mnie okłamały. Po co się pytam!? – Tym razem już się ironicznie nie uśmiechał. Nawet się nieznacznie uniósł.
Ja spojrzałam na Sandrę, Sandra na mnie. Nie wiedziałam co powiedzieć. Na szczęście to ona wymyśliła dobrą wymówkę.
Majka jest ode mnie z klasy. Brakuje jej tylko kilku miesięcy do osiemnastki.
Hubert oparł się o drzwi i nerwowo poruszył szczęką.
Nie można było tak od razu? – zapytał.
Nie zatrudniłbyś mnie.
Oczywiście, że nie, ale to nie był powód, by kłamać.
Miałam nóż na gardle – odparłam z wyraźną desperacją w głosie, choć bardzo chciałam brzmieć pewnie i dumnie.
A co, dilerzy ścigają za towar?
To już był chyba trzeci raz, jak zarzucił mi, że coś biorę i ponownie miałam nieodpartą ochotę go uderzyć. Gdyby tylko był o głowę niższy i o jakieś dwadzieścia kilo lżejszy, to z pewnością bym się nie zawahała i wymierzyła mu nie jeden, a dwa, a być może nawet i trzy siarczyste policzki.
Dobra, nie ważne, nie zrozumiesz.
Zadbaj o to bym zrozumiał – warknął przez zęby. – Do jutra masz czas. Rano masz się zjawić i mi to wszystko wyjaśnić. Przy okazji odbierzesz swoje wynagrodzenie. Wypłacę ci za ten jeden dzień, chociaż nie powinienem, przynajmniej wtedy miałabyś nauczkę, że kłamstwo nie popłaca. Trzymaj. – Wcisnął mi ponownie kask w dłonie. – No to dokąd teraz mam cię odwieźć?
Nie musisz…
Nie dyskutuj ze mną! Dokąd? – zapytał tonem nieznoszącym sprzeciwu i wbił we mnie jedno z najbardziej morderczych spojrzeń jakie w życiu widziałam.
Podałam mu nazwę ulicy, choć w sumie wstyd mi było się przyznać, że mieszkam tam, gdzie postawili mieszkania socjalne dla ubogich.
Wiem gdzie to jest – syknął.
Pożegnaliśmy się z Sandrą i ruszyliśmy na parking, gdzie Hubert wcześniej pozostawił swój motocykl.
Nie zapomnij zapiąć kasku i trzymaj się tak jak wtedy – poinstruował mnie i założył swój kask na głowę.
Teraz już rozumiałam dlaczego zawsze miał taką fryzurę w nieładzie, jakby się właściwie wcale nie czesał, tylko po umyciu głowy, osuszał włosy ręcznikiem, czochrając je przy tym jeszcze bardziej.

#46

Rozdział 2
Nowa i Bezczel

W minutę nauczyłam się jak działa nalewak i jak z niego korzystać, by nie robić za dużej piany. Wystarczyło lać po ściance. Dowiedziałam się, gdzie jest szatnia pracownicza i że tam mogę zostawiać kurtkę oraz inne swoje rzeczy, które mogłyby mnie w pracy rozpraszać, a potem jeszcze raz w zasięgu mojego wzroku pojawił się Bezczel – mój szef. Musiałam przestać go w myślach nazywać bezczelnym, bo jeszcze znając siebie i moje gadulstwo mogło mi się to wysmyknąć w najmniej odpowiednim momencie. Jednak co ja mogłam poradzić na to, że ten typek naprawdę sobie stanowczo na za dużo pozwalał? Zaczęłam się nawet zastanawiać czy wszyscy szefowie są tacy i chyba też zaczynałam rozumieć swojego starszego o siedem lat brata – Michała, że nienawidził chodzić do pracy i co rano przeklinał, gdy miał do niej wychodzić.
Stałam jak wryta, słysząc jak ten typek się wydzierał na jedną z tancerek, a potem do drugiej sztucznie pieszczotliwym głosem mówił:
Dzidzia, brawo i to mi się właśnie podoba. – Odwrócił się na pięcie, ale w rytm wygrywanej z głośników muzyki, jakby tańczył. Podszedł do baru, zasiadł na wysokim hokerze i rzucił telefon przed siebie, tak, że o mało co nie wpadł mi do kufla, ale Patryk w odpowiedniej chwili go zahamował.
Ale szef dziś wkurzony – zagadnął brunet w obcisłej, turkusowej koszulce.
Też byłbyś wkurzony, gdybyś prosił o sto kieliszków, a otrzymał dziesięć. Na dodatek ta gówniara… – Nerwowo poruszył otwartą do granic możliwości dłonią.
Przez chwilę się wystraszyłam, że może chodzić mu o mnie.
Po prostu tylko o kolano nią – dopowiedział, uderzając samego siebie w udo.
Nie czasem przez kolano? – dopytywał Patryk z lekkim uśmieszkiem.
Za włosy i o kolano miałem na myśli – wyjaśnił. – Na przez kolano jest za duża. A ty co się tak patrzysz? – warknął na mnie. – Piwa bym się, Dzidzia, napił. Pokaż co potrafisz.
No nie, jeszcze egzamin – pomyślałam. Nie dość, że mnie w szkole ciągle przepytywali i maglowali, i to znacznie gorzej niż psy przestępców na przesłuchaniu, to teraz jeszcze ten Bezczel... Dłonie mi się trzęsły jak cholera, gdy sięgałam po wysoką szklankę. Podłożyłam ją pod nalewak, ten z którego uczył mnie lać Patryk, ale czując na sobie czujne spojrzenie ich obydwóch, zapytałam:
Jakie pan pije?
Oboje się zaśmiali, a ja nie wiedziałam z czego im tak wesoło, przecież moim zdaniem wszystko zrobiłam tak jak należało. Może niedoskonale, nieidealnie, ale poprawnie. Spojrzałam najpierw na jednego, a potem na drugiego i choć Bezczel był przystojniejszy, i miał fajnie rozczochrane włosy, to na niemal łysego Patryka patrzyło mi się znacznie przyjemniej.
Przepraszam, ale z czego się śmiejecie? – zapytałam, bo tak głupio, gdy się wkoło wszyscy cieszą, a najbardziej zainteresowany nie wie co uczynił takiego zabawnego.
Szef nie pije żadnego – wyjaśnił Patryk.
Ale sam prosił.
Chciałem zobaczyć jak nalewasz, młoda.
Zawsze mógł pan prosić o cole, skoro pan prowadzi – burknęłam pod nosem.
Znowu się ze mnie zaśmiał, kretyn jeden. No, ale przynajmniej miał ładny uśmiech, bo gdy był szeroki, to widoczne były nawet te boczne zęby, zwane wampirkami.
Nie, nie prowadzę. Znaczy prowadzę, ale akurat nie dziś. Ogólnie nie piję, dzidzia. – Puścił do mnie oczko i poprawił się na tym wysokim krześle. Uniósł głowę do góry, jak jakiś wielce wyniosły pan albo hrabia. – Ale nalej Patrykowi, zobaczymy czy w ogóle potrafisz. – Jego spojrzenie było jak wyzwanie i nadal równie groźne jak wtedy, gdy pierwszy raz zwróciłam na nie uwagę.
Ja prowadzę – powiedział pośpiesznie brunet.
To nalej sobie – zaproponował albo raczej pozwolił mi skosztować.
Ja nie piję – szybko rzuciłam.
To co? Zamiast kółka różańcowego, myśmy koło abstynentów stworzyli. Trójkąt, to by nam nie wszedł, bo gdzie tak na trzeźwego, nie? – zapytał i ponownie tego dnia puścił do mnie oczko.
Peszył mnie, wręcz onieśmielał.
Patrz, Patryku, jak się zdrygała. Słodziutka jest, taka ugrzeczniona. – Wyszczerzył zęby w uśmiechu i zamlaskał jakby żuł gumę. – Dobra, zaryzykuję w ciemno. Przyjdziesz w piątek do pracy, podpiszemy próbną umowę, na jakieś… siedem dni, może dwa tygodnie. Tylko się jakoś natapiruj, na ostro zrób. Wiesz, na taką żyletę? Musisz charakternie do miejsca pasować.
Nie zdążyłam mu nawet podziękować za zatrudnienie ani nic odpowiedzieć, a jego już nie było. Patryk także zaraz zniknął, bo zauważył, że jego szef, a za niedługo także i mój szef, nie wziął telefonu. Wybiegł więc za nim, by mu go oddać. Potem jednak wrócił i się pożegnał. Uczynił to nawet serdecznie, całusem w policzek. Po dżentelmeńsku odprowadził mnie do wyjścia, a nawet zapytał czy wezwać taksówkę. Odmówiłam, w sumie nawet nie miałabym za co opłacić kursu do domu.
Na dworze było już naprawdę ciemno i zaczynało robić się cholernie zimno. Zaczęłam więc mocować się z zamkiem w kurtce, ale zaciął się już na dobre. Cóż, za pierwszą wypłatę przyjdzie mi kupić jakiś płaszczyk. W sumie już miałam jeden upatrzony, bardzo mi się podobał. Problemem jednak było to, że jeszcze nie wiedziałam ile będę zarabiała. Bardzo mnie to ciekawiło.
Przez to całe podekscytowanie nowym zatrudnieniem, nie zauważyłam, że było już tak późno. Zimą zawsze szybciej robiło się ciemniej, więc dopiero zegarek umiejscowiony na wieży jednego z kościołów, raczył mnie poinformować, która godzina. Zerknęłam na swój telefon komórkowy, oczywiście bateria padła, jak zwykle w nieodpowiednim momencie! Ja to jednak mam szczęście w nieszczęściu albo raczej w tym przypadku nieszczęście w szczęściu.
Wróciłam do domu, szczerze licząc na to, że Michała jeszcze w nim nie ma, że zastanę tylko Miłosza zajętego bajkami albo jakąś inna zabawą.
Gdzieś ty była!? – usłyszałam, zanim zdążyłam rozsznurować adidasy. A zanim je zdjęłam, Michał już stał nade mną i się roztrząsał na temat „ile to razy ja, do kurwy nędzy, do ciebie dzwoniłem?”
Uspokój się – odpowiedziałam cicho, chcąc go wyminąć.
Po co ci, kurwa, telefon, jak widocznie jesteś za głupia aby z niego korzystać!?
Rozładował się!
Czyli jesteś za głupia, by pomyśleć, by go naładować! Jeszcze, kurwa, lepiej. Jeden leje w gacie w nocy, jakby miał trzy lata, a druga szlaja się Bóg wie gdzie, do dwudziestej drugiej!
Przestań się na mnie wyżywać!
Ja się, kurwa, wyżywam!? Ja sobie żyły wypluwam po to byś ty i Miłosz mieli co jeść i w co się ubrać, a ty nawet nie możesz go przypilnować do kiedy nie wrócę!
Żyły się wypruwa – poprawiłam go.
W efekcie spojrzał na mnie takim wzrokiem, jakby był gotów zamordować gołymi rękoma. Chciałam go wyminąć, ale zagrodził mi drogę swoją ręką i złapał za ramię.
Gdzie byłaś?
Puść mnie – zażądałam.
Gdzie, kurwa, byłaś, się pytam? – Szarpnął mną tak, że gdyby mnie nie trzymał, to z pewnością poleciałabym do tyłu.
U Weroniki! – odkrzyknęłam.
Nie kłam, dzwoniłem tam!
I gdzie jeszcze dzwoniłeś, co!? Nie jestem małym dzieckiem. Skończ mnie pilnować, nie musisz! I puść, bo to boli.
Zwolnił uścisk, poruszył nerwowo szczęką, odwrócił się na pięcie, zdjął kurtkę z wieszaka, zarzucił ja na grzbiet i wyszedł. Drzwi za nim trzasnęły, jak zwykle, gdy był w stanie wzburzenia albo nawet i wrzenia. Ta sytuacja nauczyła mnie jednego – by na przyszłość informować Weronikę, że ma blefować.
Na drugi dzień poszłam do szkoły, jak gdyby nigdy nic. Wyjątkowo tego dnia się wyspałam. Byliśmy zwolnieni z dwóch pierwszych W–F–ów, a Michał miał wolne, więc to on odprowadził Miłosza do szkoły. Będąc już na miejscu, dowiedziałam się od tej Nowej, że trzeciej lekcji też nie mamy, bo biologica miała wypadek. Cudownie, czyli mogłam spać godzinę dłużej, ale przecież wypadku nikt nie mógł przewidzieć, więc nie mogli nas o tym poinformować poprzedniego dnia.
Idę zapalić, idziesz ze mną? – zapytała.
Nie palę – przypomniałam.
Wiem, ale dla towarzystwa. – Zdjęła przeciwsłoneczne okulary i włożyła je do kieszeni kurtki. Z drugiej kieszeni wyjęła paczkę papierosów bez banderoli. – Ukraińskie, kręcone, mocniejsze niż ten szit w sklepach – pochwaliła się swoim nabytkiem.
Dopiero kiedy odpalała, zauważyłam, że ma mocno zasiniony policzek w okolicy oka. Nawet tona fluidu i mocne cienie oraz róże i bronzery nie dały rady zakryć tego śladu.
Co ci się stało? – wskazałam palcem na swój policzek.
A co cię to, kurwa, obchodzi!? – warknęła, przestępując z nogi na nogę. Czyniła tak, bo chyba było jej zimno. – Żartowałam, nie spinaj się tak. Nie drygaj! Ojciec się wkurwił.
Ojciec… twój?
Nie, kurwa, psa sąsiada – odpowiedziała poprzez śmiech. – Nie ma się co łamać, do wesela się zagoi. Na pewno nie chcesz?
Pokręciłam głową na widok wyciągniętego w moją stronę papierosa.
Nawet bucha? – dopytywała, zaciągając się mocno tym trującym smrodem do płuc.
Nie, nawet. Nie palę. Nie chcę zaczynać. Boje się, że się uzależnię.
Od jednego razu się nie uzależnisz. Ale jak tam chcesz. – Znowu wzruszyła ramionami i zaczęła przestępować z nogi na nogę, uderzając co jakiś czas butem o but, by strzepać z nich śnieg.
Przeprowadziłaś się z Warszawy, nie?
Taaa. Teraz rozumiesz mój ból, z wielkiego miasta, do tej dziury. Starszy chce tu rozkręcić interes. W Warszawie poszedł ze wspólnikiem na pięści i… tamten, niestety, wylądował na OIOM–ie.
Niebezpiecznego masz ojca – skwitowałam.
Tylko dla tych, którzy z nim zadrą. Dziadek, który już zresztą nie żyje, mówi, że jak moja matka żyła, to staruszek był inny, ale po jej śmierci mu na dekiel odwaliło. Dużo chlał i nie chciał nawet na mnie patrzeć.
Moi rodzice też pili, ale z patrzeniem nie mieli problemów. Na wzrok im nie padło.
Mój starszy już nie pije, przeszło mu. Wyleczył się, ale do patrzenia na mnie nadal się zmusza, widzę to.
Czym mu zawiniłaś?
Zabiłam matkę, gdy się rodziłam. Tylko tyle albo, aż tyle. – Wyrzuciła niedopałek i przydepnęła butem. – Idziesz? – zapytała, postępując już do przodu, w kierunku bramy prowadzącej na boisko szkolne.
Dopiero po chwili się otrząsnęłam i poczłapałam za nią. Jej wyznanie mnie zwyczajnie zszokowało.
Jeszcze w szkole odczytałam SMS-a, że to Michał odbierze Miłosza, ale prosi, a właściwie to żąda abym nie zbaczała z kursu i od razu z budy wróciła do domu. Tam, o dziwo, nie czekał mnie opieprz, a miła niespodzianka. Dwie duże pizze na stole.
Siadaj i jedz – powiedział do mnie. O wczorajszej aferze nie było już nawet słowa. Nie przepraszał, przynajmniej nie wprost, bo Michał tak nie potrafił, ale już sam gest zorganizowania obiadu to, jak na niego, było naprawdę wiele.
Mój brat pochwalił się jeszcze niewielką podwyżką i fuchą jaką dostał na weekend. Z jednej strony zepsuł mi tym plany, bo nie miał kto pilnować Miłosza, gdy ja będę w pracy, z drugiej strony mogłam wyjść niezauważona i wrócić, o której chciałam, bo jego i tak nie będzie w domu. Cóż, postanowiłam, że jakoś to zorganizuje. Na wszelki wypadek, zawsze miałam sympatyczną panią starszą piętro niżej, która z niczym, by mnie nigdy nie wydała, a Miłosz to za dużą, strzelającą w ustach czekoladę był w stanie wmówić niemal każdemu, że widział święte, latające krowy, a za drugą, taką samą tabliczkę, bez zbędnych pytań, sam zaczynał w to wierzyć.
W piątek wszystko udało mi się załatwić jak należy i dopiąć na ostatni guzik. Skórzaną kurtkę pożyczyłam od Weroniki i ubrana w krótkie spodenki, długie kozaczki i bluzkę z dekoltem, wkroczyłam do klubu, niczym taka rasowa dżaga, choć przyznaję, że nie byłam osobą pewną siebie. Właściwie, to krępowała mnie taka nagość i te wszystkie spojrzenia tych zapijaczonych klientów, chcących jeszcze jedną setę albo jeszcze jedno piwko.
No proszę, a jednak sobie radzisz – pochwalił szef, podczas, gdy ja jedną ręką trzymałam szklankę nad automatycznym nalewakiem, a drugą szykowałam kieliszki dla dwóch nowoprzybyłych gości. – Tak trzymaj – dodał, klepiąc mnie w tyłek.
Spojrzałam się na niego oburzona, a on puścił do mnie oczko. Uśmiechnęłam się, bo nie chciałam stracić tej pracy, właściwie, to nie mogłam sobie pozwolić na jej utratę. Jednak poprzysięgłam samej sobie, że jak jeszcze raz tak zrobi, to go poproszę, by przestał tak czynić, a jak nie przestanie, to mu powiem do słuchu. Chciałam mu tak nawciskać, by mu w pięty poszło i to tak bardzo, że dzięki temu stanie się wyższy. Chociaż musiałam przyznać, że i tak był wysoki albo raczej miał, jak na faceta, bardzo długie nogi.
Panienko, piwko panienka przelewa – zauważył jeden pijaczek przy barze.
Oj przepraszam, przepraszam, zaraz podam.
Przetarłam szklankę papierową serwetką, położyłam przed nim nową, tekturową podstawkę, bo starą już zdążył ukraść, a następnie postawiłam na tej podstawce wysoką szklankę, pełną po sam brzeg. Chciałam chwycić za butelkę i napełnić kieliszki, jednocześnie krzycząc do Patryka pytanie ile ma pan w czerwonej bluzce na rachunku, ale kładąc dłoń na butelce, poczułam dziwne ciepło. To szef obejmował jej szyjkę. Głos ugrzązł mi w gardle.
Ja napełnię. Idź do tamtego. – Wskazał brwiami, w którym kierunku mam się udać.
Jak pan każe, w końcu pan tu jest szefem.
Hubert. Staro się czuję, gdy pracownicy nie mówią mi po imieniu.
Jasne, a więc jak Hubert każe.
To prawie jak Simon mówi. – Puścił do mnie oczko.
Odwróciłam się, by udać się na przeciwległy brzeg baru, a ten Bezczel ponownie klepnął mnie w tyłek. No, tym razem miał szczęście, bo nie miałam czasu, by mu porządnie nagadać, a tak byle jak, to nie miało najmniejszego sensu. Oczywiście, takie tłumaczenia, głosiłam sama przed sobą, by samej sobie zamydlić oczyska złudzeniami. W rzeczywistości, to bałam się mu nagadać, był taki duży i nadal miał to groźne spojrzenie z morderczym błyskiem w prawym oku. Takich olbrzymów naprawdę niełatwo się opieprzało, a już na pewno nie było to czymś bezpiecznym, a ja z natury byłam ostrożna i wolałam unikać niebezpieczeństw.

środa, 11 października 2017

#45

Rozdział 1
Mam pracę!

Uspokojenie Miłosza zajęło mi cały wieczór. Nie rozumiałam po co takie baby przychodzą, przecież zazwyczaj nic dobrego z ich wizyt nie wynika. Michał się tylko potem wkurza, Miłosz płacze, a ja… a ja się martwię co będzie dalej. Zauważyłam dziwną zależność, że pracownicy socjalni, zazwyczaj wynajdują problemy tam, gdzie ich nie ma albo gdzie nie są one aż tak ogromne, by interweniować, a tam gdzie naprawdę byłaby potrzebna ich pomoc, jakoś nigdy ich nie ma albo docierają za późno. Z wiekiem zaczęłam uważać, że tego typu instytucje powstały po to, by utrudnić życie normalnym ludziom i ułatwić je patologii – przykre stwierdzenie i być może z mojej strony na wyrost, ale byłam pewna, że w najbliższym czasie z pewnością nie zmienię tego zdania.
Po cholerę ją wpuszczałaś? – powiedział Michał, po raz chyba już piąty, to samo zdanie.
Sama weszła, poza tym skończ już, już to słyszałam.
To się drzwi, kurwa, zamyka!
Nie krzycz na mnie.
To rób, choć raz, to co mówię! Ale nie, bo ty zawsze musisz po swojemu – zarzucił mi i wzruszył przy tym niedbale ramionami. Chodził od ściany do ściany, nerwowo, intensywnie.
Przecież i tak byś się w końcu musiał z nią spotkać! – odkrzyknęłam, wstając i zasuwając za sobą krzesło z hukiem.
Lepiej później, niż wcześniej. Jakbym trochę ogarnął. Pogadałbym z szefem o kasie na kredyt, zrobił kuchnie, prysznic, cokolwiek. Przecież ja tylko nie chcę, by was zabrali. – Miał takie dziwne spojrzenie, gdy to mówił. Te iskierki pełne jakby nadziei albo pełne zmartwień i mrzonek.
Pomimo wszystko nie miałam zamiaru się nad nim litować. Wkurzał mnie od zawsze, a ostatnim czasem, to wkurzał mnie niemiłosiernie, jak jeszcze nigdy wcześniej.
Nie chcesz żeby nas zabrali i unikasz wizyt socjalnych? Gratuluję metody, bo jest wyjątkowo nieskuteczna – syknęłam, wrzucając piórnik do plecaka.
Pakujesz się już do szkoły? Jest jutro dopiero drugi.
Przewróciłam oczami, nawet mu nie odpowiedziałam. Miałam go serdecznie dość. Zresztą on mnie chyba też, bo zajął się laptopem. Nie wiem czy oglądał na nim mecz, czy grał w jedną z tych debilnych gier RPG i szczerze, zupełnie mnie to nie obchodziło. Najważniejsze było dla mnie to, że dał mi święty spokój.
Weekend jakoś nam zleciał bez większych spin, ale to tylko dlatego, że Michał większość tego czasu był nieobecny. Poszedł na jakąś fuchę, wrócił po jednym czy dwóch piwach. Niby nic wielkiego, ale demony z dzieciństwa gdzieś tam w środku wciąż mnie męczyły i wzbudzały niepokój, że Misiek, przez swoje uwielbienie do goryczy z białą pianką, skończy tak jak ojciec albo co gorsza – tak jak matka.
Ledwie nastał poniedziałek, pierwsza lekcja, którą była oczywiście chemia, a ta ruda suka zrobiła sprawdzian. Był zapowiedziany. Ja nawet miałam sobie powtórzyć na niego zagadnienia przed lekcją, ale zapomniałam. No bo kto by pamiętał, że po takiej długiej przerwie ma być jakiś sprawdzian? Rozejrzałam się po klasie. Po minach obecnych było widać, że wszyscy zapomnieli. Wszyscy, tylko nauczycielka pamiętała. Tym razem nawet Weronika nie miała ściągi. Zabujałam się więc na krześle i oparłam łokciami o ławkę za sobą.
Nowa, umiesz coś? – szepnęłam do brunetki w kręconych włosach.
Ja? – Zaśmiała się krótko i cicho. – To już bardziej prawdopodobne jest, że święty Mikołaj żyje i prezenty niegrzecznym nosi.
No, czyli jesteśmy w dupie – skwitowałam i wróciłam do swojej ławki, a krzesło, które zajmowałam, stanęło na wszystkich czterech nogach.
Zielińska, ty to kiedyś kark skręcisz, jeśli nie od rozglądania się po klasie i za spisaniem, to na tym krześle orła wywiniesz.
Proszę się nie martwić, proszę pani.
Proszę wyrzucić gumę.
Tym razem nie mam gumy.
To co znowu żujesz?
Nic nie żuję – zaparłam się i przykleiłam orbitkę do podniebienia. – Naprawdę, proszę pani, przecież ja bym pani nie okłamała.
Trzymaj, tylko się tym razem podpisz na tyle wyraźnie, bym wiedziała komu mam tę banie wstawić. – Położyła kartkę na mojej ławce, tuż przed moimi oczami.
Specjalnie na jej żądanie wykaligrafowałam swoje imię, nazwisko i numer z dziennika drukowanymi literami i niezwykle dużą czcionką. Miałam na to dużo czasu, całą godzinę, bo na żadne z poniższych pytań i tak nie znałam odpowiedzi
Minęła przerwa, o wiele za szybko i rozpoczęła się fizyka, która trwała o wiele za długo, i tak do końca dnia, bo aż do piętnaście po szesnastej. Na szczęście ostatnia była plastyka. Lubiłam rysować, mniej malować. Mój chrzestny, który po pierwszym roku zrezygnował z ASP, od małego wmawiał mnie i wszystkim wokoło, że mam talent, i że kiedyś odniosę sukces. Ojciec wtedy mawiał, że te bazgroły mnie nie wykarmią i że nimi rodziny w przyszłości nie utrzymam. Chciał bym czas, który poświęcałam na moją pasje, oddała nauką ścisłym, z którymi nigdy nie żyłam w jakiś wybitnej przyjaźni, a z roku na rok moja znajomość z fizyką, matematyką i chemią zamieniała się w czystą nienawiść.
Palisz? – zapytała ta Nowa, kiedy zmieniałyśmy buty w szatni. Znaczy, ja zmieniałam buty, ona nie stosowała się do tego punktu regulaminu.
Nawet nie pamiętałam jak miała na imię ani jak się nazywała. Każdy na nią Nowa mówił, więc raczej, skoro już się tak przyjęło, to nic tego nie zmieni, przynajmniej do czasu nadania kolejnej ksywy.
Nie, nie palę.
Szkoda, myślałam, że będziesz miała fajkę. To nara. – Zaciągnęła kaptur na głowę, na której miała czapkę z daszkiem w kolorach tęczy.
Nowa chodziła ubrana zawsze w drogie marki, ale pomimo tego nie w moim stylu. Za bardzo na chłopaka, za luźno i stanowczo za kolorowo. Kto wie, może jej następna ksywa to będzie Papuga albo Tęczowa Małpa czy coś w tym stylu.
Weronika! – zakrzyknęłam na moją przyjaciółkę, która była się dowiedzieć o jakiś konkurs recytatorski. – W która stronę idziesz?
W twoją. Odbieram dziś kuzynkę z podstawówki, ciotka mnie prosiła – odpowiedziała moja ciemnowłosa koleżanka, która zazwyczaj wstawała przed szóstą tylko po to, by perfekcyjnie wyprostować swoją czuprynę.
Wera wiedziała, że ja idę po Miłosza, więc pytanie czy dziś go odbieram było zbędne. Zawsze to ja go odprowadzałam do szkoły i z niej odbierałam, bo Michał zazwyczaj od siódmej do dwudziestej pierwszej był w pracy.
Potrzebuję kasy – powiedziałam na głos, gdy wychodziłyśmy za te szare i przyprawiające o depresje mury.
Jest aż tak krucho?
Nawet nie wiesz jak bardzo.
Pożyczyłabym ci, ale u mnie też ostatnio nie lepiej. Ojciec się wypiął, a matka robi tyko na pół etatu. Ciotka nas właściwie utrzymuje, dlatego ja użeram się z tą całą Kasieńką.
Bardzo widzę kochasz tą swoją kuzyneczkę – zadrwiłam.
Proszę – powiedział nagle ktoś, kto przechodził obok.
Nawet nie zauważyłam kto to był ani jakiej był płci, ale ten ktoś chciał wcisnąć mi ulotkę do ręki. Zazwyczaj omijałam takich ludzi szerokim łukiem, bo nie lubiłam SPAM–u w żadnej postaci, ale tym razem kolorowa kartka papieru przykuła moją uwagę. Podniosłam ją więc z chodnika.
Nowy klub się otworzył – powiedziałam do Weroniki. Wyczytałam tę informacje z ulotki.
Wiem, moja mama znalazła ich ogłoszenie o pracę w internecie, ale nie przyjmą jej, jest za stara – syknęła ostatnią część zdania i przewróciła oczami. Poprawiła swoją torbę, którą miała założoną na jedno ramię i konsekwentnie zmierzała na przód.
Przestałam zwracać uwagę na kolorową torbę Niki, bo zaczęło mi coś świtać w głowie. Mama Weroniki może i była stara, ale ja byłam młoda. Zaraz zaczęłam prowadzić rozeznanie ilowymiarowa jest ta praca, w jakich godzinach i w ogóle na czym polega.
Nie wiem, koleś szuka, chyba, i barmanek, i tancerek, i kogoś na zmywak. Barmanek chyba na nocki, od osiemnastej czy dwudziestej. Musiałabyś się sama dowiedzieć, ale na co ci to, to ja nie wiem, bo on Michała nie przyjmie. Tylko laski go interesują.
Nie myślałam o Michale. Myślałam o sobie – wyjaśniłam.
Zapomnij. Żaden pracodawca przy zdrowych zmysłach nie zatrudni nieletniej. Poza tym, jak ktoś z PCPR–u dowie się, że pracujesz w takim miejscu, to…
Nikt nie musi wiedzieć – przerwałam jej gwałtownie, bo już cały plan zaczynał rysować się w mojej głowie i nie chciałam, by ktoś mi go zmazywał. – Jestem podobna do dziewczyny twojego brata…
Byłej dziewczyny – przerwała mi.
Masz z nią jeszcze kontakt? – zapytałam z nadzieją, że odpowiedź będzie twierdząca.
Będę miała gdzieś numer, bo pisał ode mnie, na kreskę, do niej esy, ale... na co ci ona?
Jesteśmy do siebie tak podobne, że kiedyś wysłała mnie po fajki ze swoim dowodem. Sprzedawczyni się nie pokapowała. Jakiś otyły szefunio z klubu tym bardziej się nie pokapuje. Odpalę jej za to stówkę co miesiąc, jeśli ten typek mnie zatrudni.
Nie podoba mi się ten pomysł, ale mogę spróbować. – Zatrzymała się i wyjęła telefon.
Przysiadłam na murku. Znajdowałyśmy się przy szkole podstawowej. O siedemnastej zamykali świetlice, tak więc miałyśmy jeszcze trochę czasu, by iść po maluchy do pań wychowawczyń. Tam wszystkie dzieci nazywały je ciociami. Dla Miłosza to była prawdziwa frajda, bo poza sobą tak właściwie nie mieliśmy żadnej rodziny, żadnych cioć, wujków. Wszyscy albo poumierali, albo się stoczyli, albo zerwali z nami kontakt.
Zaprowadziłam Miłosza do domu, okryłam kołdrą i kocem, bo w mieszkaniu było zimno niemal tak jak na dworze. Dałam mu komputer Michała na kolana i włączyłam bajkę. Pokazałam też, gdzie są gry i jakie może sobie włączyć. Obiecałam, że wrócę najszybciej jak się da. Miłosz często zostawał sam w domu. Jak na swoje siedem lat był bardzo odpowiedzialny i nie wpadały mu do głowy żadne głupoty. Upomniałam go tyko, by zamykał drzwi, jeśli pójdzie do toalety i potem też, gdy już wróci do domu.
W centrum, pod samym ratuszem, spotkałam się z Sandrą. Była to długonoga, szczupła, tleniona blondynka, której skóra z daleka wysyłała sygnały, iż za długo smażyła się na solarce.
Jasne, dam ci ten dowód, w końcu nie można ludziom stawać na drodze do pieniędzy, a jak się przy okazji ma też zarobić, to… trzym. – Swymi różowymi tipsami wyjęła z portfela plastik świadczący o dorosłości.
Sandra Miała ledwie osiemnaście lat, kolor włosów jak mój i niemal tak ciemne oczy jak moje. Była drobna, ale wyższa ode mnie. Cóż, przecież pracodawca nie będzie mnie mierzył centymetrem. Wiedziałam, że się nie zorientuje. Musiałby być magikiem, by rozszyfrować taki blef.
Nie wiem kiedy będę mogła go zwrócić – uprzedziłam.
Nie przejmuj się, i tak nie używam. Mam już drugi. Ostatnio wyrobiłam, bo myślałam, że stary zgubiłam, a on u tego cwela został. – Zrobiła balona z gumy, potem go pękła i wykonała kolejny. Cwelem nazywała brata Weroniki.
Szczerze, to znałam Nikę tyle lat, a nadal nie wiedziałam jak jej brat ma na imię, bo zawsze wszyscy określali go niepochlebnymi epitetami typu cwel, debil, palant, dopek.
Pożegnałam się z chodzącym plastikiem i ruszyłam do klubu, wcześniej drukując u Weroniki swoje CV. Klub, jak to klub. Wejście w bramę, potem na podwórko i do piwnicy. Spodziewałam się niebieskich świateł i ultrafioletu, ale w środku było widno jak przy normalnych jarzeniówkach.
Gdzie mogę znaleźć szefa? – zapytałam jednego z karków, którzy pilnowali wejścia.
W pierwszej loży – odparł zachrypłym głosem, przeciągle jakby go coś bolało.
Niezrażona pierwszym wrażeniem ruszyłam przed siebie, a ponieważ to miała być moja pierwsza praca, to nogi trzęsły mi się jak osice.
Jeszcze zamknięte, mała – uraczył mnie jakiś drugi osiłek, ale mimo wszystko szczuplejszy.
Zanim zdążyłam jemu cokolwiek odpowiedzieć, to już mnie minął. Niósł jakieś krzesła, po dwa albo nawet po trzy na raz.
Podeszłam do loży. Siedział w niej jakiś facet. Pierwsze co rzuciło mi się w oczy, to złoty zegarek na nadgarstku. Akurat sięgał po drinka. Drugą rękę miał uniesioną w górę i kręcił kółeczka palcem wskazującym, mówiąc przy tym:
Ale nie tak, panienki. Macie kręcić dupą. Tyłeczek ma chodzić. – Potem spojrzał na mnie. – A ty czego tu? Jeszcze zamknięte i dopów nie sprzedajemy.
Wyglądam na narkomankę? – oburzyłam się. – W życiu nikt mnie nie uraczył tak wyszukanym komplementem. Oczywiście, mówiąc komplement, mam na myśli sarkazm – dodałam trzęsącym się głosem.
Nie wiem, nie znam narkomanów – odparł niezwykle poważnie. – To czego chcesz?
Ja w sprawie pracy. – Ściskałam tą karteluszkę w dłoniach i zastanawiałam się czy mu ją podać, czy odwrócić się na pięcie i wiać.
Miał takie dziwne, groźne spojrzenie, ale za to ładną barwę tęczówek, były szaroniebieskie. Nie, nie, nie. One były stalowoniebieskie i hipnotyzujące.
Wróć do gimnazjum, dziewczynko. – Odwrócił głowę w stronę sceny z kilkoma rurami, na których wywijały cuda jakieś długonogie kobiety. Wyposażone były w szpilki i niezły przedni zderzak. Jedna podoba do drugiej i niemal każda tak samo skąpo ubrana.
Co za bezczelny typ – pomyślałam, ale postanowiłam się nie poddawać. Chciałam dopomóc Michałowi, w końcu Miłosz potrzebował nowych butów, chciał mieć takie same zabawki jak inne dzieci, a skoro nie miał matki ani ojca, ani nawet innej rodziny niż my, to właśnie my, jako jego rodzeństwo i najważniejsze osoby w jego życiu, powinniśmy mu zapewnić lepsze dzieciństwo, niż sami mieliśmy. Czyli takie bez biedy, postów, awantur i alkoholowych libacji. Wyjęłam dowód z tylnej kieszeni dżinsów i rzuciłam go na blat, tuż pod nos tego typa.
Jestem pełnoletnia. Tu ma pan moje CV. – Położyłam też przed nim kartkę, zapakowaną w przezroczystą koszulkę.
Ten Bezczel wziął w dwa palce plastik i zaczął go obracać. Przyglądał mu się pod każdym kątem. Myślał, że podrobiony czy jak? Zresztą co mnie interesowało, co on myślał. Postanowiłam skoncentrować się na czymś innym, by się zbytnio nie denerwować i nie wzbudzić jego podejrzeń. Zauważyłam, że miał zadbane dłonie, choć było na nich kilka starych, pewnie długoletnich blizn. Jednak pomimo tego, paznokcie były idealnie przystrzyżone, bez brudu pod nimi, tylko na najmniejszym z nich, gościł zabrudzony plaster.
Chcesz tańczyć? – zapytał wprost.
Nie, chodziło mi o pracę kelnerki czy też barmanki. Mogę nawet zmywać.
Na zmywak jesteś za ładna. Chodź – nakazał słowem i ruchem głowy, zaraz po tym jak podniósł tyłek z granatowej kanapy. Po drodze podpisał jeszcze kilka zamówień i jakiś faktur, trzasnął ze dwa stempelki i w końcu doszliśmy do baru. – Każda przyszła tu jako barmanka, w końcu wybrała lepiej płatną fuchę.
Nie jestem każda, proszę pana. Co bym miała robić i kiedy zaczynać?
Oparł się o podświetlany na niebiesko bar, uśmiechnął, ale nawet pomimo tego uśmiechu był ponury. Zarost, który okalał jego policzki, dodawał mu pewnej dozy powagi i surowości.
Piątki, soboty i niedziele, może jeszcze czwartki. Patryk ci wszystko wyjaśni. – Nawet nie pokazał mi, który to jest Patryk, a już wyjął telefon z kieszeni umiejscowionej na piersi i odszedł, by go odebrać.
Na szczęście ten cały Patryk sam się zorientował, że ma do mnie podejść. On i szef chyba kontaktowali się na migi albo telepatycznie. W każdym bądź razie, rozumieli się bez słów. Patryk to był ten osiłek od noszenia krzeseł, który wcześniej informował mnie, że jeszcze zamknięte. Okazał się milszy niż jego pracodawca. Wyjaśnił mi, że moje zajęcie będzie głównie polegało na laniu piwa, z czasem nauczę się robić drinki, a do tego czasu i znalezienia jeszcze jednej dziewczyny, on będzie mi pomagał. Nie pozostało mi nic innego, jak tylko się cieszyć – miałam pracę!