Autorka tego bloga należy do grupy „Projekt Prozaicy”, z tego też powodu strona korzysta z płatnych linków. Ujmując to krócej i bardziej zrozumiale – autorka zarabia, a czytelnicy nic na tym nie tracą. Te linki są całkowicie bezpieczne dla komputerów, tabletów i smartphone-ów pod warunkiem, że postępuje się zgodnie z instrukcją, czyli nie klika w reklamy, nic nie ściąga na swój sprzęt, a jedynie odczekuje symboliczne pięć sekund i przechodzi dalej. Za wszelkie utrudnienia autorka bloga przeprasza, za waszą aktywność jest wdzięczna, a prywatnie pozdrawia i życzy dobrej zabawy podczas czytania.

Link do instrukcji – KLIK

niedziela, 26 lutego 2017

#10

Piąty wpis Klary
Las krzyży

Wiek XIX chylił się ku końcowi, a nasz małomiasteczkowy cmentarz zaczął przypominać las... las krzyży. Wyrastało ich więcej niż grzybów po deszczu. Umierali starzy i niedołężni, ale też młodzi i silni, którym choroba odebrała witalność. Nie brakowało również małych trumien, zazwyczaj białych i łez matek dzieci, które Bóg zabrał za wcześnie. Niemal co dnia odbywał się jakiś pogrzeb, ale pomimo tego nie potrafiłam zaakceptować nieuchronności losu. Nie potrafiłam pogodzić się z odejściem najbliższych i tych, których mijałam na targu, tych, u których zakupowałam słodycze jako dziecko, tych, z którymi bawiłam się w berka i tych, którzy ganili mnie za zadeptywanie ich pól czy chodzenie po ich drzewach. Ktoś by powiedział, że do tego co częste idzie nawyknąć. Ludzie umierali od zawsze, codziennie z kuli ziemskiej znikało co najmniej kilkaset istnień, a czy przez to my nauczyliśmy się lubić i szanować śmierć? Nie sądzę. W końcu ciągle szukaliśmy leków, opatrywaliśmy złamania, odkażaliśmy skaleczenia. Czy nie czyniliśmy tego wszystkiego po to, by pożyć dłużej? Czy nie było to walką o każdą kolejną chwilę z najbliższymi?
Cholera dopadła także mego ojca. Bardzo szybko go wyniszczyła i doprowadziła na cmentarz. Miało to miejsce dokładnie w tym samym dniu, w którym odbywał się pogrzeb hrabiego Grandi. Było dla mnie wielkim zaskoczeniem, gdy większość zebranych podążyła za trumną mego ojca, a nie za pożegnalnym konduktem hrabiego.
Mój ojciec nie był dobrym człowiekiem – wyszeptał mi wprost do ucha Artur.
Stałam wtedy z tyłu, za wszystkimi ludźmi, a nie razem z moją rodziną. Nie chciałam podchodzić. Już raz widziałam jak ksiądz święci trumnę, a potem ziemia ją zasypuje. Wspomnienie tego widoku śniło mi się po nocach i pragnęłam uniknąć kolejnych koszmarów. Choć może powinnam była stać przy matce, trzymać ją za rękę, wspierać w płaczu, ale... ja sama nie miałam już łez. Za dużo ich wypłakałam po stracie Krystiana i Filipa. Na szczęście moja matka nie była w tym sama, stał przy niej Mateusz i państwo Morello.
Dlaczego jesteś tutaj? – wyszeptałam do Artura i spojrzałam lekko przez ramię. Zadarłam też głowę odrobinę do góry. Byliśmy niemal równi, ale ja tego dnia miałam buty na płaskiej podeszwie, a on takie na podwyższeniu.
Bo chcę – odpowiedział, przykładając obie dłonie do moich ramion. Potarł je delikatnie, następnie mocniej zacisnął palce, ale nadal nie w taki sposób, by było to bolesne. Zbliżył twarz do tyłu mojej głowy. Poczułam jego nos w moich włosach i usłyszałam ciche muśnięcie. – Będzie dobrze. Wszystko się jakoś ułoży. Bądź twarda – powiedział, a potem odszedł do miejsca, w którym, jako syn hrabiego Grandi, powinien był od początku stać.
Zachowanie Artura wydawało mi się dziwne. Budziło niepokój i sprawiało, że zaczęłam się zastanawiać jakie ma pobudki. Okazało się, że jeszcze w tym samym dniu miałam się o tym przekonać. Przybył do mojej posiadłości konno i nie wyglądał na kogoś pogrążonego w żałobie. Jak zwykle przeskoczył przez duży pień złamanego drzewa, przez co ja aż zamknęłam oczy i zapobiegawczo jeszcze odwróciłam głowę, przyciskając policzek do jednego ramienia. Obawiałam się, że koń nie da rady pokonać tak dużej przeszkody i zarówno on, jak i jego jeździec ulegną wypadkowi. Nic takiego jednak się nie stało i już po chwili usłyszałam wolniejszy stukot kopyt oraz to jak Artur zeskakuje na ziemię tuż obok mnie.
Witaj ponownie – przywitał się i delikatnie uśmiechnął. – Mam sprawę – zaczął niemal od razu i pochwycił mnie za ramię, lekko ciągnąc, jakby sugerował, że powinniśmy się przejść.
Nie chciałam nigdzie z nim chodzić. Nie lubiłam go. Artur nieustannie wzbudzał mój niepokój, ale też sprawiał, że chciałam na niego patrzeć, a wtedy czułam się onieśmielona i taka... tak inaczej, po prostu inaczej.
W tamtym okresie całe miasteczko drżało i każdy się modlił o odnalezienie drugiego syna hrabiego Grandi, sądząc, że majątek i władza w rękach Artura doprowadzi nas wszystkich do ruiny i biedy z nędzą.
Jaką sprawę? – dopytywałam, idąc z nim w kierunku pastwiska, gdzie pasły się krowy.
To czasy nieurodzaju – zaznaczył. – Wiele zwierząt zachorowało. Pozdychały. Sądzę, że trzeba pomóc ludziom.
A więc pomagaj! – niemal krzyknęłam, bo ciągle nie rozumiałam czemu to akurat mnie zwierza się ze swoich planów. Nie byłam jego doradcą ani nikim ważnym w jego życiu.
Zrobiłbym to – wyznał, wyprzedził mnie i przystanął. Patrzył głęboko w moje oczy. – Gdybym mógł, to bym to zrobił. Nie mam jednak możliwości. Czekam na odczytanie testamentu. Gdybym teraz coś wynosił z własnego domu, to mogłoby zostać uznane za kradzież. Te rzeczy na pewno są wpisane w inwentarz notarialny.
A więc ja mam wynosić z mojego!? – uniosłam się.
Nie prosiłbym o aż tak wiele – odpowiedział. – Masz gospodarstwo, a dzieci w miasteczku potrzebują mleka. Masz też z pewnością zapasy zboża.
I nie mam rąk do pracy. Większość naszych pracowników umarła...
To by wyjaśniało twój niechlujny ubiór – wtrącił, zmierzył mnie wzrokiem od stóp do głów i złośliwie się uśmiechnął.
Przynajmniej jest żałobny. – Spojrzałam się w intensywnie czerwoną barwę jego krawatu, który idealnie pasował do chabrowej marynarki.
Jeśli masz po kim nosić żałobę, to noś, nie bronię, ale ode mnie nie wymagaj. Twój ojciec nie był mi aż tak bliski.
A twój własny?
Był mniej wart od niejednego bezdomnego. Pomożesz czy nie? – spytał natarczywie.
Pomogę, ale nie robię tego dla ciebie. – Odwróciłam się na pięcie i odeszłam, a jeszcze tego samego dnia, przed drzwiami mojego domu stanęło kilku dorosłych mężczyzn gotowych do pracy.
Nie chcieli za tę pomoc pieniędzy, a jedynie wynagrodzenie w postaci jaj, mięsa, mleka i zboża. Za nimi, nieco w oddali stał Artur. Uniósł dłoń na wysokość podbródka i delikatnie zamachał. Dał mi do zrozumienia, iż sprawił, by wilk był syty i owca cała. Jednak tym sposobem zrzucił na mnie odpowiedzialność za ludzi, za których przecież to on, jako następca hrabiego, powinien być odpowiedzialny. Ja więc dbałam o to, by każdy był najedzony, miał pracę i by miasteczko po epidemii cholery wracało do poprzedniej formy, a on przepadł. Dosłownie nigdzie go nie było, jakby postanowił na jakiś czas zniknąć. Chodziły pogłoski, że pewnie już jest po odczytaniu testamentu, a więc Artur przegrywa właśnie przyszłość nas wszystkich w karty albo ruletkę, ewentualnie wydaje na kurwy.
Ludzie jednak nie mieli racji, bo Artur powrócił. Nie sam, a z końmi i to nie dwoma czy trzeba, a co najmniej z dziesiątką. Byłam zaskoczona, gdy zjawił się z tymi zwierzętami u mnie i zaczął opowieść o pewnym sułtanie, który za kobietę swego życia był gotowy oddać dwa wielbłądy. Już gdy zaczął tę opowieść, to ja byłam pełna obaw, ale gdy dodał „Ja jestem w stanie oddać tuzin koni”, to strach mnie sparaliżował. Nie wiedziałam jak mam się zachować ani co mu odpowiedzieć. Zamilkłam.
Kochasz to miasto bardziej niż ja. Ludzie cię lubią i szanują. Tylko z taką żoną mam szansę postawić je na nogi.
Niemal się nie znamy – zaprotestowałam.
Bzdura! Znamy się prawie całe życie!
Ale nie w taki sposób w jaki...
Klara – przerwał mi i chwycił za mą dłoń. – W testamencie mego ojca jest warunek. Jeśli ja mam wszystko przejąć, a nie jego brat, to muszę się ustatkować, a mój głupi ojciec za wyznacznik tego ustatkowania przyjął małżeństwo.
A więc mam być...
Nie przerywaj mi! – uniósł się i szarpnięciem wypuścił moją dłoń ze swojej. – A co będzie z twoim domem, gospodarstwem? Twa matka nie jest jeszcze taka stara, zaraz się koło niej zakręci jakiś wdowiec czy stary kawaler i będzie się tu panoszył jak u siebie. Ciebie się pozbędzie, wydając za mąż za tego kogo sam ci wybierze, a wybierze pewnie starego i bogatego zboczeńca. Moja propozycja jest korzystna dla nas oboje, więc dobrze ją przemyśl, bo spytam cię o to już tylko jeden raz, za kilka, może kilkanaście dni i jeśli wtedy odmówisz, to już próby zdobycia twej ręki nie podejmę. – Wyjął z zewnętrznej kieszeni marynarki jakieś dokumenty zwinięte w rulon. – Rodowody i dowód zakupu. – Wskazał dokumentami na konie, a potem wcisnął mi je w dłoń. – Są twoje! – dopowiedział, a potem wsiadł na swojego rumaka, tego samego co zwykle i ryknął na swoich ludzi, że już wszystko załatwione i czas wracać.
Do widzenia przyszłej pani Grandi – przemówił do mnie jakiś blondyn, który teraz powoził jednym z pustych wozów, a wcześniej wypuszczał przywiezione przez Artura konie na wolność, czyli na moje podwórko.
Zaczekaj! – krzyknęłam za nimi. – Zaczekajcie! Ja nawet nie mam takiej wielkiej szopy, nie mam do nich boksów! Gdzie je umieszczę!? – nawoływałam.
Artur jednak nie zawrócił, ale blondyn zatrzymał wóz, zsiadł z niego i przystanął dokładnie naprzeciw mnie.
Pomogę pani z nimi – zaproponował.
Dziękuję – odparłam zdenerwowana. Cała się trzęsłam, niemal jak zwykle po spotkaniu z Arturem. On mnie denerwował, niepokoił i... przyciągał w sposób czysto nieprzyzwoity. – Jak ci na imię? – spytałam blondyna.
Uśmiechnął się szeroko, bardzo przyjemnie, tak przyjaźnie i serdecznie.
Tymoteusz – odpowiedział.

12 komentarzy:

  1. Witam. Na WS pojawiła się właśnie ocena Twojego bloga. Miłej lektury. Zachęcam do kulturalnej dyskusji.

    http://wspolnymi-silami.blogspot.com/2016/08/83-ocena-bloga-na-kartkach.html

    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  2. Trochę mnie ten rozdział na początku wprowadził w taką melancholię, zresztą, jak większość rozdziałów na kartkach. Artur wydał mi się cieplejszy. W ogóle, mam diametralnie różne odczucia do Artura gdy czytam jego wpisy, i gdy czytam wpisy Klary. Często, jakby był zupełnie inną osobą.
    I o ile w poprzednim rozdziale zaczęłam o nim negatywnie myśleć, o tyle w tym już sobie go pousprawiedliwiałam czym mogłam i znowu go lubię. A końmi za rękę Klary, to mnie nawet rozbawił, choć to niedosłowne. Ale tak czy tak, to cwany jest, myślący, bym powiedziała. Na wszystko szuka korzystnego rozwiązania, samemu nie wysilając się zbytnio. Ciekawa jestem, co ta Klara w końcu zrobi.
    Pojawił się też Tymon, i tu tej relacji, o ile jakaś będzie, jestem niesamowicie ciekawa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, one chyba wszystkie są takie melancholijne, momentami subtelne, dlatego wcale łatwo mi się ich nie pisze. Choć ostatnimi czasy mam na to opowiadanie naprawdę dużo weny.
      Gdyby nie wpisy Artura to faktycznie byłby on innym człowiekiem, zupełnie inną postacią, inaczej odbieraną.
      Nie Tymon, a Tymoteusz :) Będzie, będzie.

      Usuń
  3. Nie dziwię się, że Artur nie żałował śmierci ojca. Jak nie miał z nim dobrych relacji to czemu miałby udawać, że nosi żałobę.
    Ciekawy sposób na oświadczyny wymyślił. Ciekawe teraz jaką decyzję podejmie Klara.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, sposób ciekawy, z pewnością nietypowy.

      Usuń
  4. Skoro Artur nie był przywiązany do swojego ojca, to nic dziwnego, że nie czuł się zobowiązany aby nosić po nim żałoby.
    Omówienie zaręczyn było suche, ale cóż się spodziewać po schyłku XIX wieku. Takie były czasy, że zaręczyny były czystym biznesem.
    Zastanawiam się nad relacją Klary i Mateusza, bo nie było ostatnio o nich żadnej wzmianki. Czyżby po śmierci Filipa ich zauroczenie sobą minęło?
    Wkradła się jedna literówka do tekstu:
    gdzie posły się krowy.
    pasły
    Dodatkowo może w tym zdaniu dopisać jej?
    Jeśli masz po kim nosić żałobę, to noś, nie bronię, ale ode mnie nie wymagaj.
    ode mnie JEJ nie wymagaj
    Chyba by to lepiej brzmiało. Ale to tylko taka drobna sugestia, bo nie trzeba tego zmieniać skoro sens ten sam :)

    amandiolabadeo.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale do zagarnięcia majątku, to już się zobowiązany poczuł xD
      Nie, Mateuszka zauroczenie Klarą długi czas nie minie. Dopiero Artur wszystko popsuje.
      Naprawdę mam "posły" zamiast "pasły"? Oj... zaraz poprawię.
      Akurat mówi Artur, więc to "jej" w jego przypadku jest zbędne. Gdyby to były słowa Klary, to bym na to jak najbardziej przystała. Chodzi o to, że on często wypowiada się jak osoba niżej urodzona niż własnie choćby Klara. Chodzi o to, że on nie zawsze ma dobrze brzmieć.

      Usuń
    2. Jane, rozumiem, to tylko taka sugestia :)

      Usuń
    3. Spoko, możesz sugerować. Być może zauważysz coś czego ja nie widzę ;-)

      Usuń
  5. Refleksje Klary o śmierci - wydały mi się bliskie, bo sama miałam okres w życiu, kiedy wiele o takich sprawach myślałam, przykrych i nieuchronnych. Klara dorosła, ludzie, których spotykała w dzieciństwie się zestarzeli. Odzeszli jej najbliżsi - Krystian, Filip, ojciec.
    Widać, że jej losy stopniowo splatają się z losami Artura. No i ta propozycja małżeństwa. Zabrzmiała jak propozycja kontraktu. A czy korzystnego? Obwiam się, że niekoniecznie, sądząc po ich odmiennych charakterach i przede wszystkim, braku uczucia, chyba z obu stron.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sama jak pisałam ten rozdział to miałam wtedy kontakt z osobą, która umierała. Nikt z rodziny, mąż mamy mojej koleżanki. Moja koleżanka wtedy była w ciąży i sam jej ojczym to sobie tłumaczył tak, że mały przyjdzie na świat, a on z tego świata odejdzie i być może nawet nie zdąży go zobaczyć.
      Czy na pewno między bohaterami nie ma uczuć? Może sami ich jeszcze nie dostrzegają, albo Artur swoje uczucia ukrywa, nie chce się do nich przyznać, a Klara woli postąpić rozsądnie i wyjść za przyjaciela licząc na dobre życie. Nie oszukujmy się, ona wie, że przy Arturze nic dobrego by ją nie spotkało, a przynajmniej teraz tak sądzi, jednak to on ją pociąga i niemal w każdym rozdziale jest to podkreślone.

      Usuń