Autorka tego bloga należy do grupy „Projekt Prozaicy”, z tego też powodu strona korzysta z płatnych linków. Ujmując to krócej i bardziej zrozumiale – autorka zarabia, a czytelnicy nic na tym nie tracą. Te linki są całkowicie bezpieczne dla komputerów, tabletów i smartphone-ów pod warunkiem, że postępuje się zgodnie z instrukcją, czyli nie klika w reklamy, nic nie ściąga na swój sprzęt, a jedynie odczekuje symboliczne pięć sekund i przechodzi dalej. Za wszelkie utrudnienia autorka bloga przeprasza, za waszą aktywność jest wdzięczna, a prywatnie pozdrawia i życzy dobrej zabawy podczas czytania.

Link do instrukcji – KLIK

wtorek, 28 lutego 2017

#11

Szósty wpis Klary
Zaręczyny

Nigdy nie sądziłam, że zostanę żoną. Znaczy, myślałam o tym, ale nie tak jak każda, typowa kobieta. Myślę, że byłam inna niż większość kobiet, tak jak wcześniej różniłam się od większości dziewczynek. Nigdy nie lubiłam zabawy w dom czy udawania, że przewijam lalkę. Kiedyś nawet dostałam taką ładną, zamykały i otwierały się jej oczy, przez co wszyscy mi jej zazdrościli. Ubrana była w niemowlęcy kaftanik i wełniane rajstopki. Powoziłam ją jeden dzień w drewnianej skrzynce na kółkach, a potem rzuciłam w kąt i chwyciłam za skórzaną piłkę, by pokopać nią do prowizorycznej braki, która była dwoma kijkami wbitymi spory kawałek od siebie. Na bramce oczywiście stał Filip – mój brat.
Mój brat nie żył. Zginął tragiczną śmiercią w tak bardzo młodym wieku. Ojciec także umarł, w wyniku epidemii cholery. Zostałam sama z matką, która dnie i noce spędzała na rozpaczaniu, laniu łez hektolitrami lub bezłzawym zawodzeniu, gdy już brakowało jej słonych kropel.
Starałam się jakoś sama prowadzić gospodarstwo. Dbałam o to, by opłacić wszystkie rachunki, regularnie spłacać należności, dowodzić, zatrudnionymi jeszcze przez mojego ojca lub zesłanymi tu przez Artura, ludźmi, a przy tym też sama garnęłam się do pracy fizycznej i tej w domu, bo ciągle brakowało rąk, by wszystko ogarnąć i wyprowadzić na prostą. Miałam wrażenie, że z dnia na dzień było do zrobienia coraz więcej, a po wykonaniu pracy, jej nie ubywało, tylko jeszcze, w zamian za tę jedną, dochodziły dokładane dwie kolejne.
Mateusz mi pomagał, starał się jak mógł. Zbliżała się sroga zima, więc łatał dziury w szopie i te, które utworzyły się w dachu domu. Przez nie dach nieustannie przeciekał i byłam zmuszona w nocy, nieraz po kilka razy, wędrować na strych, by opróżniać pełne wody wiaderka, misy i niewielkie, niemowlęce balie.
Akurat zabierałam kurom jajka, by przyrządzić jajecznicę na kolację, gdy Mateusz zawitał do stajni, która znajdowała się nieopodal. Zostawiłam więc jajka kurom, bo go dostrzegłam, więc postanowiłam mu towarzyszyć. Ostatecznie kolacja mogła poczekać.
Była mniejsza – skomentował stojąc w progu, jakby się bał wejść głębiej.
Była – przyznałam. – Ale nowy hrabia Grandi nakazał ją rozbudować. – Postąpiłam naprzód i przyjrzałam się koniom. Przerażały mnie, gdy ich mordy znajdowały się tak blisko i to z każdej strony.
Jednak ilekroć wchodziłam do stajni, to od razu przypominało mi się, że gdy byłam dzieckiem, to wypłakałam u ojca mojego własnego kucyka. Chciałam wtedy się nauczyć jeździć konno, a w marzeniach miałam wizję siebie pokonującej wszelkie przeszkody. Nigdy nie stałam się aż tak wyszkolonym jeźdźcem, by dosiąść nieułożonego konia, a te, które otrzymałam od Artura, wszystkie co do jednego, wydawały mi się być wyjątkowo niewychowane.
Przechowuje u nas swoje konie? – zapytał, nie kryjąc przy tym zaskoczenia. Zaczął się zbliżać do mnie, ale nawet mnie nie dotknął. Wyminął, jakbym była jakąś zarazą, byleby tylko się o mnie przypadkiem nie otrzeć i położył otwartą dłoń na nosie czarnego rumaka.
Niezupełnie przechowuje. Są moje – powiedziałam w końcu i już miałam opuścić stajnie, zrażona jego zachowaniem, ale mnie powstrzymał.
Poczułam jak dłoń Mateusza zaciska się na moim ramieniu, ale niemocno, właściwie ledwo wyczuwalnie.
Zaczekaj – przemówił niezwykle twardo. – Proszę – dodał jakby dla złagodzenia tonu, czyli musiał sobie zdawać sprawę ze swej nagłej ostrości. – Jak to są twoje?
Normalnie. – Wzruszyłam ramionami. – Artur...
Hrabia Grandi – poprawił – któremu zgodziłaś się raz pomóc, najwidoczniej się za bardzo zadomowił skoro oddał ci swoje konie.
Nigdy nie były jego! – wykrzyknęłam. – Kupił je dla mnie!
Dla ciebie? – Zmarszczył nos, brwi, czoło i wszystko co tylko się dało zmarszczyć na twarzy. – Za co? W ramach podziękowań za pomoc jakiej udzieliłaś wieśniakom?
Czujesz się miastowy? – Wyśmiałam go, bo przecież sam pochodził ze wsi, a to ja byłam z miasteczka. Teraz jednak nie to było najważniejsze, bo zupełnie nie podobał mi się ton jakiego użył.
Nie rozmawiaj ze mną w ten sposób.
W jaki ty rozmawiasz ze mną? – zapytałam.
Dobrze. – Zabrał rękę, już nie dotykał mojego ramienia. Obie dłonie uniósł do góry w poddańczym geście. – Za co są te konie?
Wiedziałam, że Mateusz nie odpuści, że będzie drążył tak długo aż wydrąży, więc zdecydowałam się na prawdę:
To swojego rodzaju oświadczyny.
Oświadczyny? Oświadczył ci się!?
Tak.
Przyjęłaś?
Oszalałeś!?
Odmówiłaś?
Tak sądzę.
Co znaczy „tak sądzę”? – Uśmiechnął się kpiąco i w specyficzny sposób przewrócił oczami. Jego wzrok wydawał się wtedy być taki... rozbiegany.
Dałam mu do zrozumienia...
Zamiast powiedzieć „nie”, to ty „dałaś mu do zrozumienia”? Co takiego powiedziałaś?
Jesteś zdenerwowany – zauważyłam, bo zaczął nieco podnosić ton i nadmiernie gestykulować.
Dziwisz mi się?!
Tak! Jeśli tak bardzo zależało ci, bym nie przyjmowała niczyich zaręczyn, to mogłeś pierwszy wykazać się inicjatywą.
Miałem padać na kolana, z pierścionkiem w dłoni, w dzień śmierci twego ojca czy może dopiero na jego pogrzebie? A może miałem się jeszcze bardziej pośpieszyć i w chwili, gdy dowiedziałaś się, że twój brat się utopił, a Artur cię spoliczkował, to powinienem, zamiast cię podnosić i pocieszać, już wzywać księdza i wciskać ci obrączkę na palec?
Tego było dla mnie za wiele. Nie umiała znieść takich słów, takiego cynizmu, na dodatek nawiązania do utraty dwóch najbliższych dla mnie osób i to w tak bezczelny sposób. Spoliczkowałam go. Tak po prostu. Nawet nie zrobiłam tego mocno. Właściwie to ledwie poczuł, ale w odpowiedzi i tak podniósł na mnie rękę. Nie zakrywałam się. Chyba nawet się nie bałam, bo nie zamknęłam oczu, jakbym wiedziała, że Mateusz nie posunie się dalej, że nie będzie w stanie. Gdyby to Artur stał wtedy przede mną, to już dawno mój żołądek związałby się w bolesny supeł i strach sprawiłby, że moje serce na kilka sekund zamarłoby, przestało bić.
Brunet zamknął swoje błękitne oczy, które czasami przechodziły w delikatny turkus, ale wtedy, w dzień, w który o mały włos, a by mnie uderzył, były szare, smutne. Opuścił dłoń, zamlaskał jakby z niedowierzaniem i odszedł. Zwyczajnie wyszedł z tej stajni nic nie wyjaśniając, niczego nie tłumacząc.
Pobiegłam za nim, ale w odpowiedzi usłyszałam tylko:
Chcę być sam. A ty zastanów się, czego sama tak naprawdę chcesz.
Chcę czuć się bezpiecznie, a Artur powiedział...
Niedługo napiszesz książkę z jego złotymi myślami, cytując te jego głupoty! – odkrzyknął idąc tyłem i nadmiernie gestykulując.
To nie zawsze są głupoty! – krzyknęłam za Mateuszem i miałam ochotę nachylić się po kamień, a nawet nabrać ich całe garście i ułożyć na sukience, a potem biegać za nim i usiłować go trafić, jak wtedy gdy byłam dzieckiem, jak wtedy, gdy Krystian i Filip żyli.
Tamtego dnia Mateusz wrócił do domu nietrzeźwy. Może nie był mocno pijany, ale z pewnością był bardzo pobity. Krwawił na twarzy, a jego plecy zdobiły sińce od ciosów zadawanych pięścią. Najwięcej ich było przy dole, tam gdzie znajdowały się nerki.
Przykładałam do pleców bruneta namoczoną w zimnej wodzie szmatkę, a on siedział okrakiem na krześle w kuchni, czyli w miejscu, do którego moja matka raczej nie zaglądała. Chyba nie chciał psuć jej wyobrażeń o sobie, dlatego to właśnie tam się ukrył. Przede mną się nie ukrywał, choć się po mnie nie udał. Sama zeszłam na dół, gdy usłyszałam stukot kół wozu o kamieniste podłoże, jakie mieliśmy przed domem. To Tymoteusz wyłożył podwórko tak zwanymi kocimi łbami. Zrobił to na rozkaz Artura, a ja nie protestowałam.
Z kim się pobiłeś?
Trafiłem na twojego adoratora – odpowiedział, patrząc wprost przed siebie. Był dziki w oczach, dziwnie obcy. Zauważyłam to, gdy podawałam mu drugi namoczony w wodzie materiał, by mógł go przyłożyć do twarzy.
Pobiłeś hrabiego? – Odsunęłam sobie krzesło i przysiadłam, bo czułam jak nogi odmawiają mi posłuszeństwa. – Jak mogłeś? Wiesz co teraz będzie?
Nic nie będzie, bo zostaniesz moją żoną, a nie jego. – Spuścił rękę w dół. Najpierw myślałam, że chce zaciągnąć szelki na nagie ramiona, ale jednak jego dłoń powędrowała do kieszeni.
Moim oczom ukazał się pierścionek, niewielki, drobny, skromny, ale kamień był niebieski, niemal tak samo jak jego oczy.
Mam ci odpowiedzieć teraz? – zapytałam, nie mogąc spuścić wzroku z biżuterii. Była piękna, taka subtelna. Pasowała do mnie.
Mateusz pokiwał głową, zbliżając raz policzek do jednego ramienia, a za drugim razem do drugiego. Uśmiechnął się łobuzersko.
A co, wolisz „dać mi do zrozumienia”? – zażartował, kładąc szczególny nacisk na ostatnią część zdania, co w tym wypadku, po naszej wieczornej rozmowie, było raczej bardzo nie na miejscu.
Ponownie miałam ochotę go zdzielić, tym razem jednak nie uczyniłam tego w twarz, a jedynie w ramię i to jeszcze lżej niż ostatnim razem.
Przepraszam, że cię uderzyłam.
Nie kłam. – Cały czas nie przestawał się uśmiechać. – Wcale nie żałujesz – dodał. Wstając, sięgnął mojej prawej dłoni i wsunął pierścionek na palec serdeczny. – Nie przyjąłbym odmowy – zapewnił niezwykle poważnie.
Stanęłam, bo tak jak wcześniej z wrażenia usiadłam, tak wtedy poczułam potrzebę podniesienia się na równe nogi, by się upewnić, że jeszcze mogę to uczynić. Nasze usta się spotkały, tak samoistnie, jakby były sobie przeznaczone. Moja dłoń powędrowała do jego karku, potem na włosy, a następnie moja pupa znalazła się na starym, dużym stole. Kiedy mnie na nim kładł, potrąciłam krzesło. Narobił się rumor, którego się wystraszyłam i przez to przygryzłam całującego mnie Mateusza w język. To sprawiło, że nieco ode mnie odstąpił, tak na krok i przyłożył wierzch dłoni do wargi opuchniętej nie tylko od pocałunku, ale też od wcześniejszej bitki.
Masz w sobie coś z kota – powiedział cicho, siląc się na uwodzicielski ton. – Najpierw się łasisz, a potem pazurkami po oczach. – Nachylił się, by podnieść krzesło, które potrąciłam.
Już miałam go zganić, powiedzieć, że jest okropny i w bardzo nieodpowiedni sposób żartuje, ale wtedy, gdy jeszcze się pochylał, spojrzałam ponad jego głowę, i zobaczyłam tam postać. Ledwie była widoczna, bo stała za progiem kuchni i przez to skąpana była w cieniu, bo pokój był zupełnie nieoświetlony, a i w kuchni zapaliliśmy tylko dwie lampy naftowe, z czego jedna stała na stole, a druga nieopodal, na brzegu blatu.
Kto tam jest!? – zawołałam, nie spuszczając wzroku z osoby, której twarzy nie było widać.
Osoba, której z początku się wystraszyłam, okazała się być mą matką. Kamień spadł mi z serca i poczułam nagłą ulgę, ale szybko się okazało, że to wszystko nastąpiło przedwcześnie.
Twój ojciec i brat niedawno zmarli, a ty... co ty właściwie wyczyniasz!? – zapytała za ostro. Jak na nią, to nawet o wiele za ostro.
Nic takiego, tylko...
Tylko zachowujesz się jak dziwka – wtrąciła, nie dając mi dokończyć.
Prosiłbym, by pani... – zaczął Mateusz nieśmiało, ale moja matka nie pozwoliła mu kontynuować.
To ja bym prosiła ciebie o coś! – uniosła się. Była bardzo zagniewana. – Prosiłabym byś się w tej chwili spakował i opuścił mój dom, natychmiast.
Dlaczego!? – wykrzyknęłam, zeskakując ze stołu i stając między mą rodzicielką, a mym już narzeczonym.
Bo cię nie szanuje i sprawił, że ty sama się nie szanujesz.
Skoro naprawdę tak uważasz – zaczęłam, stając na palcach, by uchodzić za wyższą niż byłam... za wyższą od niej – to dopiero ci pokażę, co to znaczy się nie szanować.
Wybiegłam jak stałam, w samej nocnej koszuli. W takim też stroju wpadłam do stajni i wyprowadziłam z boksu pierwszego z koni, tego należącego do Mateusza. Znałam tę zwierzynę, była łagodna, więc nie obawiałam się. Nawet jej nie przygotowałam do jazdy. Wskoczyłam na nią, ledwie dając radę się wspiąć, by przełożyć nogę. Objęłam w szyi i ruszyłam przed siebie.

8 komentarzy:

  1. Oj ta Klara, uśmiałam się z tego jej, dałam do zrozumienia, że nie przyjmuje oświadczyn Artura. Nie dziwię się, że Mateusz z lekka się wkurzył na słowa Klary, no bo wyszło tak jakby ona brała pod rozwagę te subtelne oświadczyny hrabiego Grandi. Tak w ogóle to Mateusz jest zazdrosny o Klarę, a nawet, że jest zaborczy w stosunku do niej, on nawet okazywał to Filipowi, a przecież to był brat Klary, a nie w żaden sposób konkurent do jej ręki. Duży plus dla Mateusza, że nie oddał policzka, gdyby na jego miejscu był Artur, to obawiam się, że Klarcia miałaby niezłego sińca na twarzy.
    Mateusz broni swojego terytorium, poczuł oddech Artura na swoich plecach i proszę, jest już pierścionek zaręczynowy. Zachował się jak typowy, zazdrosny o swoją kobietę mężczyzna, upił się, pobił z rywalem, a na koniec, ta dam, oświadczył i zdaje się został przyjęty. Jestem ciekawa jak wygląda po tej bójce hrabia Grandi i czy zostawi tak to wszystko, czy będzie walczył dalej, tą rundę wygrał Mati, Klara przyjęła pierścionek, ale myślę, że to nie koniec, ze Artur nie da się tak wykolegować.
    Nieładnie zachowała się matka Klary, rozumiem, że mogła się trochę zdenerwować, jak zobaczyła córkę obściskującą się z Mateuszem, ale żeby zaraz nazywać własną córkę dziwką, nie podoba mi się to.
    Klara jest bardzo impulsywna, moim zdaniem głupio postąpiła uciekając w nocy, nieubrana z domu, bardzo dobrze pasuje tu powiedzenie "na złość mamusi odmrożę sobie uszy".Mam nadzieję, że się jej nic nie stanie i że cała wróci z tej swojej nocnej eskapady.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Coś w tym jest, że facet jak poczuje oddech rywala za plecami, to jakoś tak znacznie szybciej podejmuje decyzje :-)
      W czasach w jakich Klara żyła, to bardzo lekko ją matka potraktowała za takie znieważenie samej siebie. Tylko wyzwała, inna by...

      Usuń
  2. Mnie tam reakcja matki Klary szczególnie nie zdziwiła, inne czasy, zresztą faktycznie, gzić się tak na stole, no nie wypada.:D Chociaż nazwanie własnej córki dziwką, to trochę dużo...
    A Mateusza bardzo polubiłam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak to nie wypada? Seks na stole bywa przyjemny ;-) No ale faktycznie nie w tamtych czasach i z pewnością nie z rodzicielką pod jednym dachem.

      Usuń
  3. Mateusz zdecydowanie byłby lepszym kawalerem dla Klary, niż Artur :) Dlatego dziwię się jak w końcu dojdzie do zerwania ich zaręczyn - czyżby matka po tym co zobaczyła sprzeciwiła się ich związkowi? Szczerze w to wątpię, skoro zmarły ojciec Klary i "rodzice" Mateusza chcieli tego ślubu.
    Znalazłam jeden błąd:
    Postąpiłam na przód i przyjrzałam się koniom
    naprzód

    amandiolabadeo.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Póki co tak, póki co Mateusz z pewnością wydaje się być tym lepszym. Jednak nigdy nie ma pewności czy tak do końca pozostanie.

      Usuń
  4. Widząc tytuł rozdziału myślałam, że to Artur ponowi oświadczyny, a tu proszę, Mateusz wykazał się inicjatywą. Ale wiadomo, że Klara będzie żoną Artura. Jestem ciekawa jak mimo wszystko do tego dojdzie. Może matka tak skutecznie zabroni jej kontaków z Mateuszem po tym, co widziała? Klara pokazała tutaj swój charakterek. Wcześniej spoliczkowała Mateusza za przywoływanie bolesnych wspomnień, potem tak stanowczo zachowała się w stosunku do matki i wypadła z domu wzburzona. Zastanawiam się, gdzie się udała, czyżby może do Artura? Obawiam się, czy przejażdżka pod wpływem tak silnych emocji dobrze się skończy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Artur nawykł do tego, że prosi raz, więc teraz czeka aż Klara będzie błagała jego, by móc za niego wyjść ;-)
      Nie, ta przejażdżka dobrze się nie skończy.

      Usuń