środa, 8 lutego 2017

#4

Pierwszy wpis Klary
Dzieckiem być, wciąż marzyć i śnić

Początki zawsze są trudne” – tak mawiała moja matka. Ojciec za to uczył konsekwencji, raczej z marnym skutkiem, gdyż, od najmłodszych lat, do wszystkiego miewałam słomiany zapał. Pamiętam jak zapragnęłam nauczyć się jeździć konno. Wypłakałam nawet własnego kucyka. Zawsze płakałam kiedy prośby, groźby i obietnice nie skutkowały. Tata się na to nabierał w obawie, że się rozchoruję. Mama nie była tak naiwna ani dobrotliwa dla swego najmłodszego dziecka, ale z pobłażliwym przymrużeniem oka patrzyła na to jak ojciec zaspokajał moje kaprysy. Wiele ich było. Wydaję mi się, że kapryśna byłam już w łonie matki, a jeśli nie, to nabrałam tej cechy wraz z zaczerpnięciem pierwszego oddechu.
Przyszłam na świat w małym miasteczku, w którym wszyscy się znali. Ludzie tam mijali się co dnia, kłaniali, mówili „dzień dobry” i czasami, kiedy akurat nigdzie się nie spieszyli, to zamieniali z sobą kilka słów, zdań, niekiedy całych poematów. Pamiętam pana Henryka – zawsze dużo mówił. Kiedy już zaczął, to nie mógł skończyć i, o dziwo, zazwyczaj wiedział jak zaciekawić słuchacza tak, by ten mu nie uciekł po kilku minutach. Większość jego opowieści to były bujdy i senne marzenia, ale opowiadanie ich sprawiało mu taką radość, że ja jako dziecko byłam w niego wpatrzona niczym w ulubioną książkę z baśniami. Dlatego, kiedy matka wybierała się na targ po świeże kwiaty, to ja robiłam wszystko, by móc udać się tam z nią, by spotkać pana Henryka, wysłuchać kolejnej bajki i przez to spóźnić się na obiad. Potem w domu ojciec zawsze nas ganił, że trzeba trzymać się od tego starego szaleńca jak najdalej, zanim zagada na śmierć. Dziwne to było, bo jako dziecko zazwyczaj zgadzałam się z ojcem, ale w tej jednej sprawie miałam zupełnie odmienne zdanie. Ja nie uważałam pana Henia za szaleńca. Za starego – być może, ale nigdy za szalonego.
Jak już wspominałam – uwielbiałam chodzić z matką na targ, ale nie tylko przez wzgląd na pana Henryka, ale także za sprawą cukierni, którą byłyśmy zmuszone mijać. Nie dało się mnie zbyć, zbałamucić ani oszukać. Przyciskałam nos do szyby i z ustami, które zostawiały na niej wilgotny ślad, mówiłam:
Ja chcę właśnie to ciastko albo to, albo tamto też chcę.
Matka nie chciała bym urządzała sceny przy ludziach, a uwierzcie mi – potrafiłam to robić – dlatego wyjmowała z torebki portmonetkę, wręczała mi jedną większą albo kilka mniejszych monet i wskazywała na drzwi. Czasami czyniła to z uśmiechem, a czasem z bardzo niezadowoloną miną. Wtedy jednak nie przejmowałam się mimiką jej twarzy, bo najważniejsze było upatrzone ciastko albo kilka ciastek. Najgorzej było, gdy szedł z nami mój o rok starszy brat. Filip na każdym kroku mi dokuczał. Wystarczyło tylko, że pobrudziłam się kremem, a on już głosił:
Jak będziesz się tak morusać, to żaden mężczyzna cię nie zechce.
Czasami też dodawał, że nie znajdę sobie męża przez to, że za bardzo się utuczę, a grubasek nikt nie lubi. Nie wiem jak inni, ale on faktycznie ich nie lubił. Dokuczał takiej jednej dziewczynce z pobliskiego domostwa jeszcze więcej niż mnie, a to tylko dlatego, że była nieco pulchniejsza od pozostałych. Filip taki już był, na każdym kroku robił wszystko, by rozzłościć inne dzieci. Wyjątkiem był jego przyjaciel – Krystian.
Pamiętam moment, gdy pierwszy raz zobaczyłam małego Krystianka na oczy. Pamiętam to bardzo niewyraźnie, bo wspomnienia te zamazała mgła czasu. Pojechaliśmy wtedy całą rodziną na wieś, do posiadłości państwa Morello. Ja zostałam odświętnie ubrana w okropnie gryzącą mnie, białą sukienkę, którą miałam nakazane nie ubrudzić. Filip także został wystrojony, ale on przynajmniej miał możliwość zdjęcia marynarki, kamizelki i wstążki pod szyją, a ja? Jak miałam się pozbyć tych wszystkich falban? Oczywiście mogłam je poobcinać, ale państwo Morello, jak na złość, nigdzie na wierzchu nie mieli nożyc, a nie można było grzebać u innych po szafkach. Musiałam więc znosić tę okropną sukienkę całe przedpołudnie, siedząc w salonie i popijając herbatkę, zagryzając ją krakersami.
Czteroletni Filip podziwiał wtedy z tatą bronie, które kolekcjonował pan Gustaw, a ja trwałam niczym na szpilkach, wyczekując pojawienia się dziecka. Wierzcie lub nie – byłam bardzo podekscytowana, gdyż wcześniej nigdy nie widziałam kilkutygodniowego niemowlęcia na własne oczy. Kiedy malec zapłakał, jako pierwsza poderwałam się na równe nogi, by móc lepiej go ujrzeć. Widziany oczami trzylatki dziwny był, taki mały bardzo. Teraz uznałabym, że normalny, ale wtedy... wtedy był dla mnie bezzębnym, łysym, mikrusim potworkiem. Wyrósł na żywego, radosnego i butnego chłopca o blond włoskach. Filip także był blondynem, więc gdy siedzieli tyłem, zdarzało mi się ich pomylić, choć dziś nie wiem jakim cudem było to możliwe, przecież Filip był aż cztery lata starszy od Krystiana.
Wszędzie się za nimi włóczyłam, po części czyniąc im tym na złość, a po części, myślę, że sprawiałam im tym też trochę przyjemność, w końcu zawsze kryłam ich wygłupy przed rodzicami. Pewnego dnia, gdy Krystian spędzał u nas ferie i przez jedną psotę wkłuł sobie w stopę szkło, to ja mu je wyjmowałam i bandażowałam ranę. Na swój sposób się nim opiekowałam. Uroczył był, gdy był ode mnie o głowę niższy, ale w końcu mnie przerósł. Udało mu się to osiągnąć jeszcze w wieku dziecięcym.
Krystian i Filip byli bardzo ważni w moim życiu, dlatego też to oni dwaj wyryli się najbardziej w kamieniu mych wspomnień z wczesnego dzieciństwa. Potem dołączył do nich jeszcze Mateusz, ale o nim będzie nieco później. Wracając do dzieciństwa, psot i zabaw, to nawet teraz, gdy zamknę powieki pod nimi rysuje się obraz naszej trójki przy stole. Kiedy gospodyni podawała nam jakieś, nieszczególnie uwielbiane przez dzieci danie, typu wątróbkę czy zalewajkę, to ja starałam się zacisnąć zęby, nie marudzić i zjeść je możliwie jak najszybciej, by też jak najszybciej o nim zapomnieć. Wiedziałam, że mamka nie pozwoli nam odejść od stołu póki talerze nie będą świeciły pustkami. Często, wtedy kiedy już na moim nie było większej części posiłku, to chłopcy mnie zagadywali, odciągali moją uwagę, a potem dokładali swojego obiadu na mój talerz. Nikt mi nie wierzył, że tak czynią, dlatego byłam zmuszona skonsumować także ich porcje. Ciekawe dlaczego wtedy Filip nie martwił się moją figurą? Gdybym faktycznie przez to znacznie utyła, to chyba nigdy bym mu nie podarowała. Wtedy też im nie darowywałam i zaraz po wciśnięciu w siebie ostatniej łyżki, biegłam ile tchu, nachylając się jedynie po kamienie, którymi w nich celowałam. Teraz myślę, że dla kogoś obserwującego całe zajście z boku, taka scena musiała przezabawnie wyglądać. Wyobraźcie sobie tylko – mała dziewczynka, we wiejskiej sukience przeznaczonej do tego, by ją poplamić i wybrudzić, kuca po kamień, a potem biegnąc celuje nim w dwóch uciekających chłopców. Po kilku takich sytuacjach zdobyłam się na pomysłowość i zbierałam kamienie w dół sukienki, który przytrzymywałam dłonią. Jeśli wcześniej wyglądałam zabawnie, to po takiej praktyce, z podwiniętą sukienką i niemal majtkami na wierzchu, musiałam wyglądać, co najmniej, żałośnie. Byłam jednak dzieckiem, nie wiedziałam co to wstyd, różnica płci ani nie zawsze czyniłam co wypada i tak jak należy. Dla mnie wtedy było ważne, że mogłam biec i rzucać, bez konieczności schylania się po kamienie, co mnie wcześniej spowalniało. Zrozumcie, tylko stosując taką metodę, miałam szansę ich doścignąć, choć w rzeczywistości nigdy mi się to nie udało.
Tak właściwie, to w istocie, raz byłam bardzo blisko osiągnięcia mojego celu i dania im popalić. Było tak, gdy Filip się potknął i wywalił, a Krystian, jak przystało na prawdziwego przyjaciela, się po niego wrócił i pomógł wstać z piaszczystej ziemi. Filip jednak od dziecka miał w sobie namiastkę pedanterii, dlatego pierwsze co uczynił po podniesieniu się na równe nogi, nie było kontynuowanie ucieczki przed młodszą siostrą, a otrzepanie umorusanych kolanek i koszulki. To była dla mnie szansa i pamiętam ją jakby to było wczoraj. Nie ma co się temu dziwić, gdyż w życiu było dokładnie tak jak mawiał Mateusz – „najbardziej wyraźnie i szczegółowo zapamiętujemy niewykorzystane okazje”. Jednak tamta okazja zostałaby przeze mnie wykorzystana, gdyby nie węgiel. Tak, naprawdę, wszystkiemu winny był węgiel pakowany w płócienne worki i magazynowany w jednej z szop, tej znajdującej się nieopodal drewutni.
Tamtego dnia biegłam ile miałam sił w małych nóżkach i byłam już bliska celu. Widziałam Filipa, który otrzepuje się z piasku, wzbijając tym sposobem drobinki kurzu w powietrze, te zaś ulatywały wraz z wiatrem. Spojrzałam pod nogi, by nie popełnić jego błędu, o nic się nie potknąć i nie przewalić, i to okazało się być błędem, bo odbiłam się bardzo mocno od czegoś twardego. Upadłam na pupę. Bolało. Do dziś pamiętam to pieczenie na jednym z pośladków i palący ból na drugim. Jakby tego było mało, usłyszałam warknięcie:
Patrz jak łazisz, smarkulo.
Ubodło mnie to do żywego, gdyż wtedy nie rozumiałam, iż „smarkul”, znaczy tyle samo co „dzieciak”. Wydawało mi się, że on mnie po prostu obraził, że wyraził się tak, bo jego zdaniem mam gluty pod nosem, a to była całkowita nieprawda. Ja bardzo mało chorowałam, a kiedy już mi się zdarzało, to zawsze miałam przy sobie chusteczkę schowaną w rękawie i dbałam o to, by mieć wysmarkany nosek.
Jako dziecko byłam zadziorna i nie dawałam sobą pomiatać. Musiałam, gdyż nie licząc Krystiana, który u nas bywał na ferie i święta, to ja byłam najmłodszym dzieckiem w okolicy, i jeśli raz bym sobie dała wejść na głowę, to potem, by mnie na każdym kroku podstawiali nogi albo popychali, a tego, jak niczego innego na świecie, pragnęłam uniknąć. Wtedy też nie chciałam, by ten, który na mnie warknął mną pomiatał, dlatego podniosłam się z ziemi, nadęłam policzki i wymierzyłam kopniaka w jego kostkę. Oczywiście, czyniąc to, miałam już przygotowany niemal cały plan ucieczki. Liczyłam na to, że kopnięty przeze mnie osobnik się skuli albo chociaż zegnie w pół, a ja będę miała czas odwrócić się na pięcie i pobiec, ile tylko tchu w płucach, wprost przed siebie. Długo miałam zamiar się nie zatrzymywać, by nie miał szansy mnie dogonić, ale niestety, nie było mi dane nawet zacząć biegu, bo chłopak się nie zgiął, a jedynie syknął pod nosem i złapał mnie za ubranie. W chwilę brutalnie przyciągnął mnie do siebie i krzyknął:
Gospodarzu, pan pilnuje dzieci, zanim sam nauczkę wymierzę!
Ojciec zjawił się jak na zawołanie. Nie wiedziałam gdzie znajdował się wcześniej, bo przyznam szczerze, że nie miałam czasu się rozejrzeć, gdyż taka byłam przejęta, najpierw gonitwą za chłopakami, a potem zemstą na tym, który złapanie ich mi udaremnił. Jednak z wczesnego, niemal natychmiastowego przybycia ojca, wywnioskowałam, iż musiał znajdować się nieopodal. Brunet, mierzący wtedy jakieś trzy i pół głowy więcej niż ja, się na mnie poskarżył i pchnął w kierunku rodziciela, który złapał mnie za ramię, skrzyczał i wymierzył kilka klapsów. To był ten jeden z nielicznych momentów mego dzieciństwa, kiedy zupełnie nie zgadzałam się z ojcem. Starałam się nie płakać, by inni nie śmiali się ze mnie, że beczę, ale i tak mi się to nie udało, więc kiedy pierwsza z łez wygrała z postawionymi przeze mnie tamami, które miały na celu łzy zatrzymywać, ja pobiegłam w stronę domu, poprzysięgając zemstę temu, który śmiał się na mnie poskarżyć.
A kto taki skarżył? Wtedy myślałam, że jest to chłopak, właściwie już młodzieniec, który pochodzi z biednej rodziny i dorabia sobie u naszego dostawcy opału, czyli tego, który przywoził nam na takich dużych wózkach, zaprzężonych w dwa albo czasami i cztery konie, węgiel oraz drewno. Myliłam się, chłopak wcale nie był taki biedny za jakiego w tamtej chwili, w mych oczach uchodził. Miał na imię Artur i, nieco ponad dekadę później od tego niezwykle dla mnie przykrego i pamiętanego po dzień dzisiejszy wydarzenia, został mym mężem.

29 komentarzy:

  1. Widać, że Klara miała typowe beztroskie dzieciństwo. Nie, żeby było to coś niezwykłego, ale wiesz jakie są opowiadania, często pojawiają się jacyś rodzice alkoholicy, sieroty od urodzenia i tak dalej :P Ciekawe jak dalej potoczą się losy Klary. Pierwsze spotkanie z mężem jakieś specjalnie romantyczne nie było, ale czego można wymagać od dzieciaków? Nie wspominając o tym, że pierwsze spotkania swoich miłości często kończą się źle :P
    Dziękuję za wizytę u mnie na http://wbrew-rozsadkowi.blogspot.com/ i za komentarze. Informuj mnie o nowościach ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie tylko takie są opowiadania, ale takie też bywa życie. W realnym świecie też często spotykamy się z rodzicami alkoholikami, sierotami od urodzenia, i tak dalej. Klary dzieciństwo może i było beztroskie, ale dzieciństwo Artura już nie. Nikt też nie mówi, że młodość i miłość Klary będzie beztroska, bo życie takie już jest słodko-gorzkie.
      Nie masz za co dziękować, a informować oczywiście zapomniałam, choć wiem, że kiedyś próbowałam, ale u ciebie w spamie nie było miejsca.

      Usuń
  2. Podoba mi się ten refleksyjny charakter tekstu w połączeniu z upartą i zadziorną Klarą. Mam nadzieję, że kolejnu rozdział też będzie poświęcony jej dzieciństwu, bo naprawdę fajnie się to czyta. Ogólnie lubię czytać takie wspomnienia z dzieciństwa, bo wtedy wszystko było takie beztroskie i niczym nie trzeba było się przejmować, a okres dorastania to okres buntu, który już nie jest taki lekki i przyjemny. Niemniej jednak czekam na ciąg dalszy przygód Klary, a zapowiedź zobaczę, jak tylko będę mieć możliwość ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Klary dzieciństwo nie będzie takie do końca beztroskie. Faktycznie, dzieci patrzą inaczej na świat, dorosłych, na problemy, ale to nie znaczy, że ten czas młodości, to tylko czas zabawy i to też zamierzam w tym opowiadaniu przekazać.

      Usuń
  3. Teraz widzę, że dzieciństwo Klary było udane - zabawy z bratem, jego przyjacielem, dobrzy rodzice. Tak właśnie powinno się kojarzyć ten okres, jako jeden z najlepszych w życiu, ponieważ po części to on odgrywa dużą rolę w późniejszym rozwoju. Charakter Klary bardzo mi się spodobał, może dlatego, że byłam do niej trochę podobna? Ma to swoje wady i zalety, ale czasami się z nią utożsamiam.
    Spotkanie z jej "mężem" było niezbyt udane, lekko kompromitujące dla dziewczynki, tak to odebrałam.
    Pozdrawiam
    Elena

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W tym niedorosłym życiu małej Klary pojawi się też bardzo dorosła tragedia, którą dzieci zrozumieją na swój własny sposób.
      Faktycznie, była tam taka całkowita kompromitacja w tym pierwszym spotkaniu z mężem.

      Usuń
  4. Spodobał mi się teledysk i jak się domyślam, to ten brunet pod krawatem to pan mąż, czyli Artur, tak? Ciekawe co nabroił, że paniczowi kazali się węglem zajmować.
    Bardzo podoba mi się postać Klary i jej różność od Filipa. Dziewczynka pomimo warkoczyków, kokardek i sukienki, wydaje mi się typem chłopczycy. Jest taka odważna i pragnie być niezależna. Mam nadzieję, że te pragnienia w niej pozostaną, a nawet nieco wyjdą na światło dzienne, gdy już Artur wciśnie jej obrączkę na palec.
    Beztroskie dzieciństwo tej trójki ich małe, a tak wielkie jak na dzieciaka problemy mnie po prostu urzekło, więc czym prędzej idę do kolejnego rozdziału.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powiem Ci, że trafiłeś, bo Artur jej dosłownie wciśnie siłą tę obrączkę na palec.
      Tak, Artur to ten brunet pod krawatem.
      Klara będzie zadziorna długi czas, ale w końcu dojrzeje i nieco wtedy straci na wyrazistości.

      Usuń
  5. Zwykle nie oglądam trailerów, ponieważ parę widziałam i nie było jeszcze takiego, który by mi się spodobał. A tu proszę! Nie wiem czemu go załączyłam, ale byłam zła, że trwał tak krótko xd
    Po jego obejrzeniu mam jeszcze większe chęci na czytanie :)
    Treść mi się spodobała, naprawdę się wciągnęłam, więc od razu czytam dalej :D

    Pozdrawiam,
    legna

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trwał bardzo długo jak na trailer i przez to bardziej pasuje do niego nazwa "teledysk". Jednak cieszę się, że ci się podobał.

      Usuń
  6. Tate chyba zawsze łatwiej jest przekupić, wziąć na płacz i zakręcić sobie wokół palca, szczególnie dziewczynkom.
    Boże, jak ja kocham takie miasteczka, gdzie każdy jest dla siebie miły, uprzejmy, mówi sobie dzień dobry, rozmawia, a nie tak jak w moim otoczeniu. Sama chciałam mieszkać w takiej przysłowiowej głuszy, ale niestety, moja druga połówka woli opcje walniętych sąsiadki w mieście.
    Zazdroszczę więc Klarze dorastania w takim miejscu, to niesamowite.
    Bracia są okropni! Zawsze te złośliwości i przytyki, nie do wytrzymania. Oczywiście, głównie z sympatii, ale ugh. Walnęłabym go tym ciastkiem na miejscu Klary :) Bracia są okropni, ale jak się z kolegą dogadają, to już w ogóle jest piekło. Faceci to chyba od dziecka są całkowicie niereformowalni!
    Kim jest Artur i jak właściwie to wszystko zaczęło się z Klarą, no i gdzie oczywiście teraz jest?
    Może dowiem się tego w kolejnym rozdziale :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czy ja wiem czy tatę łatwiej przekonać do swoich pomysłów. Chyba to zależy od ojca. Niektórzy są w ogóle nieulegli.
      Też żałuję, że nie przyszło mi dorastać w takim miasteczku, choć niekoniecznie w tamtych czasach.
      Tak, w facetach jest coś takiego od dziecka.
      O Arturze jeszcze będzie i to sporo. Z pewnością poświęcę mu więcej niż pięć minut.

      Usuń
  7. Nie spodziewałam się historii o rzucaniu kamieniami! W sumie to aż kojarzy mi się samej pewne wydarzenie z dzieciństwa, ale ja nie o tym! W sumie to cieszę się, że Klara nie dorwała chłopaków i żaden nie dostał kamieniem w głowę. Co prawda oznacza to, że nie mogła się na nich odegrać, ale przynajmniej nikomu nie stała się jakaś większa krzywda. Swoją drogą podoba mi się, jak przedstawiasz tę historię. Nie wiem, co mnie w tym tak urzeka, ale naprawdę przyjemnie mi się czyta te dziecięce perypetię. No i przyznaję, że Artur okazał się najbardziej intrygująco mnie postacią do tej pory. No cóż - muszę przyznać, że wpływa na to fakt, że ma on zostać w przyszłości mężem Klary. Nie wiem tylko, czy na pewno zostanie on nim z miłości... Tak jakoś to ostatnie zdanie zabrzmiało, jakby Klara się z tego nie cieszyła, plus wspomnienie tajemniczego Mateusza... Nie ma co się tu rozdrabniać! Może kolejny rozdział powie mi nieco więcej :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak to się nie stała nikomu większa krzywda? A Klarze? Ojciec ją uderzył i to na oczach Artura! Przecież to straszne musiało być dla tak małej dziewczynki.
      O małżeństwie Klary na chwilę obecną będę milczała. Już niedługo sama się wszystkiego dowiesz.

      Usuń
  8. Najgorzej zacząć czytać, zwłaszcza kiedy masz do nadrobienia kilka innych tekstów. Ale wreszcie zaczęłam i pomału będę brnąć naprzód :)
    Zapowiada się bardzo ciekawie. Tekst jest napisany nieco innym stylem, jakby dojrzalszym, niemal czuję to, że Klara jest kobietą po przejściach, która wspomina swoje życie z nostalgią.
    Ja zawsze marzyłam o starszym bracie - jaki by nie był, chciałam go mieć z nadzieją, że kiedyś się będziemy dogadywać. Niestety, teraz na to już za późno, ale Klara dla mnie ma szczęście, bo na rodzeństwo raczej możemy liczyć. Myślę, że jej brat w końcu, jak każdy, wydorośleje i nie będzie się popisywał przed kolegą :P
    Artur wydaje się zuchwały. Po jego zachowaniu widać, że to nie jest zwykły parobek. Jestem bardzo ciekawa jak tych dwoje zeszło się ze sobą i wzięli ślub.
    Bardzo wciągające opowiadanie, na pewno je przeczytam, ale na dziś muszę już kończyć :)
    Pozdrawiam

    amandiolabadeo.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja mam podobnie. Jak już zacznę, to się wczuwam i brnę do przodu. Dlatego ostatnio coraz częściej wybieram opowiadania, które mają na koncie już kilka rozdziałów.
      Pozwól, że zapytam - czytałaś prolog?
      Ja miałam starszego brata, mam do dziś. Jednak kontakt mamy raczej zerwany. Ja zawsze bardziej byłam zżyta z tym młodszym i to pozostało.
      No tak, bo Artur to nie taki zwykły parobek i dobrze, że dało to się wyczuć już teraz.
      Spokojnie, masz czas, nikt cię nie goni.

      Usuń
    2. Musiałam przejrzeć jeszcze raz Twoje wpisy i się upewnić, ale tak, czytałam - zawsze czytam od początku do końca, chyba, że przez pomyłkę coś ominę.
      Czemu pytasz? :)

      Usuń
    3. Bo jak napisałaś o tych nostalgicznych wspomnieniach, to wyglądało tak, jakbyś gdybała, a wiem też, że dużo osób prologu nie zauważa, więc wolałam powiadomić, że coś takiego jest :)

      Usuń
    4. Rozumiem, no może źle to ubrałam w słowa :)

      Usuń
  9. Och, jest jak sądziłam – jak najbardziej rozdział wniósł dużo więcej niż prolog. Przedstawiasz nam Klarę, a ja muszę przyznać, że mam względem niej mieszane uczucia. Na pewno jest bohaterką silną, tak bym ją nazwała po przedstawieniu jej zachowania z dzieciństwa. Zadziorna, uparta dziewczynka, która wychowała się w bardziej męskim otoczeniu, skoro głównie przebywała z bratem i jego przyjacielem. Mieszane uczucia mam stąd, że zawsze irytują mnie dzieci, które mają wszystko, bo wymuszają to płaczem. Chociaż nie można zarzucić Klarze braku przedsiębiorczości, skoro w ten sposób ugrała nawet kupno konia =P
    Ach, małe miejscowości, gdzie wszyscy wszystko wiedzą i każdy każdego zna – jakie to znajome! Jestem w stanie sobie to wyobrazić, bo i sama tego doświadczyłam. Każdy znał naczelnika poczty, więc później niejednokrotnie zagadywały mnie osoby, które sama na oczy widziałam po raz pierwszy, ale wiedziały, że „O, to córka naczelnika”. Samo dzieciństwo Klary wydaje się bardzo typowe, bo i tak to w tamtych czasach wyglądało – dzieci biegały, rozrabiały i nikt nie próbował chuchać, dmuchać i się nadmiernie troszczyć, jeśli nie było takiej potrzeby. To teraz pojawiła się ta skłonność do nadopiekuńczości, a potem wielkie zdziwienie, że co pokolenie tworzy się życiowe, nieprzystosowane do radzenia sobie w pojedynkę kaleki :’)
    Co jeszcze? Widać, że Klara była blisko z ojcem. Córeczka tatusia, tak bym to nazwała. Nie oceniam jak to będzie wyglądało później, bo na razie znam tylko jej wspomnienia z okresu dzieciństwa, ale powiedziałabym, że można spodziewać się zaradnej, trochę pyskatej kobiety, która spokojnie poradzi sobie w życiu. Trochę przerażające są docinki o szukaniu męża, które czyni jej brat, ale zdaję sobie sprawę z tego, że kiedyś mentalność była inna. Kobiety wychowywano na dobre żony, często zależnie od mężczyzny, więc i Klarze od dziecka wpajano, że to jest istotne.
    Podoba mi się styl, w jakim prowadzisz całość. To jak najbardziej pasuje do pamiętnika, bo spisując wspomnienia, używa się dość charakterystycznego języka. Czasami wspominasz o postaciach – chociażby o Mateuszu – ale nie rozwijasz wątku, co też wydaje się absolutnie zrozumiałe. Klara go zna, wie o kim i co pisze. To są jej zapiski, więc nie ma powodu, żeby tłumaczyła jak krowie na rowie kto jest kim. Podejrzewam zresztą, że to, kim jest Mateusz, samo wyjaśni się w dalszych partiach tekstu, bo kojarzę to imię z dalszych rozdziałów. Tak więc jestem o tę kwestie spokojna…
    Wracając jeszcze do Klary, to podobało mi się jej spojrzenie na świat. Opisywałaś dzieciństwo, przywołując jej sposób myślenia – to, jak uznała „smarka” za obraźliwy zwrot, tę dziecinną ciekawość co do wyglądu niemowlęcia albo zachowanie przy cukierni. To dużo mówi o postaci, zresztą przecież właśnie tak zachowują się dzieciaki. Kto z nas nie miał takich dziwnych przemyśleń, analogii i pomysłów? :D
    No i pojawił się Artur… Nie sądziłam, że pojawi się w takich okolicznościach, ale czemu nie? W końcu to też typowa historia – wielokrotnie ludzie, których spotykamy, później odgrywają w naszym życiu rolę, której się nie spodziewaliśmy. Swoją drogą, Klara już od pierwszej chwili zapadła mu w pamięć. I to ze wzajemnością, bo przy urażonej dumie, już jako dziewczynka musiała dobrze go zapamiętać.

    Nessa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zaczynam uważać,że nie lubisz dzieci, ale ja też nie lubię ani nadmiernych beks, ani takich życiowych kalek.
      Ja lubię opowiadać w taki sposób, by potem mieć co dopowiedzieć. Tak jest w przypadku "został moim mężem za X lat" i "był jeszcze Mateusz".
      Analogia i pomysły. Kiedyś myślałam, że parapetówka to siedzenie na parapecie xD Dasz wiarę?
      Zadziorność Klary na pewien czas blednie - uprzedzam, ale to ma miejsce dużo później.

      Usuń
  10. Znów się zjawiam u Ciebie w nocy. Taki nocny marek ze mnie... :D
    Pierwszy rozdział jest taki, jaki myślałam, że będzie: opis młodości głównej bohaterki. Nie żebym widziała w tym coś złego, wręcz przeciwnie! Lubię być zaskakiwana, aczkolwiek dzięki temu mogę sobie lepiej wykreować obraz Klary w głowie. A więc była kapryśna (jak ja), córeczką tatusia (jak ja), nie lubiła wątróbki (jak ja! Ha! Ha! :D) Miała raczej szczęśliwe dzieciństwo, które upłynęło w męskim gronie. Cóż, kłopoty w raju zapewne pojawią się później. Zakładam również, że z powodu retrospekcji tempo akcji będzie dość wolne.
    Twój styl trochę kontrastuje z moim, bo ja rzadko kiedy się tak rozdrabniam... No ale tworzę w lwiej części przygodówki. Tam musi być zwartko, nie refleksyjnie. Przyjemnie jednak poczytać coś odmiennego, romantycznego. Dlatego cieszę się, że tu trafiłam.
    Fajnie, że wspomniałaś o jej przyszłym mężu. Postać Artura oczywiście przykuwa uwagę.
    Wyłapałam kilka powtórzeń, a niektóre zdania musiałam przeczytać dwa razy, żeby zrozumieć, lecz to nawet najlepszym się zdarza. Zresztą u Ciebie to nie jest coś rażącego.
    Życzę Ci udanej majówki!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale ja też większość rzeczy robię w nocy, np piszę nocami, bo za dnia zupełnie nie mam na to czasu ani nie mam też do tego głowy.
      Właśnie nie, retrospekcje nie spowalniają akcji. Klara raczej skraca swoje dzieciństwo do tych najważniejszych fragmentów, tak więc jest to takie streszczenie, a nie opis wszystkich lat jakie minęły po kolei.
      Elementów zaskoczenia sądzę, że nie będzie tutaj brakowało.
      Ale ja też nie zawsze się tak rozdrabniam. Nawet tutaj, perspektywa męska jest mniej sentymentalna i taka "szybsza".
      Akurat powtórzenia w tym opowiadaniu są często zamierzone. Ogólnie ja nie uważam każdego powtórzenia za błąd, a w tym przypadku Klara spisuje swoje wspomnienia, niektóre wyrazy mają dla niej większe znaczenie, podkreśla je. Nie miała ona się bawić w szukanie każdemu powtarzającemu się słowu synonimów.
      Pozdrawiam, a w majowe święta akurat miałam dyżur w pracy.

      Usuń
  11. Minęło trochę czasu, ale — jak obiecałam — wpadłam. Komentarz jest dość krótki, bo w rozdziale nie ma zbyt wielu rzeczy, do których mogłabym się odnieść.

    Uff, bardzo cieszy mnie zmiana czcionki, bo czyta się dzięki temu o wiele przyjemniej.

    Co do uwag technicznych — powinnaś popracować nad swoją interpunkcją i powtórzeniami w tekście. Nie jest to z mojej strony przytyk i wcale nie czuję się lepiej, widząc, że ktoś gdzieś zgubił przecinek. Jeśli interpunkcja zwyczajnie Ci nie leży, okay, ale za to powtórzeń (i literówek) w tekście masz dość sporo, a większość wyeliminować jest naprawdę łatwo. Wystarczy tekstowi poświęcić dodatkowe pięć minut :)

    W pierwszym akapicie rozpoczęłaś myśl o jeździe konno… która potem gdzieś zniknęła. Nie miej konsekwencji Klary i kończ to, co zaczęłaś. Nawet jeśli ta kwestia nie jest zbyt istotna, to zgubiony wątek nie wygląda po prostu dobrze.

    Ten rozdział czytało mi się o wiele lepiej niż prolog. Jest tu o zdecydowanie mniej sztucznego patosu, wodolejstwa i przesadzonej poetyckości, dzięki czemu tekst był dla mnie przyjemniejszy, czytało mi się szybciej i zwyczajnie wygodniej.

    Kiedy czytam o ojcu Klary, mam wrażenie, że przedstawiasz mi mojego. Zupełnie taki sam! Ale chyba zawsze to właśnie tatę łatwiej na coś namówić, zwłaszcza, kiedy jest się małą córeczką tatusia.

    Miło, że nie zrobiłaś ze spotkania z Arturem jakiegoś wielkiego halo. No, może w oczach bohaterki to było wielkie halo , ale chyba rozumiesz, w czym rzecz. Cieszę się również, że nie ma tutaj zachwytu jego osobą już na samym początku, bo tego nienawidzę z całego serca. No i zakończeniem wzbudzasz zaciekawienie, jak relacja się potoczy.

    Trafiło do mnie przedstawianie tu typowo dziecięcego myślenia. Na przykład to, jak Klara odebrała słowo „smarkula” albo opis, jak wielką torturą było noszenie sukienki z falbankami.
    Ogółem miło mi się czytało o dzieciństwie naszej bohaterki. Było szczęśliwe, beztroskie, czyli takie, jakie powinno być. Nie lubię dzieci (wręcz nie znoszę), ale rozdział poświęcony dziecku mimo wszystko całkiem mi się spodobał. Lekki i przyjemny, taki, jak młode lata Klary :)

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha, dodatkowe pięć minut? Czytałam tekst przed opublikowaniem. Umysł kogoś kto coś napisał, podczas sprawdzania często czyta orientacyjnie, nie po literkach. A co za tym idzie - większości osób najtrudniej zauważyć własne literówki i nie sądzę, by pięć minut załatwiło tutaj sprawę. O wiele lepiej jest jak tekst jest sprawdzany kilka razy i to z przerwi między tymi urazami (tygodniowymi, a nie godzinowymi), ale wtedy nowe rozdziały pojawiałyby się raz na miesiąc albo dłużej.
      Powtórzenia były zamierzone. Nie mam zamiaru tworzyć Klarę w taki sposób, by pisząc swój pamiętnik bawiła się za każdym razem w wyszukiwanie synonimów.
      Klara nie rozmyślała o jeździe konno, a o tym, że była córeczka tatusia, która zawsze otrzymywała to co zechciała. Konik miał tu znaczenie, że był wypłakany i tyle. Nie widzę tu konieczności, by rozwodziła się nad tym dłużej. Kucyk miał tylko pokazywać rozmiar rozpuszczenia Klary przez ojca i to zadanie spełnił. Poza tym pisanie w sposób pamiętnikowy to właśnie takie sentymentalne powroty do wspomnień, często bez rozwodzenia się nad każdym szczegółem i utrzymaniem chronologii.
      "Nie miej konsekwencji Klary" - pamiętnik pisze Klara, więc ma ona obowiązek trzymać się swojego sposobu bycia nawet podczas spisywania wspomnień.
      Wyprzedzasz fakty. Póki co dzieciństwo Klary jest beztroskie, ale nie zawsze takie będzie - uprzedzam.
      Nie chciałam, by Klara od razu do Artura wzdychała. Chciałam ich relację zbudować na jakieś autentyczności, a nie bajce. Nie wiem na ile to potem się tego trzyma, ale wydaje mi się, że nigdy nie było między nimi takiej sielankowej miłości co góry jest w stanie przenieść.
      Pozdrawiam i dzięki za komentarz.

      Usuń
  12. Wiem, wiem zbyt wiele nie byłam u Ciebie. Ale mam ten problem, o którym mówiłam na początku. Skomentowałaś coś mojego, więc fajnie się odwdzięczyć. Przeglądając pobieżnie wtedy Twoje opowiadania, miałam wrażenie, że właśnie trafię na jakąś miłość, która nie do końca trafia w moje gusta, bo nie przepadam za romansami albo właśnie za taką miłością małolaty i dużo starszego faceta. No i sytuacjami jak z trudnych spraw. Zaczęłam czytać prawdziwą legendę, ale chyba sama stwierdziłaś, że to jest jednak dla mnie za ciężkie. Nie chodzi właściwie o czasy, ale o język i to, że wtedy kobieta była czasem traktowane jak zupełne nic, a część się z tym zgadzała. A ja czegoś takiego nie lubię, nie chcę wracać do tego.
    Postanowiłam jednak w końcu Cię odwiedzić, bo akurat na to opowiadanie się czaiłam. Jednak no nie wiem jak będzie. Na razie zapowiada się dobrze. Pomimo tego, że w prologu widać było, że kobieta to nie może mieć własnego zdania, ma robić to co jej każą itp. To jednak tutaj widać, że mała nie patrzyła na to "co niby wypada", tylko robiła jak czuje. I jeżeli ta cecha charakteru gdzieś tam w przyszłości będzie, to może być ciekawie. Och, też nie cierpię sukienek, więc ją rozumiem. Chociaż jak byłam tak mała, to jeszcze lubiłam.
    Ten Filip mojej sympatii na razie nie zdobył. Trochę mnie denerwuje, że ludzie myślą, że celem każdego człowieka jest wyjść za mąż/ożenić się. No i zaskoczyło, że już w tak młodym wieku jej z tym docina. Oj, nie lubiłabym braciszka i odgryzłabym mu się. Przypomniało mi się, jak chodziłam z siostrą i mamą co jakiś czas do innego miasta w jakichś urzędowych sprawach. Zawsze czekało się na jakieś jedzenie potem na mieście. Często tą tradycją był Macdonald i jakaś zabawka z niego. Ale mówią, że łatwiej cieszyło się za dziecka, cóż nie zgadzam się do końca. Nadal doceniam drobnostki i mam wrażenie, że można mnie przekonać czasem nawet prostym, łatwym, ale smacznym schabowym. Jasne, mogę zrobić sobie sama, ale jak ktoś chce przekonać mnie do czegoś, to on jednak musi, no i nie biorę pod uwagę, że to zbyt łatwe.

    Pozdrawiam i będę sobie wpadać, aby zobaczyć czy mi się spodoba czy nie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja nikogo nie rozliczam z czytania, więc można wpadać, gdy się chce :-)
      Akurat moje opowiadania zawsze opierają się na relacjach międzyludzkich, często damsko-męskich. Zarówno Legenda jak i wszystkie opowiadania osadzone w XIX lub na początku XX wieku nacechowane są dominacją mężczyzn. Nawet w Żonie gangstera można tę cechę odnaleźć, bo tam od początku to miał być brutalny świat,nie dla kobiety. Tylko, że we wspomnianym opowiadaniu to bardziej naszpikowane jest erotyzmem i podnietą znalezioną w bólu i upokorzeniach.
      Myślę więc, że w mojej twórczości ciężko będzie ci znaleźć coś na wzór delikatnej przygodówki czy bajkowej fantastyki. Piszę dla dorosłych, nigdy tego nie kryłam.
      Filip jak to dziecko powtarza co usłyszy, a własne poglądy nabywa od otaczających go ludzi i zasłyszanych rozmów.
      Pozdrawiam :-)

      Usuń
    2. Akurat za fantastyką raczej nie przepadam, rzadko mi się coś spodoba. OK moje opowiadanie gdzieś tam małe elementy jej ma, ale to pierwsza próba była. Przygodowe to raczej w młodszym wieku mi się podobały. Także nie do końca o to chodziło. No właśnie ta dominacja mężczyzn jest tym, co mnie wkurza, bo jestem za równouprawnieniem raczej.
      No ale zobaczymy, jak się nie spodoba to zawsze gdzieś tam w pamięci będziesz, aby zajrzeć i może coś trafi w me gusta.

      Usuń
    3. Wybierając czas akcji zrobiłam to świadomie. Nie ma co liczyć na równouprawnienie pod koniec XIX wieku. Zresztą, nawet teraz nie ma tak naprawdę równouprawnienia. To jest tylko złudne walczenie o zbędne bzdety, zamiast się zająć walką o to co naprawdę ważne. Dziś feministki walczą o to, by móc chodzić po plaży bez góry kostiumu kąpielowego, tak jak mężczyźni, zamiast zadbać o to, by mężczyzna po rozwodzie tak samo miał konieczność choć raz wziąć wolne z pracy, gdy to dziecko jest chore. Zwykle po rozwodzie, to kobieta musi dostosowywać życie zawodowe i prywatne do dziecka, a mężczyzna ogranicza się do płacenia alimentów i widywania raz na jakiś czas.

      Usuń