sobota, 11 lutego 2017

#5

Drugi wpis Klary
Tajemnica zakazanej rzeki

Jako dziecko zawsze się smuciłam kiedy Krystian wyjeżdżał albo kiedy my – ja i Filip – musieliśmy wracać ze wsi do domu. Nie było miesiąca, byśmy nie widzieli się choćby przez jeden, krótki dzień. Czymże jednak jest dzień dla małego dziecka, zwłaszcza jeśliby równać go do ponad dwudziestu siedmiu długich dni i nocy? Jest jakimś maleństwem, kropeczką na morzu białej stronicy. Jedną cyfrą na taką ich ilość w kalendarzu. Przez te wszystkie dni, kiedy Krystiana z nami nie było, szukaliśmy z nim kontaktu na różne sposoby. Raz nawet wrzuciliśmy butelkę, z listem umieszczonym w jej wnętrzu, wprost do rzeki, mając nadzieję, iż do niego dopłynie. Nie było nam dane się o tym przekonać, gdyż nie zakorkowaliśmy jej i butelka poszła na dno na naszych oczach, a wraz z sobą zabrała nasze gryzmoły. Właściwie to moje gryzmoły, gdyż Filip, jak na pedanta przystało, stawiał ładne, zgrabne, pełne litery. Ja pisałam jak kura pazurem – przynajmniej tak mówiła nasza mamka.
Naszą mamką była Helena. Nie byliśmy szczególnie bogaci, ale też nie należeliśmy do biednych, dlatego w naszym domu była służba, ale nieliczna. Była kucharka, która w wolnych chwilach robiła przetwory, służąca, która sprzątała po nas bałagan i cerowała nasze ubrania, oraz właśnie pani Helenka. Kobieta miała za zadanie nas co rano odziać, nakarmić, następnie czegoś nauczyć, znowu nakarmić, dać nam się pobawić, przywołać nas na obiadokolacje wcześniej doprowadzając do porządku oraz na koniec umyć i położyć spać. Jej życie miało ramy i rytm, bo zawierało monotonie. Jak nie trudno się domyślić, często staraliśmy się wprowadzić nieco życia i pogody ducha do jej rozpisanego na podpunkty planu dnia. Wydawało nam się, że to przez wykonywanie w kółko tych samych czynności jest taka przygnębiona, nieustępliwa i surowa. Sądziliśmy, że gdy się zakocha, założy rodzinę i będzie miała swoje własne dzieci, to nami będzie zajmowała się od święta, a wtedy całe dnie i noce będziemy mogli biegać po pobliskich lasach i łąkach oraz oczywiście chodzić nad rzekę, nad którą mieliśmy zakazane się bawić.
Rzeka, która przepływała przez nasze miasteczko, to była ta sama, która płynęła także przez pobliską wieś, tę samą, z której pochodził Krystian. Wioska się jednak kończyła, a rzeka rozwidlała. Jedna strona prowadziła za granicę, a druga do kolejnych wsi i miast, które nadały jej już inną, moim zdaniem, znacznie brzydszą od naszej „Charlot” nazwę.
Za czasów mojego dzieciństwa, rzeka ta była tematem tabu, a nam – maluchom – wmawiano, iż nie możemy nad nią się bawić z tego powodu, by czasami nie przyszło nam do głów, by w niej pływać i byśmy się nie potopili. Oczywiście kłamano, choć może nie do końca było to kłamstwo. Zwyczajnie, nie był to jedyny powód. Tłumaczono nam więc, że mamy czekać na to aż wybierzemy się na wieś, i że tam są stawy, w których będzie nam wolno zażywać kąpieli i się w nich pluskać. Krystian, choć najmłodszy z nas, jako pierwszy nauczył się pływać, ale to tylko dlatego, że większą część roku spędzał na wsi, tej ze stawami, a nie tak jak my – w miasteczku z zakazaną rzeką, płynącą przy krańcu lasu.
Dlaczego rzeka należała do miejsc zakazanych? Była drogą przemytniczą. To po niej płynęły hektolitry nielegalnego alkoholu i tony tytoniu. Rodzice zabraniali tam chodzić dzieciom nie dlatego, że przemytnicy mogliby im zrobić krzywdę, a przez to, że dzieci zazwyczaj miewały długie języki i udając się do centrum miasteczka, gdzie mieścił się targ i cukiernia, mogłyby wypaplać nawet takie szczegóły jak to w jakich godzinach organizowane są przewozy oraz jak one dokładnie wyglądają. Policja wtedy wpadłaby na trop przemytniczej rzeki, ustawiła swoich ludzi na jej brzegach, jak i na niej samej w wyznaczonych punktach, i rozbiła nielegalny gang czy też szajkę przestępców.
Pewnie każdy kto znajdzie ten pamiętnik, a potem przeczyta ten wpis, zastanowi się dłużej nad tym tematem i zapyta: „Dlaczego mieszkańcom zależało na tym, by takowy gang przemytniczy istniał?” Odpowiedź jest prostsza niż mogłoby się wydawać. Z nielegalnego alkoholu i tytoniu korzystali tu niemal wszyscy – karczmy, tawerny, większe posiadłości, w których organizowane były bale i koncerty. Oczywiście wszystko było przelewane do wcześniej oznakowanych butelek, które pozostały po tych legalnych trunkach. Z tytoniem było podobnie. Wszyscy o tym wiedzieli, nawet dzieci, choć dorośli, akurat w tym konkretnym przypadku, woleli nie dostrzegać naszej wiedzy. Wiedziała też policja, ale ta nieznająca źródła, z którego napływały owe nielegalne towary, nie mogła nic poradzić, by się ich pozbyć z obiegu.
W końcu jednak policja wzięła się na sposób i rzeką pływały patrole. Czynili to takimi specjalnymi, masywnymi łodziami. Zaczęły płynąć dnia, w którym Krystian miał wracać na wieś, bo jego pobyt u nas dobiegał końca. Pamiętam jak dziś, że był to dwudziesty pierwszy września. Teraz, z biegiem lat, wydaje mi się, że ktoś musiał policji donieść o jakimś wyjątkowo dużym transporcie, gdyż umundurowani wojskowi chodzili także wzdłuż rzeki i po pobliskim lesie. Chyba szukali kryjówki, w końcu nie dało się przepłynąć tak dużej ilości kilometrów bez postojów, choćby na rozprostowanie kości nóg i by dać odpocząć dłoniom od ciężkich wioseł. Nie wiem dlaczego uważali, iż to akurat w naszym miasteczku musi dochodzić do postoju, ale nas, jako dzieci, bardzo ciekawiło czy mają rację. Podsłuchiwaliśmy więc rozmowy służby, by w końcu samemu, we trójkę, udać się do lasku, wspiąć na najwyższe drzewo, takie zapewniające nam najlepszą widoczność, i wyczekiwać.
Wspinaczka na drzewo nie okazała się być dobrym pomysłem, bo Filip spadł i łupnął o ziemie z taką siłą, że huk rozszedł się echem, zapewne po całej okolicy. Mieliśmy wtedy po pięć, osiem i dziewięć lat. Nie wiedzieliśmy co robić, a mój starszy o rok braciszek zwijał się z bólu. Ja miałam łzy w oczach, a Krystian mówił, że trzeba biec po pomoc, byle szybko. Mieliśmy już gnać na przód po kogoś z dorosłych, kiedy niespodziewanie z ust płaczącego i stękającego dotąd Filipa wydobył się pusty śmiech. Jak nietrudno się domyślić, drwił z nas, bo udało mu się spłatać nam psikusa nabierając na swoje skaleczenie. Co prawda miał niewielką rankę na kolanie, po której toczyła się stróżka krwi, ale zupełnie się tym nie przejmował. Przykleił do niej na ślinę liścia i wtedy też wpadł na pomysł, by kilkoma z jesiennych liści obrzucić i nas. Krystian się na niego rzucił, była to taka dziecięca, powszechnie znana, ale i niebezpieczna zabawa, bo upadki, jak wiadomo nie od dziś, bywały także tragiczne w skutkach. Wtedy też nie skończyło się to dla nas za wesoło, gdyż odkryliśmy właz. Taki właz jak do zejścia pod pokład, gdy się jest na statku albo taki, który umiejscowiony jest na poddaszu i za jego pomocą rozwija się schody. W odkrytym przez nas włazie, także znajdowały się schody, były wąskie, strome i murowane, a miejsce, do którego prowadziły jawiło się istną ciemnością, czarniejszą od samej smoły, którą mieliśmy okazję podziwiać, gdy robotnicy naprawiali dach sąsiadów, a było to zeszłego lata.
Jak nietrudno się domyślić, zdecydowaliśmy się tamtędy pójść. Odnaleźliśmy nawet pochodnie, a Filip, który już wtedy podkradał ojcu papierosy, miał w kieszeni spodni zapałki. Dzięki oświetleniu przyjemniej się nam zwiedzało tamtejsze lochy, gdyż takim mianem je określiliśmy. Udawaliśmy, że to nie dzieje się naprawdę, że to tylko taka zabawa w piratów poszukujących skarbów i wyobraźnia pozwoliła nam w to uwierzyć, a tym samym zamaskować strach. Nadal odrobinkę się lękaliśmy, ale to tylko w chwili, gdy przeszedł nam drogę szczur albo coś zaskrzypiało pod naszymi nogami. Śmialiśmy się potem sami z siebie, że wystraszyliśmy się takiego małego zwierzątka lub zwyczajnych odgłosów własnego stąpania.
Szliśmy więc dalej, niczym troje, nieustraszonych piratów, ale bez szabli i rewolwerów. Dotarliśmy do pełnych beczek i skrzyń, było też kilka butelek. Zapanowało wśród nas milczenie, a potem usłyszeliśmy kroki, dużo kroków i psie ujadanie. Szczekające i warczące zwierzęta były coraz bliżej nas. Rzuciliśmy się do biegu, ale nie mieliśmy szans, gdy byliśmy skupieni w grupie. Zdecydowaliśmy się rozdzielić, biegnąc poprzez niemal całkowitą ciemność, do której wzrok już odrobinkę się przyzwyczaił.
Kiedy mnie udało się wyjść na powierzchnie zupełnie w innym miejscu niż to, które do lochów nas doprowadziło, odetchnęłam z ulgą i zamknęłam za sobą właz tuż przed okropną mordą psiska, mającego zęby tak duże, niczym prawdziwy wilk i to nie taki z baśni o czerwonym kapturku, a taki żywy, najprawdziwszy wilkołak. Postanowiłam iść na poszukiwanie chłopaków i tak o to, po kilku minutach, natchnęłam się na Filipa. Wpadłam na niego plecami. Oboje z przerażeniem wrzasnęliśmy, a potem rzuciliśmy się sobie w ramiona i zdecydowaliśmy się wspólnie odszukać Krystiana, a jeśli to będzie konieczne, to nawet po niego zejść z powrotem do lochów. Był naszym przyjacielem, a w czasach, w których żyłam słowo „przyjaciel” znaczyło więcej niż dziś. Prawdziwych przyjaciół cechowała lojalność i pomoc w potrzebie, a nie odwracanie się plecami do potrzebującego, zamykanie oczu i zatykanie uszu. Nie było co udawać, że się nie widzi i nie słyszy, a tym samym nie wie, tylko trzeba było stać za sobą murem, ratować się wspólnie z opresji, być dla siebie nawzajem, a nie dla siebie samego.
Tamtego dnia, właściwie to już późnego wieczora, mieliśmy zamiar ponownie z Filipem uchylić właz i wejść do środka. Chcieliśmy iść po Krystiana, ale usłyszeliśmy strzał. Dochodził od strony rzeki. Przeraziliśmy się. To już nie były psy i ich szczekanie, a wyraźnie wystrzał z broni, najprawdopodobniej ze strzelby. Pobiegliśmy po rodziców, zarówno naszych, jak i Krystiana, którzy już czekali na syna gotowi powrócić z nim na łono włoskiej wsi. Nie zważaliśmy na to, że będą na nas krzyczeć, iż zapuściliśmy się tak daleko do lasu. Nie baliśmy się kary ani lania. Najbardziej obawialiśmy się, że Krystianowi mogła stać się krzywda i że możemy go już więcej nie ujrzeć. Pominęliśmy jednak informacje o włazie, znalezionych, nielegalnych towarach i psach. Powiedzieliśmy jedynie, że bawiliśmy się w chowanego na polance w lesie i zapuściliśmy się nieco dalej, niż było nam wolno. Wszyscy nam uwierzyli i wyruszyli na poszukiwania.
Krystiana szukano bardzo intensywnie, przez trzy dni i trzy noce, do momentu, dopóki nie odnaleziono w rzece jednego z elementów jego ubrania. Na czapce, którą chłopiec miał tego dnia na sobie, widniały ślady krwi. Poszukiwań nie zakończono, trwały jeszcze długo, bardzo długo, ale były już mniejsze, bo już nie tak wielu ludzi brało w nich udział. W końcu odnalazło się ciało odziane w jego ubrania. Mnie i Filipowi nie pozwolono go zobaczyć, bo byliśmy dziećmi i uznano, że taki widok mógłby nas przerazić i przyprawić o senne koszary.
Smuciliśmy się i płakaliśmy. Podsłuchując służbę dowiedzieliśmy się, że Krystian został niemal cały zjedzony przez ryby i inne wodne potwory. Rzekomo był zupełnie nie do rozpoznania i tylko dzięki zniszczonemu od długiego przebywania w wodzie, ale mimo tego wciąż znajomemu odzieniu można było zidentyfikować zwłoki. W identyfikacji pomógł też łańcuszek, który chłopiec nosił na szyi. Medalion z Matką Boską i dzieciątkiem był prezentem, który otrzymał od babci w dniu chrztu świętego. Nigdy się z nim nie rozstawał, nawet go nie zdejmował, nie pozwalał nikomu nawet go tknąć. Był dla niego ważny, tak samo jak kieszonkowy zegarek pana Henryka – tego gaduły. Nie działał i starzec nie umiał go naprawić, dlatego ofiarował go Krystianowi do zabawy. Zegarka jednak w wodzie, przy ciele pięcioletniego chłopca, nie odnaleziono. Dniem śmierci Krystiana uznano dzień świętego Mateusza i też taką datę wyryto na jego nagrobku.

23 komentarze:

  1. Dobrze, że próbowali go szukać. To pokazuje, że musiał być dla nich ważny.
    To smutne, że Krystian jednak nie przeżył. Bez niego dla Klary i Filipa pewnie tak samo już nie będzie.

    Czekam na kolejny rozdział.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szukali bo był dla nich ważny, był ich prawdziwym przyjacielem.

      Usuń
  2. Strasznie współczuję Klarze i Filipowi. Utrata najlepszego przyjaciela w tak młodym wieku i w dodatku w tak tragiczny sposób musiała odcisnąć na nich piętno. Czuli się pewnie też winni jego śmierci. Biedactwa :c
    Pozdrawiam i z niecierpliwością czekam na kolejny rozdział!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Odcisnęła. Krystian długo będzie się przewijał we wpisach Klary, żył w jej wspomnieniach.

      Usuń
  3. Uśmiałam się z pomysłu wydania niani za mąż, bo wtedy będzie miała swoją rodzinę i nie będzie już miała czasu zajmować się nimi i bedą mogli robić co tylko będą chcieli.
    Z początku zastanawiałam się, czemu dorośli nie pozwalali kąpać się dzieciom w pobliskiej rzece, ale jak przeczytałam, że ciągnął się przez nią szlak przemytniczy, to przestałam się dziwić. Faktycznie ciekawskie dzieci w żadnym przypadku nie były tam potrzebne, bo mogłyby niechcący coś wygadać w nieodpowiednim miejscu i czasie. Nie dziwię się, że przemyt tak długo bez większych problemów działał, bo wszyscy mieszkańcy okolicznych miejscowości chętnie z tego korzystali.
    Klara i Filip zaprzyjaźnili się z Krystianem, pomimo, że młodszy to świetnie się do nich dopasował. Szkoda tylko, że tak szybko zniknął z ich życia. Myślę, że rodzeństwo czuło się winne tego co stało się z Krystianem, wydaje mi się, że oni traktowali go jak młodszego brata i jego zniknięcie z ich życia, zwłaszcza w takich tragicznych okolicznościach pozostawiło pustkę w ich sercach na zawsze, Piękny gest, że go szukali, pomimo strachu jaki odczuwali, trzeba ich pochwalić za odwagę, że chcieli zejść z powrotem do tunelu i go szukać.
    Zastanawia mnie tylko, czy to napewno znaleziono ciało Krystiana, bo przecież nie można go było rozpoznać inaczej, jak po ubraniach, więc może to nie był Krystian, tylko w takim razie co by się z nim stało.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobrze, że snujesz teorie. Lubię gdy moi czytelnicy myślą, sami szukają rozwiązań i starają się przewidzieć dalszą fabułę.

      Usuń
  4. Ech, jednak dzieciństwo Klary nie było takie radosne. Utrata kogoś bliskiego zawsze jest bolesna, choć być może jako dziecko, Klara nie odczuła tego tak samo jak dorośli. Oczywiście nie ulega wątpliwości w jaki sposób zginął Krystian, zastanawia mnie tylko czy jego rodzice zbuntują się przeciw przemytnikom.
    Tak poza tym, to przyznam, ze zaskoczyło mnie, że akcja nie toczy się w czasach współczesnych. Te wzmianki o służbie mnie na to nakierowały. Oczywiście oglądałam zwiastun i tam bohaterowie wyglądali jak w średniowieczu czy czymś takim, ale i tak mnie to zaskoczyło xD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Klara traktowała Krystiana jak brata, więc przeżyje jego stratę bardzo mocno. Inna sprawa, ze śmierć Krystiana też poniesie za sobą konsekwencje, ale jakie to nie zdradzę.
      Jak to nie wiedziałaś, że akcja dzieje się w drugiej połowie XIX wieku? A te stroje, opisy i nawet na początku Klara napomina o tym XIX wieku.
      Stroje z filmu nie są średniowieczne! Historia się kłania ;-) Historia za którą sama szczerze mówiąc nie przepadam, ale akurat XIX i XX wiek lubię

      Usuń
  5. Kurde, powiem Ci, że zaczęłam czytać ten wpis tak całkowicie "na lajcie", nie spodziewałam się, że tak się zakończy.
    Dopiero co wdrażam się w tą historię, a już zrobiło mi się smutno, z powodu losu bohaterów. Przykro mi, że Krystian nie żyje i wiem, że pewnie sama odczuję żałobę Klary i Filipa.

    Pozdrawiam,
    legna

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taki własnie był cel, by tej tragedii nikt z czytelników się nie spodziewał.
      Pozdrawiam.

      Usuń
  6. Zaczęłam czytać Twoje opowiadanie. Jakoś nigdy nie byłam fanką formy pamiętnikowej i narracji pierwszoosobowej, ale o dziwo dobrze mi się czyta. :)
    Klara była fajnym, psotnym dzieckiem. Trochę ze mną mi się skojarzyła, bo ja w dzieciństwie nigdy nie słuchałam rodziców. Dlatego potem wisiałam na płocie z poranionymi plecami, albo spadłam z drzewa i miałam skręconą kostkę. xD
    Przykro mi się zrobiło, jak przeczytałam o śmierci Krystiana. Jeny, jeszcze dziecko... :(
    Na dniach powinnam przeczytać resztę.
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja własnie bardzo lubię narrację pierwszoosobową. To z trzecią mam problem, ale o tym się dowiesz, gdy pozostaniesz ze mną na dłużej, bo dopiero w kolejnym opowiadaniu taka narracja została zastosowana.

      Usuń
  7. Cześć, cieszę się, że jednak wracasz do blogowania! Pisanie za bardzo uzależnia, no nie da się go porzucić z dnia na dzień. xd
    Mam szybkie pytanie: kiedy przyjdzie czas na publikowanie Prawdziwej Legendy? :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Porzucać pisania nie chciałam nigdy. Jedynie nosiłam się z zamiarem porzucenia publikowania.
      Nie wiem, która w kolejce będzie "Prawdziwa Legenda". Myślę, że to będzie zależało od czytelników. Dam Wam wybór.

      Usuń
  8. Teraz mnie zatkało... Powoli układam to sobie w głowie, ale... Pięcioletnie dziecko! Aż mnie tak zastanawia, czy Klara nie ma czasem w głowie, co byłoby gdyby się wtedy nie rozdzielili? Może wszyscy pobiegli by tą samą drogą, co ona, albo Filip... W sumie chociaż gdyby jedno z nich pociągnęło ze sobą młodszego przyjaciela... Wiem, sporo w tym wszystkim gdybania, ale nie potrafię inaczej. Tym bardziej, że podobało mi się, że we trójkę się razem trzymali i tworzyli taką paczkę. Nawet rozpatruję możliwość, że to nie ciało Krystiana zostało wyłowione, mimo że były na nim jego ubrania. W końcu nie można było na podstawie niego rozpoznać chłopca...
    Wiem, wiem - plotę od rzeczy, ale muszę przyznać, że ta historia mnie zaskoczyła. Jak widać w życiu Klary wydarzyło się więcej, aniżeli bym się tego spodziewała. W końcu póki co nie mam do czynienia z żadną historią miłosną. No i tak swoją drogą zastanawia mnie, czy to, że za dzień śmierci Krystiana uznano dzień świętego Mateusza, ma jakieś znaczenie? Jakoś tak wydaje mi się, że ma, ale nie jestem pewna dlaczego takie myśli siedzą w mojej głowie. Poza tym jeśli chodzi o to, co znalazły dzieci i sam fakt przemytu przez wioskę... Rozumiem, że w pewien sposób mieszkańcy na tym korzystali, ale jak widać jakaś kara za to też musiała być. Jakby nie było - sami sprowadzali na siebie zagrożenie. Nie wiem, czy ten fakt spowodował jeszcze jakieś inne katastrofalne skutki, ale w sumie nie zdziwiłabym się.
    Widzę, że chwilowo jest to ostatni rozdział opublikowany tutaj. W sumie przeczytałabym więcej. Niemniej będę cierpliwie czekać. Choć nie gwarantuję systematyczności w moim pojawianiu się. Ostatnio ciągle znikam z blogosfery, ale pocieszam się faktem, że mimo wszystko co jakiś czas wracam. Eh... Tymczasem pozdrawiam Cię serdecznie! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Klara wielokrotnie będzie wracała do tego dnia, zarówno we wspomnieniach jak i ten dzień powróci do niej niekiedy w koszmarach.
      W życiu Klary wydarzyło się bardzo sporo, a Artur zamiast jej życie naprostować, to jeszcze bardzo mocno je skomplikuje.
      Tak, ma znaczenie ten dzień świętego Mateusza.
      Ja od nikogo nie wymagam systematyczności, bo sama też systematyczna nie jestem.

      Usuń
  9. Widzę usunęło Ci mój komentarz, ale skoro i tak czytam od początku, by sobie pewne rzeczy przypomnieć, to nic nie szkodzi skomentować jeszcze raz. Wybacz jednak, że będzie wybitnie krótko, ale po treningu marzę o prysznicu i łóżku, a chciałbym też jeszcze coś u siebie skrobnąć. Tak więc powiem jeszcze raz, że podoba mi się to dziecięce spojrzenie bohaterów na te wszystkie dorosłe problemy.
    No i oczywiście szkoda mi Krystiana... takie małe dziecko, a zginęło właściwie po nic, przez to, że coś zobaczyło, a przecież on na dobrą sprawę nawet nie wiedział czego był świadkiem i co widział.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przede wszystkim dziękuję, że zechciałeś czytać od początku i też za to, że chce Ci się jeszcze raz komentować.
      Oczywiście wybaczę każda długość komentarza.
      O śmierci Krystiana jeszcze będzie.
      Pozdrawiam.

      Usuń
  10. Hej!
    Już od dawna obiecałam zajrzeć i ogólnie to skończyłam na tym rozdziale, jakoś też przeczytałam fragment najnowszego i wiem, że to opowiadanie nie dla mnie. Piszesz świetnie, tak trochę kojarzy mi się styl z Wichrowymi Wzgórzami, ale w zasadzie to nigdy nie skończyłam czytac tej książki. To nie dla mnie opowiadanie, a nie chcę też na siłę czytać.
    Życzę ci powodzenia w pisaniu i wielkie dzięki za zaproszenie!
    Pozdrawiam
    ROLAKA

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nadal nie uważam, by opowiadanie choćby do pięt sięgało "Wichrowym wzgórzom", ale faktycznie, opowieści osadzone w przeszłości, tak zwane romanse historyczne, czy filmy kostiumowe, to coś co trzeba lubić i nie można tego czytać na siłę, dlatego nie mogę mieć za złe tego, że ktoś nie może przez to przebrnąć.

      Usuń
  11. Biedny chłopiec, mam wrażenie, że gdyby żył inaczej wyglądałoby życie naszej bohaterki. Takie przyjaźnie od małego są jednymi z najtrwalszych w życiu, szkoda, że zmarł jako dziecko :(
    Zapewne Klara i Filip przeżyli sporą traumę, spowodowaną śmiercią przyjaciela, zwłaszcza, że musieli później wyrzucać sobie, że niepotrzebnie weszli do włazu.

    amandiolabadeo.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, takie przyjaźnie z piaskownicy są często trwalsze niż te z liceum. A kiedyś, gdy ludzie aż tak często się nie przeprowadzali, gdy domy były wielopokoleniowe, to praktycznie całe życie widywali tych samych sąsiadów i to nie tak jak teraz, że tylko na klatce ich mijali, ale tacy ludzie się naprawdę poznawali, obcowali z sobą, niemal tak samo często jak teraz pokolenie Facebooka na messengerze.

      Usuń