poniedziałek, 27 marca 2017

#21

Czwarty wpis Artura
Odzyskać co utracone

Tamtej nocy miałem na sobie przemoczone ubrania. Nie zadałem sobie trudu, by je zdjąć. Siadłem przy stole w głównej jadalni, na miękkim tapicerowanym obiciu krzesła. Rozpinałem mankiety, podwijałem je. Całkiem bezsensu, bo kilkakrotnie powtarzałem tę czynność. Co podwinąłem, to rozwinąłem, by znów móc podwinąć.
Czułem obecność Tymoteusza za plecami.
Nie czaj się. Tutaj nie biją.
Nie powiedziałbym – dogryzł mi. Położył dłoń na moim ramieniu, jakby chciał mi dodać otuchy.
Spojrzałem na niego w niecodzienny sposób. Musiałem zadrzeć głowę do góry, by to uczynić. Nie byłem zagniewany, ale nie byłem też pozytywnie nastawiony.
A ja bym coś powiedział, ale nie wiem czy warto.
Sugerujesz, że do parobka nie trafi twa wzniosła mowa? – spytał, odsuwając krzesło spod stołu, by móc na nim zasiąść.
Sugeruję, że twój rozum zawsze przegra z sercem i chorym poczuciem sprawiedliwości.
To czego się dopuściłeś, w pewnym sensie było sprawiedliwe. – Łypnął na mnie stalowymi, teraz pociemniałymi oczami i sięgnął do dzbanka.
Sam pofatygowałem się po szklankę dla niego. Odstawiłem ją mocno, z huknięciem.
Nawet jeśli było sprawiedliwe, to niezgodne z twym sumieniem, prawda?
Pańskie sumienie pana osądzi – warknął i wstał, by być ze mną równy.
Zmusił mnie do tego, bym przestał wspierać się na oparciu krzesła i także się wyprostował.
Mnie będą diabli sądzili, a nie aniołowie. W tym wszystkim co poczyniłem, chłosta żony jest najmniejszą ze zbrodni – stwierdziłem. – A ty nie wtrącaj się nigdy więcej do spraw małżeńskich, ani mych, ani cudzych. Ktoś inny może być mniej łaskawy i obić ci pysk.
Miałem cierpliwie słuchać...
Mogłeś nie podsłuchiwać.
Zakatowałbyś ją! – uniósł się.
Naprawdę? Nie sądzę. Od dziesięciu pasów nawet dzieci nie umierają. Przeszkodziłeś mi na ósmym – zaznaczyłem i sam skorzystałem z dzbanka i szklanki.
Miałem w planach napić się wody i udać do sypialni, tej należącej do Klary, bo moją akurat, tak całkiem niefortunnie, ona zajmowała. Wolałem własną pościel.
Ledwie zamoczyłem usta, a usłyszałem jak ktoś dobija się do drzwi. Ten ktoś w nie dosłownie walił.
Kogo diabli niosą o tej porze? – zapytałem w przestrzeń, ale po wypowiedzeniu tych słów spojrzałem na Tymka.
Kazać pokojówce...
To niepotrzebny zbytek – przerwałem mu. – Sam powitam nocnego marę – dodałem. – Albo nocną marę – poprawiłem się szybko, ale szeptem, tak że Tymek nie mógł mnie już usłyszeć. Gdy to mówiłem, to właśnie stałem przed drzwiami roztwartymi na oścież. Klamkę wciąż trzymałem w dłoni.
Witam ponownie pana Grandi – przemówiła powoli, ale aksamitnie. Miała bardzo melodyjny głosik, niezwykle kobiecy.
Pani wybaczy, ale zapomniałem powiedzieć przed wyjściem, że jednak rezygnujemy z tego pokoju... trzech... dwóch pokojów – zacząłem się motać, więc i kręciłem przy tym głową.
Chyba nie wziął mnie pan za służącą. – Naparła dłonią na moją klatkę piersiową, pchnęła delikatnie. – Zmokłam i zmarzłam. Nie zaproponuje pan herbaty?
Jest środek nocy.
Pan w domu mojego brata też nie zjawił się za dnia.
Brata? – zdziwiłem się. – Pani Monteho? – dopytywałem.
Matylda, Matylda Monteho. – Podała dłoń, więc ująłem ją i pochyliłem się delikatnie, jednocześnie zbliżając ją do warg.
Zamknąłem drzwi, sugerując ruchem dłoni, by weszła głębiej.
Kobiety w waszej rodzinie mają taki zwyczaj, by samotnie podróżować późnymi porami, czy tylko ja odnoszę takie złudne wrażenie?
Nie wiem czy odnosi pan złudne, ale z pewnością nie robi pan najlepszego. – Odwróciła się w moją stronę i sztucznie uśmiechnęła. – Ale chociaż jest pan przystojny.
Dziękuję za te komplementy.
To nie był komplement. Urodziwy mąż, to niewierny mąż.
Cały czas się uśmiechałem, ale w duchu zgrzytałem zębami. Nie zastanawiałem się po co ta kobieta przylazła, ale chciałem, by już sobie poszła. Doprowadzała mnie do dziwnego stanu. Takiego, że miałem ochotę rzucić się na nią, złapać za szyję, przygnieść do podłogi i w takiej pozycji trwać w oczekiwaniu aż z łaski swojej wyzionie ducha.
Chce pani bym postawił służbę na nogi, by przygotowali pani herbaty?
Pan nie umie? Co ja, głupia, plotę? W końcu czego innego można by się spodziewać po hrabim?
Umiem, naturalnie, że potrafię.
To mnie pan zadziwił, ale bez obaw, nie musi pan tego udowadniać. Nie musi się pan kłopotać. Wystarczy sama whisky.
Wskazałem dłonią na salon i wyjąłem z barku koniakówkę oraz karafkę.
Przyszła pani odwiedzić Klarę? – dopytywałem, napełniając naczynie.
A czy to problem?
Nieodpowiednia pora na wizyty – pozwoliłem sobie zauważyć.
Mam nadzieję, że nic jej się nie stało.
Odrobinę się potłukła.
Sama czy z pańską pomocą?
Jej pytanie wprawiło mnie w dziwną konsternację.
Przepraszam – dodała szybko i zbyła je śmiechem. Śmiech ten był sztuczny, pusty, przerażający. – Ma pan może papierosa albo jakieś cygaro? Za dużo tu wszędzie kwiatów, a ja z roślin umiem docenić tylko tytoń.
To zupełnie jak ja. – Wyjąłem z dolnej szuflady barku papierośnicę, która niegdyś należała do mojej matki i poczęstowałem ciotkę Klary. – Te rośliny to... Klara je tu sprowadziła. Sądzi, że ocieplają wnętrze – wyjaśniłem, starając się odpalić zapałkę od zacierki.
Pańskie ociepliło?
Przewróciłem oczami i westchnąłem. Odpaliłem w końcu tego cholernego papierosa i ugasiłem zapałkę potrząśnięciem dłoni. Napełniłem drugi kieliszek whisky, przy okazji dolewając też Matyldzie. Zająłem miejsce dokładnie naprzeciwko niej, pomimo że stół był duży.
Mam kazać zawołać Klarę? – spytałem.
Obserwowałem kolorową niczym barwny ptak kobietę, obejmującą kieliszek obiema dłońmi, jakby się chciała o niego ogrzać. Zupełnie tak, jakby był szklanką lub kubkiem z jakimś ciepłym napojem.
Przepraszam, na pewno pani zmarzła. Przyniosę herbaty.
Zrobię – zaoferował się nagle Tymoteusz.
Skończ mnie w końcu podsłuchiwać! – uniosłem się na niego. – Wtrącasz się do mojej sprzeczki z żoną, a teraz jeszcze do rozmowy z jej ciotką!
Chciałem pomóc...
Umiem zrobić herbatę. Nie urodziłem się w koronie. Niestety, a może właśnie na całe szczęście. – Wstałem.
Krzesło odsunąłem z głośnym szurnięciem i ruszyłem w kierunku kuchni. Mijając Tymka spojrzałem na niego pogardliwie i zaproponowałem:
A ty może w tym czasie idź pocieszyć moją żonę. To ostatnio wychodzi ci najlepiej.
Nie wiem o czym pan...
Mówię o tym, że ledwie wszedłem do domu, a służba plotkowała o tym, że...
Basta, basta! Panowie, chyba nie chwycicie się za łby w obecności damy. – Matylda wstała i zaczęła iść w naszym kierunku. Zanim pokonała cały dystans, to zdążyła się trzy razy zaciągnąć papierosem. – Chyba nie chce pan sugerować o niewierności mojej bratanicy.
Nie miałem zamiaru. Nie sądzę, by czegokolwiek się dopuściła, ale jako hrabina powinna...
Znowu te tytuły – prychnęła z pogardą. – Same tytuły, pozory i uprzedzenia.
Mnie też się to nie podoba, ale niestety takie jest życie! – huknąłem na nią.
Życie może być odrobinę weselsze – szepnęła i dopadła do mojego krawatu, zaczęła go luzować. – Pańskie też mogłoby być szczęśliwsze, gdyby tylko pan tego zechciał. – Nie wiedzieć czemu ta kobieta zaczęła rozpinać guziki mojej przemoczonej koszuli.
Dlaczego pani mnie rozbiera?
Bo pójdziesz do żony.
Zrobiłem duże oczy i wsparłem dłonie na biodrach.
Miałem zrobić pani herbaty – przypomniałem.
Tymon mi ją zrobi.
Tymek – poprawiłem. – On ma na imię Tymoteusz.
Ładnie. – Puściła oczko do blondyna i uśmiechnęła się przy tym przymilnie.
Dostrzegłem, że gdy jej spojrzenie ponownie spotkało się z moim, to już się w taki sposób nie cieszyła.
Pani pali tylko tytoń czy zdarza się pani też zażywać opium? – zapytałem w niemiły sposób w chwili, gdy jej udało się rozpiąć moją koszulę do końca.
W rozpiętej wydajesz się być bardziej męski. W tych sztywnych ramach, z kołnierzykiem i pod krawatem wyglądałeś jak papierowy tygrysek.
Jak kto?
Widziałem, że Tymoteusz ledwie powstrzymywał śmiech, a ta baba zaczęła się oddalać, dziwnie wyginać palce, by móc przez nie patrzeć i coś głosić o mnie jako potencjalnym modelu do jej nowej pracy.
Byłby pan idealnym greckim bogiem.
Którym konkretnie?
Dionizosem.
Dlaczego akurat nim? – zdziwiłem się.
Bo strasznie się pan chwieje, a zakładam, że bóg wina nie wychylał za kołnierz.
Poczułem się ponownie obrażany przez tę kobietę. Zacząłem zapinać guziki koszuli na chybił-trafił, czyli tak jak akurat popadło, a ona w tym czasie oddelegowała Tymka, by przygotował dla niej mocną herbatę i najlepiej zdobył jeszcze coś do zjedzenia, koniecznie słodkiego.
Pójdę do Klary – wyjaśniłem. – Może się pani rozgościć, czuć jak u siebie, zająć jakąś wolną sypialnie. – Chciałem ją wyminąć, ale zagrodziła mi drogę i dotknęła mojej klatki piersiowej po części będącej wciąż nagą.
Klara do mnie dużo pisywała. Niektóre listy dostawałam po terminie. Recepcjoniści hotelów, w których się zatrzymywałam, mi je odsyłali.
Nie rozumiałem jaki związek ma wspomniana korespondencja ze mną samym.
Wiem jaki był powód waszych zaślubin.
Nierozsądnie postąpiła pisząc o tym w liście.
Spaliłam go, ale inne pozostawiłam. Wszystkie skargi jakimi zapisała puste strony.
Domyślam się, że skarżyła się na mnie.
Na twą obojętność.
Obojętność? – nie dowierzałem.
Dawała mi do zrozumienia, między wierszami oczywiście, bo nienawykła do tego, by po męsku głosić wszystko wprost. Dobrze się zapowiadała jako dziecko, ale wygasła. Teraz została żoną, więc nie ma już co liczyć na proste słowa. Naucz się więc myśleć jak kobieta.
A jak myśli kobieta?
Czekaj moment. Dawno tego nie robiłam, ale się postaram. – Udała zamyślenie, nawet podrapała się przy tym palcem wskazującym po podbródku. – Myśląc jak kobieta, doszłam do wniosku, że jako mąż wcale nie było ci trudno ją wykorzystać. Z początku, po otrzymaniu tych wszystkich listów, sądziłam, że jeszcze tego nie zrobiłeś, bo zwyczajnie nie jest w twoim typie. Spodziewałam się nawet tego, że mogła się mocno roztyć i zbrzydnąć. Jednak teraz, gdy ją ujrzałam i poznałam też pana, zobaczyłam jak na nią patrzysz, to doszłam do wniosku, iż to że jeszcze jej nie wykorzystałeś oznacza jedynie, że nie taki zły z ciebie człowiek, Arturze Grandi. – Ponownie przyłożyła dłoń do mojej klatki piersiowej, delikatnie mnie po niej poklepała, sugerując przy tym, że moje serce jeszcze bije i pokazując mi w jakim tempie. – A teraz już możesz do niej iść. Za długie obcowanie z tobą nie wpływa na mnie pozytywnie. Łapię samą siebie na tym, że zaczynam cię lubić. Nie powinnam cię lubić, w końcu jesteś mężczyzną.
Uśmiechnąłem się do niej. Zrobiłem to szczerze, bo ten uśmiech wypłynął samoistnie. Był lekko niedowierzający, taki zagubiony, ale jednak serdeczny.
Dlaczego jeszcze stoisz? Nie chcesz odzyskać tego co utracone?
A co takiego utraciłem? – zapytałem, ale zacząłem iść na górę. Zatrzymałem się jednak, by na nią spojrzeć i w ten sposób zasugerowałem, że oczekuję odpowiedzi.
Rodzinę. Matka, brat, macocha, Filip, ojciec, dziadek. Za dużo krzyży, nie uważasz? – odpowiedziała, spuszczając głowę. Przybrała smutny wyraz twarzy. – Nie chciałabym niczego niegrzecznego sugerować, ale chyba w końcu czas na kołyskę. Krzyży już było za wiele.
Nie czułem się zbyt mądry, gdy słuchałem tej kobiety. Nawet jej wtedy nie uważałem za szczególnie bystrą. Szczerze to miałem ją za totalną wariatkę, ale jej plan się powiódł. Przybyła do miasteczka, którego nienawidziła, bo powiewało jej z każdego kąta nudą i przykrymi wspomnieniami, tylko po to, by uszczęśliwić moją żonę. Po to bym ja dał radę uczynić Klarę szczęśliwszą.
Dzięki Matyldzie i ja się zaśmiałem. Zaśmiałem się pierwszy raz tak bardzo szczerze. Miało to miejsce po kilku godzinach strachu, po łzach lęku. Ciągle pamiętam ten moment. Chwilę, w której dwuskrzydłowe, brązowe drzwi zaczęły się otwierać i nim otworzyły się na dobre, to do moich uszów już dotarł komunikat:
Ma pan syna. Moje gratulacje, panie hrabio.

środa, 22 marca 2017

#20

Czternasty wpis Klary
Odbicie w lustrze

Trzęsłam się. Całą drogę do pałacu Grandich się wzdrygałam i to nie tylko w chwilach, gdy błyskawice przecinały niebo albo pioruny uderzały o ziemię. Wydarzenia, które miały miejsce przed chwilą były we mnie ciągle i trwały tam dokładnie tak, jakby były żywe, a nie martwe. Widziałam siebie, Artura, naszą kłótnię, zastrzelonego konia.
Rżenie zwierzaka i huk wystrzału odbijały się w mojej głowie takim echem, że nie były w stanie ich zagłuszyć nawet odgłosy burzy.
Dotarliśmy na miejsce, a ja pierwsze co zrobiłam, gdy tylko wysiadłam, to obejrzałam się za siebie. Chciałam tam zobaczyć Artura i obawiałam się go tam ujrzeć. Było jednak pusto, ciemno.
Przy moim boku był Tymek. Prowadził mnie po schodach, po czerwonym dywanie, który wspólnie zabłociliśmy. Otworzył przede mną drzwi sypialni i zaproszony, wszedł za mną do środka.
Nie chcę być sama – szepnęłam wtedy w jego kierunku i pewnie tylko dlatego przystał na to zaproszenie.
Wiedział, że takie przebywanie z mężatką w sypialni, którą powinna dzielić z mężem jest iście nieprzyzwoite. Ja też o tym wiedziałam.
Staliśmy blisko siebie, dzielił nas mniej niż krok. Chciałam pokonać ten dystans, wtulić się w niego. Był taką oazą spokoju. Nie czynił jak Mateusz, nie uspokajał mnie jak on wtedy, w podobnej sytuacji. Tymek nie robił nic na siłę, zawsze działał niewymuszenie.
To co zrobiłaś było głupie – oznajmił wprost, spuszczając głowę. – Jesteś hrabiną, nie powinienem był... nie w moim obowiązku jest zwracanie ci uwagi.
Nie traktuj mnie tak. Żadna ze mnie hrabina. Nie lubię tej roli. Nie spisuję się w niej. – Przysiadłam na łóżku, pomimo tego że moje ubrania były brudne, zabłocone i przemoczone do ostatniej suchej nitki. – Zachowuję się jak zwykła wieśniaczka bez ogłady, a nie wielka pani – dotarło do mnie i odważyłam się wypowiedzieć te słowa na głos.
Być może masz rację. – Podszedł do mnie i przykucnął. – Ale siedzeniem tutaj, płaczem... niczego tym nie zmienisz. Zdejmij te ubrania, są mokre. Powinnaś wziąć ciepłą kąpiel.
Nim zdążyłam mu cokolwiek odpowiedzieć, to on delikatnie pogładził moją dłoń, ujął ją w swoją i musnął wierzch. Miał lekko spękane usta, jakby spierzchnięte.
Wstał i udał się w stronę drzwi. Zawołał, by przyniesiono ciepłej wody i napełniono nią wannę. Była miedziana, taka jak starożytne balie. Nawet nie pamiętam momentu, kiedy dokładnie się w niej znalazłam i w jaki sposób, ale pamiętam dobrze moment, gdy chciałam się utopić. Moment, gdy zanurzyłam się, by ogrzać uszy i policzki, i miałam taki pomysł, by już nie wypłynąć. Gdybym umarła, nie musiałabym stawiać czoła Arturowi. Kiedy żyłam, było to konieczne. Obawiałam się tego spotkania, które mnie czekało. Bałam się własnego męża na tyle mocno, że gdy usłyszałam kroki za drzwiami, to zwymiotowałam na podłogę.
Okazało się, że to jednak Tymoteusz, a nie Artur. Popłakałam się, przysiadłam przy balii, otulona ręcznikiem i nie byłam w stanie wykonać żadnego ruchu. Nie byłam w stanie nawet się odezwać.
Tymek musiał się tym zmartwić, bo wkroczył do łazienki, wcześniej uprzedzając, że wchodzi. Przyklęknął, by mnie przytulić, a potem obejmując, wprowadził mnie do pokoju i usadził na łóżku.
Gdzie są twoje rzeczy? – spytał.
W pokoju obok, ten jest Artura – odparłam.
Nie śpicie razem? – zdziwił się.
Przecież mówiłam ci, że ten ślub, to tylko, to nic – odpowiedziałam cicho, bez żadnego wyrazu, jakbym nie mówiła o sobie i sytuacji w jakiej się znajdowałam, a o kimś zupełnie obcym i nieżywym, jakby o dziewczynie z kart nieulubionej powieści.
Chcesz przejść do swojej sypialni?
Nie, nie wiem. – Położyłam się na dużym łożu, trzymając ręcznik obiema dłońmi. Podkuliłam nogi i pragnęłam, by zamknięcie oczu i ponowne ich otworzenie zmieniło wszystko, by cofnęło mnie do dnia, w którym postanowiłam wyjść za Artura Grandi. Gdybym tego nie uczyniła, teraz nie byłoby tego wszystkiego, a przede wszystkim nie byłoby strachu przed jego powrotem.
Tymoteusz nie pytał już o nic więcej. Nakazał służącej, by pomogła mi się ubrać. Ta przyniosła białą halkę i kremową koszulę nocną. Z początku o coś dopytywała, ale potem przestała, a i ja z nią nie dyskutowałam. Nawet słowem się do niej nie odezwałam. Dałam się jej ubrać jak podatny manekin, jak lalka na sznurkach, która tańczy tak jak palce prowadzącego nią zagrają.
Po wszystkim położyłam się do łóżka, do łóżka Artura, a nie swojego. Czułam jego zapach w nieświeżej pościeli. Lubiłam jej kolor, niespotykaną barwę czerwieni, która nakrywała niewinną biel prześcieradła. Czułam się tam dobrze, a jednocześnie nie chciałam tam być. To doprowadzało mnie do obłędu i sprawiało, że nie potrafiłam zasnąć. Byłam też nieświadoma tego, że Tymek ciągle mnie pilnuje, że czuwa przed drzwiami. Pewnie gdybym to wiedziała, to czułabym się lepiej, spokojniej.
O obecności Tymoteusza przekonałam się, gdy hrabia mocno otworzył drzwi i przekroczył próg pokoju. W tamtym momencie, jak na komendę, otworzyłam oczy, a zaraz potem je zamknęłam, by nie zorientował się, że nie śpię. Chciałam przeciągnąć nieuniknione możliwie jak najbardziej w czasie.
Artur był cały mokry. Wiem to, bo lukałam spod wpółprzymkniętych powiek. Woda ściekała z jego brody, której zarost zawsze miał krótszy niż na policzkach. Czasami brodę miał niemal zupełnie gołą, a policzki ledwie co okalała niewielka ilość włosków. Zawsze jednak miał wąsa, a on zdawał się niezmienny. Nigdy nie wydał mi się gęściejszy czy bardziej lichy.
Koszula hrabiego była tak przemoknięta, że stała się niemal przezroczysta. Kleiła się do jego ciała i widać było przez nią szarawy odcień skóry, różowe sutki, włosy na klatce piersiowej, których najwięcej zdawało się być w okolicy brzucha, tuż nad pępkiem i pod nim.
Zdjął rozpiętą kamizelkę i dopiero wtedy dostrzegłam, że spodnie nie trzymają mu się na szelkach, a na cienkim, skórzanym pasku. Sięgnął po szpicrutę, którą, gdy wszedł miał w dłoniach, ale zanim zaczął się rozbierać, to odłożył ją na biurko.
Dlaczego udajesz, że śpisz? – zapytał, a mnie wtedy ogarnęła prawdziwa panika.
Uniosłam się tak, że już nie leżałam, a bardziej siedziałam. Niczego nie mówiłam, bo gula wyrosła mi w gardle i była takiej wielkości, że skutecznie mi to uniemożliwiała. Serce na powrót zaczęło bić szybciej niż normalnie, a brzuch zabolał, gdy żołądek zdawał się skurczyć, jakby zacisnąć w pięść albo zaplątać w supeł.
Zaczął się do mnie zbliżać. Czynił to bardzo powoli, co jakiś czas postukując o kolano końcówką palcata.
Arturze, proszę – wyłkałam, bo nie umiałam powstrzymać łez.
O co? – spytał.
Na powrót zamilkłam.
Pamiętasz co ci powiedziałem, gdy jako narzeczona Mateusza dopuściłaś się podobnego czynu?
Nie pamiętałam. Umiałam postawić przed swoje oczy tamtejszą sytuację, ale w obecnym momencie, nie byłam zdolna dokładnie odtworzyć słów jakie do mnie wtedy skierował.
Powiedziałem, że gdybyś była moją żoną, to miałabyś w obowiązku podziękować za każdy bat, który bym ci wymierzył. Dodałem też, że byłoby ich sporo.
Po takiej jego przedmowie, lękałam się jeszcze bardziej jego czynów, które zbliżały się i z każdym jego krokiem były coraz bliżej mnie samej.
Odwróć się i unieś koszulę do góry – polecił, stojąc już obok, tak blisko, że mogłam go dotknąć, a on sam dotykał końcem szpicruty o stolik nocny.
Z przerażeniem obserwowałam jego poczynania, to jak odkładał potencjalne narzędzie na blat stolika, a dłońmi sięgał do paska. Sprawnie go rozpiął i złożył w pół.
Zacisnęłam pięści na prześcieradle i wcisnęłam plecy możliwie jak najbardziej w tapicerowany zagłówek.
To się więcej nie powtórzy, obiecuję – powiedziałam niewyraźnie. Z oczu nieustannie płynęły mi łzy, a głos drgał nie tylko przez płacz, ale także przez strach, właściwie to bardziej przez strach.
Nie wątpię – zapewnił.
Będę cię słuchać – chwyciłam się tymi słowami brzytwy, niczym tonący tratwy.
W to też nie wątpię. Przez zad wybiję ci z głowy nieposłuszeństwo. Odwróć się.
Nie – szepnęłam.
Wolisz dostać w twarz? – zapytał gniewnie. – Do czego chcesz doprowadzić? Do tego, bym okładał cię jak kat pięściami? – Szarpnął mną oburącz, ale nawet przy tym nie wypuścił pasa z dłoni.
Kiedy mnie siłą odwrócił, byłam już na straconej pozycji. Nie miałam z nim fizycznie żadnych szans, zwłaszcza gdy kolanem przygniatał moje plecy do materaca, a dłonie obezwładnił, chwytając za oba nadgarstki i więżąc je w stalowym uścisku.
Poczułam chłód klamry na jednym udzie, tak samo jak mokrą skórę pasa, który podobnie jak całe ubranie Artura przemókł deszczem.
Wytłukę z ciebie te głupoty, raz na zawsze – zapowiedział, kiedy moja koszula nocna była już podniesiona na tyle, że odsłaniała pośladki.
Zabolało już za pierwszym razem. Zabolało jak nigdy wcześniej. Dużo bardziej niż policzek, który mi kiedyś wymierzył i mocniej niż wszystkie lania, jakie zebrałam od ojca, skumulowane w jedno. Było inaczej niż kiedykolwiek. Ojciec ograniczał się do kilku szybkich, niezbyt mocnych klapsów czy przełożenia przez kolano, ale nie wkładał w danie mi nauczki takiej siły jaką Artur włożył.
Na moim mężu nie robił wrażenia ani mój płacz, ani krzyk, ani nawet prośby i błagania. Tak naprawdę, to miałam wrażenie, że te ostatnie tylko go podsycają do większej agresji, do mocniejszych uderzeń.
Nastał taki moment, gdy ból mieszał się z pieczeniem, a kolejne razy padały na płonące żywym ogniem ciało. To wszystko sprawiało, że odnosiłam wrażenie, jakby każde kolejne miało rozedrzeć jakąś widniejącą już na nim pręgę albo wyrwać mi odrobinę mięsa. To była katusza, tortura, która zdawała się trwać wiecznie i nigdy nie skończyć.
Skończyła się jednak, przerwana za sprawą Tymoteusza, który pochwycił szefa za rękę i tym powstrzymał go przed kontynuacją tej upokarzającej kary.
Artur ustąpił. Coś pod nosem, niewyraźnie zaklął, odstępując ode mnie i upuszczając pas na podłogę.
Mam nadzieję, że teraz znasz granicę, a jeśli nie dość wyraźnie je postawiłem, to spodziewaj się powtórki! – powiedział bardzo głośno, ale ciężko było uznać to za krzyk.
Tymoteusz mnie nakrył, a właściwie to narzucił kołdrę na nagi i obolały fragment mojego ciała. Bolało nawet, gdy odwracałam się na bok, by móc na nich obu spojrzeć.
Tymek stał między nami i wyglądał tak, jakby starał się spokojnie oddychać. Artur za to był odwrócony do mnie plecami. Schylił się po pas i w tamtej chwili ponownie obleciał mnie strach. Nie uspokoiłam się nawet wtedy, gdy zaczął wsuwać go do materiałowych szlufek spodni.
Uniosłam się odrobinkę, by móc spojrzeć w duże lustro toaletki, tej, która tak bardzo mi się podobała, że pragnęłam mieć taką w swoim pokoju. Obserwowałam jak Artur porzuca zapinanie klamry i drżącą dłoń kieruje do twarzy. Potem dostrzegłam na niej łzy. Starałam się wmówić samej sobie, że to tylko deszcz,
Tylko deszcz...

#19

Trzynasty wpis Klary
Burza z piorunami

Z dokumentem zwiniętym w rulon i wciśniętym do mojej małej torebeczki, w taki sposób, że w połowie wystawał, ruszyłam do domu mego ojca. Oczywiście nie szłam na piechotę. Wsiadłam do kolaski i postanowiłam sama nauczyć się ją powozić. Obawiałam się, bo mój brat zmarł w wyniku wykolejenia się powozu, poza tym nie miałam w powożeniu żadnego doświadczenia, ale trochę nauczyłam się na zasadzie obserwacji, więc nie poszło mi aż tak tragicznie i udało mi się dotrzeć na miejsce w jednym kawałku.
Zanim zastukałam kołatką, to spojrzałam w niebo, na ciemne, ale dziwne chmury. Wyglądały jak morskie fale, choć były niemal czarne. Przywodziły na myśl niebezpieczną otchłań wzburzonej wody oceanu, który byłby w stanie pociągnąć na dno niemal każdego, nawet całą załogę i to wraz z okrętem i szalupami.
Przez wygląd nieba, wspomnienia przywiodły przed moje oczy obraz Filipa, który od dziecka kochał statki, a po śmierci Krystiana mógł je budować godzinami i bawić się nimi w balii pełnej wody. Najbardziej jednak lubił bawić się nimi nad rzeką. Nienawidziłam rzeki. To ona mi ich wszystkich zabrała. Najpierw Krystiana, gdy jeszcze była przemytniczym szlakiem, a potem Filipa, gdy nie pozwoliła mu wypłynąć.
Wcale nie chcąc, powędrowałam też myślami do Artura i naszego któregoś z kolei spotkania. Powróciłam do felernego dnia, gdy stał przede mną mokry, gdy cisnęłam w jego stronę oskarżeniami, a on wymierzył mi policzek. Pierwszy i na tamten dzień jedyny jaki padł z ręki mężczyzny. Minęło tyle czasu, a ja wciąż czułam to upokorzenie i tamtejszy strach, drganie na całym ciele i gęsią skórkę.
Wyszłam za mąż za mężczyznę, który był w stanie podnieść na mnie rękę. Zrobiłam to z zemsty na rodzicielce i z własnych, nieczystych pobudek. Zaprzedałam siebie, swe przekonania, poglądy, nauki jakich udzielał mi ojciec. Czułam się z tym podle, ale pocieszałam się myślą, że mogłam wejść do mojego domu z dzieciństwa jak do własnego i nie musiałam się nikogo słuchać. Byłam właścicielką połowy. Byliśmy właścicielami połowy, ja i mój mąż. Wykupiliśmy ją od komornika. Na dodatek, jako mężatka, nie podlegałam już opiece matki i jej męża. Nie musiałam ich w żaden sposób respektować.
Zastukałam i uśmiechnęłam się od ucha do ucha zanim jeszcze drzwi się otworzyły. Kobieta, która niegdyś była mą i Filipa mamką, wpuściła mnie do środka i od razu zaproponowała herbatę z malinami. Dopiero po usłyszeniu tej propozycji, zrozumiałam jak bardzo zmarzłam. Płaszczyk zostawiłam w posiadłości Grandich, konkretnie to w willi przeznaczonej na mieszkania dla służby, w pokoju kamerdynera i jego wnuczka.
Przystałam na propozycję skosztowania herbaty. Służący, który zwykle zapowiadał gości, zapowiedział i mnie. Słyszałam to, bo ruszyłam za nim, choć w bezpiecznej odległości. Zrobiłam to tylko po to, by przerwać mej matce i jej mężowi spokojne spożywanie kolacji.
Nie musisz mnie zapowiadać, Oskarze. Teraz to na powrót mój dom. – Wylegitymowałam się dokumentem, na którym dokładnie spisane było, które skrzydło domu należy do mnie i po jakich pomieszczeniach mam prawo się przechadzać. Należał do nich także główny hol i salon, w którym akurat siedzieli.
Jak śmiesz się tutaj pokazywać po tym, jak śmiałaś wyjść za mąż i nawet mi zawiadomienia nie wysłać!? – krzyknęła matka. Wstała przy tym tak energicznie, że aż krzesło potrąciła, a to upadło z niemałym hukiem.
Mam prawo tu być – zauważyłam. Postukałam palcem w dokument spoczywający na stole.
Ma prawo – przytaknął mi ojczym. – Co nie znaczy, że zachowała się jak przystało. Weszła jak do siebie...
Ja jestem u siebie! – ryknęłam na niego.
Wiem – ponownie przyznał mi rację. – Jednak z racji tego, że przychodzisz do matki, to wypadałoby zachować się tak jak przystoi córce. Jednak nie, bo ty chcesz i musisz rozpętać awanturę. – Westchnął głośno, po czym wstał i udał się na kanapę. Rozpoczął czytanie gazety, jak gdyby nigdy nic, jakby mnie tutaj wcale nie było.
Spojrzałam za siebie, bo zauważyłam, że i moja matka tam patrzy, i ucieszyłam się całym sercem, gdy ujrzałam ciocie Matyldę. Była siostrą mojego taty, dużo podróżowała i choć zwykle wysyłała telegramy regularnie, to od dłuższego czasu nie odpowiadała na moje.
Klara! – zawołała.
Otworzyła szeroko ramiona i pozwoliła mi się wtulić jak wtedy, gdy byłam małą dziewczynką. Teraz byłam od niej o głowę wyższa.
Ciocia Matylda była uznawana za czarną owcę w rodzinie i sam ojciec tolerował ją tylko dlatego, że szczerze ją kochał, jak prawdziwy brat. Nie akceptował jej decyzji, nie godził się z jej poczynaniami, nigdy nie przyznawał jej racji. Zawsze mieli odmienne zdania, ale byli takim prawdziwym rodzeństwem, od serca.
Gdy byłam małą dziewczynką, to uwielbiałam jak tata, zamiast bajki na dobranoc, opowiadał mi i Filipowi o tym jak ciotka Matylda zwiała sprzed ołtarza. Była to historia jakich wiele. Niechciane i wymuszone małżeństwo, spektakularna ucieczka z kochankiem, by w istocie, na samym końcu i tak zdecydować się na samotność i pełną niezależność.
Od najmłodszych lat ceniłam ciocię Matyldę za jej odwagę, za tę siłę oraz za to, że była uznaną na całym świecie artystką. Pięknie malowała, a jej sztuki były wystawiane na deskach najsłynniejszych teatrów i to na całym świecie. Raz nawet zdarzyło jej się napisać operetkę, ale nie zasłynęła nią, więc na jednej poprzestała, nie chcąc narażać się na większą krytykę niż właśnie po tej jednej.
Nie wiedziałam, że przyjechałaś. Kiedy?
Na twój ślub nie zdążyłam – odpowiedziała z lekkim, pobłażliwym przymrużeniem jednego oka. Zachowywała się dokładnie tak, jakby się nic nie stało i nic ważnego nie straciła, pomimo że ją jako jedyną z całej rodziny zaprosiłam. – Przepraszam cię, kochanie, ale ja nie znoszę ślubów. Zechciałam jednak poznać twego męża, dlatego jestem. Mam nadzieję, że nie jest prawdziwym wilkołakiem.
Ciociu, przestań. Byłam wtedy małą dziewczynką.
I wygadywałaś niestworzone historie – dodała matka. – Nadal je wygadujesz. W oczach Matyldy zrobiłaś ze mnie prawdziwego demona.
Przestańcie się kłócić. Przybyłam was pojednać i poznać tego... już nie kawalera – poprawiła się nim zdążyła się pomylić. – Gdzie on jest?
W domu – odpowiedziałam zgodnie z prawdą. – Właściwie to w pałacu. Hrabia.
Dobra partia – pochwaliła, a potem chwyciła mnie za materiał rękawa, gdzieś w okolicy łokcia. – Pozwól na słówko. – Odciągnęła mnie na bok. – Podróżujesz nocami bez męża? – zapytała szeptem.
Tak.
A on o tym wie?
Nie wiem. – Wzruszyłam jednym ramieniem, jakby mnie to zupełnie nie interesowało.
Rozumiem. A powiedz mi teraz, drogie dziecko, czy on należy do osób powściągliwych, czy raczej w gorącej wodzie kąpanych?
A jakie to ma znaczenie?
A więc tych drugich – odpowiedziała sama sobie, jakby wyczytała to w moich oczach.
Następnie rozpoczęła odliczanie od dziesięciu w dół. Gdy dotarła do czterech, to niebo przeszyła jasna błyskawica, a po niej nastąpił głośny grzmot. Nim odliczyła kolejne dwie cyfry w dół, to kołatka zastukała w wejściowe drzwi, ale bardzo intensywnie, równie głośno co wcześniejszy grzmot.
Przygotuj się na prawdziwą burzę – zapowiedziała.
Zupełnie nie rozumiałam o co ciotce chodzi, ale nie zdążyłam zadać pytania, bo służba wpuściła Artura do domu. Lokaj chciał go zapowiedzieć, ale hrabia mu przerwał.
Nie musisz mnie anonsować, jestem teraz u siebie, na dodatek w majątku, który niegdyś należał do ojca mej żony.
Przepraszam, panie hrabio, sądziłem, że...
Dziękuję, ale to zbyteczne – odpowiedział grubiańskim tonem. – A ty, co ty tu właściwie robisz? – skierował zapytanie do mnie, ale uczynił to podniesionym głosem, co wcale, ale to wcale nie uszło mej uwadze i na dodatek nieszczególnie mi się spodobało.
Przybyłam z dobrą nowiną. – Wskazałam na dokument.
Jestem w stanie to zrozumieć. – Rozejrzał się po pomieszczeniu i po reszcie zgromadzonych w salonie, czyli spojrzał na mą matkę, ojczyma, kamerdynera i ciocię Matyldę. – Ale to wcale nie znaczy, że jestem mniej wściekły! – wybuchnął nagle, całkiem niespodziewanie, gdy ja sądziłam, że już się uspokoił, i że już wszystko jest w najlepszym porządku, bo w końcu potrafił mnie zrozumieć, choć ten jeden, jedyny raz i sam to przyznał.
Nie masz powodu! – także się uniosłam.
Nie może być tak, że nie wiem gdzie i z kim jesteś!
Domyśliłeś się więc...
Domysły to jedno – uderzył krawędzią dłoni o wnętrze drugiej. – A wyjaśnienia mi należne, to drugie! – Nie wiedzieć czemu zawachlował dłonią i wskazał na okno, jakby chciał mi dać do zrozumienia, że domysły i wyjaśnienia są od siebie bardzo oddalone.
W takim razie ja też zasługuję na wyjaśnienia, są mi należne, a nie wiem gdzie znikasz każdej nocy!
Jestem twoim mężem! – przypomniał.
I co z tego!?
To, że powinnaś mnie szanować – odpowiedział ściszając głos. Odwrócił się do mnie tyłem, jakby miał zamiar wymaszerować z salonu.
I zawsze szanowałam, a ty!? – zawołałam do jego pleców. – Ja nigdy nie wiem gdzie jesteś i z kim, i muszę to znosić. Raz poczułeś się jak ja i bardzo dobrze, że cię ubodło.
Nie schlebiaj sobie, dziewczyno – odparł powoli, bardzo cicho, nadal stojąc do mnie tyłem.
Jestem twoją żoną – przypomniałam. – I patrz na mnie jak do ciebie mówię! – Szarpnęłam za jego rękaw i odwróciłam go w swoją stronę, choć zapewne gdyby się zaparł, to nie dałabym rady tego dokonać. Nie wystraszyłam się nawet iście wściekłego wyrazu jaki pojawił się na jego twarzy. – Nie schlebiam sobie. Zapewne nie mogę równać się z baronową, z którą jadasz obiadki, ale jeśli czegoś wymagasz, to ofiarowuj mi namiastkę tego samego. Jeśli więc ty szlajasz się z innymi kobietami, to cudownie, cieszę się, że mam cię z głowy, ale pozwól i mnie znaleźć kogoś, kto w przeciwieństwie do ciebie szczerze mnie pokocha i nie będzie na sprzedaż!
Zaniósł się. Nie płaczem, tak jak to czynią dzieci w chwilach bezsilności, ale dłonią, która zawisła wysoko nade mną. To działanie Artura jednak też nie było niczym innym, jak efektem bezsilności.
Odwróciłam twarz, jakbym instynktownie chciała ją schować. Wszystko trwało ułamki sekundy, podczas której głośny trzask rozniósł się po pomieszczeniu i zawitał w każdy kąt. Policzek jednak mnie nie piekł, nie zapłonął gorącem.
Spojrzałam na Artura, którego zaciśnięta pięść była cała czerwona. Zrozumiałam, że uderzył nią o stół, który znajdował się obok mnie. Krwawił, bo trafił w talerz, a ten się stłukł, podobnie zresztą jak kieliszek, który zapewne został potrącony przy okazji.
Bałam się, naprawdę się bałam i to bardziej niż gdyby mnie uderzył. Uderzenia się spodziewałam, a prawdą było, że to niewiedza wzbudza największy strach w człowieku. Ja nie byłam wyjątkiem, więc potwierdzałam tę regułę.
Ciotka Matyldę przyłożyła swój szal do ręki mego męża.
Krwawi pan. Mocno – zauważyła.
Nic mi nie będzie – odparł chłodno, ale uprzejmie. – Dziękuję – dopowiedział. Przytrzymał drugą dłonią szal, by zatamować krwotok. – A ty, idź do powozu. – Spojrzał na mnie, po czym wskazał głową kierunek.
Leje – zauważył Tymoteusz, którego służba nawet nie próbowała anonsować, tak więc mnie zdawało się, jakby nagle wypełznął spod ziemi.
Nie dziwiłam się im, że nie powiadomili nas o jego wtargnięciu do domu, skoro wcześniej ja i Artur niezbyt uprzejmie zareagowaliśmy na zapowiedzenia nas domownikom.
Właściwie to szaleje burza – objaśnił wszystkim zgromadzonym.
Moja matka udała się do okna, by zerknąć przez firankę.
To prawda. Pogoda całkiem nie na podróż, nawet zadaszoną kolaską. Lepiej będzie jeśli na tę noc zostaniecie.
Mogę zostać na każdą, bo jestem...
Przestań – syknął Artur cicho, ale groźnie, przez zęby. Uczynił to nim ponownie dałam matce do zrozumienia, że teraz ja tu jestem właścicielką. – W takim razie, proszę o przygotowanie nam pokoju. Może być panieński pokój mej żony. Proszę jedynie o przygotowanie świeżej pościeli. Proszę też o pokój dla mojego przyjaciela – nie wiedzieć czemu zwrócił się z tym do Matyldy.
Chyba chciałeś powiedzieć trzech pokojów – poprawiłam go. – No chyba, że zamierzasz dzielić pokój z Tymkiem.
Gdybym chciał powiedzieć „trzech”, to powiedziałbym „trzech”. – Przycisnął mocniej szal do rany, pomimo że ten w wielu miejscach przesiąkł już szkarłatną cieczą. – Wyraziłem się też jasno, żądając pokoju dla nas.
Odłożył zakrwawiony materiał na stół, pomiędzy szkła i zaczął zdejmować płaszcz, następnie odpinać poplamiony czerwienią mankiet. Odsunął krzesło od stołu i zasiadł na nim. Zaczął uważnie przyglądać się rozcięciu, jakby doszukiwał się w nim niechcianych odłamków. Podwinął rękaw koszuli. Nie miał na sobie marynarki, co dawało mi do zrozumienia, że wybiegł zaraz za mną i jedynie za płaszcz zdążył chwycić. Ten płaszcz chyba nawet nie należał do niego, był raczej stary, mocno znoszony.
Opatrz mu tę rękę – szepnęła do mnie ciotka. Zapewne miało to brzmieć zachęcająco.
Nie mam zamiaru – odparłam. – I nie mam zamiaru tu też zostawać ani chwili dłużej, zwłaszcza jeśli mam dzielić jedno łóżko z tym człowiekiem! Albo raczej z jego kiepską imitacją! – Wskazałam na Artura palcem, a potem ruszyłam w stronę drzwi.
Tymek starał się mnie zatrzymać, zwłaszcza, gdy Artur coś krzyknął, na dobrą sprawę, to nie wiedziałam czy do niego, czy do mnie. Byłam zbyt pochłonięta swoim gniewem i złością, by dostrzegać coś ponadto. Bez trudu też wyrwałam nadgarstek z delikatnego, bardzo symbolicznego uścisku Tymoteusza. Usłyszałam za sobą Artura, jego kroki, jego głos. Przyspieszyłam. Wybiegłam na zewnątrz i wsiadłam na pierwszego z brzegu konia, którego jeszcze nie zdążono zaprowadzić do stajni.
Wymierzyłam zwierzęciu kopniaki w boki, by ruszyło. Potem smagnęłam dłonią w zad, by przyspieszyło. Gnałam w stronę lasu, ale nie tak jak kiedyś, choć też głupio i na oślep. Nie pędziłam jednak w stronę urwiska, a wraz z nurtem rzeki.
Zatrzymaj się! – krzyczał za mną Artur, powożący kolaską.
Spojrzałam przez ramię i zauważyłam też Tymoteusza, który gnał na koniu, chcąc mnie ze wszystkich sił dogonić.
Tam jest bariera! – wrzeszczał mój mąż, ale mu nie wierzyłam, bo nie rozumiałam o jaką barierę mogło mu chodzić.
Już wkrótce zobaczyłam przed sobą ogrodzenie. Zrozumiałam, że tu muszą wypasać się zwierzęta, że dzięki temu mają dostęp do świeżej wody z rzeki, a owa bariera ma zapobiegać przed ich ucieczkami.
Pomimo tego, że zauważyłam ogrodzenie stosunkowo szybko, to uznałam, iż to okazja na to, by się rozpędzić i je pokonać, a nie się przed nim ugiąć i zatrzymać konia. Nie chciałam zostać schwytaną. Chciałam utrzeć mężowi nosa, przy okazji pokazując mu, że ja także potrafię tak dobrze jeździć jak on, i że przy mnie też koń pokona tak niską przeszkodę.
Przeszkoda jednak nie była tak niska jak mi się wydawało, a z każdym uderzeniem kopyt o ziemię, wydawała się rosnąć w oczach. Nie było już czasu, by się wycofać. Objęłam konia mocniej za szyję i zamknęłam oczy. Poczułam jak zwierzę odbija się tylnymi łapami i unosi nas w powietrze, a potem opadamy, mocno, szybko, gwałtownie.
Stoczyłam się z grzbietu zwierzęcia i upadłam na mokrą trawę, w jedną z kałuż. Usłyszałam głośne, przeraźliwe rżenie, jakby koń w ten sposób płakał albo raczej wył z bólu i prosił o chwilę ulgi. Otrzymał ją. W momencie, gdy otwierałam oczy, to Artur akurat wymierzał w serce zwierzaka z długiej lufy strzelby, którą zazwyczaj woził w kolasce.
Oddanie strzału nie przyszło mu łatwo. Dokonał tego z niemałym trudem i łzami w oczach. Potem odrzucił broń. Zwyczajnie ją upuścił, jakby brakło mu sił, by ją utrzymać.
Pierwszy podszedł do mnie Tymek. Właściwie to podbiegł i zaszedł od tyłu. Nachylił się i wsunął swoje ręce pod moje pachy, jakby chciał mnie w ten sposób unieść do góry. Artur jednak mu przeszkodził. Chwycił za materiał mojej sukni i szturchnął.
Coś ty zrobiła? – warknął przez zaciśnięte zęby. – Wstawaj! – wrzasnął i szarpnął mną do góry.
Kiedy już stałam, to oczekiwałam tego co będzie dalej. Serce łomotało mi w piersi tak intensywnie, jakby chciało z niej wyskoczyć. Trzęsłam się i to nie tylko z zimna.
Przed oczami stanął mi obraz Artura, który niegdyś uratował mi życie, a zaraz po tym zawisnął nade mną ze szpicrutą w dłoni. Wtedy jednak byłam narzeczoną Mateusza, a więc Artur nie miał do mnie żadnych praw. Wtedy mi się upiekło, a teraz był moim mężem.
Odszedł ode mnie na krok, następnie na dwa.
Odwieź ją do domu – polecił Tymkowi. – Zabierz też konia. Ja się przejdę.
Chodź – szepnął do mnie blondyn i zaczął mnie ciągnąć w stronę kolaski. Otworzył przede mną drzwi. – Wsiądź – zachęcił.
Zatrzymałam się jednak. Spojrzałam na Artura, a on na mnie, niemal w tym samym momencie.
Rób co mówi! – ryknął doniośle.
Moje serce znowu zaczęło silnie łomotać w piersi. Czym prędzej wsiadłam więc do kolaski i poczułam ulgę, gdy Tymek ruszył. Poczułam też dziwny żal, że zostawiamy Artura samego na tym pustkowiu, na deszczu, w chwilach gdy na niebie grzmi. Poczułam też strach, bo wiedziałam, że nie minie doba, a mnie przyjdzie stawić mu czoło. Nawet nie łudziłam się, że on zapomni.

poniedziałek, 20 marca 2017

#18

Dwunasty wpis Klary
Białe małżeństwo

Stałam się hrabiną Grandi. Zyskałam tytuł i męża. Ludzie rożnie na to reagowali. Jedni zmilczeli, inni gratulowali, jeszcze inni wytykali palcami. Ja sama nie czułam się jednak jak kobieta zamężna. Artur był... zawsze był obecny w moim życiu, od mych najmłodszych lat, od tego feralnego spotkania przy węglu, gdy goniłam z kiecką podniesioną do góry za Filipem i Krystianem. Ich już nie było, a on był. Trwał przy mnie, choć nienamacalnie. Niby mogłam go dotknąć, poprosić do tańca, zjeść z nim kolację czy obiad, ale pomimo tego, to on zawsze był gdzieś obok. Miał swój świat i nie chciał mnie do niego wpuścić. Wtedy jeszcze nie rozumiałam dlaczego.
Obiecałeś mi coś – przypomniałam kilka tygodni po zaślubinach.
Siedział naprzeciwko mnie. Akurat jedliśmy śniadanie przy okrągłym stole. Smarował bułkę maślaną marmoladą.
Pamiętam – odparł, zmęczony jak wszyscy diabli. Powieki zdawały się samoistnie mu opadać.
Może gdybyś spędzał choć co drugą noc w domu, to byłbyś bardziej energiczny, mężu. – Uśmiechnęłam się do niego cynicznie i rozpoczęłam przekrawanie rogalika.
I jakbyś skorzystała na tej mojej energii? – Zaśmiał się. Wzruszył ramionami, wrzucił ostatni kęs do buzi, po czym wstał od stołu.
Arturze, zaczekaj! – zawołałam za nim. – Chcę wiedzieć kiedy przejmiemy majątek mego ojca?
Zatrzymał się. Nie odwrócił. Dłonie wsparł na biodrach i ciężko westchnął, pochylając głowę ku dołowi.
Coś się stało? – zmartwiłam się. Wstałam i wyminęłam go tylko po to, by stanąć dokładnie naprzeciw. – Okłamałeś mnie? Nigdy nie zamierzałeś tego dla mnie uczynić, prawda!? – nawet się nie spostrzegłam, a zaczęłam się unosić, a potem krzyczeć.
Cicho być. Przestań – starał się mnie uspokoić, ale do mnie żadne ze spokojnie wypowiadanych słów nie docierało.
Dopiero gdy wrzasnął, to ja zamilkłam. Wydarł się tak mocno, iż miałam wrażenie, że ściany się zatrzęsły i to tak bardzo, że niewiele brakowało, a by runęły.
Nie okłamałem cię. Po prostu sprawy się skomplikowały – wyjaśnił, spuszczając z tonu i starając się mówić w miarę cicho, opanowanie.
Co to znaczy „sprawy się skomplikowały”?
Jestem zmęczony. – Chciał mnie wyminąć, ale złapałam go za rękaw i szturchnęłam.
Jeszcze nie skończyliśmy! – zaznaczyłam.
Ja skończyłem – wyszarpnął się.
Chcę wiedzieć na czym stoję! – Nieustannie deptałam mu po piętach. Weszłam nawet za nim do łazienki. Patrzyłam jak obmywa twarz zimną wodą. – Arturze, ja do ciebie mówię!
A ja do ciebie milczę. Nie mam ochoty na rozmowę.
A co, boisz się mi powiedzieć, że przepiłeś i przegrałeś cały majątek zanim go w ogóle otrzymałeś!?
Jeśli masz o mnie takie zdanie, to po cholerę za mnie wychodziłaś!? – Cisnął zmiętym ręcznikiem do wanny.
Bo ci zaufałam, ale widocznie błędnie.
Najwidoczniej. Wychodzi na to, że jeśli spodziewałaś się po mnie czegoś dobrego, to okazałaś się być zwyczajnie głupia. Zresztą, myśl sobie co chcesz. – Wyminął mnie. – Nie obchodzi mnie twoje zdanie – dodał.
Żądam byś spełnił obietnicę, ty draniu! – Rzuciłam szklaną butelką szamponu do włosów. Oczywiście nie celowałam nią w niego, a w podłogę. Nie byłam na tyle niepoważna, by chcieć uszkodzić lub, co gorsza, zabić własnego męża.
Posprzątasz to – zapowiedział, wskazując na mnie palcem.
Ani mi się śni. To twoja wina.
Ty rzucasz przedmiotami, ale to moja wina? – nie dowierzał.
Oczywiście, że twoja, ty bydlaku. – Tym razem sięgnęłam po szczotkę do włosów i trafiłam nią w lewe udo hrabiego, który zapewne oberwałby w zupełnie inną część ciała, gdyby się nie osłonił.
Dobrze ci radzę, lepiej przestań!
Skończ mi grozić. Nie zbliżaj się do mnie – zażądałam, ale na nic się to zdało, bo on nieustannie postępował krok do przodu, unikając lub odbijając rękoma przedmioty, którymi starałam się w niego wcelować. Oczywiści z czasem rzucałam coraz prędzej, niechlujnie, przez to niemal wcale nie trafiałam. Zresztą, nigdy nie miałam dobrego oka.
Kiedy Artur był już bardzo, bardzo blisko, zdecydowałam się wybiec z łazienki i ruszyć biegiem do góry, wprost do sypialni, gdzie miałabym możliwość zamknięcia drzwi. Niestety, pochwycił mnie jedną ręką w pół i przyciągnął do siebie. Plecami czułam jak jego klatka piersiowa się unosiła i opadała. Lekko dyszał, mówiąc coś w bardzo męski sposób, z lekką chrypą, warkliwie, wprost do mojego ucha. Byłam tak oszołomiona tymi doznaniami, że wcale nie rozumiałam słów, wyczuwałam jedynie barwę jego głosu i ukłucia w podbrzuszu, które zdawały się być odczuciem, jakby ktoś mnie tam trącał od wewnątrz. Było to doznanie nie do opisania, ale wydaję mi się, że każda kobieta ma za sobą podobne, a jeśli nie ma, to oznacza jedynie tyle, że jeszcze wszystko przed nią.
Chcąc nie chcąc, też zaczęłam oddychać szybciej i bardziej płytko, jakbym się chciała dostosować do jego tempa. Musiał to wyczuć, przestał mówić albo zmienił barwę głosu na tyle, że ja już wcale nie wychwytywałam słów. Czułam za to jego rękę. Położył ją na moim brzuchu, a potem objął w taki sposób, jakby chciał się stać moim kaftanem bezpieczeństwa. I czułam się dziwnie bezpieczna i zagrożona za razem. Zaczęło mi się robić gorąco od tych wszystkich sprzecznych emocji, a on schodził dłońmi niżej, aż na moje uda. Jedną wniknął pomiędzy nie.
Pamiętasz co ci obiecałem? – zapytał.
Pokręciłam głową, bo słów mi zabrakło, a jego dwa palce, ten środkowy i wskazujący, zaczęły się poruszać w taki sposób, że drażniły moją kobiecość poprzez halkę i koszulkę nocną. Nie miałam na sobie innej bielizny, nie lubiłam w niej spać.
Dałem ci słowo, że cię nie tknę bez twej wyraźnej zgody. Ale jesteś ładniutka i niewiele brakuje, właściwie już po części je łamię. Obiecałem też, że jeśli zechcesz... zechcesz... – przeciągnął, a potem wypuścił mnie ze swoich objęć. Odskoczył w tył niczym oparzony.
Odwróciłam się w jego stronę, akurat w chwili gdy wskazywał dłonią na schody.
A teraz marsz na górę zanim się zdenerwuję!
Jego podirytowanie i kiepsko odegrana surowość wprawiły mnie w rozbawienie.
Starasz się być groźny? – zapytałam, przykładając trzy palce do ust, by ukryć uśmieszek.
Potrafię być groźny – zapowiedział. – Poza tym jesteś moją żoną, powinnaś być posłuszna. Powiedziałem na górę! – przypomniał i nawet wstrząsnął tą dłonią, którą pokazywał kierunek. Mimikę twarzy miał przy tym przecudowną, a już tupnięcie nogą stało się istną wisienką na torcie.
A ten bałagan? – drażniłam go dalej, doszukując się w tej zabawie dziwnego uwielbienia, jakbym nie chciała, by kiedykolwiek dobiegła końca.
Nigdy nie czułam się tak rozbita, a jednocześnie tak sprzeczna i poskładana jak przy Arturze Grandi. Był tym, który dawał ciepło. Palił mnie w upalne dni, ale też pozwalał się ogrzać w zimne wieczory. Innymi razy mroził do szpiku kości, ale też umiał dać ulgę tym chłodem, gdy gorąco stawało się nie do wytrzymania.
Nigdy nie sądziłam, że to powiem, a tym bardziej, że to napiszę i pozostawię do przeczytania dla przyszłych pokoleń, ale Artur Grandi był cudownym człowiekiem... jest cudownym człowiekiem. Artur Grandi nie umarł, choć od wielu, bardzo wielu lat, dla mnie samej powinien być martwy. Żył jednak w mych wspomnieniach. Gdy patrzyłam na nasze wspólne fotografie, to niemal czułam jego obecność, słyszałam charakterystyczną barwę głosu, a nocami budziłam się, gdy tylko wyczułam jego dotyk na mych nogach. Wracając późną nocą lub nad ranem, zwykle dotykał moich łydek. Kładł na nich dłonie, lekko zaciskał, ugniatał.
Dzień dobry, jak się spało? – zazwyczaj wtedy mawiał, zaraz po tym, gdy dostrzegał jak mozolnie unosiłam jeszcze ciężkie powieki.
Jednak zanim do tego doszło, nim pierwszy raz poczynił taki gest i wypowiedział te słowa, to w „Charlot” – rzece, która płynęła przez nasze miasteczko – upłynęło wiele wody.
Moment, w którym staliśmy pomiędzy łazienką a pokojem, a wokół nas były porozrzucane przedmioty i pozbijane szkło, mógł być przełomowym w naszym małżeńskim życiu. Mogłam wtedy odpowiedzieć na jego gest i przerwane zapytanie. Mogłam wypowiedzieć proste:
Zechcę.
Następnie zbliżyć usta do jego warg, zarzucić ręce na szyję. Mężczyźni tacy już byli, że w owych chwilach, po takich kobiecych poczynaniach, zwykle nie umieli odmawiać, nawet jeśli to następowało po głośnej kłótni, a być może, zwłaszcza po takich kłótniach szukali ukojenia w cielesnym spełnieniu.
Byłam jednak za młoda, jeszcze tak głupia i niedojrzała w sprawach kobieco-męskich, by wiedzieć jak rozegrać tę grę. Ludzie bowiem to takie instrumenty. Każdy może grać swoją melodię, zupełnie inną od pozostałych i może to przypominać ścieranie pazurów przez kota o kamienną powierzchnię, ale może też być miodem dla uszu. Niekiedy trzeba wymienić nuty, a czasami wystarczy jedynie dostosować tempo do siebie nawzajem i nie zmieniać w sobie niczego.
Na kilka tygodni po zamążpójściu, moje życie z Arturem Grandi przypominało grę porównywalną do ścierania pazurów. Pewnie byśmy dalej lubowali się w tych swych awanturach, doprowadzając nimi do wzajemnej nienawiści, ale Tymoteusz nam przeszkodził. Wszedł bez pukania, choć sam upierał się, że zastukał. Artur go skrzyczał, a nim ja zdążyłam się wtrącić, to Tymek przerwał wyjaśnieniem, że miał zawieźć hrabiego do miasta, do komornika.
Do komornika? Dlaczego nie do wierzyciela? – dopytywałam zaciekawiona, bo przecież sprawa tyczyła się majątku po mym ojcu.
Bo myśmy się trochę spóźnili z zaślubinami – odpowiedział. – Komornik nas ubiegł.
Czemu nie powiedziałeś mi wcześniej?
Bo nie musiałem ci się tłumaczyć – nadal mówił spokojnie, nie krzyczał, ale coś już pobrzmiewało w jego głosie i nakierowywało na rychłe zdenerwowanie.
Chodzi o dom, w którym spędziłam dzieciństwo, najlepsze lata mego życia, więc... – zaczynałam się unosić, bo moim zdaniem powinien być ze mną szczery w tym temacie i niczego przede mną nie zatajać.
Przestań! Dobrze!? – ryknął. – Zrobiłem co uznałem za słuszne, a teraz uważam, że ty najwłaściwiej postąpisz udając się na górę, do naszej sypialni, bo gołe nogi, to taka część ciała, którą żona powinna pokazywać jedynie mężowi. – Spojrzał na Tymoteusza, jakby chciał dać mi do zrozumienia, że prócz niego jeszcze jeden osobnik płci męskiej znajduje się w pomieszczeniu.
Jedziemy od razu czy...? – dopytywał Tymek.
Tylko się najpierw przebiorę – odparł, gdy ja byłam już w drodze, dokładnie to w połowie drogi do mojej sypialni.
Postanowiłam jednak zboczyć z trasy i wejść do pokoju mego męża. Usiadłam na jego łóżku. Sądziłam, że jakoś na to zareaguje, że cokolwiek powie, a on nawet się nie odzywał. Zachowywał się dokładnie tak, jakby mnie nie zauważał. Przebierał się bez skrępowania.
Obserwowałam go, choć na początku starałam się czynić to ukradkiem, skromnie. Potem jedynie nie chciałam się wgapiać jak ciele w malowane wrota. Patrzyłam jednak pewnie, dając mu do zrozumienia, że nie jest ani pierwszym, ani jedynym, ani wyjątkowym.
Wtedy pierwszy raz dotarło do mnie, że lubię jego plecy. Pierwszy raz miałam okazję podziwiać jak łopatki się do siebie zbliżają, gdy ich właściciel się przeciąga. Kiedy przywdział granatową, ale nie taką ciemną, a zbliżoną odcieniem do chabru marynarkę, zdecydowałam się wstać i otworzyć jedną z szuflad. Wyjęłam z niej bordowy krawat i srebrną spinkę z ciemnym, niemal czarnym oczkiem.
Będzie pasował – oznajmiłam, gdyż poczułam jego wzrok na mych dłoniach.
Mnie? – zdziwił się. – Do trumny?
Zmarszczyłam brwi, nie rozumiejąc o co mu chodzi.
Nie mam nic do twego gustu, ładny, ale obawiam się, że gdy następnym razem zechcesz rzucać we mnie przedmiotami, mogę nie być w wystarczającej formię, by się od nich wybronić.
Przepraszam – szepnęłam. – Nie powinnam była...
Nie powinnaś. Choć raz się zgadzamy. Wrócę wie...
Mogę pojechać z tobą? – zawołałam do jego pleców, gdy już kładł dłoń na klamce i szykował się do wyjścia. – Proszę, zgódź się.
Zawrócił. Sięgnął po papierośnicę, którą pozostawił na biurku. Przyglądał mi się, a ja nie umiałam znieść jego spojrzenia. Spuściłam głowę.
Masz w planach urządzić też scenę publiczną? Poranna ci nie wystarczy?
Skąd!? – zawołałam. – Nie mam takich planów!
A przeprosiny masz może w planie? – zapytał, chowając papierośnicę do wewnętrznej kieszeni.
Poprawił krawat i spinkę, którą do niego przypiął. Uczynił to przeglądając się w dużym lustrze toaletki. Żałowałam, że w moim pokoju takiego nie było.
No, słucham – przypomniał, że oczekuje odpowiedzi, a potem złapał za oparcie krzesła, postawił je przed sobą, obszedł i zasiadł na nim niczym król na tronie.
Przeprosiłam.
Tak? A mnie się wydaje, że jedynie powiedziałaś „przepraszam”.
A to nie to samo?
Nie dla mnie.
To co mam zrobić? Paść na kolana? – Zirytowałam się jego impertynencją. Nawet postąpiłam krok, by stać bliżej niego, by okazać mu, że się go nie lękam.
Nie wiem tego, Klaro. – Strzepnął jakiś pyłek ze swojego rękawa, a potem ponownie podniósł na mnie wzrok. – Wiem jednak, że następnym razem ci nie podaruję, nie puszczę płazem. Bardzo więc możliwe, że wtedy padniesz na kolana. I najważniejsze, nie zamierzałem cię oszukać, a sprawy się skomplikowały. Jednak mimo tego, zamierzam wywiązać się z obietnicy. – Wstał i odwrócił się do mnie plecami, ale spojrzał przez ramię. – Masz mniej niż pół godziny, jeśli chcesz ze mną jechać. Zaczekam na ciebie na dole, zapalę. Znajdź też chwilę na to, by przekazać służbie nakaz sprzątnięcia bałaganu, który narobiłaś. Nie sądzę, by cię po tym darzyli sympatią, ale cóż... piwo, które się naważy, trzeba wypić.
Artur miał rację, służba nieszczególnie była zachwycona dodatkowym obowiązkiem. Nawet ich za to przeprosiłam i zapewniłam, że w jakiś sposób się odwdzięczę, choć tak naprawdę jeszcze nie miałam pomysłu jak tego dokonam.
Po wejściu do kolaski i obserwowaniu wszystkiego zza szyby, zaczynało do mnie docierać jak świat się zmienił. Tak długo nie wychodziłam z pałacu, że nie wiedziałam nawet jak zmieniła się pogoda, że zapomniałam jaką mamy porę roku.
Gdy wyjdziemy od komornika, to przejdziemy się głównym rynkiem. Wstąpimy do cukierni.
Chcesz zjeść coś słodkiego?
Napić się czekolady na gorąco i zakupić ciasteczek obsypanych cukrem dla dzieci naszych pokojówek i wnuka lokaja. To będą najlepsze przeprosiny za ten bajzel. Ty wiesz, że mały Artur mówi na nie, że są obsypane słodką mąką?
Mały Artur? Dziecko pokojówki nosi po tobie imię? Czy to zbieg okoliczności?
To wnuk lokaja. Synowa przyjechała do niego po śmierci męża, była w ciąży. Gdy zaczęła rodzić była zamieć, a w pałacu było pusto, bo większość wyjechała do rodzin na święta. Nie mogliśmy czekać aż się pogoda uspokoi i pojechać po jakąś kobietę ze wsi.
Odbierałeś poród? – domyśliłam się, ale wolałam zapytać wprost.
Zdecydowałem się na to, ale wyszło mi to dość nieudolnie. Dziecko było źle ułożone. Chwyciłem je za pośladki i wyjąłem je z niej, ale ona dostała krwotoku. Wykrwawiła się i zmarła. Czasami żałuję, że nie poczekałem.
Gdybyś zaczekał, to pewnie i ona, i dziecko, by umarli.
Lokaj też tak uważa, dlatego nadał wnukowi moje imię. Martwił się czy mnie tym nie obrazi.
A obraził?
Nie, dlaczego? – zapytał z wesołym uśmiechem. – To cudowny chłopak. Nie poznałaś go jeszcze? Często pląta się po pałacu. Przechodzi tak sprytnie, że nikt go nie zauważa, a potem bawi się w chowanego, nie chcąc wracać do domu. Najbardziej fascynuje go fortepian, więc nie wystrasz się, gdy pomieszczenie wyda ci się puste, a dźwięk będzie się unosił.
Musi być cudowny skoro się tak uśmiechasz, gdy o nim opowiadasz.
Jest cudowny. Każde dziecko jest cudem.
Myślałeś kiedyś o własnym? Myślałeś, że będziesz ojcem?
Zanim przeczytałem ten durny testament własnego ojca, to tak. Myślałem, że oświadczę się jakieś kobiecie, założymy rodzinę, ale... wyszło inaczej. Może to i lepiej, byłbym fatalnym ojcem. Sam właściwie nie miałem ojca. – Odwrócił wzrok. Wbił spojrzenie w boczną szybę po swojej stronie.
Nawet jeśli chciałam powiedzieć coś jeszcze, bo czułam, że powinnam to zrobić, to krępowała mnie obecność Tymoteusza, który powoził i zapewne też przysłuchiwał się naszej rozmowie. Nie chciałam zranić jego uczuć, a nie wątpiłam, że coś do mnie czuł, dlatego nie zaproponowałam Arturowi powiększania rodziny. To nie był jedyny powód. Nie wyobrażałam sobie wydawać na świat dziecka w chwili, gdy sami z sobą żyliśmy jak pies z kotem, ale pragnęłam być matką. Czułam, że to jest ten czas, bo dzieci zaczęły mnie nagle rozczulać. Błyszczące oczy małego Artura, gdy wołał „Wujek, mas ciacha ze słotkom monką?”, sprawiały, że chciałam, by i na mnie ktoś tak patrzył.
Mały Artur podziwiał mojego męża. Traktował go niemal jak ojca. Bez żadnego skrępowania siadał mu na kolanach i wciskał w dłonie ulubioną książeczkę, nakazywał czytać.
Skromny pokój lokaja, który mieścił się, podobnie jak pozostałe, w domu za pałacem, był pierwszym, który odwiedziłam. Zostałam tam ciepło przyjęta. Od razu zaproponowano mi herbatę i polecono bym usiadła. Co prawda, Arturek się mnie krępował i za każdym razem jak wyczuwał na sobie mój wzrok, to chował twarz, przykrywając ją rozpiętą marynarką hrabiego.
Nie wstydź się, łobuzie – mówił do niego Artur, jednocześnie łaskocząc. – Powinieneś już być w łóżku, a nie na noc opychać się ciastkami.
Sam mu je pan tak późno przywiózł – wtrącił kamerdyner.
Załatwianie spraw na mieście nam się przedłużyło.
Jakieś problemy?
Zlicytowano połowę domu, należącego niegdyś do majątku mej żony. Wykupiliśmy drugą połowę i chcieliśmy skontaktować się z właścicielem tej pierwszej, ale nie wiemy kim on jest.
Nie udzielono wam takiej informacji?
Właśnie nie. Rzekomo jutro ma pojawić się w posiadłości. Klara go powita, bo ja muszę w tym czasie być gdzie indziej. Przyjdzie mi spożywać nudny obiad z wdową po baronie, którego nawet nazwiska nie pamiętam.
Zaprosiła cię baronowa? Samego? – zainteresowałam się.
Pewnie do niej jeszcze nie dotarły wieści, że jestem żonaty. W tym wypadku na dobre to wyszło. Nie masz konieczności tam być ze mną i możesz zająć się swoimi sprawami. Domem twego ojca. Tego chciałaś, prawda? – zapytał takim tonem, że aż mnie zmroziło.
Zwróciłam uwagę na dziadka małego Artura, który pokręcił głową jakby z niedowierzaniem.
Jest pan bardziej zmienny niż pogoda, panie hrabio – powiedział. – Cierpliwości pani życzę, hrabino. Do niego się przyda – szepnął w moim kierunku.
Nie powiedziałem niczego złego – bronił się.
Nie, ale sądziłam, że pójdziesz tam ze mną, by poznać tego drugiego właściciela.
A ja nie sądziłem, że możesz potrzebować niańki, gdybym wiedział, to wysłałbym wcześniej telegram i...
Nie tłumacz się – przerwałam mu. Wstałam od stołu i wymaszerowałam najpierw z pokoju należącego do kamerdynera, a potem z willi postawionej na tyłach pałacu. Nie zamierzałam jednak dłużej pozostawać w posiadłości Grandich. Postanowiłam udać się do swojego pokoju, tego we własnym domu. W końcu teraz byłam właścicielką połowy majątku mego ojca i miałam prawo tam przebywać, nawet jeśli moja matka i jej nowy mąż mnie tam nie chcieli.