Autorka tego bloga należy do grupy „Projekt Prozaicy”, z tego też powodu strona korzysta z płatnych linków. Ujmując to krócej i bardziej zrozumiale – autorka zarabia, a czytelnicy nic na tym nie tracą. Te linki są całkowicie bezpieczne dla komputerów, tabletów i smartphone-ów pod warunkiem, że postępuje się zgodnie z instrukcją, czyli nie klika w reklamy, nic nie ściąga na swój sprzęt, a jedynie odczekuje symboliczne pięć sekund i przechodzi dalej. Za wszelkie utrudnienia autorka bloga przeprasza, za waszą aktywność jest wdzięczna, a prywatnie pozdrawia i życzy dobrej zabawy podczas czytania.

Link do instrukcji – KLIK

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

#36

Dwudziesty pierwszy wpis Klary
Od poczęcia dopada nas umieranie

Wpisy Artura były coraz bardziej pozbawione uczuć i emocji. Gdy je czytałam to aż mnie bolało. Teraz, jak i wtedy, często zastanawiałam się nad tym gdzie się podział ten chłopiec, bawiący się przy torach kolejowych. Jego już nie było. Umarł. Artur go pogrzebał, a pogrzeb ten wyprawił głęboko w sobie. Brakowało mi go. Nie sądziłam, że kiedyś się do tego przyznam, ale tęskniłam za młodzieńcem od węgla, za prawie mężczyzną, który był dla mnie najprawdziwszym wilkołakiem. Gdyby Artur się nie zmienił, gdyby pozostał taki jak na początku, to nigdy „my” nie podzieliłoby się na „ja i on”.
Dzięki jego wpisom jednak mogłam spojrzeć na samą siebie. On widział mnie zupełnie inaczej, jakby był innym lustrem, a w nim było moje nowe odbicie. Kochał mnie. Nie wątpię, że uczucie to było prawdziwe. Płakał, gdy myślał, że umieram. Troszczył się o mnie zawsze i nie pozwoliłby nikomu na zrobienie mi krzywdy. Jednocześnie sam potrafił mnie krzywdzić boleśniej niż ci wszyscy inni.
Jeszcze przed narodzinami Filipa zmieniliśmy się. Nie byliśmy już tylko mężem i żoną, staliśmy się partnerami. Artur zwierzył się ze swoich kłopotów, jak i pomysłów na ich rozwiązanie. Ja obiecałam mu pomóc i nigdy nie opuścić, nawet jeśli przyjdzie nam sprzedać pałac lub mój dom. Nigdy nie zależało mi na pieniądzach i nie dbałam o luksusy ani dobra materialne. Wtedy przestało mi też zależeć na zachowaniu wspomnień i miejsc, które po nich pozostały. Chciałam tylko Artura i tego dziecka. Pragnęłam stworzyć rodzinę, prawdziwą i ciepłą, taką jaką sama miałam. Chyba bardziej chciałam to wszystko osiągnąć dla niego niż dla siebie. Wmówiłam sobie, że nauczę go jak dobrze żyć, jak mocno kochać, jak być z kimś jednością, jak wygląda rodzina. On tego nie wiedział. Nigdy tego nie miał.
Obudziłam się z sennego koszmaru i weszłam wprost w ten rozgrywający się na jawie, niczym jedna z dramatycznych, teatralnych scen, które następują po krótkiej przerwie. Teraz przyszło mi na myśl, że ja i mój mąż nigdy nawet nie odwiedziliśmy wspólnie teatru. Odwiedzaliśmy za to domy rozrywkowe, jaskinie hazardu. Jedną z nich zresztą utworzyliśmy. Wyścigi konne, gra dla prawdziwych koneserów, przyniosła nam majątek, który pozwolił na spłatę długów i zabezpieczenie przyszłości Filipa.
Nie ma jednak co wyprzedzać czasu i przeskakiwać kilku ważnych lat. W chwili gdy rodziłam, to tor wyścigowy był dopiero co w budowie. Baronowa wyłożyła na to pieniądze. Chyba darzyła byłego kochanka dużym sentymentem. Nie ma też co ukrywać, że liczyła na szybką spłatę. Pierwsza miała otrzymywać zyski, aż do pokrycia się wszystko co Artur był jej winien. Potem miała zadowolić się czterdziestoma procentami, Mateusz piętnastoma, bo w ogóle zezwolił na to, by tor ten powstał, tak na mojej jak i jego ziemi. Oczywiście mowa tu o moim rodzinnym domu, a konkretnie to jego polach i podwórku.
Gdy rodziłam i nawet, gdy potem straciłam przytomność, to słyszałam prace remontowe w tle. Wychwytywałam też kłótnie mojego męża z lekarzem. Mężczyzna kazał mu wyjść, Artur uparł się, by zostać.
To moja żona!
Nie powinien pan tego oglądać.
Powinienem, przysięgałem „w zdrowiu i w chorobie”.
Żaden mężczyzna nie bierze przysięgi aż tak bardzo na poważnie.
Ja biorę! – trwał przy swoim. Potem zamilkł. Jego usta dotknęły wierzchu mojej dłoni, potem chyba przyłożył do niej czoło, a przynajmniej ja tak to czułam.
Chwilę później zasnęłam na dobre, ale na krótko. Wybudził mnie ból. Coś jakby rozrywało moje krocze. Chciałam się zerwać, ale Artur mnie przytrzymał. Dociskał moje ramiona do poduszki.
Lekarz skończył, uczucie rozrywania zelżało, ale wciąż pozostawało bolesne. Dostałam coś przeciwbólowego i coś też na uspokojenie, na lepszy sen. Nikt nie interesował się mną i moimi potrzebami, a ja miałam tylko jedną – chciałam, by zarówno mój mąż, jak i mój syn, byli przy mnie. Żądałam, by przyniesiono mi Filipa. Błagałam o to samego Artura przed odpłynięciem do sennych krain. Uciął jednak dyskusję w brutalny sposób, słowami:
Uspokój się, do cholery. Zajmę się nim, dopóki nie wyzdrowiejesz.
I zajął się nim. Długi czas się nim zajmował zupełnie sam, bo choć z początku pragnęłam tego chłopca widzieć, to po dowiedzeniu się, że będzie to moje jedyne dziecko, bałam się wziąć je nawet na ręce, by nie uczynić mu krzywdy. Był taki mały, kruchy i miał być zawsze jedyny, jeden. Zupełnie jak kiedyś Krystian dla państwa Morello.
Kto jest najładniejszym chłopcem na świecie? – pytał Artur, stojąc nad mocno rozbujaną kołyską. – No kto, kto? Pewnie, że ty. Gdybyś tak jeszcze zamknął oczyska, to byłoby doprawdy cudownie. Nie chcesz? Nie? Nie denerwuj ojca.
Uśmiechałam się, słysząc tę jego paplaninę. Zachowywał się zupełnie tak, jakby prowadził jakąś zażartą dyskusję ze wspólnikiem, a nie rozmawiał z własnym synem. Nawet nad mimiką twarzy nie panował. To cud, że gdy się gniewał lub złościł, to Filipa tym nie straszył. Choć być może, chłopiec był do tego po prostu przyzwyczajony.
Najbardziej jednak lubiłam obserwować, gdy Artur nosił go na rękach, zwłaszcza nocami, kiedy miał na sobie tylko spodnie od piżamy, ewentualnie kalesony. Filip także to lubił. Odnosiłam wrażenie, że opieranie główki na nagim ciele, wsłuchiwanie się w bicie serca, to było to co najszybciej go uspokajało, zwłaszcza, gdy osoba, która go nosiła, bujała się w jeden spokojny takt. Robił to jednak zwykle Artur, rzadko kiedy ja.
To głupie, ale nic w moim macierzyństwie nie było takim jakim sobie wymarzyłam. Co prawda, gdy byłam panienką, to nie myślałam o tym jakoś szczególnie często, ale oczami wyobraźni zawsze widziałam dziewczynkę, ewentualnie chłopca o jasnych włoskach. Filip był brunetem. Nie spodziewałam się też, że po porodzie będę musiała długi czas leżeć, że po wszystkim będę aż tak zmęczona i szybko wytrącająca się z równowagi. Moje dziecko miało być grzeczne, uśmiechnięte, sypiające. Filip był płaczliwy, marudny, na dodatek przez kilka miesięcy dręczyły go kolki. Byłam szczęśliwa, gdy opuszczałam sypialnie samotnie, zostawiając go w kołysce. Pragnęłam żyć, a on mi to życie, może nie odbierał, ale znacznie ograniczał.
Teraz mogę napisać, że kochałam mojego syna, ale nigdy go nie lubiłam. Piszę to, będąc w pełni świadomą znaczenia tych słów. Z Filipem było dokładnie tak samo jak z moim mężem – Artura także kochałam, ale nigdy go nie lubiłam. Z Filipem było też zupełnie odwrotnie niż z jego biologicznym ojcem – Mateusza zawsze lubiłam, ale nigdy nie byłam w stanie go pokochać. Tymoteusz był w mym życiu wyjątkiem – jego byłam w stanie zarówno lubić, jak i kochać, a przynajmniej wtedy tak mi się wydawało.
Tymek znowu stał się moim lekarstwem na codzienność. Kiedy Artur zajmował się dzieckiem, to on jeździł ze mną na wszystkie biznesowe spotkania, był obecny przy podpisywaniu kontraktów, pomagał, doradzał. Niekiedy całkiem zapominał, że jest tylko moim pracownikiem, przejmował rolę nawet nie przyjaciela, a już kochanka, choć wtedy jeszcze nie rozkładałam przed nim ud. Wykłócał się o swoje racje i obrażał, zupełnie tak, jakby oczekiwał czegoś więcej niż wypłacanej mu za to wszystko pensji.
Żegnałam się z Tymoteuszem zawsze w ten sam sposób, zazwyczaj późnym wieczorem lub wczesną nocą. Podawałam mu dłoń i oddalałam się, pozwalając, by ona sunęła po jego dłoni tak, że w końcu dotykaliśmy się jedynie opuszkami palców, by potem już nawet nimi się nie dotykać. Artur wielokrotnie widział to w oknie. Zawsze robił o to dokładnie takie same awantury. Kończył je na groźbach, nigdy na rękoczynach. Być może to beznadziejne myślenie, ale dopóki był w stanie podnieść na mnie rękę, to jego miłość była wyczuwalna. Ta miłość objawiała się troską okazywaną w taki brutalny sposób. Tym też pokazywał, że czuje się za mnie odpowiedzialny. Pewnego dnia to znikło, przestało istnieć. Nie było już strachu zawieszonego w powietrzu, zniknęło także podniecenie. Choć tego, to właściwie nie było od chwili, gdy zmusił mnie do współżycia. Nie przeczę, że nadal chciałam się z nim kochać, robiłam to, ale nic nie było w tym już takie jak przed tamtym gwałtem.
No i była też Amelia. Córeczka Anity, która przyszła na świat na moich i Artura oczach. Urodziła się w największą burzę jaką w życiu widziałam. Wszystkich nas to bolało. Poruszyło nawet Mateusza, który miał dziwną nadzieję i wiarę w życie. Taką nagłą. Wcześniej niczego takiego u niego nie dostrzegałam, ale tamtej nocy, to dziecko i jego matka przeżyli dzięki niemu.
To było dnia, gdy wybraliśmy się z małym na pierwszy dłuższy spacer. Zawitaliśmy sprawdzić jak się ma Anita. Artur upierał się byśmy zajrzeli do niej z odwiedzinami. Poczęstowano nas tam zupą i kilkoma kromkami chleba. Nim zjedliśmy, to deszcz, który wcześniej tylko pokropywał nabrał na sile, niebo zrobiło się ciemne, gromy zagrzmiały. Po godzinnej ulewie Anita zaczęła niespodziewanie rodzić. Zjawili się Mateusz i Matylda, razem. Jestem pewna, że przybyli w jakimś konkretnym celu, ale nim go wyjawili, to zdążyli się przejąć stanem brunetki. Wszyscy chcieliśmy jakoś pomóc. Nawet Filip na ten czas się uspokoił i przestał płakać.
Artur sądził, że drogi są nieprzejezdne, był gotowy sam odbierać poród, z pomocą moją, Matyldy i Wiktorii.
Powinna trafić do lekarza! – upierał się Mateusz. – Wiktoria mówi, że dziecko jest źle ułożone.
W takim razie jedź po lekarza, jeśli musisz!
Dojechać dojadę, ale potem drogi mogą być tak zalane, że nie dam rady z nim wrócić. Pakuj ją do wozu! – zadecydował z krzykiem, ale ten był tylko takim zaakcentowaniem. Mateusz bowiem był stoikiem, cały czas spokojnym, choćby nie wiem co się działo.
Kim jesteś, by wydawać rozkazy!? – pytał mój mąż, puszczając dłoń brunetki i wypychając Mateusza na korytarz.
Mieli w planach dać sobie po mordach, jak zwykle zresztą, gdy mieli odmienne zdania, ale Tymoteusz ich powstrzymał.
Jeśli moja siostra ma umrzeć, to chyba bez znaczenia czy będzie rodziła w domu, czy w powozie, prawda?
Tu ja i reszta kobiet przyznaliśmy mu rację. Najważniejsze jednak było zdanie Anity. Ona chciała jechać. Pragnęła żyć, bo wiedziała, że to dziecko będzie miało przede wszystkim tylko ją. Ojciec był nieznany. Ja sama na głos często to krytykowałam. Mateusz jednak zawsze szeptem lub w ustronnym miejscu wypominał mi, że nie jestem lepsza od niej. Ona bowiem chociaż nie chciała nikogo w ojcostwo wrabiać. Jednak czy to moja wina, że ja miałam męża?
Być może gdybym była panną niższego urodzenia, z matką prostytutką i braćmi bandziorami, to tak jak ona, miałabym dokładnie równą jej odwagę. Jednak byłam kim byłam, byłam sobą i jednocześnie ciągle czułam się jakbym była nie na swoim miejscu. Byłam na miejscu żony hrabiego Artura Grandi, byłam hrabiną Klarą Grandi. Trwałam w tym byciu, a świat wokół się zmieniał. Drzewa kwitły, gubiły liście, pola przysypywał śnieg, a potem złociły się pszenice. Natura trwała, odradzała się, a my dorastaliśmy, by przeżyć co dane było nam przeżyć i umrzeć.
Umieranie było okropne, dopadało nas każdego dnia, od chwili gdyśmy się poczęli. Wszystkich nas dopada dokładnie w taki sam sposób, od pierwszego zabicia każdego jednego serca. Jednak najbardziej umieranie jest przez nas dostrzegalne u schyłku, gdy już nam bliżej do śmierci niż dalej, w chwili, gdy bliżej nam do trumny niż do kołyski. Wtedy widzimy każdą zmarnowaną okazję, zdajemy sobie sprawę ze źle podjętych decyzji, mamy świadomość błędnych wyborów. Jest żal. Potworny żal zbity z desek utraconych lat i przybity gwoździami niepowodzeń. To nasza trumna za życia, nasze prywatne więzienie. Każdy z nas je ma. Wiesz jak się nazywa? To nie jest wcale takie trudne do odgadnięcia. To nic dziwnego i wymyślnego. To tylko lub aż sumienie.

Tu wspomnienia Klary są strasznie chaotyczne, takie rozemocjonowane i nie są spisane chronologicznie. Nie martwcie się więc, jeśli coś Wam się od razu nie układa w logiczną całość, bo później się to wyklaruje. Poza tym, zawsze możecie zadawać pytania. Pytania są naprawdę bardzo miło widziane.
Rozdział ten nie został też dogłębnie sprawdzony. Nadrobię to w najbliższych dniach. Postaram się wtedy go jeszcze raz przeczytać i poprawić wszelkie literówki i zdania, które mogą okazać się być bezsensu, choć mam nadzieję, że i w tym zachowują jakiś sens, nawet jeśli są trudne do rozczytania (szyk czasami może mocno zgrzytać).
Skoro już Was o wszystkim co konieczne uprzedziłam, to teraz zapraszam do skomentowania.

#35

Prolog
Byle nie do obcych

Data pierwszy stycznia zagościła na kalendarzu. Została ładnie oprawiona w czerwoną ramkę – element stały kalendarza. Oczywiście, jutro ta sama ramka oprawi datę drugi stycznia, następnie trzeci i tak aż do końca roku. Nuda i rutyna.
Właściwie, to zabawne, że dla wielu nowy rok jest dokładnie taki sam jak poprzedni, no z wyjątkiem tego, że są o rok starsi. Oczywiście, oni zdają sobie sprawę ze zmarnowanego czasu dopiero jakoś w grudniu, w okresie świątecznym, a przecież niespełna rok temu mieli takie plany. Chcieli zacząć biegać, chodzić na basen albo rzucić palenie – to chyba te główne i najbardziej popularne z postanowień. Moje było inne, ja chciałam być po prostu szczęśliwa i to szczęśliwa jak nigdy dotąd.
Błagam, powiedz mi, że nie myślisz o różowych migdałach – rzucił Michał, zakładając jednocześnie sportową, znoszoną kurtkę.
O niebieskich – odpowiedziałam, wymuszając na swojej twarzy grymas uśmiechu. – Migdały są niebieskie – wyjaśniłam, bo jego spojrzenie mówiło, że nie za bardzo orientuje się o co mi chodzi.
Aaa – w końcu zatrybił. – Miłosz jest na dole, u sąsiadki. Jakby przyszła jakaś kurwa, nasłana przez tę sukę w brylach, to jej nie wpuszczaj. Udawaj, że nie ma cię w domu.
Uniosłam głowę znad kartki notatek i spojrzałam w miejsce, gdzie jeszcze niedawno stał ciemnowłosy mężczyzna z lekkim, nieidealnie przystrzyżonym zarostem. Już go tam nie było. Taki właśnie był mój brat. Mówił coś i wychodził, sądząc, że jego rady są cenne i z pewnością się komuś przydadzą. Nie przydawały się. Właściwie, to nawet nie były mądre. Ot, nic niewarta paplanina.
Przeczytałam jeszcze raz nudną regułkę z chemii, już wiedząc, że choćbym chciała, to takiej ilości zbędnych głupot nie dam rady zapamiętać na dłużej niż pięć minut. To znaczyło, że nauka ta nie miała najmniejszego sensu. Schowałam kartkę w kratkę do jednego z zeszytów i postanowiłam zapoznać się z jej treścią przed samą lekcją albo wziąć ściągę od Weroniki. Ściąga była nawet lepszym pomysłem, konkretniejszym.
Ktoś zaczął pukać do drzwi, a właściwie to walić. Podeszłam do judasza na paluszkach, by sprawdzić czy to czasami nie ta suka, czy też kurwa w okularach, o której napomknął mój brat przed wyjściem. Jednak zanim zdążyłam dobrze się przyjrzeć, już usłyszałam:
Otwieraj! Szybko, bo chcem siku!
Przewróciłam oczami, ale i odsapnęłam z ulgą. Odkluczyłam zamek i zdjęłam łańcuch, następnie otworzyłam drzwi, za którymi stał drugi z moich braci. Ten miał około metra wzrostu, blond włoski, nachodzące nieco na czoło i czerwone trampki na nogach, w których chodził po domu, bo klapki nieustannie mu spadały, co go niezmiernie irytowało.
Miłosz wbiegł do mieszkania niczym tornado, chwycił za klucz od toalety wiszący na gwoździu wbitym w starą komodę na buty i wybiegł ponownie na korytarz klatki schodowej, tylko po to, by po chwili wrócić i krzyknąć:
Chodź ze mną, bo nie sięgam do światła, a boje się ciemna! Szybko, bo się zsikam!
To właśnie były uroki posiadania młodszego rodzeństwa. Częste krzyki i ciągłe obowiązki. No, ale przynajmniej człowiek w piasku i na placu zabaw mógł się pobawić, nie zwracając przy tym na siebie niczyjej uwagi, i nie wychodząc na debila cofniętego w rozwoju.
Jeszcze gdy stałam przed drzwiami wspólnej z sąsiadami toalety, słyszałam jak Miłosz opowiada wielce podniecony o jakimś pistolecie na rzepy, tylko po to, by po chwili zapytać:
Kupisz mi?
Jasne, jak tylko będę miała pieniążki – odpowiedziałam.
Czyli nie kupisz. – Z miejsca posmutniał.
Szkoda mi go było, gdy robił taką minkę niczym zbity szczeniak. Jednak nie mogłam składać obietnic, które prawdopodobnie były niemożliwe do spełniania. Na całe szczęście, Miłosz szybko się wypogadzał. Wtedy też, chwilę po smutku, już się uśmiechał i pytał o chrupki.
Nie wiem czy Michał zostawił jakieś pieniądze. Idź, zobacz – odparłam zmęczona i puściłam go przodem przez drzwi.
Wbiegł do pokoju, by potrząsnąć metalową skarbonką z otwieranym dnem, ale ta nie wydała z siebie żadnego dźwięku.
Nie zostawił – powiedział znowu, z tą samą smutną minką co zazwyczaj.
To nic ci na to nie poradzę. – Odwiesiłam klucz na miejsce. – Głodny jesteś? Chcesz kanapkę?
Z nutellą?
Boże, czy on zawsze musiał mieć takie wygórowane wymagania? Często miałam wrażenie, że mój brat, to efekt jakieś reinkarnacji i w poprzednim życiu był, co najmniej, milionerem. Pytanie tylko, jak wytłumaczyć siedmioletniemu dziecku, że nie mamy na cukierki ani na to, co on najbardziej lubi, tylko dlatego, że nasi rodzice nie nadawali się na rodziców, a Michał zarabiał tyle, że ledwie starczało do pierwszego? Nieważne jakbyśmy mu tego nie tłumaczyli, on i tak nigdy do końca nie rozumiał. Był tylko dzieckiem i chciałby mieć tylko tyle ile mają inne dzieci.
Panie Zieliński, a pan nie zamyka drzwi? – odezwał się obcy, nieznany mi wcześniej głos.
Obejrzałam się. Za mną stała jakaś kobieta.
Brat wyszedł chwilę temu – odpowiedziałam, przybierając na twarz sztuczny uśmiech, który miałam nadzieję wyglądał na najprawdziwiej szczery.
Ta kobieta się przedstawiła, wyjaśniła, że jest pracownikiem socjalnym i chciała obejrzeć nasze warunki mieszkaniowe, i oczywiście porozmawiać z Michałem. Co miałam zrobić? Teraz przecież nie mogłam już wystawić jej za drzwi i udawać, że nie ma nas w domu. Zaprosiłam ją więc do pokoju i zaproponowałam kawę. Odmówiła. Od razu rozsiadła się na kanapie, wcześniej rzucając nieprzychylne spojrzenie na fotel zarzucony ubraniami i zaczęła otwierać swoją teczkę.
To prasowanie – wyjaśniłam. – Właśnie mieliśmy prasować, prawda Miłosz?
Miłosz wzruszył ramionkami i z opóźnionym zapłonem powiedział tej ciemnowłosej wiedźmie:
Cześć pani.
Mówi się „dzień dobry” – poprawiłam go.
Nic nie szkodzi. Jest uroczy. – Uśmiechnęła się, ale z daleka było widać, że ten uśmiech jest równie sztuczny, co większość kwiatów na grobach pierwszego listopada.
Ty jesteś… Michał, Miłosz i Maja, tak?
Nie, ja jestem tylko Maja – odburknęłam, odgarniając swoje blond włosy do tyłu. – To jest Miłosz, a Michał wyszedł.
A no tak. Michał nieobecny – mówiła jakby sama do siebie. – To może najpierw pokażcie mi, gdzie spicie. Pokażesz mi gdzie śpisz, kawalerze?– zapytała Miłosza, który bawił się klockami na dywanie, budując z nich trasę dla samochodzików.
Miłosz spojrzał na nią nieufnie i miał racje. Ta wiedźma przyszła tutaj tylko po to aby się czepiać. Najpierw nie pasowało jej, że ja śpię na jednej kanapie z młodszym bratem, a potem, że jeszcze nie mamy sprzętów AGD, które są, jej zdaniem, niezbędnym wyposażeniem w każdym gospodarstwie domowym. Na dodatek rzuciła, że to jest jej już trzecia wizyta tutaj i pierwszy raz kogoś w ogóle zastała w domu.
Ale oczywiście, pana Michała jak zwykle nie ma. Spędziłam tu godzinę, a on ponoć wyszedł tylko na chwilę.
Pewnie dłużej mu zeszło – odpowiedziałam, siląc się na uprzejmy ton, ale byłam pewna, że jest już po mnie dostrzegalne zirytowanie.
Tak nie powinno być. To on ma być waszym prawnym opiekunem. To w jego obowiązku jest zajmować się tobą i tym chłopcem.
Jestem Miłosz – przypomniał mój brat, stając przede mną.
Położyłam dłonie na jego ramionach i nieco ścisnęłam, by czasami nie zaczął za dużo mówić.
Tak, właśnie, Miłoszem. Młodszy brat nie może być ciągle pod twoja opieką.
Nie jestem – wtrącił się, ale zanim zdążył powiedzieć coś więcej, zatkałam mu usta dłonią.
Nieraz też jest u starszej sąsiadki, na dole – wyjaśniłam tej zołzie, a bratu nakazałam iść sprawdzić czy go czasem w przedpokoju nie ma.
Ta pani spojrzała na nas nieprzychylnie i wyszła, wcześniej informując, że jak tak dalej będzie, to napisze w wywiadzie o jawnym zaniedbywaniu nas przez prawnego opiekuna, a wtedy poszuka dla nas innej rodziny zastępczej, a może nawet dwóch rodzin.
Ja nie chcem, by mnie zabrali do obcych – powiedział smutnym głosikiem Miłosz. Miał łzy w oczach.
Przykucnęłam i otworzyłam ramiona, a on od razu przybiegł się przytulić.
Ale obiecaj, że nas nie zabiorą do obcych – zawodził poprzez szloch.
Nie, mały, nigdzie nas nie zabiorą. Zostaniemy tutaj, zobaczysz. – Nie wiedziałam czy mówię prawdę. Całkiem możliwe, ze kłamałam, ale w takiej sytuacji, przecież nie dało się postąpić inaczej. To był ten moment, gdy słodkie kłamstwo było sto razy lepsze od gorzkiego, możliwego do spełnienia się scenariusza.

Sami wybraliście „Się nie zdarza taka miłość” jako kolejne opowiadanie, które mam na tym blogu publikować. Postanowiłam zrobić Wam niespodziankę i rozpocząć publikowanie tego opowiadania nieco wcześniej (od dziś).
Od razu informuję też, że nie zapomniałam o „Na kartkach pamiętnika”. Jeśli mnie pamięć nie myli, to do końca zostało mniej niż siedem rozdziałów, tak więc powinnam się z tym uwinąć do końca kwietnia. A jeśli się nie uda, to w weekend majowy, ewentualnie chwilkę po nim opowiadanie będzie już opublikowane w całości.
Wiem też, że wielu z Was głosowało na „Zostaw uchylone”. Przyznam szczerze, że mnie samej ciężko było wybrać. Z jednej strony „Zostaw uchylone” mam już całe na komputerze, a dużą część „Się nie zdarza...” muszę przepisać z zeszytu. Z drugiej jednak strony chciałam trochę odpocząć od klimatu końca XIX i początków XX wieku, dlatego też historia romansu Majki i Huberta wygrała.
Natomiast „Zostaw uchylone” zacznę publikować po zakończeniu krótkiej opowieści, która nosi tytuł „Żona gangstera”. „ŻG” to był taki błysk, pomysł zwany chwilą i każdy rozdział został też w przypływie chwili oraz emocji napisany. Leciałam całkiem na żywioł, mając jedynie mocno okrojony plan wydarzeń. Nadal tak na żywioł lecę. Będzie mi więc miło, gdy również tam zajrzycie i napiszecie szczerze co o tym myślicie.

#34

Rozdział 2
Splamiona czerń

Ludzie to dziwni są, wyjątkowo. Każdy z nas ma co najmniej kilka powodów, by umrzeć i żaden z nich nie jest w stanie nas zabić, gdy mamy choć jeden powód, by żyć i gdy zdajemy sobie z tego sprawę. Nie ma człowieka na tej ziemi, którego coś nie pchałoby do śmierci, do samobójstwa. W życiu setki albo nawet i tysiące razy nam się coś nie udaje, duża liczba znanych nam osób nas zawodzi, miewamy problemy finansowe, rodzinne, te związane z akceptacją w grupie rówieśniczej, a nawet egzystencjalne. Mimo tego niewielu z nas decyduje się na ten ostateczny krok, a przecież tak niewiele wystarczy, by przerwać marny żywot, zakończyć swą beznadziejną, pełną bólu, trosk i niepowodzeń egzystencje. Mogą to być tabletki, może mocny sznur lub ostry przedmiot. To wszystko i nic. Koniec. Było i nie ma. Jednak te powody do umierania, okazują się być strasznie błahe w obliczu motywacji do życia. Możemy mieć milion powodów by zginąć, ale nie dają one rady dorównać jednemu powodowi, który zmusza nas, by ciągnąć ten wózek dalej, by wciąż staczać walkę.
Darek trzymał moją twarz w swoich dłoniach. Całował mocno, zachłannie, zaborczo. Ten pocałunek bolał. W dziwny sposób był przyjemnością i nie sprawiał przyjemności. Ból sam w sobie nigdy nie jest przyjemny. Gdy coś nas boli, to znaczy, że jesteśmy chorzy, zmęczeni, że jest nam niewygodnie, uderzyliśmy się lub zostaliśmy uderzeni. Jednak, gdyby nas nic nie bolało, to dopiero wtedy należałoby zacząć się martwić. Ja sama zastanawiałabym się wtedy czy w ogóle jeszcze żyję. Ból był obecny w moim życiu od samego początku. Odnoszę wrażenie, że zaznajomiłam się z nim już od poczęcia, więc bez niego nie umiałabym uwierzyć we własne istnienie.
Poczułam nagłe szarpnięcie za włosy. Lubił to. Zawsze za nie targał. Pociągnięciami prowadził, zupełnie tak, jakby trzymał mnie na smyczy. Ustawiał moją głowę, by wygodnie było mu całować szyję. Szybko jednak przestał to robić. Zaczął ciągnąć w dół.
Opierałam się. Często się opierałam. Darek był z tego typu facetów, których kręciła uległość, ale i konieczność przymusu. Wszystko zależało od dnia i humoru w jakim się akurat znajdował. Choć może nie, może nigdy nie było takiej zależności. Jakby w to wniknąć głębiej, to większość dominatów marzy o uroczych, uległych żonkach, które będą na każde ich skinienie, ale te marzenia nie są w ich głowach po to, by sięgnąć celu. Nie rozumiecie, prawda? Zatem postaram się wyjaśnić. Otóż, z większością marzeń jest tak, że wolimy je spełniać, niż gdy już zostaną spełnione. Lubimy i jednocześnie nienawidzimy tego trudu pokonywanej drogi, która ma za zadanie zaprowadzić nas do celu. Nie liczy się tu więc cel, a ta podróż i doświadczenia jakie w niej zdobywamy. Z dominacją i uległością jest dokładnie tak samo. Tu nie chodzi o to, by mieć wychowaną kobietę przy swoim boku. Tu chodzi o wychowywanie, łamanie barier, pokonywanie granic i o doznania jakie temu towarzyszą.
Zabawne, że zdaję sobie z tego sprawę w tak młodym wieku, podczas gdy większość moich rówieśniczek brzydzi się wziąć do ust bez gumki, a i z gumką ma opory, by to zrobić. Ta wiedza jednak ma swoje zalety. Będąc świadomą tego co kręci mojego męża, mogłam kierować swoim postępowaniem tak, by nigdy mu się nie znudzić, by zawsze go podniecać.
Przestań – syknęłam, odpychając jego rękę. Nie zrobiłam jednak tego mocno, bo nie chciałam, by moje włosy zostały w jego garści. Lubiłam je, zwykle o nie dbałam. Poza tym, chciałam tylko rozpocząć pewną grę, dobrze znaną nam obojgu zabawę.
Przeliczyłam się. Darek nie był skory do odegrania swojej roli. Tamtego poranka zmienił scenariusz. Nie uwięził moich nadgarstków w swoich dłoniach, nie wziął szybko i bez pardonu na stole. Zamiast tego spoliczkował. Uderzenie to nie było mocne, nie zwalało z nóg ani nie odrzucało głowy w bok. Pomimo tego jednak znaczyło. Dało radę zatrzymać czas na pewien moment, pozwoliło wsłuchać się w panującą między nami ciszę, pozostawiło uczucie nieprzyjemnego pieczenia na policzku.
Cisza mi ciążyła, a to zatrzymanie czasu irytowało. Zdawałam sobie sprawę z tego, że on biegnie, a zapierdalanie wskazówki zegara wiszącego w kuchni wyraźnie słyszałam, ale my trwaliśmy w bezruchu, w milczeniu. Dla nas czas stracił znaczenie, zatrzymał się.
Spójrz na mnie, Kata – polecił nagle, gdy zauważył moje wahanie.
Chciałam się ruszyć i drgnęłam w kierunku, by go wyminąć. Słowami jednak dał radę zatrzymać mnie w miejscu.
Podniosłam wzrok i szybko tego pożałowałam. Spadł drugi cios. Wydawał mi się mocniejszy, ale być może to było złudzenie, a wszystkiemu winne było dokładnie to samo miejsce, na które ten cios spadł.
Instynktownie przyłożyłam wierzch dłoni do policzka. Zrobiłam to jakby w zwolnionym tempie. Głośno przełknęłam ślinę i cofnęłam się o krok. Wtedy plecami dotknęłam ściany. Zrozumiałam, że jestem w pułapce, że nawet jeśli zapragnęłabym uciec, to nie miałam jak go pokonać, a on znajdował się przede mną, za mną była już tylko ta przeklęta ściana. Ogarnęła mnie panika. Strach tak silny, że zaczęłam się trząś.
Na kolana – polecił spokojnie. Nawet przy tym głosu nie podniósł. Zajął się rozplątywaniem sznurówki, którą miał przy spodniach od piżamy. – Sądziłaś, że po tym będzie miło i przyjemnie, że będzie jak dawniej? – zapytał.
Nie wiem co wtedy sadziłam. Chyba miałam pustkę w głowię, ale zaprzeczyłam niewerbalnie, bo myślałam, że on właśnie tego oczekuje.
Znowu nastało milczenie. Znowu czas się zatrzymał.
Poczułam nagle szarpnięcie za włosy. Silniejsze niż kiedykolwiek. Mój policzek, ten który nie piekł, dotknął ściany.
Na kolana – wysyczał tuż przy moim uchu. – Już! – ryknął.
To tym ryknięciem mnie przeraził i to tak bardzo, że nogi się pode mną ugięły i już wkrótce dotknęłam ciepłego, ale twardego gresu podłogowego kolanami.
Nie wiedziałam jak mam ugrać cokolwiek w tej beznadziejnej sytuacji. Nawiedzały mnie różne myśli. Najpierw chciałam energicznie wstać, odepchnąć go i uciec. Nieważne czy do góry, czy do ogrodu. Po prostu, dokądkolwiek. Potem chciałam się skulić i zapłakać. Załkać inaczej niż kiedykolwiek, by wzbudzić w nim empatię, choćby minimalną. Wiedziałam, że ani jednym, ani drugim nie zwyciężę. Nagle dotarło do mnie, że zwycięzcą gry może zostać tylko ta osoba, która w nią zagra. Mój udział nie był dobrowolny, ale ciągle mogłam rzucać kośćmi, przesuwać pionkami i wykładać karty na stół.
Uklękłam dumniej. Brzmi jak paradoks, ale naprawdę, wierzcie lub nie, można klęczeć dumnie. Odwróciłam się do niego twarzą. Głowę uniosłam wysoko, wypięłam też piersi. Dłoń położyłam tuż pod kolanem, na miękkim, bawełnianym materiale spodni od piżamy mojego męża. Sunęłam tą dłonią do góry, aż do wewnętrznej strony uda. Potarłam pachwinę.
Starałam się nie spuszczać jego twarzy z oczu. Czytać z grymasów i mimiki. Zapatrzony był jednak w jakiś punkt z boku, a widok profilu znacznie utrudniał sprawę. Robiłam więc to czego zostałam nauczona przez te wszystkie lata małżeństwa. Rozbudzałam jego ochotę, ofiarowując przez długi czas tylko odrobinkę. Dotykałam, pocierałam, lekko trącałam. Nie zsunęłam spodni z impetem. Powoli wkładałam rękę, by dosięgnąć rozporka.
Przestań – syknął szeptem, gdy mój język dotknął żołędzi.
Nie posłuchałam. Otworzyłam usta i wzięłam go na raz, sięgając ledwie do połowy. Pomimo tego i tak czułam go w gardle. Smakował tym co zawsze, gdy wcześniej nie brał prysznica. Lekko wyczuwalny pot i płyn do płukania bielizny, którym przesiąkł podczas całodniowego jej noszenia. Być może to dziwne, ale wolałam go takiego, niż gdy pachniał mydłem i mokry był jeszcze od wody. Ogólnie za seksem po prysznicu czy pod prysznicem nie przepadałam. To on go wtedy uwielbiał.
Sunęłam ustami po jego członku do momentu aż chwycił mnie za ramiona i oddalił na odpowiednią odległość. Wcześniej nie dałoby się wcisnąć między nas nawet szpilki, teraz bez trudu można było włożyć tam nawet i grabie.
Dłonie Darka zacisnęły się na mojej niebieskiej tunice ala sukience. Podniósł mnie z kolan niespiesznie, ale mocno, tak że gdybym się opierała, to na wiele by się nie zdało.
Nim stanęłam na równe nogi i odzyskałam równowagę, to on już patrzył głęboko w moje oczy, ale w jego widoczna była odraza. Jakby się brzydził.
Weź prysznic – powiedział spokojnie, jakby czytał książkę bez żadnych emocji, a nie rozkazywał własnej żonie.
Tym wszystkim, całym swoim zachowaniem, sprawił, że wybuchłam.
Co!? – zapytałam najpierw, mocno zszokowana. – Może tak się, kurwa, zastanów, czego tak naprawdę chcesz! Najpierw pocałunek, potem „suko na kolana”, a za moment...
Nie nazwałem cię suką – przerwał i zrobił to z emocją, może niedużą, niewyraźną, ale przynajmniej jakąkolwiek.
Uderzyłeś, a to...
Nie. Nie! Nie!!! To wcale nie jest to samo! – krzyknął. – Gdybym miał zamiar nazywać cię suką, to uwierz, wziąłbym na smycz, a nie policzkował.
To weź! – zażądałam szybko. – Jeśli właśnie tego potrzebujesz, to proszę bardzo, możesz nawet teraz, choć nie wiem czy jakąś smycz w domu mamy.
Myślę, że z braku laku byle pasek by się nadał, ale nie o to chodzi, Kata.
A co ci, kurwa, chodzi?!
O ciebie – odpowiedział wprost. – Czułbym się jak chuj, gdybym musiał brać cię siłą, ale czułbym się. W chwili, gdy cuchniesz jego Kelvinem Kleinem i bez żadnych oporów bierzesz mojego fiuta do ust, się nie czuję.
Co? – szepnęłam, a po tym moje usta pozostały otwarte na jakiś czas. Nie mogłam ich zamknąć. Byłam zszokowana.
Nawet kurwa ma większą godność, więcej dumy. Zdradzasz męża, świetnie, kolejny kaprys. Sprałbym w końcu na kwaśne jabłko, minęłoby ci, jak wszystko inne wcześniej. Jednak ty już nawet kochanka zdradzasz i to z mężem, i to z taką ochotą. Lecz się, kurwa, dziewczyno na wszystko na co jeszcze się da, bo na głowę naprawdę jest już za późno. Tylko bym na psychiatrach przez to zbankrutował. – Odsunął się ode mnie. Odwrócił na krótki moment, a potem usiadł na krześle przy stole i ponownie na mnie spojrzał. – Na co czekasz?! – ryknął.
Wzruszyłam niedbale jednym ramieniem i starałam się nie rozpłakać. Myślę, że wyglądałam jak osoba, która trzymała fason i miała głęboko w dupie przed chwilą zasłyszane słowa.
Jeśli nie słyszałaś, to powtórzę. Pod prysznic, kurwa i się przebierz, bo to, że sama robisz z siebie kurwę, nie znaczy, że ja z domu zrobię burdel. Tu panują jednak jakieś zasady i pewnego rodzaju poukładanie. Wiem, że nigdy ci się to nie podobało, ale minęło tyle lat, że powinnaś się, kochana, dostosować, już dawno przyzwyczaić.
Zrobiłam jak chciał, choć z początku naprawdę pragnęłam podjąć dyskusję i łaknęłam konfrontacji. Moglibyśmy się wtedy przerzucać złośliwościami i wulgaryzmami. Moglibyśmy, ale nie, nie z nim. On tak nie rozwiązywał konfliktów. On szybko je urywał, gasił w zarodku. Nie zawsze pozwalał innym, by wypowiadali swoje zdanie, zwłaszcza, gdy byli zmuszeni zaakceptować to należące do niego.
Zdecydowałam się na kąpiel. Nie na prysznic, a na wannę. Mieliśmy w piwnicy skąpo oświetlony basen, którego ściany wyłożone były kamieniami, a na środku znajdowała się wyspa z jakuzzi. Prowadził na nią uroczy, murowany mostek inspirowany tymi, które stały w Wenecji nad kanałami. Nie wiem czemu nogi poniosły mnie właśnie tam, skoro w domu, poza tą sypialnianą, mieliśmy jeszcze trzy łazienki.
Ustawiłam odpowiednio wysoką temperaturę. Taką jaką najbardziej lubiłam. Zrzuciłam z siebie sukienkę, wzięłam butelkę z barku umiejscowionego w ścianie i całkiem goła przeszłam po moście, by w końcu zanurzyć się w gulgoczącej, pełnej piany wodzie.
Pijąc czystą wprost z ozdobnej, czarnej szklanki, odpływałam. Jeszcze chwila i byłam pewna, że odpłynęłabym całkiem, zasłuchana w muzykę Mozzarta, za którym, swoją drogą, nieszczególnie przepadałam. Ogólnie nie lubiłam klasyki. Chyba nie umiałam jej doceniać, dostrzec w niej głębi, czerpać z obcowania z nią satysfakcji i radości. Wyczuwałam jednak piękno tej muzyki. Piękno skryte w bólu i batach jakie otrzymali muzycy, którzy ją komponowali. Jednych skopało życie, innych zbili ojcowie. Mało który rodził się geniuszem. Dzieci nie przychodzą na świat ze skrzypcami pod pachą ani nie mają fortepianu w kołysce. Brzmienie tych strun i klawiszy to w dużej mierze ciężka praca, odrobina wytrwałości i tylko niewielka ilość talentu.
Nie było mi dane jednak odpłynąć całkiem ani rozważać o tym dłużej. Usłyszałam pukanie do obśrupanych drewnianych drzwi. Tych, przez które sama weszłam. Tych, których nie zamknęłam na klucz.
Stara, srebrna klamka, która wykonana została tak, by wyglądać na jeszcze starszą niż była w rzeczywistości, powoli zaczęła opadać w dół.
Nim pokazała się głowa, ja usłyszałam cichy, spokojny, niepewny głos:
Można? Możemy?
Z początku jedynie przytaknęłam głową. Szybko jednak zdałam sobie sprawę, że tego nikt nie zobaczył. Przemyłam twarz wodą, by jakoś wytłumaczyć zaczerwienienie oczu, tak by nie było widać, że płakałam.
Oczywiście! – zawołałam, lekko przy tym krzycząc.
Pierwsza weszła dziewczynka, ale uczyniła to na tyle powoli, że młodszy o kilka lat od niej Julian dał radę ją wyprzedzić. Mały, ledwie sześciolatek, biegł na paluszkach. Stawiał niewielkie kroczki, ale szybko przebierał nóżkami, jakby usiłował przesuwać się nieco do przodu, a jednocześnie czasami stąpać w miejscu.
Uwaga, uwaga! – uprzedzałam, gdy wstąpił na wąski mostek, ale nie z zamiarem przejścia jego środkiem.
Julian lubił wyzwania i był ryzykantem. Przyjął więc taktykę przejścia bokiem, tuż nad wodą, trzymając się rzeźbionej barierki i wciskając stopy między szczebelkami.
Serce biło mi jak oszalałe, bo zdawałam sobie sprawę, że woda w basenie sięga jakiś dwóch metrów. Sama nie byłam dobrą pływaczką, a on dopiero co nauczył się na niej utrzymywać. Miało to miejsce przed paroma dniami, gdy Darek spędził całą niedzielę w domu i w końcu zajął się synem inaczej niż wydając mu polecenia.
Julian przy samym końcu się potknął i puścił barierki, ale zdążył stopą wejść na tak zwany suchy ląd. Choć płytki naokoło jakuzzi były nieco zalane i się na nich poślizgnął, to wszystko skończyło się dobrze. Julek znalazł się w moich objęciach. By go złapać nawet się wychyliłam, mając zupełnie gdzieś jak duży fragment cycków przy tym pokazuję.
Dotalłem! – wykrzyknął zadowolony. Potem westchnął i zasiadł na brzegu jakuzzi.
Przyjrzałam mu się uważniej. Wystarczyła chwila, by jego czarna bluzka na krótki rękaw była mokra w kilku miejscach. Dostrzegłam przewróconą butelkę i potłuczoną szklankę.
Uważaj na stopy – poleciłam, widząc, że jest w samych skarpetkach.
Wychyliłam się, by pozbierać szkło, by zmieść je gdzieś na bok. Skaleczyłam się w palec. Przyłożyłam krwawiące miejsce do ust i przypomniałam sobie jedno wydarzenie z mojego życia, zwieńczone zdaniem:
Wódka działa na czarne ubrania dokładnie tak samo jak na ludzi. Sprawia, że to co czarne, staje się jeszcze bardziej czarne. Tak plami czarne materiały, tak plami czarne dusze. Wszystko to jednak widzi się dopiero, gdy światło słoneczne pada pod odpowiednim kątem.

Jeśli są jakieś literówki to wypiszcie. Postaram się je wtedy poprawić jak najszybciej. Jednak sama dokładniej sprawdzić rozdział będę miała możliwość dopiero za kilka dni. Postaram się też jeszcze dziś opublikować kolejny rozdział „Na kartkach pamiętnika”, ale nie mam pewności czy mi się to uda.
Pozdrawiam Was bardzo serdecznie, cieszę się, że jesteście, a jednocześnie przypominam Wam, że wasze wsparcie naprawdę wiele dla mnie znaczy. Pokażcie mi więc, że jesteście i że jeszcze czasami tutaj zaglądacie.

wtorek, 18 kwietnia 2017

#33

Siódmy wpis Artura
Jeszcze raz zawalczyć

Będąc w dobrze mi znanym lokalu rozrywkowym, usłyszałem brawa za plecami. Dama lekkich obyczajów, która gościła na moich kolanach, szybko wstała. Przelękła się. Muzyka przestała grać, kobiety śpiewać, mężczyźni zaprzestali gry w karty. Wszyscy patrzyli na Klarę. Była piękna, silna, ubrana jak dziwka, ale z naturalną elegancją, której nie dała rady przykryć nawet wyuzdanymi szmatami.
Co tu robisz? – chciałem wrzasnąć, ale nie dałem rady podnieść głosu, jakby coś odebrało mi mowę. Zapytanie więc było spokojne, ciche.
Ja? Chciałam się zabawić, ale widzę, że zabawa się skończyła. Dlaczego? – zapytała z miną niewiniątka, rozglądając się przy tym dookoła, ale to było tak sztuczne, że miałem ochotę zdzielić ją po twarzy.
Wstałem.
Nie możesz tu być – szepnąłem cicho. Byłem na tyle blisko niej, że mnie słyszała.
Prosiłam byś zabrał mnie z sobą. Teraz już rozumiem dlaczego nie chciałeś tego zrobić. – Przetarła palcami po zakurzonym od popiołu stoliku, na którym stały popielniczki, a z nich aż wysypywały się niedopałki. – Jestem kobietą zamężną, więc nie mogę tu być, tak? – Na moich oczach zaczęła zdejmować obrączkę. Wrzuciła ją do wewnętrznej kieszeni mojej marynarki. – Teraz jestem wolna.
Pochwyciłem ją za nadgarstek i szarpnąłem.
Wychodzimy!?
Nie! – postawiła się. Nawet tupnęła przy tym nogą. – Mam ochotę na kieliszeczek szampana. Czy ktoś mi naleje?
Każdy jeden karciarz i dziwkarz wstał z zamiarem napełnienia Klarze kieliszka. Pognali też do niej z propozycją, by zapaliła. Papierosy, fajki opium i zapałki już mieli naszykowane w dłoniach. Poczęstowała się papierosem, ku mojego niezadowolenia. Krztusiła się, ale usilnie próbowała odpowiednio zaciągać. Zdecydowała się nawet na grę w karty, stawiając w niej swoje perły. Te same, które ode mnie dostała. Przegrała je.
Miałem dość i miałem ochotę ją stamtąd wyprowadzić, ale tym mogłem wywołać bitkę. Nagle znalazło się stado obrońców, którzy byli gotowi rzucić mi się do gardła, byleby moja żona pozostała w lokalu jeszcze choćby na pięć minut. To było dziwne uczucie. Z jednej strony czułem dumę, bo miałem coś o czym oni mogli tylko pomarzyć, ale z drugiej... nie, z drugiej wcale nie było tak cudownie.
Wielokrotnie mówiłem jej, a nawet prosiłem byśmy już wracali. Odmawiała. Zbywała mnie, mówiąc, bym wracał sam. Nie mogłem jej jednak zostawić. Siedziałem w ciszy, oburzony, z rękoma splecionymi na piersi i przypatrywałem się jej poczynaniom. W ten sposób pilnowałem jej, by nic złego jej nie zrobiono i by ona sama nie uczyniła sobie krzywdy swym nierozważnym zachowaniem.
Wstałem dopiero, gdy chwyciła za fajkę z opium. Wyrwałem ją z jej rąk i upuściłem na podłogę. Szarpnąłem żonę. Do bitki było już naprawdę niewiele, a stado obrońców za jej plecami zdawało się mordować mnie wzrokiem. Powstrzymała ich jednak.
To mój mąż – poinformowała, choć to przecież wiedział każdy tam obecny. – Wyjdę z nim – zadecydowała, czym zaskoczyła nawet mnie.
Wszyscy jakby nagle posmutnieli, bo Klara była dla nich nie tylko kobietą, ale także nietypową rozrywką, w dodatku przyjemną dla oka.
Zasiedliśmy w kolasce, jakich wiele stało przed tym lokalem. Zwykle woźnicy odwozili pijanych mężczyzn do domów, robiąc to oczywiście za niewielką opłatą. Tym razem jeden z nich odwoził mnie i moją żonę do pałacu, więc byłem pewny, że sporo za to policzy. Nie dziwiłem mu się. Miał prawo uznać nas za majętniejszych niż byliśmy.
Powinienem wygarbować ci skórę. Zdajesz sobie z tego sprawę?
Za co? Za to, że odważyłam się raz na to, co ty robisz każdej nocy?
Jesteś kobietą.
I dlatego możesz mnie bić? – dopytywała obojętnie, lekceważąco.
Nie podoba mi się ton jakim się do mnie zwracasz i wcale nie do tego nawiązywałem. Chodziło mi o to, że to miejsce, z jakiego przed chwilą wyszliśmy, nie jest odpowiednie dla kobiet.
Były tam inne kobiety.
Nie damy.
Nie uważasz mnie za damę. Nie traktujesz jak damę.
Nie było tam nigdy ani jednej mężatki – powiedziałem z dużym naciskiem, a ona w odpowiedzi pokazała swoją prawą dłoń i ruchem palca zaznaczyła brak obrączki.
Byliśmy już pod domem, gdy chwyciłem ją za nadgarstek i siłą umieściłem złoty krążek ponownie tam, gdzie było jego miejsce.
Dość tego, wysiadaj. – Otworzyłem drzwi i czekałem aż wysiądzie. Nie chciałem tego robić pierwszy ani jej pomagać. Poganiając ją, jednocześnie płaciłem woźnicy.
Trafiliśmy do pałacu, ale nie do naszego pokoju. Otworzyłem przed Klarą pierwsze lepsze drzwi, znajdujące się jak najdalej od ciekawskiej służby. Nie chciałem, by do ich uszu dotarła bura, którą miałem na celu zaserwować żonie.
Mamy problemy, Klaro! Finansowe. Staram się je...
Pogłębić? – szepnęła z nieszczerym rozbawieniem. Jawnie ze mnie drwiła.
Przestań! Nawet nie wiesz...
Bo znowu nic mi nie mówisz! – zarzuciła.
Wcale nie muszę ci się tłumaczyć! – odkrzyknąłem. – Zamiast tego powinienem wybić ci z głowy te pomysły... – nie skończyłem mówić tego co miałem w planach jej powiedzieć, bo zaskoczyła mnie tak, że aż odebrało mi mowę.
Odwróciła się do mnie plecami i zaczęła zdejmować suknie, stojąc przed dużym, wysokim aż do sufitu lustrem.
A więc wybijaj – zachęcała, sięgając dłońmi do sznurowań gorsetu. – Chcesz mnie zbić, to zbij, to lepsze niż ciągłe słuchanie twoich wymówek, kłamstw, zapewnień bez pokrycia. Zanim jednak to zrobisz, uprzedzam, że możesz tym zaszkodzić nie tylko mnie, ale także dziecku.
Jakiemu dziecku?
Milczała, więc dopadłem do niej, stanąłem dokładnie za jej plecami i objąłem. Położyłem dłoń na brzuchu, który niegdyś był zupełnie płaski. Teraz czułem lekkie uwypuklenie. Pocałowałem w zagłębienie między szyją a ramieniem.
Naprawdę? – dopytywałem, krzyżując z nią spojrzenia w lustrze. – Jesteś w ciąży? Będę ojcem?
Przytaknęła ruchem głowy. Odwróciła się do mnie i położyła dłonie na moich policzkach. Jedną jednak szybko zdjęła, by móc odgarnąć niesforny kosmyk przecinający moje czoło. Często tak robiła. To był taki niemal matczyny gest.
Będziesz ojcem i będziesz temu dziecku potrzebny. Będziesz mnie potrzebny. Nie możesz wychodzić każdej jednej nocy i wracać nie każdego ranka. Nie możesz ciągle mnie kłamać, Arturze. Chcę ci pomóc, choć nie wiem czy potrafię. Pewnie nie potrafię, ale...
Nie, nie możesz się teraz denerwować. – Szybko od niej odstąpiłem i wypuściłem powietrze tak, że wydałem dźwięk, jakby zawiał wiatr.
Niewiedza mnie denerwuje. Niszczy nie tylko mnie. Nas niszczy. – Przywarła do moich pleców. Jej gorset był już nieco poluzowany, więc czułem jej piersi, sztywne sutki. Rękoma oplatała moją szyję, tak, że niemal na mnie wisiała. – Błagam. Tylko szczerość może nas jeszcze uratować. Całkowita szczerość. Potem albo sobie wszystko przebaczymy, albo się rozstaniemy. Innego wyjścia nie widzę. Innego wyjścia nie ma.
Po długiej rozmowie, trwającej dłużej niż do bladego świtu, zdecydowaliśmy się na przebaczenie, a pięć miesięcy później w naszej sypialni rozbrzmiał pierwszy, niemowlęcy krzyk.
Myślałam, by dać mu na imię Filip. Po moim bracie – mówiła ledwie słyszalnie. Mówiła, choć była za słaba, by mówić. Nie mogła jednak się powstrzymać. Chciała to dziecko od razu wziąć na ręce, zobaczyć je, a gdy jej go podałem, to prosiła, bym je wychował jeśli nie odzyska sił.
Nagle zamknęła oczy, odpłynęła, a mały omal nie wypadł je z rąk. Szybko go zabrałem. Zauważyłem krew na prześcieradle, którym była okryta. Dobiegłem z dzieckiem na rękach do drzwi.
Lekarza! – wrzasnąłem. – Wezwijcie lekarza! Z nią się dzieje coś niedobrego!
Filip płakał. Wył, będąc w moich ramionach, jakby przeczuwał, że jego matka umiera, jakby prosił mnie bym zawrócił, bym ponownie go do niej zabrał, by mógł choć jeszcze jeden raz ją zobaczyć i poczuć. Oddałem go jednak Matyldzie i sam powróciłem do sypialni. Przyklęknąłem przy łóżku, chwyciłem Klarę za dłoń i całowałem po niej, prosząc, by mnie nie opuszczała, błagając, by jeszcze ten raz zawalczyła.

sobota, 15 kwietnia 2017

#32

Szósty wpis Artura
Czas na szczerość

Całe życie starałem się być zupełnie różny od mojego ojca. Dokładałem wszelkich starań, by nie polec. Poległem. Zniszczyłem wszystko. Zniszczyłem Klarę. Na odbudowanie małżeństwa nawet nie miałem nadziei. Tonąłem w długach, baronowa wygrażała mi policją i sądem, a żona uważała mnie za mordercę.
Ty go zabiłeś – powiedziała pewnego dnia całkiem wprost. Była wtedy bledsza od kartki papieru i zdawała się być cieńsza niż on. Chwiała się na chudych niczym patyczki nogach.
Kogo? – Podniosłem na nią wzrok zza masywnego biurka. Ostatnimi czasy siedziałem w gabinecie częściej niż przez całe swoje życie. Nawet nawykłem do tego, by w nim jadać i sypiać. Szukałem wyjścia. Wyjścia, którego nie było.
Mojego brata – odpowiedziała płaczliwie.
Nie zapominaj, że był też moim bratem. – Spuściłem wzrok, ponownie wbijając go w papiery. Złożyłem kilka podpisów.
I wiedziałeś o tym. Widziałam testament. Oryginalny. – Zaczęła jawnie płakać, ale z siłą co najmniej śnieżnej lawiny podeszła bliżej. Usiadła na krześle. – Chce wiedzieć czego chcesz ode mnie. Też chcesz mnie wykończyć?
Nigdy nie chciałem cię wykończyć! – uniosłem się. Energicznie wstałem, uderzając otwartą dłonią o blat biurka. Sięgnąłem po papierosa i odpaliłem go. – Nigdy, słyszysz!?
Pokręciła głową, jakby nie dowierzała.
Wyjdź! – rozkazałem. Spojrzałem w okno, w dal, w zielone trawy i granat nieba. Wielkimi krokami zbliżała się burza. – Muszę pracować, Klaro. Nie mam czasu na słowne przepychanki.
A co, musisz robić kolejne przeklęty, podrabiać inne papiery? – Zaczęła przyglądać się porozrzucanym kartkom. Kilka z nich wzięła w dłonie. Czytała.
Wyrwałem je od niej i ponownie rzuciłem na biurko.
Wyjdź – rozkazałem nieustępliwym tonem. Pochyliłem się przy tym, by dokładnie widziała moją twarz. Jednak pierwszy spuściłem wzrok. Nie umiałem patrzeć jej w oczy. One nie były smutne. One zupełnie nie miały wyrazu, jakby wszystko było jej już obojętne.
Klara nie wyszła. Została w pomieszczeniu, które ja opuściłem. Zabrałem z sobą jedynie płaszcz i papierosy. Udałem się do lokalu rozrywkowego. Kobiety, które tam siadywały mi na kolanach były ciepłe, miękkie, dobre w swoim fachu. Przynosiły mi niegdyś ukojenie, ale od kiedy stałem się mężem Klary, z żadną z innych kobiet, poza baronową, nie sypiałem. Nawet z Wiolettą nie poszedłbym do łóżka, gdybym miał inne wyjście. Nie miałem. Musiałem jakoś uśpić jej czujność i zabrać ten testament. Wybrałem tylko do pomocy złego sprzymierzeńca. Czułem, że Mateusz ją uprzedził. Jego pomoc w przestępstwie miała być dla mnie pewnym bezpiecznym zapleczem. Stała się porażką.
W lokalu rozrywkowym przegrywałem ostatnie pieniądze. Złudnie liczyłem na to, że los się odmieni, że trafię w odpowiedni ton, niczym genialny kompozytor. Na odegranie jednak nie było już szansy. Wiedziałem, że nie odbiję się od dna, że na tym dnie utonę, aż w końcu zacznę walić w nie od spodu.
Ciągle wyrzucałem sobie, że miałem wielkie plany. Wspominałem nowy hipodrom, który miał przynieść mi olbrzymie pieniądze. Na niego jednak też nie było już nadziei. Spóźniłem się. Mateusz mnie ubiegł. Zawsze wszystko mi niszczył, wszystko odbierał.
Z tego burdelu i jaskini hazardu zabrał mnie Tymoteusz. Miał problem i szukał rozwiązania. Uważał, że mogę pomóc. Zaczął jednak od przyznania się do tego co naopowiadał Klarze. Chyba sumienie nie kazało mu dłużej trzymać tego dla siebie.
Dlaczego kłamałeś? – spytałem. We łbie mi się kręciło, przed oczami skakało, głowa paliła, jakby czaszka chciała rozłupać się na pół. Starałem się jednak trzymać i nie spuszczać z niego wzroku.
Anita jest w ciąży – odpowiedział. Z załamaniem wsparł się o ścianę stodoły i osunął po niej aż do kucek. – Mateusz się dowiedział i...
Sądziłeś, że może pomóc? – zadrwiłem. – Przecież on nigdy nikomu nie pomaga. Myśli tylko o sobie! Sam mu zaufałem i widzisz jak...
Szantażował mnie! – przerwał nagle.
Czym? – Odpaliłem ostatniego papierosa z nadzieją, że ten choć odrobinę mnie uspokoi, ale nawet dłonie nie przestały mi się trząś.
Powiedział, że powie, że powie wszystkim. To by zhańbiło ją bardziej, niż jakby urodziła bezpańskiego malca.
Co wyście narobili, gówniarze? – zapytałem przerażony, a potem naprędce obiecałem, że się tym zajmę, że zrobię to zaraz po tym jak wyjaśnię wszystko Klarze.
To był mój czas na prawdę. Pierwszy raz od poczęcia miałem być szczerszy od krystalicznej łzy. Wiedziałem, że przełknięcie tego będzie równie słone, co połykanie własnego płaczu.
Gdy wracałem do pałacu, to mocno się już rozpadało. Przemokłem do ostatniej suchej nitki. Po dotarciu na miejsce jednak nie zadałem sobie trudu, by się przebrać. Od razu stanąłem przed żoną. Pozbyłem się płaszcza, zsuwając go z ramion wprost na drewnianą podłogę.
Podrobiłem testament – rzekłem słabo.
Klara nie spała, od razu otworzyła oczy i spuściła nogi w dół łóżka, aż stopami dotknęła podłogi.
Podrobiłem z jednego, jedynego powodu. No może z dwóch, ale nie zabiłem Filipa. – Chwyciłem za krzesło od toaletki i postawiłem je bliżej niej. Zasiadłam na nim okrakiem. – Posłuchaj mnie. Wysłuchaj, proszę – nalegałem, sięgając zmętniałym wzrokiem jej oczu. Byłem bardziej pijany niż kiedykolwiek w jej obecności. – Obserwowałem cię. Całe życie cię obserwowałem. Całe twoje życie byłem obok ciebie, bo sądziłem, że to ty jesteś moją siostrą, a nie Filip bratem. Tylko dlatego wszedłem po ciebie na ten przeklęty dach, choć mam lęk wysokości, choć na początku chciałem byś spadła. Nie lubiłem się dzielić, zwłaszcza majątkiem. To wpoiła mi matka. Potem umarł Filip, a ja, choć wiedziałem już, że to on był dzieckiem mojego ojca, to nadal cię nie przestałem oglądać. Chciałem być obojętny, ale nie umiałem. Siedziałem na drzewie, naprzeciw twojego okna, gdy zakładałaś podkolanówki, potem buty. Śniłem o tym nocami. Każdej jednej nocy. Wyrosłaś na piękną kobietę. Zapragnąłem byś została moja, na zawsze.
Chyba ją zaskoczyłem. Jej mimika zdawała się sprawiać wrażenie, jakby jej się wydawało, że to wszystko to tylko sen, że nie ogłaszam tych wyznań na jawie.
Wiedziałem, że Filip jest synem mojego ojca, bo dowiedziałem się o tym przypadkiem, gdy wujek powrócił do miasta.
Wujek? – szepnęła pytająco.
Marek, mąż twojej matki.
Jest twoim wujkiem!? – wrzasnęła.
Przytaknąłem.
Nie możesz tego nikomu powiedzieć. Nie teraz.
Jak mam... – Wstała i zaczęła chodzić po pokoju.
Siadaj! – ryknąłem
Jak mam siedzieć, kiedy...
Kiedy co!? – wrzasnąłem. Wstałem z krzesła, potrącając je przy okazji. Upadło. Dźwięk był okropny. Głowa rozbolała mnie jeszcze bardziej.
Okłamywaliście mnie! Moją matkę! Filipa pewnie też kłamałeś!
Bo cię kochałem! – wydarłem się, stojąc dokładnie naprzeciw niej. – Bo całe, pierdolone życie starałem się cię chronić. Byłem od ciebie o krok, zawsze jeden z tyłu lub tuż obok. W końcu pokochałem. Pokochałem jak nikogo innego na tym świecie.
I co mi zrobiłeś!? – Wskazała roztrzęsionymi dłońmi na samą siebie.
A ty mnie!? – odrzekłem podniesionym głosem, jakby w obronie, choć wiedziałem, że jej winy z moimi nigdy nie będą równe. Moje były większe, znacznie większe. – Zamiast o cokolwiek zapytać, to ty...
Nigdy nie odpowiadasz! Zawsze unikasz odpowiedzi! Jak mam cię pytać, by cokolwiek wiedzieć!? – Załamała się. Usiadła na łóżku i zaczęła płakać. Głośno płakać. – Niszczysz, Arturze. Niszczysz wszystko czego się dotkniesz! – załkała.
Przyklęknąłem na jedno kolano i dotknąłem jej łydki, w duchu i na głos przyznając jej rację. W końcu zniszczyłem też własną matkę. Weszła po mnie na ten przeklęty dach. To ja miałem z niego skoczyć, a nie ona spaść. Jednak kiedy się potknęła, zachwiała i poleciała, a do moich uszu dotarł huk tego upadku, dźwięk, który mnie przeraził, sam już na skok się nie odważyłem.
Pocierając o nogę Klary, mówiłem jej to wszystko, wnikając palcami pod materiał długiej halki. Padłem na drugie z kolan, by było mi wygodniej.
Przepraszam – szepnąłem, kładąc głowę na jej udach. Przytuliłem się do jej nóg, usiadłem przy tym na podłodze i także zacząłem płakać. – Przepraszam. Uwierz, nic nie zrobiłem Filipowi. Nic, nigdy. Nigdy nie skrzywdziłbym nikogo, kto byłby ci bliski. Nigdy, przyrzekam. – Pocałowałem ją poprzez materiał halki i koszulki nocnej.
Ta noc była dziwna. Wspinałem się na kolanach tak wysoko, by dosięgnąć ust żony, a ona oddalała się, wydawała być coraz mniejsza. W końcu jednak znaleźliśmy się w łóżku, oboje czerwoni od płaczu, pragnący rozgrzać się złym pożądaniem. Nie wspominam tego oddania dobrze, choć chciałbym nie wspominać go wcale. Było trudniej. Ja pamiętałem co zrobiłem jej. Ona z pewnością nie zapomniała co jej się przydarzyło z mojej ręki.
Tamtej nocy, Klara stała się kobietą, która rozchyliła uda przed własnym oprawcą, przed mężem, ale i przed gwałcicielem. Zrobiła to przed wiecznym kłamcą, który tylko z nią był szczery. Do dziś nie wiem czy był to rodzaj wdzięczności, podziękowania, objaw miłości choć bolesnej, masochistycznej, czy może zwykłe, podłe wyrachowanie. Nie wiem co to było, ale pamiętam, że ja sam nie czułem się z tym dobrze. Nawet potem znowu jej unikałem, znowu, z uporem maniaka wracałem do lokalu rozrywkowego. Raz na zawsze wyciągnęła mnie z niego ona. Nie Tymek, nie Mateusz, nie Wiktoria, ani wujek Marek. Ona, żona.

Rozdziału dzisiaj nie będzie. Pojawi się jutro. Nie jestem w stanie przewidzieć o jakiej godzinie to nastąpi, ale postaram się go opublikować najszybciej jak to tylko będzie możliwe.
Póki co wrzucam obrazek jako taką zapowiedź i chcę wam jeszcze złożyć życzenia. Nie jestem w tym dobra, więc nie było sensu bym na dwa zdania publikowała post typowo wielkanocny, więc postanowiłam złożyć wam życzenia pod rozdziałem, który pojawiłby się dziś, gdyby nie wezwano mnie do pracy na nockę.
Przejdźmy może już do życzeń.
Nie chcę popadać w banał i pisać o jajkach, zajączkach, barankach. Sama nie jestem osobą szczególnie religijną. Zamiast w religię, wierzę jednak w ludzi, w ich możliwości, empatię, uczucia.
Tak więc życzę wam, nieco nawiązując do powyższego rozdziału (który pojawi się jutro), by dla was ktoś był powodem do życia i byście wy byli dla kogoś wystarczającym powodem, by ten ktoś chciał żyć.
Nie życzę wam braku problemów, bo te przypałętają się zawsze i do każdego, ale życzę wam byście mieli z kim te problemy dzielić i byście sami chcieli dzielić się z tym kimś także szczęściem. Nie ważne czy to będzie rodzic, dziecko, parter, dziadek czy przyjaciel. Ktoś, po prostu ktoś, bo człowiek nie jest, nie był i nigdy nie będzie jednostką samowystarczalną. Każdy potrzebuje kogoś, by ten ktoś sprawiał mu smutki, ale również po to, by dawał mu radość.
Tak więc życzę wam byście ten czas wolny lub zapracowany spędzili w gronie najbliższych wam osób, byście zaczęli te osoby doceniać i by także was doceniono. Doceniono nie za prezenty, czyny, słowa, a za samą obecność. Czasami bycie z kimś, trwanie przy jego boku mimo wszystko i na przekór wszystkiemu jest najważniejsze, znaczy najwięcej, a tak rzadko zwracamy na to uwagę.
Zdrowych, wesołych, szczęśliwych...
...i zapraszam jutro na rozdział.
Pozdrawiam ;-)
T.M.