poniedziałek, 24 kwietnia 2017

#34

Rozdział 2
Splamiona czerń

Ludzie to dziwni są, wyjątkowo. Każdy z nas ma co najmniej kilka powodów, by umrzeć i żaden z nich nie jest w stanie nas zabić, gdy mamy choć jeden powód, by żyć i gdy zdajemy sobie z tego sprawę. Nie ma człowieka na tej ziemi, którego coś nie pchałoby do śmierci, do samobójstwa. W życiu setki albo nawet i tysiące razy nam się coś nie udaje, duża liczba znanych nam osób nas zawodzi, miewamy problemy finansowe, rodzinne, te związane z akceptacją w grupie rówieśniczej, a nawet egzystencjalne. Mimo tego niewielu z nas decyduje się na ten ostateczny krok, a przecież tak niewiele wystarczy, by przerwać marny żywot, zakończyć swą beznadziejną, pełną bólu, trosk i niepowodzeń egzystencje. Mogą to być tabletki, może mocny sznur lub ostry przedmiot. To wszystko i nic. Koniec. Było i nie ma. Jednak te powody do umierania, okazują się być strasznie błahe w obliczu motywacji do życia. Możemy mieć milion powodów by zginąć, ale nie dają one rady dorównać jednemu powodowi, który zmusza nas, by ciągnąć ten wózek dalej, by wciąż staczać walkę.
Darek trzymał moją twarz w swoich dłoniach. Całował mocno, zachłannie, zaborczo. Ten pocałunek bolał. W dziwny sposób był przyjemnością i nie sprawiał przyjemności. Ból sam w sobie nigdy nie jest przyjemny. Gdy coś nas boli, to znaczy, że jesteśmy chorzy, zmęczeni, że jest nam niewygodnie, uderzyliśmy się lub zostaliśmy uderzeni. Jednak, gdyby nas nic nie bolało, to dopiero wtedy należałoby zacząć się martwić. Ja sama zastanawiałabym się wtedy czy w ogóle jeszcze żyję. Ból był obecny w moim życiu od samego początku. Odnoszę wrażenie, że zaznajomiłam się z nim już od poczęcia, więc bez niego nie umiałabym uwierzyć we własne istnienie.
Poczułam nagłe szarpnięcie za włosy. Lubił to. Zawsze za nie targał. Pociągnięciami prowadził, zupełnie tak, jakby trzymał mnie na smyczy. Ustawiał moją głowę, by wygodnie było mu całować szyję. Szybko jednak przestał to robić. Zaczął ciągnąć w dół.
Opierałam się. Często się opierałam. Darek był z tego typu facetów, których kręciła uległość, ale i konieczność przymusu. Wszystko zależało od dnia i humoru w jakim się akurat znajdował. Choć może nie, może nigdy nie było takiej zależności. Jakby w to wniknąć głębiej, to większość dominatów marzy o uroczych, uległych żonkach, które będą na każde ich skinienie, ale te marzenia nie są w ich głowach po to, by sięgnąć celu. Nie rozumiecie, prawda? Zatem postaram się wyjaśnić. Otóż, z większością marzeń jest tak, że wolimy je spełniać, niż gdy już zostaną spełnione. Lubimy i jednocześnie nienawidzimy tego trudu pokonywanej drogi, która ma za zadanie zaprowadzić nas do celu. Nie liczy się tu więc cel, a ta podróż i doświadczenia jakie w niej zdobywamy. Z dominacją i uległością jest dokładnie tak samo. Tu nie chodzi o to, by mieć wychowaną kobietę przy swoim boku. Tu chodzi o wychowywanie, łamanie barier, pokonywanie granic i o doznania jakie temu towarzyszą.
Zabawne, że zdaję sobie z tego sprawę w tak młodym wieku, podczas gdy większość moich rówieśniczek brzydzi się wziąć do ust bez gumki, a i z gumką ma opory, by to zrobić. Ta wiedza jednak ma swoje zalety. Będąc świadomą tego co kręci mojego męża, mogłam kierować swoim postępowaniem tak, by nigdy mu się nie znudzić, by zawsze go podniecać.
Przestań – syknęłam, odpychając jego rękę. Nie zrobiłam jednak tego mocno, bo nie chciałam, by moje włosy zostały w jego garści. Lubiłam je, zwykle o nie dbałam. Poza tym, chciałam tylko rozpocząć pewną grę, dobrze znaną nam obojgu zabawę.
Przeliczyłam się. Darek nie był skory do odegrania swojej roli. Tamtego poranka zmienił scenariusz. Nie uwięził moich nadgarstków w swoich dłoniach, nie wziął szybko i bez pardonu na stole. Zamiast tego spoliczkował. Uderzenie to nie było mocne, nie zwalało z nóg ani nie odrzucało głowy w bok. Pomimo tego jednak znaczyło. Dało radę zatrzymać czas na pewien moment, pozwoliło wsłuchać się w panującą między nami ciszę, pozostawiło uczucie nieprzyjemnego pieczenia na policzku.
Cisza mi ciążyła, a to zatrzymanie czasu irytowało. Zdawałam sobie sprawę z tego, że on biegnie, a zapierdalanie wskazówki zegara wiszącego w kuchni wyraźnie słyszałam, ale my trwaliśmy w bezruchu, w milczeniu. Dla nas czas stracił znaczenie, zatrzymał się.
Spójrz na mnie, Kata – polecił nagle, gdy zauważył moje wahanie.
Chciałam się ruszyć i drgnęłam w kierunku, by go wyminąć. Słowami jednak dał radę zatrzymać mnie w miejscu.
Podniosłam wzrok i szybko tego pożałowałam. Spadł drugi cios. Wydawał mi się mocniejszy, ale być może to było złudzenie, a wszystkiemu winne było dokładnie to samo miejsce, na które ten cios spadł.
Instynktownie przyłożyłam wierzch dłoni do policzka. Zrobiłam to jakby w zwolnionym tempie. Głośno przełknęłam ślinę i cofnęłam się o krok. Wtedy plecami dotknęłam ściany. Zrozumiałam, że jestem w pułapce, że nawet jeśli zapragnęłabym uciec, to nie miałam jak go pokonać, a on znajdował się przede mną, za mną była już tylko ta przeklęta ściana. Ogarnęła mnie panika. Strach tak silny, że zaczęłam się trząś.
Na kolana – polecił spokojnie. Nawet przy tym głosu nie podniósł. Zajął się rozplątywaniem sznurówki, którą miał przy spodniach od piżamy. – Sądziłaś, że po tym będzie miło i przyjemnie, że będzie jak dawniej? – zapytał.
Nie wiem co wtedy sadziłam. Chyba miałam pustkę w głowię, ale zaprzeczyłam niewerbalnie, bo myślałam, że on właśnie tego oczekuje.
Znowu nastało milczenie. Znowu czas się zatrzymał.
Poczułam nagle szarpnięcie za włosy. Silniejsze niż kiedykolwiek. Mój policzek, ten który nie piekł, dotknął ściany.
Na kolana – wysyczał tuż przy moim uchu. – Już! – ryknął.
To tym ryknięciem mnie przeraził i to tak bardzo, że nogi się pode mną ugięły i już wkrótce dotknęłam ciepłego, ale twardego gresu podłogowego kolanami.
Nie wiedziałam jak mam ugrać cokolwiek w tej beznadziejnej sytuacji. Nawiedzały mnie różne myśli. Najpierw chciałam energicznie wstać, odepchnąć go i uciec. Nieważne czy do góry, czy do ogrodu. Po prostu, dokądkolwiek. Potem chciałam się skulić i zapłakać. Załkać inaczej niż kiedykolwiek, by wzbudzić w nim empatię, choćby minimalną. Wiedziałam, że ani jednym, ani drugim nie zwyciężę. Nagle dotarło do mnie, że zwycięzcą gry może zostać tylko ta osoba, która w nią zagra. Mój udział nie był dobrowolny, ale ciągle mogłam rzucać kośćmi, przesuwać pionkami i wykładać karty na stół.
Uklękłam dumniej. Brzmi jak paradoks, ale naprawdę, wierzcie lub nie, można klęczeć dumnie. Odwróciłam się do niego twarzą. Głowę uniosłam wysoko, wypięłam też piersi. Dłoń położyłam tuż pod kolanem, na miękkim, bawełnianym materiale spodni od piżamy mojego męża. Sunęłam tą dłonią do góry, aż do wewnętrznej strony uda. Potarłam pachwinę.
Starałam się nie spuszczać jego twarzy z oczu. Czytać z grymasów i mimiki. Zapatrzony był jednak w jakiś punkt z boku, a widok profilu znacznie utrudniał sprawę. Robiłam więc to czego zostałam nauczona przez te wszystkie lata małżeństwa. Rozbudzałam jego ochotę, ofiarowując przez długi czas tylko odrobinkę. Dotykałam, pocierałam, lekko trącałam. Nie zsunęłam spodni z impetem. Powoli wkładałam rękę, by dosięgnąć rozporka.
Przestań – syknął szeptem, gdy mój język dotknął żołędzi.
Nie posłuchałam. Otworzyłam usta i wzięłam go na raz, sięgając ledwie do połowy. Pomimo tego i tak czułam go w gardle. Smakował tym co zawsze, gdy wcześniej nie brał prysznica. Lekko wyczuwalny pot i płyn do płukania bielizny, którym przesiąkł podczas całodniowego jej noszenia. Być może to dziwne, ale wolałam go takiego, niż gdy pachniał mydłem i mokry był jeszcze od wody. Ogólnie za seksem po prysznicu czy pod prysznicem nie przepadałam. To on go wtedy uwielbiał.
Sunęłam ustami po jego członku do momentu aż chwycił mnie za ramiona i oddalił na odpowiednią odległość. Wcześniej nie dałoby się wcisnąć między nas nawet szpilki, teraz bez trudu można było włożyć tam nawet i grabie.
Dłonie Darka zacisnęły się na mojej niebieskiej tunice ala sukience. Podniósł mnie z kolan niespiesznie, ale mocno, tak że gdybym się opierała, to na wiele by się nie zdało.
Nim stanęłam na równe nogi i odzyskałam równowagę, to on już patrzył głęboko w moje oczy, ale w jego widoczna była odraza. Jakby się brzydził.
Weź prysznic – powiedział spokojnie, jakby czytał książkę bez żadnych emocji, a nie rozkazywał własnej żonie.
Tym wszystkim, całym swoim zachowaniem, sprawił, że wybuchłam.
Co!? – zapytałam najpierw, mocno zszokowana. – Może tak się, kurwa, zastanów, czego tak naprawdę chcesz! Najpierw pocałunek, potem „suko na kolana”, a za moment...
Nie nazwałem cię suką – przerwał i zrobił to z emocją, może niedużą, niewyraźną, ale przynajmniej jakąkolwiek.
Uderzyłeś, a to...
Nie. Nie! Nie!!! To wcale nie jest to samo! – krzyknął. – Gdybym miał zamiar nazywać cię suką, to uwierz, wziąłbym na smycz, a nie policzkował.
To weź! – zażądałam szybko. – Jeśli właśnie tego potrzebujesz, to proszę bardzo, możesz nawet teraz, choć nie wiem czy jakąś smycz w domu mamy.
Myślę, że z braku laku byle pasek by się nadał, ale nie o to chodzi, Kata.
A co ci, kurwa, chodzi?!
O ciebie – odpowiedział wprost. – Czułbym się jak chuj, gdybym musiał brać cię siłą, ale czułbym się. W chwili, gdy cuchniesz jego Kelvinem Kleinem i bez żadnych oporów bierzesz mojego fiuta do ust, się nie czuję.
Co? – szepnęłam, a po tym moje usta pozostały otwarte na jakiś czas. Nie mogłam ich zamknąć. Byłam zszokowana.
Nawet kurwa ma większą godność, więcej dumy. Zdradzasz męża, świetnie, kolejny kaprys. Sprałbym w końcu na kwaśne jabłko, minęłoby ci, jak wszystko inne wcześniej. Jednak ty już nawet kochanka zdradzasz i to z mężem, i to z taką ochotą. Lecz się, kurwa, dziewczyno na wszystko na co jeszcze się da, bo na głowę naprawdę jest już za późno. Tylko bym na psychiatrach przez to zbankrutował. – Odsunął się ode mnie. Odwrócił na krótki moment, a potem usiadł na krześle przy stole i ponownie na mnie spojrzał. – Na co czekasz?! – ryknął.
Wzruszyłam niedbale jednym ramieniem i starałam się nie rozpłakać. Myślę, że wyglądałam jak osoba, która trzymała fason i miała głęboko w dupie przed chwilą zasłyszane słowa.
Jeśli nie słyszałaś, to powtórzę. Pod prysznic, kurwa i się przebierz, bo to, że sama robisz z siebie kurwę, nie znaczy, że ja z domu zrobię burdel. Tu panują jednak jakieś zasady i pewnego rodzaju poukładanie. Wiem, że nigdy ci się to nie podobało, ale minęło tyle lat, że powinnaś się, kochana, dostosować, już dawno przyzwyczaić.
Zrobiłam jak chciał, choć z początku naprawdę pragnęłam podjąć dyskusję i łaknęłam konfrontacji. Moglibyśmy się wtedy przerzucać złośliwościami i wulgaryzmami. Moglibyśmy, ale nie, nie z nim. On tak nie rozwiązywał konfliktów. On szybko je urywał, gasił w zarodku. Nie zawsze pozwalał innym, by wypowiadali swoje zdanie, zwłaszcza, gdy byli zmuszeni zaakceptować to należące do niego.
Zdecydowałam się na kąpiel. Nie na prysznic, a na wannę. Mieliśmy w piwnicy skąpo oświetlony basen, którego ściany wyłożone były kamieniami, a na środku znajdowała się wyspa z jakuzzi. Prowadził na nią uroczy, murowany mostek inspirowany tymi, które stały w Wenecji nad kanałami. Nie wiem czemu nogi poniosły mnie właśnie tam, skoro w domu, poza tą sypialnianą, mieliśmy jeszcze trzy łazienki.
Ustawiłam odpowiednio wysoką temperaturę. Taką jaką najbardziej lubiłam. Zrzuciłam z siebie sukienkę, wzięłam butelkę z barku umiejscowionego w ścianie i całkiem goła przeszłam po moście, by w końcu zanurzyć się w gulgoczącej, pełnej piany wodzie.
Pijąc czystą wprost z ozdobnej, czarnej szklanki, odpływałam. Jeszcze chwila i byłam pewna, że odpłynęłabym całkiem, zasłuchana w muzykę Mozzarta, za którym, swoją drogą, nieszczególnie przepadałam. Ogólnie nie lubiłam klasyki. Chyba nie umiałam jej doceniać, dostrzec w niej głębi, czerpać z obcowania z nią satysfakcji i radości. Wyczuwałam jednak piękno tej muzyki. Piękno skryte w bólu i batach jakie otrzymali muzycy, którzy ją komponowali. Jednych skopało życie, innych zbili ojcowie. Mało który rodził się geniuszem. Dzieci nie przychodzą na świat ze skrzypcami pod pachą ani nie mają fortepianu w kołysce. Brzmienie tych strun i klawiszy to w dużej mierze ciężka praca, odrobina wytrwałości i tylko niewielka ilość talentu.
Nie było mi dane jednak odpłynąć całkiem ani rozważać o tym dłużej. Usłyszałam pukanie do obśrupanych drewnianych drzwi. Tych, przez które sama weszłam. Tych, których nie zamknęłam na klucz.
Stara, srebrna klamka, która wykonana została tak, by wyglądać na jeszcze starszą niż była w rzeczywistości, powoli zaczęła opadać w dół.
Nim pokazała się głowa, ja usłyszałam cichy, spokojny, niepewny głos:
Można? Możemy?
Z początku jedynie przytaknęłam głową. Szybko jednak zdałam sobie sprawę, że tego nikt nie zobaczył. Przemyłam twarz wodą, by jakoś wytłumaczyć zaczerwienienie oczu, tak by nie było widać, że płakałam.
Oczywiście! – zawołałam, lekko przy tym krzycząc.
Pierwsza weszła dziewczynka, ale uczyniła to na tyle powoli, że młodszy o kilka lat od niej Julian dał radę ją wyprzedzić. Mały, ledwie sześciolatek, biegł na paluszkach. Stawiał niewielkie kroczki, ale szybko przebierał nóżkami, jakby usiłował przesuwać się nieco do przodu, a jednocześnie czasami stąpać w miejscu.
Uwaga, uwaga! – uprzedzałam, gdy wstąpił na wąski mostek, ale nie z zamiarem przejścia jego środkiem.
Julian lubił wyzwania i był ryzykantem. Przyjął więc taktykę przejścia bokiem, tuż nad wodą, trzymając się rzeźbionej barierki i wciskając stopy między szczebelkami.
Serce biło mi jak oszalałe, bo zdawałam sobie sprawę, że woda w basenie sięga jakiś dwóch metrów. Sama nie byłam dobrą pływaczką, a on dopiero co nauczył się na niej utrzymywać. Miało to miejsce przed paroma dniami, gdy Darek spędził całą niedzielę w domu i w końcu zajął się synem inaczej niż wydając mu polecenia.
Julian przy samym końcu się potknął i puścił barierki, ale zdążył stopą wejść na tak zwany suchy ląd. Choć płytki naokoło jakuzzi były nieco zalane i się na nich poślizgnął, to wszystko skończyło się dobrze. Julek znalazł się w moich objęciach. By go złapać nawet się wychyliłam, mając zupełnie gdzieś jak duży fragment cycków przy tym pokazuję.
Dotalłem! – wykrzyknął zadowolony. Potem westchnął i zasiadł na brzegu jakuzzi.
Przyjrzałam mu się uważniej. Wystarczyła chwila, by jego czarna bluzka na krótki rękaw była mokra w kilku miejscach. Dostrzegłam przewróconą butelkę i potłuczoną szklankę.
Uważaj na stopy – poleciłam, widząc, że jest w samych skarpetkach.
Wychyliłam się, by pozbierać szkło, by zmieść je gdzieś na bok. Skaleczyłam się w palec. Przyłożyłam krwawiące miejsce do ust i przypomniałam sobie jedno wydarzenie z mojego życia, zwieńczone zdaniem:
Wódka działa na czarne ubrania dokładnie tak samo jak na ludzi. Sprawia, że to co czarne, staje się jeszcze bardziej czarne. Tak plami czarne materiały, tak plami czarne dusze. Wszystko to jednak widzi się dopiero, gdy światło słoneczne pada pod odpowiednim kątem.

Jeśli są jakieś literówki to wypiszcie. Postaram się je wtedy poprawić jak najszybciej. Jednak sama dokładniej sprawdzić rozdział będę miała możliwość dopiero za kilka dni. Postaram się też jeszcze dziś opublikować kolejny rozdział „Na kartkach pamiętnika”, ale nie mam pewności czy mi się to uda.
Pozdrawiam Was bardzo serdecznie, cieszę się, że jesteście, a jednocześnie przypominam Wam, że wasze wsparcie naprawdę wiele dla mnie znaczy. Pokażcie mi więc, że jesteście i że jeszcze czasami tutaj zaglądacie.

6 komentarzy:

  1. Ciekawe opowiadanie, czekam na kolejne
    Pozdrawiam Dawid

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że przypadło Ci do gustu. Uprzedzam jednak, że jest jednym z ostrzejszych.
      Pozdrawiam.

      Usuń
  2. Darek to typowy facet, który lubi dominować, którego zwyczajnie kręci poczucie władzy, lubi w seksie taką walkę, i wydawało mi się, że Kaśka świetnie go zna i to mu daje,że to taka ich zwyczajowa gra. Byłam pewna, że ona świetnie nim manipuluje, że nie jest w stanie niczym jej zaskoczyć, no i wychodzi na to, że się pomyliłam, bo Darek zaskoczył żonę i to jeszcze jak. Nie przewidziała takiego obrotu sprawy, że mąż jej pociągnie z liścia i to dwukrotnie. No i jednak wychodzi na to, że Katarzyna zdradza męża, bo te dwa policzki, które jej sprzedał i cała późniejsza sytuacja o tym świadczą. Facet uznał, że jest zdradzany i postanowił ukarać niewierną żonę.
    Wydaje mi się, że on z początku planował wymusić na niej seks, gdyby nie chciała, a to, że żona tak ochoczo postanowiła go zaspokoić, po prostu go zbrzydziło i dlatego ją odepchnął. Tak jakby sama zdrada nie wkurzyła go tak bardzo, jak to, że ona jest gotowa sypiać i z nim i z kochankiem.
    Ciekawa jestem jak dalej potoczy się ta sytuacja, jak będą się po tym oboje zachowywali.
    Zastanawiam się, czy te dzieci, które się pojawiły to są jej dzieci, czy tylko jej męża, bo słowo mama nie padło. Wydaje mi się, że jej na nich zależy, martwiła się, żeby mały Julek się nie poślizgnął i nie wpadł do głębokiego basenu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jego nie kręci poczucie władzy tylko i wyłącznie w łóżku. On kocha władzę, dlatego zdobył taki majątek, bo duża kasa daje dużo władzy - to nie dobre zarobki były celem, to władza od początku była celem.
      Tak, Darek sądzi, że żona go zdradza. Tu problemem jednak nie jest sama zdrada, ale ten mężczyzna, z którym to robi.
      Widzę te dzieci zastanawiają wszystkich...

      Usuń
  3. Zaskoczylas mnie tym ,że mają synka.Bardzo ciekawe opowiadanie ,czekam na kolejne rozdziały :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nigdzie nie jest napisane, że to ich syneczek.

      Usuń