poniedziałek, 24 kwietnia 2017

#36

Dwudziesty pierwszy wpis Klary
Od poczęcia dopada nas umieranie

Wpisy Artura były coraz bardziej pozbawione uczuć i emocji. Gdy je czytałam to aż mnie bolało. Teraz, jak i wtedy, często zastanawiałam się nad tym gdzie się podział ten chłopiec, bawiący się przy torach kolejowych. Jego już nie było. Umarł. Artur go pogrzebał, a pogrzeb ten wyprawił głęboko w sobie. Brakowało mi go. Nie sądziłam, że kiedyś się do tego przyznam, ale tęskniłam za młodzieńcem od węgla, za prawie mężczyzną, który był dla mnie najprawdziwszym wilkołakiem. Gdyby Artur się nie zmienił, gdyby pozostał taki jak na początku, to nigdy „my” nie podzieliłoby się na „ja i on”.
Dzięki jego wpisom jednak mogłam spojrzeć na samą siebie. On widział mnie zupełnie inaczej, jakby był innym lustrem, a w nim było moje nowe odbicie. Kochał mnie. Nie wątpię, że uczucie to było prawdziwe. Płakał, gdy myślał, że umieram. Troszczył się o mnie zawsze i nie pozwoliłby nikomu na zrobienie mi krzywdy. Jednocześnie sam potrafił mnie krzywdzić boleśniej niż ci wszyscy inni.
Jeszcze przed narodzinami Filipa zmieniliśmy się. Nie byliśmy już tylko mężem i żoną, staliśmy się partnerami. Artur zwierzył się ze swoich kłopotów, jak i pomysłów na ich rozwiązanie. Ja obiecałam mu pomóc i nigdy nie opuścić, nawet jeśli przyjdzie nam sprzedać pałac lub mój dom. Nigdy nie zależało mi na pieniądzach i nie dbałam o luksusy ani dobra materialne. Wtedy przestało mi też zależeć na zachowaniu wspomnień i miejsc, które po nich pozostały. Chciałam tylko Artura i tego dziecka. Pragnęłam stworzyć rodzinę, prawdziwą i ciepłą, taką jaką sama miałam. Chyba bardziej chciałam to wszystko osiągnąć dla niego niż dla siebie. Wmówiłam sobie, że nauczę go jak dobrze żyć, jak mocno kochać, jak być z kimś jednością, jak wygląda rodzina. On tego nie wiedział. Nigdy tego nie miał.
Obudziłam się z sennego koszmaru i weszłam wprost w ten rozgrywający się na jawie, niczym jedna z dramatycznych, teatralnych scen, które następują po krótkiej przerwie. Teraz przyszło mi na myśl, że ja i mój mąż nigdy nawet nie odwiedziliśmy wspólnie teatru. Odwiedzaliśmy za to domy rozrywkowe, jaskinie hazardu. Jedną z nich zresztą utworzyliśmy. Wyścigi konne, gra dla prawdziwych koneserów, przyniosła nam majątek, który pozwolił na spłatę długów i zabezpieczenie przyszłości Filipa.
Nie ma jednak co wyprzedzać czasu i przeskakiwać kilku ważnych lat. W chwili gdy rodziłam, to tor wyścigowy był dopiero co w budowie. Baronowa wyłożyła na to pieniądze. Chyba darzyła byłego kochanka dużym sentymentem. Nie ma też co ukrywać, że liczyła na szybką spłatę. Pierwsza miała otrzymywać zyski, aż do pokrycia się wszystko co Artur był jej winien. Potem miała zadowolić się czterdziestoma procentami, Mateusz piętnastoma, bo w ogóle zezwolił na to, by tor ten powstał, tak na mojej jak i jego ziemi. Oczywiście mowa tu o moim rodzinnym domu, a konkretnie to jego polach i podwórku.
Gdy rodziłam i nawet, gdy potem straciłam przytomność, to słyszałam prace remontowe w tle. Wychwytywałam też kłótnie mojego męża z lekarzem. Mężczyzna kazał mu wyjść, Artur uparł się, by zostać.
To moja żona!
Nie powinien pan tego oglądać.
Powinienem, przysięgałem „w zdrowiu i w chorobie”.
Żaden mężczyzna nie bierze przysięgi aż tak bardzo na poważnie.
Ja biorę! – trwał przy swoim. Potem zamilkł. Jego usta dotknęły wierzchu mojej dłoni, potem chyba przyłożył do niej czoło, a przynajmniej ja tak to czułam.
Chwilę później zasnęłam na dobre, ale na krótko. Wybudził mnie ból. Coś jakby rozrywało moje krocze. Chciałam się zerwać, ale Artur mnie przytrzymał. Dociskał moje ramiona do poduszki.
Lekarz skończył, uczucie rozrywania zelżało, ale wciąż pozostawało bolesne. Dostałam coś przeciwbólowego i coś też na uspokojenie, na lepszy sen. Nikt nie interesował się mną i moimi potrzebami, a ja miałam tylko jedną – chciałam, by zarówno mój mąż, jak i mój syn, byli przy mnie. Żądałam, by przyniesiono mi Filipa. Błagałam o to samego Artura przed odpłynięciem do sennych krain. Uciął jednak dyskusję w brutalny sposób, słowami:
Uspokój się, do cholery. Zajmę się nim, dopóki nie wyzdrowiejesz.
I zajął się nim. Długi czas się nim zajmował zupełnie sam, bo choć z początku pragnęłam tego chłopca widzieć, to po dowiedzeniu się, że będzie to moje jedyne dziecko, bałam się wziąć je nawet na ręce, by nie uczynić mu krzywdy. Był taki mały, kruchy i miał być zawsze jedyny, jeden. Zupełnie jak kiedyś Krystian dla państwa Morello.
Kto jest najładniejszym chłopcem na świecie? – pytał Artur, stojąc nad mocno rozbujaną kołyską. – No kto, kto? Pewnie, że ty. Gdybyś tak jeszcze zamknął oczyska, to byłoby doprawdy cudownie. Nie chcesz? Nie? Nie denerwuj ojca.
Uśmiechałam się, słysząc tę jego paplaninę. Zachowywał się zupełnie tak, jakby prowadził jakąś zażartą dyskusję ze wspólnikiem, a nie rozmawiał z własnym synem. Nawet nad mimiką twarzy nie panował. To cud, że gdy się gniewał lub złościł, to Filipa tym nie straszył. Choć być może, chłopiec był do tego po prostu przyzwyczajony.
Najbardziej jednak lubiłam obserwować, gdy Artur nosił go na rękach, zwłaszcza nocami, kiedy miał na sobie tylko spodnie od piżamy, ewentualnie kalesony. Filip także to lubił. Odnosiłam wrażenie, że opieranie główki na nagim ciele, wsłuchiwanie się w bicie serca, to było to co najszybciej go uspokajało, zwłaszcza, gdy osoba, która go nosiła, bujała się w jeden spokojny takt. Robił to jednak zwykle Artur, rzadko kiedy ja.
To głupie, ale nic w moim macierzyństwie nie było takim jakim sobie wymarzyłam. Co prawda, gdy byłam panienką, to nie myślałam o tym jakoś szczególnie często, ale oczami wyobraźni zawsze widziałam dziewczynkę, ewentualnie chłopca o jasnych włoskach. Filip był brunetem. Nie spodziewałam się też, że po porodzie będę musiała długi czas leżeć, że po wszystkim będę aż tak zmęczona i szybko wytrącająca się z równowagi. Moje dziecko miało być grzeczne, uśmiechnięte, sypiające. Filip był płaczliwy, marudny, na dodatek przez kilka miesięcy dręczyły go kolki. Byłam szczęśliwa, gdy opuszczałam sypialnie samotnie, zostawiając go w kołysce. Pragnęłam żyć, a on mi to życie, może nie odbierał, ale znacznie ograniczał.
Teraz mogę napisać, że kochałam mojego syna, ale nigdy go nie lubiłam. Piszę to, będąc w pełni świadomą znaczenia tych słów. Z Filipem było dokładnie tak samo jak z moim mężem – Artura także kochałam, ale nigdy go nie lubiłam. Z Filipem było też zupełnie odwrotnie niż z jego biologicznym ojcem – Mateusza zawsze lubiłam, ale nigdy nie byłam w stanie go pokochać. Tymoteusz był w mym życiu wyjątkiem – jego byłam w stanie zarówno lubić, jak i kochać, a przynajmniej wtedy tak mi się wydawało.
Tymek znowu stał się moim lekarstwem na codzienność. Kiedy Artur zajmował się dzieckiem, to on jeździł ze mną na wszystkie biznesowe spotkania, był obecny przy podpisywaniu kontraktów, pomagał, doradzał. Niekiedy całkiem zapominał, że jest tylko moim pracownikiem, przejmował rolę nawet nie przyjaciela, a już kochanka, choć wtedy jeszcze nie rozkładałam przed nim ud. Wykłócał się o swoje racje i obrażał, zupełnie tak, jakby oczekiwał czegoś więcej niż wypłacanej mu za to wszystko pensji.
Żegnałam się z Tymoteuszem zawsze w ten sam sposób, zazwyczaj późnym wieczorem lub wczesną nocą. Podawałam mu dłoń i oddalałam się, pozwalając, by ona sunęła po jego dłoni tak, że w końcu dotykaliśmy się jedynie opuszkami palców, by potem już nawet nimi się nie dotykać. Artur wielokrotnie widział to w oknie. Zawsze robił o to dokładnie takie same awantury. Kończył je na groźbach, nigdy na rękoczynach. Być może to beznadziejne myślenie, ale dopóki był w stanie podnieść na mnie rękę, to jego miłość była wyczuwalna. Ta miłość objawiała się troską okazywaną w taki brutalny sposób. Tym też pokazywał, że czuje się za mnie odpowiedzialny. Pewnego dnia to znikło, przestało istnieć. Nie było już strachu zawieszonego w powietrzu, zniknęło także podniecenie. Choć tego, to właściwie nie było od chwili, gdy zmusił mnie do współżycia. Nie przeczę, że nadal chciałam się z nim kochać, robiłam to, ale nic nie było w tym już takie jak przed tamtym gwałtem.
No i była też Amelia. Córeczka Anity, która przyszła na świat na moich i Artura oczach. Urodziła się w największą burzę jaką w życiu widziałam. Wszystkich nas to bolało. Poruszyło nawet Mateusza, który miał dziwną nadzieję i wiarę w życie. Taką nagłą. Wcześniej niczego takiego u niego nie dostrzegałam, ale tamtej nocy, to dziecko i jego matka przeżyli dzięki niemu.
To było dnia, gdy wybraliśmy się z małym na pierwszy dłuższy spacer. Zawitaliśmy sprawdzić jak się ma Anita. Artur upierał się byśmy zajrzeli do niej z odwiedzinami. Poczęstowano nas tam zupą i kilkoma kromkami chleba. Nim zjedliśmy, to deszcz, który wcześniej tylko pokropywał nabrał na sile, niebo zrobiło się ciemne, gromy zagrzmiały. Po godzinnej ulewie Anita zaczęła niespodziewanie rodzić. Zjawili się Mateusz i Matylda, razem. Jestem pewna, że przybyli w jakimś konkretnym celu, ale nim go wyjawili, to zdążyli się przejąć stanem brunetki. Wszyscy chcieliśmy jakoś pomóc. Nawet Filip na ten czas się uspokoił i przestał płakać.
Artur sądził, że drogi są nieprzejezdne, był gotowy sam odbierać poród, z pomocą moją, Matyldy i Wiktorii.
Powinna trafić do lekarza! – upierał się Mateusz. – Wiktoria mówi, że dziecko jest źle ułożone.
W takim razie jedź po lekarza, jeśli musisz!
Dojechać dojadę, ale potem drogi mogą być tak zalane, że nie dam rady z nim wrócić. Pakuj ją do wozu! – zadecydował z krzykiem, ale ten był tylko takim zaakcentowaniem. Mateusz bowiem był stoikiem, cały czas spokojnym, choćby nie wiem co się działo.
Kim jesteś, by wydawać rozkazy!? – pytał mój mąż, puszczając dłoń brunetki i wypychając Mateusza na korytarz.
Mieli w planach dać sobie po mordach, jak zwykle zresztą, gdy mieli odmienne zdania, ale Tymoteusz ich powstrzymał.
Jeśli moja siostra ma umrzeć, to chyba bez znaczenia czy będzie rodziła w domu, czy w powozie, prawda?
Tu ja i reszta kobiet przyznaliśmy mu rację. Najważniejsze jednak było zdanie Anity. Ona chciała jechać. Pragnęła żyć, bo wiedziała, że to dziecko będzie miało przede wszystkim tylko ją. Ojciec był nieznany. Ja sama na głos często to krytykowałam. Mateusz jednak zawsze szeptem lub w ustronnym miejscu wypominał mi, że nie jestem lepsza od niej. Ona bowiem chociaż nie chciała nikogo w ojcostwo wrabiać. Jednak czy to moja wina, że ja miałam męża?
Być może gdybym była panną niższego urodzenia, z matką prostytutką i braćmi bandziorami, to tak jak ona, miałabym dokładnie równą jej odwagę. Jednak byłam kim byłam, byłam sobą i jednocześnie ciągle czułam się jakbym była nie na swoim miejscu. Byłam na miejscu żony hrabiego Artura Grandi, byłam hrabiną Klarą Grandi. Trwałam w tym byciu, a świat wokół się zmieniał. Drzewa kwitły, gubiły liście, pola przysypywał śnieg, a potem złociły się pszenice. Natura trwała, odradzała się, a my dorastaliśmy, by przeżyć co dane było nam przeżyć i umrzeć.
Umieranie było okropne, dopadało nas każdego dnia, od chwili gdyśmy się poczęli. Wszystkich nas dopada dokładnie w taki sam sposób, od pierwszego zabicia każdego jednego serca. Jednak najbardziej umieranie jest przez nas dostrzegalne u schyłku, gdy już nam bliżej do śmierci niż dalej, w chwili, gdy bliżej nam do trumny niż do kołyski. Wtedy widzimy każdą zmarnowaną okazję, zdajemy sobie sprawę ze źle podjętych decyzji, mamy świadomość błędnych wyborów. Jest żal. Potworny żal zbity z desek utraconych lat i przybity gwoździami niepowodzeń. To nasza trumna za życia, nasze prywatne więzienie. Każdy z nas je ma. Wiesz jak się nazywa? To nie jest wcale takie trudne do odgadnięcia. To nic dziwnego i wymyślnego. To tylko lub aż sumienie.

Tu wspomnienia Klary są strasznie chaotyczne, takie rozemocjonowane i nie są spisane chronologicznie. Nie martwcie się więc, jeśli coś Wam się od razu nie układa w logiczną całość, bo później się to wyklaruje. Poza tym, zawsze możecie zadawać pytania. Pytania są naprawdę bardzo miło widziane.
Rozdział ten nie został też dogłębnie sprawdzony. Nadrobię to w najbliższych dniach. Postaram się wtedy go jeszcze raz przeczytać i poprawić wszelkie literówki i zdania, które mogą okazać się być bezsensu, choć mam nadzieję, że i w tym zachowują jakiś sens, nawet jeśli są trudne do rozczytania (szyk czasami może mocno zgrzytać).
Skoro już Was o wszystkim co konieczne uprzedziłam, to teraz zapraszam do skomentowania.

8 komentarzy:

  1. Bo to tak już jest, że najbardziej i najmocniej krzywdzimy tych których kochamy i najbardziej i najmocniej odczuwamy krzywdę jaką oni nam wyrządzą, właśnie dlatego, że po prostu kochamy. Bo krzywda wyrządzona przez kogoś obcego, przez kogoś na kim nam nie zależy, nie zaboli tak mocno, jak ta od najbliższej osoby.
    Artur jest zakochany w synu, zajmuje się nim jak najlepsza niańka, opieka nad Filipkiem sprawia mu prawdziwą radość. Tylko jakoś tak wyszło, że Klara jest odsunięta, na początku z powodu ciężkiego porodu, a później już tak zostało, tak jakby nie nawiązała z synkiem więzi zaraz po porodzie i teraz się już przyzwyczaiła do takiego stanu rzeczy. Przyzwyczaiła się, że to Artur zajmuje się małym a ona ma od tego wolne.
    Wydaje mi się, że Artur za bardzo skupił całą swoją uwagę na synku i dał za dużo wolności Klarze. Za bardzo pozwolił jej się zbliżyć z Tymkiem, co jak sama napisała skończy się tym, że Klara będzie zdradzała męża z pracownikiem.
    Zastanawiam się z jakiego powodu Mateusz i Matylda znaleźli się w domu Wiktorii i to jeszcze w tym samym czasie, jaki mięli powód, jaki był ich cel. No i dlaczego Mateusz tak bardzo przejął się losem młodej matki i jej nienarodzonej córeczki?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, Klarę od Filipka odsunęło wiele - poród, późniejsze leżenie, no i też świadomość czyim mały jest synem, w jakich okolicznościach został spłodzony.
      Może nie tyle dał jej za dużo wolności, co przestał zwracać uwagę na nią. Klara spadła z piedestału, Filipek okazał się być ważniejszy od niej i to też powód, dla którego nie lubi chłopca. Klara, choć może nie do końca to widać, ale w miłości jest bardzo egoistyczna.
      Oj, Matylda i Mateusz... czuję, że nikt nie zgadnie o co im chodziło z tym nagłym wtargnięciem.
      A bo Mateusz to zostanie ojcem tej małej córeczki Anity, ale o tym będzie nieco później.

      Usuń
  2. No to nieźle, Mateusz zostanie ojcem :D Klara zacznie zdradzać męża, moze po to aby zwrócił na nia uwagę.Klara mogła też czuć się samotna. Artur po porodzie Klary, powinien, pozwalic jej bardziej zajmować sie synkiem. Mógłby ją do tego też namawiać :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gdyby Klara chciała zajmować się Filipem, to myślę, że Artur nie wyrywałby jej go z rąk. To ona nie ma chęci. Lepiej się czuje w zarządzaniu pieniędzmi, wyprowadzaniu rodziny z długów.

      Usuń
  3. Rozumiem, że Mateusz również od razu domyślił się, że Filip jest jego synem, zgadza się? To by wyjaśniało jego uwagi, które robił podobno Klarze.
    Nie mam pojęcia dlaczego Matylda i Mateusz tak nagle zjawili się oboje u Anity. Na pewno nie był to przypadek, tylko tego jestem pewna :)
    Przy końcówce rozdziału jakby czułam, że pisze ją kobieta po przejściach, jakby zmęczona życiem.
    Bardzo jestem ciekawa jak się ułoży dalsze życie Klary, więc czekam na kolejny rozdział.
    Pozdrawiam

    amandiolabadeo.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, Mateusz również się domyślił. Szczera rozmowa Klary z Mateuszem dużo wyjaśni. To nie jest do końca tak, że on wykorzystał okazję - ona tak to ujęła.

      Usuń
  4. Myślę, że najbardziej Klarę od Filipa odsunęła wiadomość, że nie będzie mogła urodzić więcej dzieci. A biologicznym ojcem jej jedynego dziecka jest Mateusz a nie Artur.
    Klara nie zajmuje się dzieckiem, spędza czas z Tymoteuszem, więc uczucie mogło się między nimi rozwinąć. Wydaje mi się, że niedługo może z nim zdradzać Artura.
    Też się zastanawiam dlaczego Matylda i Mateusz pojawili się w tym samym czasie u Anity. Na przypadek też mi to nie wygląda.

    Czekam na kolejny rozdział.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja zastanawiam się jaka to byłaby różnica, gdyby biologicznym ojcem jej dziecka był Artur. Przecież on ani trochę nie jest od Mateusza lepszy. Nieraz ją pobił, raz zgwałcił, raz wykorzystał okazję i jej potrzebę bliskości.
      Przypadków w tym opowiadaniu nie ma.

      Usuń