Autorka tego bloga należy do grupy „Projekt Prozaicy”, z tego też powodu strona korzysta z płatnych linków. Ujmując to krócej i bardziej zrozumiale – autorka zarabia, a czytelnicy nic na tym nie tracą. Te linki są całkowicie bezpieczne dla komputerów, tabletów i smartphone-ów pod warunkiem, że postępuje się zgodnie z instrukcją, czyli nie klika w reklamy, nic nie ściąga na swój sprzęt, a jedynie odczekuje symboliczne pięć sekund i przechodzi dalej. Za wszelkie utrudnienia autorka bloga przeprasza, za waszą aktywność jest wdzięczna, a prywatnie pozdrawia i życzy dobrej zabawy podczas czytania.

Link do instrukcji – KLIK

piątek, 30 czerwca 2017

#37

Ósmy wpis Artura
Być ojcem

Myślałem, że nie doczekam takiego dnia, w którym na wszystko spojrzę inaczej. Myślałem, że nie czeka na mnie taki dzień, w którym wszystko się odmieni. Myliłem się. Nagle noce utraciły na smaku mocnych trunków, a do nozdrzy nie wbijał się zapach kobiecych perfum zmieszanych z dymem tytoniu. Noce smakowały płaczem, rykiem, kwileniem – tym wszystkim co każdego rodzica wybija z płytkiego snu i wydobywa na powierzchnie, wprost do rzeczywistości.
Filip był cudowny. Był niemal doskonały. Nieco płaczliwy, troszkę za mizerny, ze znamieniem na lewym pośladku, ale był mój. Denerwował mnie, to był fakt, ale nawet przykrywając twarz poduszką, by choć na krótki moment do moich uszu nie docierał jego jazgot, ja wciąż kochałem go tak samo.
Nie da się go jakoś wyłączyć? – pytałem Klarę, która pochylała się nad niewielką, białą kołyską. Lulała nią we wszystkie strony, ale nawet to nie pomagało. Filip ciągle płakał tak samo.
Jak!? – krzyknęła, odrzucając rozczochrane włosy do tyłu. Wyprostowała się, wsparła dłonie na biodrach i mocno odetchnęła. Wyraźnie miała dość. Była wyczerpana.
W końcu się zlitowałem i zwlokłem z łóżka, choć tak naprawdę wcale w nim nie odpocząłem. Nie spałem. Nie byłem w stanie spać, gdy on ryczał, choć zwykle nie miałem trudności, by zasnąć w hałasie.
Chodź do ojca – zawołałem do Filipka i jeszcze zanim się nad nim pochyliłem, już wyciągnąłem do niego ręce.
Pochwycił za mój palec i usiłował się podnieść. W efekcie tych działań poleciał do tyłu, uderzył się w główkę o drewniany szczebelek kołyski i zapłakał jeszcze głośniej.
Nie bądź taki beksa – rzekłem prosząco, tuląc go i głaszcząc po ciemnych włoskach.
Klara zaczęła chodzić od ściany do ściany i masować skronie.
Mamka nam jest potrzebna – stwierdziła, ale ja nawet nie chciałem o tym słuchać.
Zawsze dyskusje o niańce urywałem dokładnie w taki sam sposób. Mówiłem „Nie oddam mojego dziecka pod opiekę obcej kobiety”. Wytrwale spacerowałem z nim na rękach po całym pokoju albo kąpałem go po kilka razy tej samej nocy, nauczony doświadczeniem, że po kąpieli, zwykle na choćby pół godzinki, zasypiał. Z czasem zacząłem z nim po tym pokoju spacerować, trzymając za jego rączki. Z dumą obserwowałem jak stawia pierwsze, koślawe kroki. Z jeszcze większą dumą wpatrywałem się w jego pierwszy, samodzielny spacer, który miał miejsce w salonie, od fotela w którym siedziała Klara, aż do sofy, przy której ja klęczałem. Wpadł w moje ramiona w odpowiedniej chwili, potykając się. Gdybym znajdował się kawałek dalej, to pewnie mocno zdarłby sobie brodę o parkiet. Wtedy zapewne płakałby, a tak śmiał się, szczęśliwy z tego, że nauczył się chodzić.
Często odwiedzałem z nim córkę Wiktorii – Anitę. Miałem na to czas, bo Klara zajmowała się finansami. Moja żona inwestowała nasze pieniądze, dorabiając się praktycznie od zera, a nawet od minusów, jeśliby zaliczać nasze długi. Oddałem jej władzę, bo jeszcze na początku XX wieku, to co mężczyzn czyniło lepszymi od kobiet i dodawało im pewności siebie, to było dysponowanie pieniędzmi. U nas robiła to Klara, szybko więc stała się niezależna, samodzielna, niepotrzebująca mnie. Czułem to, ale zamiast zawalczyć, to odsunąłem się w cień. Każdy z nas robił w końcu to co lubił najbardziej – ona mnożyła majątek, a ja miałem kogoś do bezinteresownego kochania. Światem Klary były cyfry, monety, banknoty i papiery wartościowe. Za to mój świat skracał się do dwóch najważniejszych osób w mym życiu – do Klary i Filipa. Z czasem całym moim światem stał się tylko Filip. On był moją rodziną, synem. Żona zmieniła się we wspólniczkę, partnerkę, zupełnie obcą mi osobę, która utraciła dla mnie na kobiecości, delikatności, na wrażliwości, czyli na tym wszystkim za co ją pokochałem.
Pewnego dnia, gdy odwiedziłem Anitę, tak jak czyniłem to niemal co tydzień, wszystko się zmieniło. Padły słowa, za które mogłem Klarę znienawidzić, przez które mogłem ją przegnać, udowadniając jej zdradę. Anita powiedziała jednak też coś za co miałem ochotę znienawidzić samego siebie.
Filip i mała Amelia siedzieli wtedy na dywanie. Nawzajem wyrywali sobie drewniane chochle i łyżki. Obserwowałem małą blondyneczkę i uśmiechałem się ciepło.
Wychowają się niemal jak rodzeństwo – zagadnąłem. – Ja żałuję, że nie mam rodzeństwa. Choć w młodości miałem Filipa, wcześniej był Marcel, ale... pierwszy za późno pojawił się w mym życiu, drugiego jakby nigdy w nim nie było.
Obaj za szybko odeszli – odparła, związując włosy w niechlujny koński ogon. Podała mi herbatę i zabrała się za obieranie i krojenie warzyw na zupę.
Nie możesz tu ciągle siedzieć, zamknięta w czterech ścianach. Izolujesz nie tylko siebie, ale też to dziecko.
Dobrze, że nikt nie wie.
O czym nikt nie wie? – dopytywałem, bo w jej głosie wyczułem dziwną niepewność. – Dobrze, że tak niewiele osób wie o Amelii? – Wskazałem głową na siedzącą na dywanie, niespełna roczną dziewczynkę.
Przytaknęła ruchem głowy, ze łzami w oczach.
Będę musiała ją oddać.
Oddać? – nie wierzyłem własnym uszom.
Do sierocińca. Ona nie może tu zostać. Wystarczy już, że do mnie i mojego rodzeństwa przywarła łatka dzieci dziwki.
Nie jesteś jak Wiktoria – zaprzeczyłem ostro.
Może jestem, skoro w chwili słabości...
Proponowałem ci zabieg. Chciałem opłacić lekarza i nocleg w mieście – przypomniałem.
Myślałam, że dam radę ją pokochać. – Odłożyła nóż i w połowie obranego ziemniaka na stary, drewniany stół. Usiadła naprzeciw mnie i spuszczając głowę, wsparła czoło na dłoniach.
A nie kochasz!? – krzyknąłem.
Kocham i właśnie dlatego nie chcę dla niej takiego życia. To się kiedyś wyda. Takie czyny zawsze wychodzą na światło dzienne. Są potem miasteczkowymi plotkami i nawet poza granice miasta wypływają.
Chciałem wtedy coś powiedzieć, chciałem wtedy coś wykrzyczeć, ale na szczęście Filip mi to uniemożliwił. Rozpłakał się, bo Amelia chwyciła go za włosy i pociągnęła. Wziąłem więc go na ręce i starałem uspokoić. Wtedy dostrzegłem, że sam nie jestem spokojny. Drżałem na całym ciele, a ręce bardzo mocno mi się trzęsły.
Wyjdź za mąż – zaproponowałem. – To najlepsze z wyjść. Jeśli ktoś uzna dziecko, to problem zniknie.
To tak nie działa, Arturze.
Miała rację, to tak nie działało. Ślub niczego nie naprawiał, jedynie dokładał zmartwień i problemów. Ja zdobyłem Klarę, otrzymałem od życia tyle ile chciałem, podczas gdy inni nawet po namiastkę tego nie odważyliby się sięgnąć. Czy czułem się z tym lepiej? Czy samego siebie uważałem za zwycięzcę? Nie, ja byłem przegrany.
W takim razie wyjedź. Gdzie indziej mogłabyś uchodzić za młodą wdowę – wymyśliłem. – Wiem, że tutaj masz opiekę Tymoteusza, ale...
Tymek od dawna zajmuje się już tylko twoją żoną.
Znowu to samo. – Przewróciłem oczami. – Przysięgał mi na śmierć swoją, twoją, nawet waszego dziecka, że nic go z Klarą nie łączy.
Jeszcze – szepnęła z namacalną pewnością w oczach.
Ponownie przewróciłem oczami.
On i Klara są jednością. Tymek od bardzo dawna tak uważa. Sądził, że wasze małżeństwo niczego nie zmieni, ale pomylił się. Ona zawsze wybierała ciebie.
Nie powinienem więc mieć obaw, że kiedyś wybierze jego – pocieszałem samego siebie tym stwierdzeniem. – Mały jest niespokojny, chyba głodny. Będę już szedł. – Chciałem stracić ją z oczu, by choć na moment nie odczuwać poczucia winy.
Nie tyrania męża czyni z kobiety nieszczęśliwą, lecz jego obojętność – powiedziała, kiedy ja z Filipem na rękach zmierzałem w stronę drzwi wyjściowych. Na moment przystanąłem, jakbym zastygł niczym figurka z wosku. W końcu dłonią objąłem klamkę, nacisnąłem ją i wyszedłem. Zająłem się synem, o poczuciu winy odnośnie Anity całkiem zapominając. Klary jednak nie potrafiłem wyrzucić z mojej głowy, dlatego nie udałem się z małym do domu, a na tor wyścigów konnych, gdzie moja żona spędzała całe dnie, siedząc w tamtejszym gabinecie.

2 komentarze:

  1. Filipek nieźle dał w kość swoim rodzicom, mały krzykacz. Nawet im trochę współczułam, jak sobie wyobraziłam wrzeszczące dziecko i dwoje dorosłych, zmęczonych ludzi, którzy marzą żeby ich pociecha choć na trochę zamknęła oczy i dała im choć chwilę odpocząć.
    Klara i Artur strasznie się od siebie odsunęli, dziecko ich nie zbliżyło do siebie, a wręcz odwrotnie.
    Państwo Grandi zamienili się rolami, co wydaje mi się jak na tamte czasy dość dziwne, kobieta zarabia, można by powiedzieć, że robi karierę, a mąż zajmuje się dzieckiem.
    Biedna Anita, szkoda mi jej, tak bardzo kocha swoją małą córeczkę, że gotowa jest oddać ją do sierocińca, żeby uchronić ją przed ludzkim gadaniem. Mam nadzieję, że przemyśli sprawę i nie odda córki.
    Zastanawiam się, czy Artur na prawdę aż tak wierzy w prawdomówność Tymka, czy okłamuje samego siebie, nie chcąc dopuścić do siebie myśli, że Klarę może coś z pracownikiem łączyć.
    Ciekawa jestem dlaczego Anita tak otwarcie mówi, że jej brata coś łączy z Klarą? Co chce przez to uzyskać. No i jak rozumieć jej słowa, że "Nie tyrania męża czyni z kobiety nieszczęśliwą, lecz jego obojętność", sugeruje, że to wszystko jest winą Artura, bo stał się obojętny wobec Klary i pani Grandi postanowiła poszukać szczęścia przy boku Tymka?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Filipek faktycznie dużo krzyczał jak był mały, za to mało mówił, gdy już dorósł.
      Anita nie odda córki, bo pojawi się rozwiązanie problemu. A to czemu otwarcie mówi co Tymka i Klarę łączy, to wszystko wina zazdrości. Kocha Tymka aż tak, że wolałaby widzieć go martwego (zabitego z ręki Artura), niż oglądać go w ramionach Klary.

      Usuń