Autorka tego bloga należy do grupy „Projekt Prozaicy”, z tego też powodu strona korzysta z płatnych linków. Ujmując to krócej i bardziej zrozumiale – autorka zarabia, a czytelnicy nic na tym nie tracą. Te linki są całkowicie bezpieczne dla komputerów, tabletów i smartphone-ów pod warunkiem, że postępuje się zgodnie z instrukcją, czyli nie klika w reklamy, nic nie ściąga na swój sprzęt, a jedynie odczekuje symboliczne pięć sekund i przechodzi dalej. Za wszelkie utrudnienia autorka bloga przeprasza, za waszą aktywność jest wdzięczna, a prywatnie pozdrawia i życzy dobrej zabawy podczas czytania.

Link do instrukcji – KLIK

poniedziałek, 20 lutego 2017

#8

Czwarty wpis Klary
Mateuszek i kolejna tragedia

Nie byłam w stanie przeczytać więcej niż to jedno wspomnienie Artura. Zaczęłam rozumieć przez co przechodził, jak żył, do czego dążył, choć chyba nigdy nie będę w stanie pojąć tego ile przeżył. Tak właściwie, to ja nigdy nawet nie zadałam sobie trudu, by wczuć się w jego sytuację, by postawić się z tej drugiej strony, tak różnej od mojej, i spróbować się z nim porozumieć, tak zwyczajnie, bezinteresownie. Nie, my nigdy się nie rozumieliśmy. Byliśmy różni jak ogień i woda, co tworzyło ciekawą interakcję, zwłaszcza, gdy namiętność się budziła o zmroku, by sięgnąć zenitu dopiero nad ranem.
Dziś uśmiecham się do tych wspomnień, choć nie mogę ich spisać jednym tchem bo, by opowieść miała sens trzeba jakieś chronologii. Powróćmy więc do czasów mojego dzieciństwa, do tygodnia, który spędziłam na wsi u państwa Morello... do dnia, w którym poznałam Mateusza.
Pamiętam, że tamtego dnia Filip był dla mnie naprawdę okropny! Zupełnie nie chciał się ze mną bawić. Co prawda, podróż do posiadłości naszego przybranego wujostwa nie trwała długo, ale i tak wolałam spędzać ją na rozmowie, zgadywankach i wygłupach, a nie patrzeć, niczym ciele w malowane wrota, przez szybę kolaski. Mój brat jednak nie dał się nakłonić na nic, w efekcie czego ja przyłożyłam skroń do zimnej tafli szkła i odpłynęłam do krainy Morfeusza.
Obudziłam się w łóżku, akurat na podwieczorek. Do dziś mam na końcu języka smak czekoladowego budyniu, który był tak gęsty i słodki, że aż kleił się do podniebienia. Zajadałam się nim, co jakiś czas starając się umorusać Filipa, zupełnie jak za czasów, gdy Krystian był z nami, ale nie przyjął tej zabawy szczególnie ochoczo. Najpierw się ode mnie odsuwał możliwie jak najdalej bym nie mogła go dosięgnąć, a gdy ja nie ustępowałam i nieustannie podążałam za nim, to po prostu wstał od stołu, pozostawił swój pucharek i odszedł. Było mi smutno, nie tylko dlatego, że nie chciał się ze mną bawić, ale też że przez moją nieustępliwość nie zjadł swojej porcji do końca, a budyń czekoladowy był, przecież tym jego ulubionym.
Filip zamykał się w sobie z dnia na dzień coraz bardziej, a ja patrzyłam jak marnieje w oczach. Rodzice mówili, że mu przejdzie, ale ja wcale nie byłam tego taka pewna.
Tamtego dnia, w posiadłości państwa Morello zjawiła się siostra zakonna, która prowadziła przytułek dla sierot znajdujący się nieopodal. Mieliśmy się tam udać, by zanieść rzeczy Krystiana, bo było pewne, iż wujostwo nie będzie miało więcej potomstwa. Wtedy tego nie rozumiałam. Nie pojmowałam jak nasi rodzice mogli mieć nas dwoje, a rodzice Krystiana tylko jego. Po latach poczułam to na własnej skórze i zrozumiałam jak to jest trzymać w dłoniach taki mały skarb, mieć świadomość jak bardzo jest kruchy i pewność, że jeśli coś mu się stanie, to nie będzie kolejnego. Ktoś powie, że nie można zastąpić jednego dziecka drugim. Zgodzę się z tym, jednak to drugie dziecko, gdy pierwszemu coś się stanie, zawsze daje nadzieję. Daje też chęci do życia, motywacje, by wstać z łóżka każdego ranka i stawić czoła rzeczywistości, problemom, przeszłości, właśnie dla niego, dla tego drugiego, bo dzięki niemu ciągle trwa się w przekonaniu, że nadal ma się jeszcze dla kogo żyć.
Państwo Morello tamtego dnia dostali drugą szansę od życia. Moment, gdy przekroczyliśmy wysoką, żelazną bramę sierocińca znajdującego się przy kościele był kluczowym w ich, jak i też w moim, życiu. To wtedy piłka uderzyła mnie w twarz tak mocno, że aż się wywaliłam. Większość chłopców, którzy wcześniej ją kopali pouciekała, a kilku się odsunęło, tłumacząc, że to nie oni, ale jeden z nich podszedł.
Przepraszam – powiedział i podał mi rękę. Pomógł wstać.
Miał ładne, jasnoniebieskie oczy i lekko opaloną karnację. Jego ciemne włosy nachodziły na czoło za sprawą za długiej grzywki.
Siostra zakonna była wtedy pod wrażeniem. Ja nie rozumiałam jeszcze dlaczego, ale chwilę potem dowiedziałam się, że było to pierwsze słowo jakie Mateusz powiedział od roku, dokładnie od dnia świętego Mateusza. Był to dzień, w którym Krystian umarł, a on został odnaleziony zmarznięty, głodny i zaniedbany. Nie mogli nawet wyciągnąć z niego jak ma na imię. Nie chciał powiedzieć ani napisać. Sądzili, że nie umie, więc pytając zgadywali, oczekiwali na przytaknięcie, ale on wgapiał się w przestrzeń przed sobą, jakby cały świat, który istnieje obok niego, dla niego zupełnie nie istniał. Nadano mu imię od dnia świętego, w którym go odnaleziono. Nazwano go Mateuszem.
Do dziś nie wiem czy przez to imię, czy przez dzień, ale z pewnością przez jakiś, nie do końca dla mnie zrozumiały sentyment państwo Morello zdecydowali się zabrać Mateuszka z sobą. Był zupełnie inny niż Krystian. Wyższy ode mnie o głowę, wyższy nawet od Filipa. Starszy, ale ile miał lat, też można było tylko zgadywać. Uznali, że dziesięć. Żyli w nadziei, że chłopiec szybko się otworzy, zwłaszcza, gdy będą dla niego dobrzy, ale on przy nich nie mówił ani słowa. Z początku odzywał się jedynie przy mnie, ale to i tak niewiele i zazwyczaj niespodziewanie. Choćby w noc, gdy nie mogłam zasnąć i chciałam sprawdzić co porabia. Nie było go w jego łóżku. Siedział na drzewie. Wspięłam się więc też, co było łatwe, bo miało ono wbite deski do konara. Przypominało to prowizoryczną drabinę.
Nie boisz się sam, gdy jest tak ciemno? – zapytałam i uśmiechnęłam się do niego ciepło.
Miałam nadzieję, że odpowie, ale milczał i gdy już zupełnie straciłam nadzieję, on szepnął:
Jest księżyc.
Ale byłeś tu całkiem sam.
Od urodzenia jestem sam – odparł i zeskoczył.
Wystraszona zerknęłam w dół. Sądziłam, że połamał sobie wszystkie nogi, znaczy te dwie, które miał. Jednak nic takiego się nie stało. Przed upadkiem powstrzymały go lekko ugięte kolana i ręce, którymi przytrzymał się błotnistej ziemi. Otrzepał się i poszedł dalej, a ja za nim, bo w przeciwieństwie do niego, mnie księżyc nie wystarczał, ja bałam się ciemności.
W tamtym tygodniu nie zamieniłam z Mateuszem więcej ni zdania, ale za to bawiłam się z nim. Nauczyłam puszczać latawce, a on mnie wspinać się na drzewa, takie bez drabiny. Rozumieliśmy się bez słów, czym zasłużył sobie na miano mojej pierwszej, dziecięcej, niewinnej miłości. Potem, gdy przyjeżdżałam, to już zawsze wszystko robiliśmy razem. Razem pomagaliśmy cioci gotować albo wujkowi zajmować się rolą. W tym samym czasie nauczyliśmy się jeździć konno, a nawet całować. Robiliśmy to na tyłach stodoły, zaczynając od muśnięć, a kończąc na wciskaniu sobie nawzajem języka po same gardła.
Mateusz jednak nigdy nie bawił się ze mną, gdy byłam w towarzystwie Filipa i odwrotnie, ten drugi nie podchodził, gdy byłam zajęta moim nowym przyjacielem. Trzymali się na dystans. Nie dokuczali sobie, nie podkładali nóg, nie popychali, a traktowali jak najzwyklejsze powietrze. Chciałam ich zjednać, sprawić, by się polubili, ale moje próby spełzły na niczym i było tak za każdym razem, gdy je podejmowałam, więc w końcu zupełnie sobie odpuściłam. Być może to był mój błąd, może, gdybym miała inny charakter i tak łatwo się nie poddawała, a dążyła do celu mimo porażek, to nie tylko nie doszłoby do tragedii jaką była dla mnie śmierć brata, ale także moje małżeństwo wyglądałoby inaczej. Lepiej. Szczęśliwiej.
Filip nie zmarł jako dziecko, a jako niemal dorosły. Chciał jechać w świat, studiować konstrukcje statków, by móc zabrać mnie z sobą w podróż życia. Namawiał bym pojechała z nim. Usilnie przekonywał rodziców, że się mną odpowiednio zaopiekuje, jak na starszego brata przystało. Byłam gotowa się na to zgodzić, może nie od razu tak w ten sam dzień jechać, ale obiecałam, że gdy już się tam urządzi, gdy dojdzie sam z sobą do ładu, to przyjadę. Filip więc wyjechał, a ja za nim tęskniłam, choć Mateusz, który nadal mówił niewiele, ale już znacznie więcej niż za czasów dzieciństwa, przekonywał mnie, iż mam jego i nikt inny nie jest mi do szczęścia potrzebny, zwłaszcza taki Filip, który miał swój świat i swoje kredki, na dodatek wpuszczał mnie do tego swojego świata tylko od święta.
Mój brat powrócił, gdy ja byłam z Mateuszem coraz bliżej, gdy już zaczynaliśmy się sobą interesować w taki sposób, jak to interesują się osoby odmiennej płci. On chciał więcej, ale ja, gdy patrzyłam w jego błękitne oczy, nie byłam co do tego przekonana. Dlatego zadecydowałam, że wyjadę z Filipem na rok, a jeśli nasza miłość przetrwa czas rozłąki, to wtedy, gdy tylko powrócę, to jeszcze w ten sam dzień się pobierzemy. Rodzice byli temu bardzo rad, gdyż od dziecka mieli co do nas właśnie takie plany. Chcieli połączyć rodziny i jeszcze za czasów życia Krystiana żartowali sobie, że gdyby był tylko odrobinę starszy, to może, może... Krystian zmarł, Mateusz go zastąpił, a ich plany miały wreszcie możliwość się ziścić. Miały, ale ja nie wyjechałam... nie miałam już z kim, bo Filip zmarł dzień przed wyjazdem.
Tamtego dnia zbierało się na burzę. Mateusz u nas nocował, gdyż rodzice nie chcieli, by snopki namokły, a rąk do pracy brakowało. Panowała jakaś epidemia, chyba cholery. Filip z Mateuszem nigdy się nie dogadywali, dlatego, gdy ten zgodził się pomagać na roli, to mój brat zdecydował się na pomoc młodemu hrabiemu Grandi przy rozwożeniu węgla. Wtedy mnie dziwiło, że węgiel jest wożony w drewnianych, porządnie zawekowanych skrzyniach, a nie tak jak zwykle w workach. Dziś wiem, że to było opium. Dowiedziałam się po śmierci Filipa.
Wóz, którym akurat jechał mój brat się wykoleił i spadł z urwiska. Byłam zaskoczona, że Artur wtedy zatrzymał swój i po niego wskoczył, ryzykując przy tym swoje własne życie, a przynajmniej tak opowiadał, gdy powrócił cały mokry i z oczami zaczerwieniałymi, być może od wody, a może właśnie od łez.
To tamtego dnia, po raz kolejny i chyba pierwszy tak mocny rzuciłam się na niego z rękoma i biłam na oślep gdzie tylko popadło. Wrzeszczałam jak mógł, że po co go zabrał, że on to zawsze tylko kłopoty. Wrzeszczałam i płakałam, dosłownie wyłam wmawiając mu, że to jego wina, że gdyby nie on, to Filip, by żył, że go nienawidzę całym sercem. Starał się mnie powstrzymywać. Nie osłaniał się, a jedynie łapał za moje nadgarstki, ale miał to zadanie utrudnione, gdyż jego jedna ręka była złamana, choć chyba sam o tym jeszcze wtedy nie wiedział. Być może do tego złamania doszło tego samego dnia podczas skoku z urwiska, gdy chciał ratować Filipa przed utonięciem. Do dziś pamiętam, że gdy zaciskał tę lewą dłoń, to musiało mocno go boleć, bo wtedy się krzywił i w efekcie tych niesprzyjających mu okoliczności udało mi się dosięgnąć jego policzka paznokciem, zadrapać go. Wtedy w nim coś puściło, jakieś tamy, a nerwy trzymane na wodzy wypadły z rąk i bardzo się potłukły. Pamiętam tylko jak wziął zamach, bardzo głęboki, a potem krzyknął:
Uspokój się!
Mój policzek mocno zapiekł, ale nie to było najgorsze. Uderzenie dosłownie zwaliło mnie z nóg i sprawiło, że upadłam na murowane stopnie schodów. Ból fizyczny jednak był niczym w porównaniu z tym, który zagościł w moim sercu po stracie ukochanego i jedynego braciszka. Ból też nie przekonał mnie do zmiany zdania. Ciągle uważałam, że Filip zmarł przez Artura i to właśnie jego obwiniałam za tę śmierć, wielokrotnie mu to zresztą wypominając.

10 komentarzy:

  1. Filip to chyba w jakąś depresję popadł po śmierci Krystiana, no bo przecież on się wcześniej tak dziwnie nie zachowywał. Bawił się i dokazywał jak każde zdrowe dziecko, a dopiero jak Krystek zniknął z ich życia to on się taki zrobił i jakoś nie bardzo mu to przechodzi. Klara jakoś szybciej się otrząsnęła i przyznam że sama nie wiem, czy dlatego, że młodsza i mniej rozumiała, czy może bardziej odporna psychicznie niż Filip.
    Nie dziwię się, że państwo Morello, rodzice Krystiana postanowili wziąć Mateusza z sierocińca, prawdą jest, że jednego dziecka nie da się zastąpić innym, ale znowu mięli dla kogo żyć, kogo kochać i opiekować się. Oddanie rzeczy Krystiana do sierocińca, to miały być chyba takim pożegnaniem z synkiem, pogodzeniem się, że go już nie ma.
    Zastanawiam się, czy Mateusz jest jakoś związany z wypadkiem Krystiana, znaleziono go w tym samym dniu, co zniknął Krystian, czyżby zniknięcie Krystiana i pojawienie się Mateusza miało ze sobą coś wspólnego?
    Zastanawia mnie też relacja Mateusza i Filipa, dlaczego chłopcy tak od siebie stronili, co było tego powodem, dlaczego tak bardzo trzymali się na dystans. Oni w pewien sposób walczyli o uwagę Klary. Filip namawiał, żeby z nim wyjechała, Mateusz żeby została z nim, bo to tylko on jej wystarczy, mam wrażenie, że każdy z nich chciałby mieć ją tylko i wyłącznie dla siebie.
    Klara obwiniła Artura o śmierć brata, ale jeżeli Arti mówił prawdę co do tego, jak zginął Filip, to uważam, że nie miała racji, to był wypadek, nieszczęśliwy i śmiertelny w skutkach, ale jednak wypadek. Można by nawet powiedzieć, że Filip sam na siebie sprowadził nieszczęście, żeby nie musieć przebywać z Mateuszem, wolał pomagać synowi hrabiego i jeździć wozem w deszczu.
    Ciekawa jestem, czy Filip wiedział co wiezie, że to nie był węgiel tylko opium, no i czy faktycznie Artur próbował ratować Filipa z topieli.
    Ja rozumiem, że Artur miał dość obwiniania go przez Klarę i okładania go, ale uważam, że przesadził z tym policzkiem, nie musiał jej zaraz strzelać w twarz. Dałby się jej wykrzyczeć, w końcu by się zmęczyła, anie zaraz bić, drań jeden.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, popadł w depresje, tylko wtedy nikt się tym tak nie przejmował i tego nie leczył. Zakłady psychiatryczne co prawda były, ale raczej się z nich już nie wychodziło, chyba że w trumnie.
      Klara i Filip mieli po prostu różne charaktery, inaczej przeżywali tragedie, które w sobie nosili. Klara jest silniejsza i dobrze, bo przy dalszych losach, zwłaszcza tych u boku Artura, to ta siła jej się bardzo przyda.
      Znaleziono go w tym samym dniu, ale nie w tym samym roku - taka drobna uwaga.
      Tak, Mateusz rywalizował z każdym o Klarę. Chciał ją mieć dla siebie, nadal będzie tego chciał, nawet gdy będzie mężatką.

      Usuń
  2. Mam do tego opowiadania jakiś niesamowity sentyment, poważnie. Urzekł mnie jego klimat i dlatego też to je jako pierwsze wybrałam do czytania u Ciebie. I chociaż lubię wszystkie Twoje opowiadania(tak, przekonałam się ostatnio nawet do legendy, przez którą tak się wzbraniałam, bo słyszałam ile w niej przemocy, i myślałam, że nie na moje nerwy), i czytałam więcej rozdziałów, to, to dalej jest dla mnie jakieś takie, ciepłe, lubię je i chyba się naprawdę wkurzę, jeśli je jakoś przerwiesz. Chociaż praktycznie zawsze jest mi smutno, bo te dzieciaki tyle przechodzą, to jakoś i tak… Jakoś tak, że aż od nowa sobie czytałam, bo dawno nie było.
    Artur mnie dalej intryguje, chociaż przesadził w tym rozdziale. Klara tyle przeszła, a on jej jeszcze… Predyspozycje widzę ma od młodego do policzków, i to nie byle jakich, że ją tak odrzuciło. Tu akurat u mnie zaminusował strasznie, ale być może się odkupi i będę go uwielbiała jak Hektorka u Darka. W końcu któregoś w końcu muszę :) A jak nie Artur, to liczę na Marco.
    W tym rozdziale zaintrygował mnie też strasznie Mateusz. Zrobiło mi się go szkoda, ale chyba to zaciekawienie przeważyło. Jego reakcje, słowa, zachowanie. Nawet to po latach, kiedy mówił Klarze, żeby nie wyjeżdżała. I to, że tak stronił od Filipa, a Filip od niego. Właściwie dlaczego? Dziwny jest, więc liczę na dużo więcej o nim.
    Filipka mi bardzo szkoda, jego najbardziej. Tyle przeszedł, przez lata nie mógł się pozbierać, aż sam zginął. Mam tylko nadzieję, że nie okaże się, że zrobił to umyślnie. Choć nie wydaje mi się, bo gdyby miał, to już dawno by pewnie to zrobił, co? A nie przed samym wyjazdem na wymarzone studia. W ogóle, to mnie zastrzeliłaś jego śmiercią, bo jej się zupełnie nie spodziewałam. Liczyłam raczej na to, że Filip w końcu się pozbiera i będzie w miarę normalnie żył… I że Krystian żyje, i się odnajdzie, i może to byłoby powodem pozbierania się przez Filipa. Ale dupa, Krystian nie żyje, Filip nie żyje, a mi podupadły wszystkie snute dotychczas teorie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A wiesz ile ja się napracowałam przy tym klimacie? Lubię je, ale nie pisze mi się go łatwo. Legendy też mi się łatwo nie pisze, chyba nawet trudniej, właśnie przez wzgląd na tę przemoc.
      Nie nie przerwę! Dojrzałam do tego, by kończyć co zacznę, a nie przerywać. Co najwyżej może być jakieś opóźnienie, może nie być długo kolejnej części, ale zawsze powrócę. Nawet po opublikowaniu epilogu planuję tu zaglądać regularnie i pisać np notki urodzinowe.
      Na Marco z "Zostaw uchylone"? Na niego to bym wcale nie liczyła, to dopiero drań. Miał być słodziak, a kolejny skurwiel wyszedł.
      Dziwny jest... tak, Mateusz jest dziwny.
      No tak, o to chodziło by czytelników zszokować. A teorie snuj dalej, może któreś w końcu okażą się trafione, a być może już z czymś trafiłaś.

      Usuń
  3. Śmierci Filipa się kompletnie nie spodziewałam. Tak bardzo było mi go żal po ostatnich jego przejściach, a teraz sam umarł... Na serio, był to dla mnie niezły szok i fajny zwrot w historii.
    Ciekawi mnie też relacja Filipa i Mateusza. Fajnie, jakby coś więcej o tym było, bo ciekawi mnie, czemu tak od siebie stronili.
    Ja nie wiem, czy po śmierci własnego dziecka potrafiłabym pokochać inne. Tym bardziej, kiedy przeczytałam, że państwo Morello wzięli Mateusza do siebie, zrobiło mi się jakoś tak ciepło na serduszku. :)
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, śmierci Filipa nikt się nie spodziewał i o to mi chodziło.
      Będzie o ich relacji więcej, ale z perspektywy Artura, a nie Klary.
      Cieplej na serduszku zrobi ci się pewnie jeszcze nieraz podczas czytania, ale przygotuj się też na mrozy i skucie serca lodem :)
      Pozdrawiam!

      Usuń
  4. Widać, że Filip nigdy nie otrząsnął się po stracie przyjaciela :( Szkoda, że nie próbowano mu pomóc, że Klara nie próbowała go zrozumieć, bo może inaczej potoczyłyby się jego losy.
    Ciekawi mnie skąd pojawił się Mateusz i gdyby nie to, że był od Krystiana starszy byłabym pewna że to on.
    Za to Artur chyba skradnie moje serce w tym opowiadaniu :)

    amandiolabadeo.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Filip nawet po śmierci jest bardzo ważną postacią w tym opowiadaniu. On jest takim "łącznikiem" i nie mam tu na myśli medium ;)
      Mateusza i Krystiana różni nie tylko wiek, ale też kolor oczu, włosów, tak więc to z pewnością inny chłopiec.
      Lubisz takich drani jak Artur w opowiadaniach?

      Usuń
    2. No właśnie nie. Polubiłam Artura jako dziecko i młodzieniaszka, kiedy pomógł nieznajomej, żeby nie zamarzła z dziećmi lub kiedy chciał ściągnąć Klarę z dachu. W tym rozdziale myślałam, że on jest zupełnie inny - że naprawdę próbował pomóc Filipowi. Niestety, w następnym rozdziale doczytałam, że skłamał aby nie zostać wzięty za tchórza, przez co się na nim zawiodłam, dlatego stwierdziłam, że lubiłam go jako dziecko, ale nie jako dorosłego.

      Usuń
    3. Z jednej strony nie ma co się dziwić, że mu nie pomógł. Mało kto z nas odważyłby się na skok do wody w takiej sytuacji. Gorzej, że skłamał iż postąpił inaczej.

      Usuń