Autorka tego bloga należy do grupy „Projekt Prozaicy”, z tego też powodu strona korzysta z płatnych linków. Ujmując to krócej i bardziej zrozumiale – autorka zarabia, a czytelnicy nic na tym nie tracą. Te linki są całkowicie bezpieczne dla komputerów, tabletów i smartphone-ów pod warunkiem, że postępuje się zgodnie z instrukcją, czyli nie klika w reklamy, nic nie ściąga na swój sprzęt, a jedynie odczekuje symboliczne pięć sekund i przechodzi dalej. Za wszelkie utrudnienia autorka bloga przeprasza, za waszą aktywność jest wdzięczna, a prywatnie pozdrawia i życzy dobrej zabawy podczas czytania.

Link do instrukcji – KLIK

czwartek, 23 lutego 2017

#9

Drugi wpis Artura
Wyrzuty sumienia

Zaciskałem dłoń na kubku, który do połowy był pełen nalewki własnej roboty. Doprawiłem ją czystą wódką, nalewając wprost z piersiówki, którą kiedyś komuś ukradłem, ale nawet już nie pamiętałem w jakich okolicznościach do tego doszło. Na moim życiorysie było bardzo dużo takich ciemnych plam. Przełożyłem kubek do drugiej dłoni, by choć trochę zniwelować pieczenie po jej wewnętrznej stronie. Piekło i szczypało, a nie chciało mi się iść po wodę do studni, by zanurzyć bolącą dłoń i samemu sobie tym sposobem ulżyć. Chyba nawet nie chciałem czuć ulgi, bo byłem nauczony ponoszenia konsekwencji i tego, że żaden występek, ni dobry, ni zły, nie pozostaje bez echa.
Niespodziewanie pewna kobieta dosięgnęła moich pleców. Właśnie podniosła się z łóżka, na którego krawędzi siedziałem.
Zdejmij – mówiła proszącym głosem.
Poniekąd miała rację. Powinienem zdjąć marynarkę, bo z niej aż wyciekała woda i moczyła nie tylko łóżko oraz podłogę, ale przede wszystkim mnie samego. Czułem jakbym się topił, choć to nie ja tego dnia byłem topielcem. Było mi też zimno, ale nie robiłem nic, by temu zapobiec. Dokładnie tak, jakbym chciał, by ten chłód doprowadził do zapalenia płuc, a choroba miała być pokutą za moje winy.
Nie powinienem był jej bić – przemówiłem, odwracając twarz w stronę brunetki. Pozwoliłem, by jej i moje wargi się zetknęły.
Całowałem ją już tyle razy w życiu, że zaczynało mnie to nudzić. Pamiętałem pierwsze dni, gdy ledwie zacząłem ją muskać, dotykać, a moje poczynania były marne, nieśmiałe i całkiem nieumiejętne. To ona nauczyła mnie jak być mężczyzną w łóżku, jak stać się dorosłym kochankiem.
Wiktoria była ode mnie sporo starsza, a co za tym idzie – uczyła mnie życia. Zaczęła mnie go uczyć od dnia, gdy pojawiła się ze swoimi dziećmi w pobliżu dworca, na którym ja przesiadywałem i grywałem w karty.
Anito, przynieś Arturowi jakieś ubrania Tymoteusza. Powinien się przebrać – przemówiła do córki, która znajdowała się za parawanem, gdzie mieściła się część kuchenna.
Anita mnie nie lubiła. Od dzieciństwa nie darzyła mnie sympatią. Gdy była małą dziewczynką, to pewnie sądziła, że odbieram jej uwagę matki i skupiam ją na sobie. Być może sądziła, że zechcę zająć jej miejsce, ale nie miałem tego w planach. Ja byłem jedynie kochankiem Wiktorii, nie chciałem stawać się jej kolejnym dzieckiem.
Siedząc na łóżku, zupełnie nie ruszałem głową ani nie kręciłem szyją. Wiktoria mnie rozbierała, a ja wpatrywałem się w jeden punkt. Gapiłem się w ten pieprzony parawan złożony z drewna i lekko prześwitującego materiału. Śledziłem krągłości kobiecej pupy i miałem ochotę samego siebie uderzyć w mordę, bo nawet w takiej sytuacji upatrywałem się ukojenia dla duszy w uciechach brudnej cielesności.
Wiktoria klękała między moimi nogami i rozpinała ostatnie z guzików koszuli. Otrząsnąłem się ze swych nieporządnych marzeń i sam ją z siebie zdjąłem, a potem pozwoliłem, by chwyciła za brzegi bawełnianej podkoszulki i pozbawiła mnie jej przez głowę.
Siedziałem tak zupełnie nagi, bo spodni i butów już dawno nie miałem na sobie. Przykrywałem jedynie swojego penisa białym prześcieradłem. Wtedy Anita wyłoniła się zza parawanu z miseczką w dłoni.
Rozgrzeje cię – szepnęła i podała naczynie wprost do moich rąk. – Rozgrzeje pana – poprawiła się i przestała sunąć wzrokiem po mojej nagiej klatce piersiowej.
Dziękuję – odrzekłem.
Ledwie skosztowałem, a do izby wszedł Tymoteusz niosący dla mnie ubranie. Jemu również podziękowałem. Przy nim się nie krępowałem, więc oddałem miseczkę Wiktorii do potrzymania i wstałem, by się ubrać. Blondyn przyzwoicie się odwrócił, czym nieco mnie rozbawił.
Uczyłem cię nie sikać pod wiatr. Nie ma co teraz zakrywać oczu.
Teraz jest pan hrabią – przypomniał.
Jeszcze nie jestem – sprostowałem, mając świadomość, że mój ojciec ledwie co, ale jednak jeszcze dycha. – Chyba, gdyś był młodszy, to bardziej śmiały, mniej wstydliwy – dodałem, wciągając bawełnianą bluzkę w spodnie, które były na mnie lekko za ciasne i odrobinę za krótkie. Poczochrałem chłopaka po jego jasnej blond czuprynie i dałem głośno do zrozumienia, że już może się na powrót odwrócić.
Tymek zaśmiał się i spytał wprost:
Gdzie się pan tak skąpał?
Tym pytaniem ten jeszcze tak skrajnie niedorosły, gdyż za bardzo wesoły jak na dojrzałego mężczyznę, chłopak, wprawił mnie w nie lada stan oniemienia. Na powrót mi przypomniał w jakim stanie do nich przybyłem i dlaczego w takim.
W końcu przyznałem głośno:
Sam się zmoczyłem. Wodą.
Za zimno na kąpiele – odpowiedział, nie zdając sobie sprawy z tragedii jaką była śmierć Filipa, bo gdy opowiadałem o niej Wiktorii, to w izbie była tylko Anita. Tymek i pozostała dwójka byli w pokoju obok, za zamkniętymi drzwiami.
Nie kąpałem się – sprostowałem. – Woda była ze studni, bo nie chciałem wyjść na tchórza. – Opadłem tyłkiem na łóżko i ukryłem twarz w dłoniach, przejechałem po niej i załzawionymi oczami spojrzałem ponownie na Tymoteusza, ale także na Anitę i jej matkę. – Filip wypadł z drogi, wpadł do wody. Uderzył się i nieprzytomny tonął, a ja... a ja nie zrobiłem nic. Nawet nie krzyczałem pomocy.
Gdy tak to wszystko mówiłem, to docierało do mnie jakim jestem strasznym tchórzem. Nie tylko nie miałem odwagi rzucić się za Filipem w czeluść rzeki, ale strach spętał mi nogi i zabronił biec po pomoc, zawiązał mi też supeł na mym własnym gardle i nie pozwolił krzyczeć, a ja nawet nie miałem siły z tym walczyć. Ogarnęła mnie niemoc.
Najgorsze jednak było to, że kłamałem. Nie chciałem uchodzić za bohatera, ale nie chciałem też być obwiniany o to, że niczego żem nie zrobił, dlatego ta studnia, stojąca na drodze przy samym lesie, okazała się być zbawienną. Postanowiłem zrobić to co robiłem najlepiej – kłamać, a teraz czułem się z tym gorzej niż zazwyczaj. Zwykle czułem się z tym całkiem dobrze, normalnie, bo, przez te wszystkie lata, kłamstewka i największe łgarstwa stały się dla mnie chlebem powszednim.
Oszukiwałem nawet ojca, a tym samym też pokojówkę, która się nim opiekowała. Podmieniałem leki, niektóre doprawiając arszenikiem, inne zamieniając na takie zwyczajne syropy na kaszel. Ampułki z płynem do zastrzyków podmieniałem na te z wodą fizjologiczną. Robiłem wszystko, by stary sukinsyn nie wyzdrowiał, by w końcu zdechł, ale on był mocnym zawodnikiem, a ja nie mogłem działać bardziej zdecydowanie. Po pierwsze z tego powodu, by nie wpaść i nie zrzucić na siebie podejrzeń, a po drugie, dlatego że nigdy nie umiałem odebrać komuś życia i patrzeć mu przy tym w oczy. Nie miałem nawet odwagi zmierzyć się z kimś wbijając mu nóż w plecy, bo taki osobnik, nawet stojący tyłem, wydawał mi się niezwykle groźnym przeciwnikiem i w moim mniemaniu, mógł mi zaszkodzić.
Tak jest! Ty, który teraz to czytasz, masz rację! Przez większość swojego życia byłem cholernym, parszywym tchórzem, ale też nieprzyzwoitym szczęściarzem. Coś sprawiało, że czyniłem zło, obcowałem z nim nieustannie, ale ono samo mnie omijało, jakbym był jakiś nawiedzony i nawet strach, lęk, i ból oraz inne nieszczęścia bały się ze mną zostać na dłużej.
Ale ona się mnie nie bała. Klara... Moja Klara nigdy się mnie nie bała. Nie lękała się przeżyć, które z sobą wnoszę, ani tego ile fragmentów jej własnej niewinności śmiem jej odbierać, gdy odzieram ją z godności i tej całej kobiecej, śmiesznej dumy. Nocami darłem na niej niejedną sukienkę. Gwałty małżeńskie. Prychnąłbym pod nosem, gdyby w tamtych czasach ktoś o tym choćby napomknął. Za naszych czasów o tym się nie mówiło i nawet jeśli w prawie istniał jakikolwiek zapis w tym temacie, to nie był on powszechny, gdyż kobiety się nie skarżyły, a mężczyźni sobie używali. Ja do pewnego momentu też. Do pewnego momentu, bo wszystko w naszym życiu jest do pewnego momentu.
Odejdźmy jednak od dnia, w którym ponownie zechciałem lub, chyba nawet bardziej, poczułem potrzebę spisywania wspomnień, by się z nimi i własnymi wyrzutami sumienia uporać. Powróćmy do momentu, gdy jeszcze byłem po części niewinny. gdy ta niewinność, dobroć i inne mankamenty męskiego charakteru we mnie drzemały. Czasami się budziły, nieustannie tliły i co jakiś czas przypominały o sobie.
Filip utonął, ja się przebrałem w domu mojej kochanki, a potem długo nie mogłem spać. To nie była bezsenna noc, gdzie nad ranem zapada się w sen. Ja całymi dniami i nocami usiłowałem zasnąć, i nawet jeśli mi się to udawało, to na bardzo krótko, a i tak zawsze się budziłem tak samo zmęczony. Klara i wymierzony jej policzek mi ciążyły, bo miała prawo do gniewu, do złości, do typowej reakcji, która świadczyła o zranieniu, a ja to prawo pogwałciłem, odebrałem je jej, zakazałem, a to wszystko przez to, że jej złość dosięgała mnie. Mnie! Cholera, mnie! A ja byłem winny. Cóż za paradoks.
Filip był moim przyjacielem, więc nie mógłbym... Musiałem być obecny przy nim w dniu jego własnego pogrzebu. Udałem się na cmentarz jednak dopiero wtedy, gdy zobaczyłem, że ludzie już go opuszczają. Domyślałem się, że ani Klara, ani jej rodzice nie chcą mnie tam widzieć. Byłem hrabią, miałem dbać o moje hrabstwo, a ja... ja je nieustannie nie tylko zadłużałem, ale i pozbawiałem życia jego mieszkańców. Ludzie umierali od przedawkowania opium, od zamarzania na śniegu po dużym upiciu nielegalnym alkoholem, od spalenia się na proch, gdy zaciągali się nielegalnym tytoniem podczas leżenia w łóżku. Ja to sprowadzałem, ja byłem jednym z przemytników, ja... ja byłem mordercą zanim jeszcze osiągnąłem pełnoletność. Zabiłem własną matkę, bo ta pragnęła mnie ratować. Zabiłem własnego brata, bo to on był tym, który powinien przejąć majątek po ojcu i moja rodzicielka, niestety, zdawała sobie z tego sprawę. Urodziłem się chyba właśnie po to, by te wszystkie złe rzeczy się działy, by w tych wsiach i miasteczkach nie było za nudno, by mogło szumieć w nich od plotek.
Na cmentarzu było pusto, jedynie nad świeżo zasypaną mogiłą stała kobieta. Wiedziałem, że to Klara, i że powinienem się wycofać, ale zerknęła przez ramię. Zauważyła mnie, więc głupio było tak uciekać jak tchórz. Zdecydowałem się na staniecie nieco za nią i trochę z boku, ale w końcu postąpiłem krok i zrównałem się z nią. Przeżegnałem się i złożyłem ręce jak do modlitwy.
Przepraszam – szepnąłem, wbijając spojrzenie w spulchniałą ziemię.
Klara chyba sądziła, że nie mówię tego do niej, a do Filipa, więc nawet nie drgnęła, ale kiedy odwróciłem się tak, by stać przodem do jej prawego profilu, to w końcu spojrzała w bok i położyła podbródek na własnym ramieniu. Nie musiała zadzierać głowy. Byliśmy niemal jednakowego wzrostu.
Przepraszam, że...
Że? – zapytała pewnie, bez cienia strachu, choć jej policzek i część przy oku zdobił potężnych rozmiarów siniec.
Zdałem sobie sprawę, że byłem jego sprawcą i zaniemówiłem.
Nie wynagrodzę ci śmierci brata i żadne me przeprosiny... one go nie zwrócą, dlatego nie śmiem cię przepraszać za to, że umarł, za to, że przy mnie, za to, że poniekąd z mej winy. Przepraszam więc jedynie za to, że cię uderzyłem, bo na to miałem wpływ, a na wykolejenie się wozu... nie miałem na to wpływu.
Nie czekałem na jej odpowiedź. Chciałem odejść, ale usłyszałem ciche:
Arturze, zaczekaj.
Tak? – odwróciłem się w jej kierunku, ale nie przybliżyłem się.
Blado wyglądasz – zauważyła.
I to chciałaś mi powiedzieć? – nie dowierzałem.
Nie, nie to. Nie winię cię. – Uśmiechnęła się smutno. – Nie byłeś winny wypadkowi, a uderzyłeś mnie, gdy ja pierwsza podniosłam na ciebie rękę. Zresztą już raz z mej winy oberwałeś.
Spojrzałem na nią tak jakbym nie wiedział o czym mówi. Chyba to dostrzegła, bo wyjaśniła:
Gdy ściągnęli mnie z dachu to nakłamałam. Byliśmy wtedy dziećmi. Ja byłam wtedy dzieckiem, ty już starszym chłopcem.
Faktycznie – przyznałem. – Coś takiego miało miejsce. Było sprawiedliwe, bo ty z mej winy, też jako dziecko, zebrałaś w skórę od ojca. Wtedy jeszcze byłaś blondynką. Dopiero potem zaczęłaś farbować włosy. Jakoś przed rokiem, prawda?
Tak – przytaknęła. – Skąd...
Czasami na ciebie patrzę – szepnąłem cicho. – Gdy pijam w miejscowym barze, to niekiedy widzę jak idziesz z matką lub samotnie, z wiklinowym koszykiem na zakupy. Gdy włóczysz się z tymi miejskimi hultajami goniąc za piłką, co właściwie damie nie przystoi, ale ma swój urok, to też cię widzę. Niemal też co roku, zimą, jeżdżę z dostawcami węgla...
Lub opium i innych pochodnych – przerwała. – Nie winię cię za śmierć brata, za wykolejenie się wozu, ale za to, że towarzyszył ci w tak bezcelowej podróży...
Miała cel – warknąłem przez zaciśnięte zęby.
Żadnego dobrego.
Nawet jeśli, to nie ci to... – zbliżyłem się do niej i palcem wskazującym, którym wygrażałem niemal dotknąłem jej nosa. – Nie chcę się kłócić. Nie na cmentarzu – szepnąłem, rezygnując z toczenia z nią kolejnego boju.
Wtedy wzięło mnie na kaszel, więc zbliżyłem białą chusteczkę do ust. Zakasłałem, a Klara niespodziewanie dotknęła mojego policzka.
Nie masz gorączki, ale jesteś blady – zauważyła i sięgnęła do mojego nadgarstka, by odchylić moją dłoń. Spojrzała na chusteczkę, ale nie było na niej krwi. Dopiero potem zerknęła w moje oczy i cofnęła się o krok z przerażeniem. – Musisz iść do lekarza – oznajmiła, a nawet wydała polecenie. – Musisz się tam zgłosić jak najszybciej.
Po co?
Od kiedy źle się czujesz? – zapytała.
Od dnia, w którym Filip... – zamilkłem.
Opiłeś się wody, zapewne skażonej – stwierdziła. – Ale ta w rzecze nie jest... – dotarło do niej i spojrzała na mnie uważniej.
Piłem wodę ze studni, tej przy lesie. – Ponownie zakasłałem i poczułem jak kręci mi się w głowie. Od dawna już miałem takie zawroty. Zdarzało mi się też wymiotować, choć nie towarzyszyły temu nudności. – Zgłoszę się do lekarza – zapewniłem, kierując się w stronę bramy. Chciałem ją tylko uspokoić, w rzeczywistości nie miałem zamiaru się do żadnej kliniki udać, ani tym bardziej wzywać medyka do siebie.
W końcu jednak nieświadomy zaraziłem ojca, a gdy jego lekarz wydał wyrok brzmiący „cholera”, nakazał przebadać wszystkich domowników i każdą osobę mającą styczność z mym rodzicielem, w tym także mnie.
Najczarniejszym humorem w tym wszystkim stało się to, że gdy zaprzestałem ojca podtruwać i odmieniłem jego wszystkie leki na te właściwie, to on zaraził się ode mnie i tak po prostu umarł. Nie chciałem mieć kolejnego człowieka na sumieniu, a przynosząc chorobę do pałacu Grandich, doprowadziłem nie tylko do śmierci ojca, lecz do zarażenia wielu. Ponad połowa z nich nie przeżyła, ale ja się wywinąłem z lepkich łap śmierci, bo choć było ze mną najgorzej ze wszystkich, to jak zwykle, choć nosiłem z sobą nieszczęście, to ono zawsze mnie samego omijało.

8 komentarzy:

  1. A jednak Artur nie uratował Filipa i jeszcze okłamywał wszystkich. Chyba tym kłamstwem wyszedł na tchórza, bo nie miał odwagi powiedzieć jak było naprawdę.
    Wygląda na to, że już wcześniej dużo zła nawyczyniał. Te wszystkie czyny, których się dopuścił w dobrym świetle go nie stawiają.
    Głupie szczęście to on ma. Nieszczęścia na ludzi sprowadza, a jego to omija.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale jego też to nieszczęście, które sprowadził na innych boli, on ma uczucia, nie jest z nich tak do końca wyprany.

      Usuń
  2. *ja bylem jeszcze dzieckiem - bylam, bo to mowila Klara ;)
    Skomentuje w wolniejszym czasie, bo na razie czytam w pracy, kiedy moge xD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Poprawiłam :)
      Spokojnie, możesz skomentować kiedy Ci pasuje i jak Ci wygodnie ;-)

      Usuń
  3. Hm, zmieniam zdanie - Artur jest moim ulubieńcem jako dziecko :) Nie pochwalam tego, że skłamał. Mógł po prostu powiedzieć, że nie był w stanie pomóc Filipowi i tyle. No ale w takim razie Artur nie wypiłby wody, która była skażona, nie zachorował na cholerę i nie zaraził ojca, przez co opowiadanie nie byłoby tak ciekawe :)
    Na dzisiaj muszę kończyć, ale w tym tygodniu na pewno będę kontynuować, bo się wciągnęłam.
    Pozdrawiam,

    amandiolabadeo.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Artur mógł wiele rzeczy w życiu zrobić inaczej. Klara z resztą też. Z perspektywy lat sami o tym wiedzą, dochodzą do różnych wniosków. My po latach też pewnie zobaczymy film ze wszystkimi niewykorzystanymi okazjami.
      Artur to już nie dziecko. To już dorosły facet.
      Pozdrawiam.

      Usuń
    2. Szkoda, że dorósł bo wydaje mi się, że był o wiele lepszym człowiekiem jako dziecko.

      Usuń
    3. Tak, ale największe draństwo jakiego się dopuści, to będzie gdzieś na szarym końcu tego opowiadania (uprzedzam).

      Usuń