Autorka tego bloga należy do grupy „Projekt Prozaicy”, z tego też powodu strona korzysta z płatnych linków. Ujmując to krócej i bardziej zrozumiale – autorka zarabia, a czytelnicy nic na tym nie tracą. Te linki są całkowicie bezpieczne dla komputerów, tabletów i smartphone-ów pod warunkiem, że postępuje się zgodnie z instrukcją, czyli nie klika w reklamy, nic nie ściąga na swój sprzęt, a jedynie odczekuje symboliczne pięć sekund i przechodzi dalej. Za wszelkie utrudnienia autorka bloga przeprasza, za waszą aktywność jest wdzięczna, a prywatnie pozdrawia i życzy dobrej zabawy podczas czytania.

Link do instrukcji – KLIK

poniedziałek, 13 marca 2017

#15

Dziewiąty wpis Klary
Człowiek człowiekowi wilkiem

Artur Grandi... Hrabia Artur Grandi... ten tytuł zdawał się zupełnie do niego nie pasować. Nie chodziło o to, że nie miał postawy i aparycji godnej hrabiego, bo miał, a przy tym był brutalnie sprawiedliwy, chłodno dostojny, zasadniczo stanowczy. Tylko, że w jego przypadku świat zderzał się z nietypowym paradoksem, gdy zalety obracały się w wady, gdy godny tytuł zdawał się ciążyć i obrażać. To niemal tak jak było ze skandalami. Nie były pożądane, a w czasach w jakich żyłam nigdy nie uważano ich za coś dobrego, a jednak mężczyznom dodawały smaczku. Oczywiście nie dodawały tego smaku każdemu mężczyźnie. Zdarzało się tak, że to co jednemu ujmowało, drugiego już czyniło bardziej urokliwym. Artur był z tych urokliwych.
Moim mężem stał się mężczyzna, który jednym spojrzeniem potrafił sprawić, że niemal każda była gotowa wybaczyć mu wszystko. Nie byłam wyjątkiem. Bardzo długi czas nim nie byłam. To w jaki sposób zdobywał i zjednywał sobie ludzi było swoistą manipulacją, graniem na uczuciach, ofertą, która miała w pakiecie ranić, ale nie jak sadysta, a jak chirurg w takim specyficznym znieczuleniu, że choćby dla tego znieczulenia pragnęło się być przez niego choć raz zranionym.
Artur potrafił też kłamać i to w taki sposób, że świetliki łez przykrywały mrok, który miał w sercu. Kłamał tak, że nawet, gdy wiedziało się, że to co mówi, to stek bzdur i łgarstw wyssanych z palca, to pragnęło się w nie wierzyć tak mocno, że wierzyło się na przekór faktom, ale za to w imię mitów, w imię marzeń, pragnień, nadziei. Czasami też w imię miłości, ale to w moim i w jego przypadku miało miejsce znacznie później.
Myślami cofałam się do miejsca, gdzie pod sufitem zawieszone były kolorowe girlandy, skupiające się w jednym punkcie, tuż pod kryształowym żyrandolem, gdzie tworzyły wielgachną, ładną, starannie związaną kokardę. Tańczyliśmy dokładnie pod tą kokardą. Uczucia jakie mi wtedy towarzyszyły były mieszaniną negatywnych emocji i pozytywnych doznań. Emocji dostarczały mi niepochlebne opinie ludzi, którzy znajdowali się wokół nas, a doznania zapewniał mi nawet jego najmniejszy dotyk. Przybliżyłam się do niego i szepnęłam na ucho byśmy się gdzieś ukryli.
Przed czym? – odszepnął.
Najlepiej byłoby przed całym światem.
Nie da się – stwierdził twardo. – Stąpamy po świecie, oddychamy jego powietrzem, modlimy się do jego stwórcy i władcy. Nawet po śmierci zostajemy częścią tego świata. Nie uciekniesz, to niemożliwe.
A chociażby przed tymi wszystkimi ludźmi, którzy się na nas gapią? – nalegałam.
Tyle mogę dla ciebie uczynić – stwierdził i nim się obejrzałam, oddalił się ode mnie, podziękował za taniec z przyzwoitym ukłonem, a potem odszedł, sugerując jednocześnie do jakiego miejsca zmierza.
Jak nietrudno się domyślić, udałam się w to samo miejsce. Była to biblioteka. Odsunęłam krzesło od stołu i przysiadłam, ciesząc się, że choć ten krótki moment moje stopy odpoczną od niewygody wysokich butów. Artur siedział na rekamierze. Obserwował mnie w spokoju i skupieniu, jednocześnie paląc papierosa. Dopiero gdy usiadłam, to zdecydował się wstać i podejść do okna. Stanąć do mnie odwrócony plecami.
Mam lęk wysokości – wspomniał.
Kiedy ostatni raz mi to mówiłeś, to sądziłam, że jesteś wilkołakiem.
Zaśmiał się. Wykpił w zupełnie nieobraźliwy sposób mój pomysł.
Dzieci mają nieprzejednaną i niemożliwą do sprawdzenia jej wymiarów wyobraźnię. Ja po twojej mam blizny na ręce.
Blizny?
Od młotka – odpowiedział, ugasił papierosa i podszedł. Położył dłoń na stole.
Faktycznie, blizny na niej były.
Szyli i bolało – poskarżył się.
Nikt ci nie kazał po mnie włazić.
Z tego co pamiętam, to... – Pochylił się tak bardzo, że jego łokcie dotknęły blatu stołu, a twarz znalazła się na wysokości mojej, na dodatek niewiele je od siebie dzieliło. – Nim wlazłem, kazałem ci zleźć.
Nie musiałam cię słuchać.
Dziś też nie musisz, a zdaje się, że słuchasz z ochotą. – Odsunął sobie krzesło i wygodnie się na nim rozsiadł. – Z mojej strony propozycja małżeństwa jest nadal aktualna.
Nie zmieniłam zdania.
Jak chcesz – syknął niezadowolony.
Tylko się nie obrażaj.
Nie mam o co. W końcu jaka kobieta chciałaby zostać hrabiną Grandi, mieszkać w pałacu i co kwartalnie wystawiać huczne bale?
Pewnie niejedna, ale ja nie mam tak wysokich ambicji.
Dobrze by było, gdyby chociaż przewyższały burdel – warknął.
Z początku nie wiedziałam o czym mówi, ale w końcu, właściwie to nawet po bardzo krótkiej chwili, zaczęłam kojarzyć fakty.
Skąd wiesz, że... – zamilkłam, nim wypowiedziałam to pytanie na głos.
Artur spojrzał w bok, dziwnie zaniemówił. Zauważyłam wtedy, po raz już kolejny w życiu, że gdy jakaś niewygodna prawda wychodziła na jaw, to on nabierał wody w usta, a to znaczyło, że maczał w kłamstwie palce lub miał coś do czynienia ze złem, które kogoś dosięgnęło.
Skoro wiesz, gdzie byłam chwilę po pewnym zdarzeniu w moim życiu, to wiesz więcej też o tym zdarzeniu, prawda?! – zapytałam podniesionym tonem.
Nie wiem czemu, ale pragnęłam by zaprzeczył, bo lubowałam się w tej naszej zabawie w kotka i myszkę, ale było tak dopóki nie używał do niej niebezpiecznych, rujnujących, mogących złamać życie pułapek.
Artur milczał, więc wstałam energicznie od stołu. Potrąciłam przy tym krzesło, które z głośnym akompaniamentem przewróciło się.
Spójrz na mnie i odpowiedz! – wrzasnęłam.
Nie skutkowało. Dalej gapił się w jakiś punkt z lewej strony, a brodą niemal dotykał swego ramienia. Nie miałam ochoty podziwiać jego prawego profilu, więc ponownie się uniosłam:
Jesteś pierdolonym tchórzem, który nawet nie umie spojrzeć w oczy, gdy...
Ja jestem tchórzem!? – odwrzasnął, wstał i przyłożył dłońmi w stół. – Myślisz, że chciałem to przed tobą kryć? Gdybym chciał, to bym zmilczał. Chciałem ci jedynie udowodnić jakim wielkim tchórzem był twój były narzeczony i jak to mocno ciebie nie kochał.
Słucham? – nie dowierzałam.
Prawdziwy mężczyzna, gdyby kochał, to zraniłby, ale nigdy nie opuścił, nawet po czymś takim. Zwłaszcza po czymś takim. Bał się związać z kobietą owianą skandalem, bał się przeciwstawić rodzicom, lękał się żyć z łatką męża dziwki, którą...
Zamknij się – syknęłam warkliwie i wymierzyłam mu policzek, nie mogąc dłużej tego wszystkiego słuchać.
Artur chwycił mnie za ramię, szarpnięciem dociągnął do siebie i zamierzył się, ale zamiast uderzyć, powiedział tylko:
Jeszcze raz, a oddam ci tak, że zadzwoni. Nie prowokuj mnie, bo wiesz, że potrafię. – Odepchnął mnie od siebie i wyjął papierośnicę z wewnętrznej kieszeni marynarki. – Jak sama widzisz, umiem skutecznie niszczyć plany innych, by ich drogi szły moją myślą. Jaki więc sens ma twój bunt i chęć postawienia na swoim? – zapytał, po czym odpalił papierosa.
Jesteś szalony.
Być może, ale jak postanowiłem sobie, że będziesz moja, to będziesz moja, czy tego chcesz, czy nie. A jak sobie postanowię, że to ty będziesz mnie błagała bym został twym mężem i to na kolanach, to i tak się stanie, i nawet się nie spostrzeżesz kiedy. Zadarłaś, Klaro, z nieodpowiednim człowiekiem. – Wyminął mnie i zmierzył do wyjścia.
Zadarłam? Czym!? – krzyknęłam za nim. – Co ja takiego zrobiłam, że się na mnie uwziąłeś? Zniszczyłeś mi życie z kaprysu, bo... bo co? Dlaczego, Arturze?
Spytaj swą matkę.
Co ma z tym wspólnego ma matka? – zapytałam cicho.
Bałam się, że Artur wyjdzie, że ucieknie od odpowiedzi, ale zawrócił.
Twa matka poleciła mą memu ojcu. Sądziła, że uwodzi jej męża. Wysłała ją więc do Grandich.
Jak to poleciła? Jako kogo?
Mieszkasz w tym mieście i nie wiesz? Dziedziczę tytuł, ale nie jestem synem żony mego ojca. Urodziła mnie służąca, dlatego byłem chłopcem od węgla, a nie arystokratycznym dzieckiem przy pianinie.
Przykro mi, naprawdę. Wierzę, że jest ci z tym ciężko, ale...
Nie skończyłem – przerwał mi stanowczo. – Potem, gdy już byłem na tym świecie, to kobieta, która cię urodziła, poleciła memu ojcu kogoś jeszcze. Swą przyjaciółkę, a ten stary dureń, mój szanowny ojciec, się w niej zakochał.
Co było dalej? – zapytałam i z wrażenia usiadłam. Wsparłam łokcie na blacie stołu, a palce przyłożyłam do pulsujących, obolałych skroni.
Ożenił się i doczekał syna.
Ale to ty... Jakim cudem po nim dziedziczysz skoro...?
Bo zawsze osiągam to co chcę, a teraz chcę ciebie i nie zamierzam rezygnować.
Masz żal do mej matki i swego ojca. Ja nie mam z tym niczego wspólnego!
Mylisz się, Klaro. – Podszedł do regału z książkami i wyjął jedną z nich. Wyciągnął z jej wnętrza jakiś dokument, rozłożył go przede mną i kazał czytać. – Tam pisze, że dziedziczymy, a nie dziedziczę.
Twój ojciec zapisał mi...
Zapisał nam – przerwał. – Nam zapisał bycie razem, inaczej wszystko przepadnie. Zarówno twój dom, jak i mój. Wychowałem się tu, a ma matka za wiele poświęciła, by teraz pożarły go cele charytatywne.
Możesz odmówić. Zostanie ci trzydzieści procent i...
Nie chcę trzydziestu procent. Oczekuję całości.
Przykro mi, ale nie spełnię ostatniej woli twego ojca w imię twoich materialnych potrzeb...
A w imię własnych!? – zapytał i zatrzymał mnie przed samym wyjściem, dosłownie mi je zagradzając.
Nie mam takich potrzeb. Nie chcę mieszkać w pałacu. Nie chcę dzielić z tobą łóżka. Nie chcę na ciebie nawet patrzeć!
Nie będziesz miała wyjścia. Będziesz na mnie patrzyła do końca swych dni, a to jakim będę mężem, będzie zależne jedynie od twej postawy. Właśnie sobie grabisz. – Odstąpił na krok w bok i wskazał mi drzwi. – Proszę. Nie będę dłużej zatrzymywał.
Zawarczałam, dosłownie wydałam z siebie dźwięk jak wściekły pies i wyszłam. Zachodziłam w myśl dlaczego właśnie ja, przecież Grandi nie musiał zapisywać niczego mojej skromnej osobie. Tylko matka mogła udzielić mi na to odpowiedzi i udzieliła. Przyznała się do jednego, jedynego błędu młodości. Tak go nazwała. Filipa, własnego syna, nazwała błędem... błędem młodości.
Był Grandim – dotarło do mnie. – Wychodząc za ojca byłaś w ciąży! Wiedział!?
Oczywiście, że tak!
Nie wiem czy ci wierzyć. Nie chcę ci wierzyć. Chcę za to wierzyć, że Artur nie zabił mego brata jak własnego, tylko dlatego, że... – Nie wytrzymałam, oparłam się o ścianę i sunęłam po niej tak długo aż moje pośladki spotkały się z podłogą. Wyłam. Nie płakałam, ja nie łkałam, ja wyłam.
Jak to zabił? – szepnęła moja rodzicielka i znalazła się przy mnie. Przyklęknęła. – Skąd taki pomysł?
Powiedział mi – odpowiedziałam.
Powiedział ci, że zabił Marcela?
Marcela?
Swojego brata. O tym teraz mówimy.
Nie wiedziałam, że tak miał na imię i nie, niedosłownie tak powiedział, ale dał mi do zrozumienia, że coś mu zrobił, by osiągnąć cel, by być jedynym dziedzicem. Idąc jego tokiem myślenia, miał zapewne też ochotę na to, by skrzywdzić Filipa.
Nie miał – powiedziała cicho moja rodzicielka. – Nikt nie wiedział, że Filip jest synem hrabiego. Nawet twój ojciec. Choć wiedział, że Filip nie jest jego, to nie wiedział czyj jest. Sam hrabia dowiedział się po pogrzebie. Artur więc też nie...
Artur... nawet jeśli nie skrzywdził mojego brata, to zabił własnego.
Nie gadaj bzdur. Artur był dzieckiem, gdy Marcel zaginął. To jego matka skrzywdziła chłopca, a potem rzuciła się z dachu.
Co? – zapytałam i nagle przypomniałam sobie o Artura lęku wysokości.
Zabiła się na oczach syna. Całe miasto huczałoby od plotek, gdyby Grandi nie zapłacił komu trzeba za milczenie. Ja sama dowiedziałam się dopiero od niego, gdy...
Gdy mówiłaś mu o śmierci jego syna, którego nie znał, bo... Nie, nie mogę. Chyba nie chcę cię znać. – Wstałam z podłogi, otrzepałam odruchowo sukienkę i dotarło do mnie co tak naprawdę chcę powiedzieć własnej matce. Nie zamierzałam się powstrzymywać. – Nie jesteś już moją matką – stwierdziłam.
Miałam rację. Moja rodzicielka nie była już taka jak wcześniej i ta zmiana nie zaszła w niej po moich słowach. Od śmierci ojca, nie radziła sobie sama z sobą i długami. Nie chciała żegnać się z miejscem, w którym spędziła najlepsze lata swojego życia, w którym dorastały jej dzieci. Nalegała więc wszelkimi sposobami bym przyjęła zaręczyny Artura. Mówiła, że to nie jest taki zły chłopiec, że jedynie ma mrok w sercu przez to co przeżył, ale ja będę w stanie wpędzić do jego duszy odrobinę światła, i że tyle wystarczy byśmy oboje byli szczęśliwi.
Nie godziłam się z decyzją mojej matki. Odmawiałam, choć w czasach w jakich żyłam rodzice mieli prawo wymusić na córce zamążpójście. Ona nie wymuszała, nie żądała, nie miała na to odwagi. Ona jedynie prosiła. W końcu sama ułożyła sobie życie. Rzekomo się zakochała, choć ja tego nie wiem na pewno. Nie interesowałam się jej życiem, ani tym bardziej jej związkiem. Zajęta byłam pracą, zwierzętami, ziemią, bo też nie chciałam utracić tego co mój ojciec po sobie zostawił. Nie chciałam rozstawać się z miejscem, które było częścią wspomnień o Krystianie i Filipie. Spłacałam wierzycieli, szczędząc na czym tylko się da, by oferować im takie raty, na które byli w stanie się godzić, bez konieczności odbierania mi domu.
W końcu to ojczym, któremu chyba zawadzałam, zdecydował się mnie pozbyć. Wpadł na pomysł, by wydać mnie za mąż. Przekonał do tego pomysłu mą matkę. Zbałamucił ją tak mocno, że przestałam się dla niej liczyć na tyle, że godziła się na to, bym odeszła z mężczyzną dwadzieścia lat ode mnie starszym. Nie chciałam tego. Pojawił się więc problem taki, że po awanturze jaka się między nami wywiązała, dłużej w domu zostać nie mogłam, a nie miałam pieniędzy na rozpoczęcie samodzielnego życia na wygnaniu. Zamążpójście za kogoś innego też nie wchodziło w grę, chyba, że to Artur byłby tym mężczyzną. Żaden inny mnie nie chciał, bo skandal posiał wokół mnie taki brud, który sprawiał, że smród ciągle się unosił. Na dodatek nie byłam już przecież taka młoda.
W ten oto sposób, Artur Grandi stał się moim jedynym wyjściem z patowej sytuacji. Mijał drugi rok od śmierci jego ojca i to właśnie te dwa lata były warunkiem. W ciągu miesiąca Artur mógł utracić siedemdziesiąt procent całego majątku, a z pozostałych trzydziestu procent miał zostać mu zapewniony skromny dom i miała być mu też wypłacana comiesięczna renta, za którą spokojnie mógłby żyć aż do końca dni. To miało na Arturze wymusić poślubienie mnie, wynagrodzenie mojej matce i Filipowi tego czego nie otrzymali, choć im się słusznie należało. Jednocześnie to miało być też uniknięcie pośmiertnego skandalu samego hrabiego i niesplamienie imienia mej matki. W testamencie była klauzula, mówiąca o tym, że Artur nie może się zdradzić, iż został zmuszony do poślubienia mnie i jakie były tego okoliczności.
Wyruszyłam do pałacu, ale Artura w nim nie zastałam. Tymoteusz, który był tam stajennym, pokierował mnie do burdelu, miejsca, w którym już kiedyś przypadkiem się znalazłam. I tam na Artura nie natrafiłam.
Taszczyłam z sobą wielką walizkę, w której miałam odrobinę swoich ubrań i mnóstwo pamiątek, z którymi nie umiałam się rozstać. Nie chciałam wracać do domu, a jednocześnie bałam się utracić to co mi jeszcze pozostało, a o kradzież w nocy nie było trudno. O gwałt zresztą też nie, a noc się zbliżała.
Jeśli jesteś przyjaciółką Artura, możesz tu zostać – zaproponowała kobieta, która wtedy mnie rzekomo wybroniła.
Pałałam do niej dziwnym uczuciem, bo z jednej strony byłam jej wdzięczna za tamto, a z drugiej, nie wiedziałam jak mocno tamto było szczere, a ile w tym było rozkazem Artura. Jednak nawet jeśli on wszystko zaplanował i napisał scenariusz do tego teatrzyku, to przecież ona nie miała obowiązku być dla mnie taka miła wtedy, jak i być dla mnie miłą i ofiarowywać mi gościnę teraz.
Przekroczyłam próg domu publicznego. Zostałam w nim jedną noc, drugą, trzecią... piętnastą, aż w końcu, pewnego dnia, Artur powrócił i stanął w progu mojej sypialni, którą dzieliłam z dwiema innymi dziewczętami.
Jesteś gotowa paść na kolana? – zapytał z kpiącym uśmieszkiem.
Jego zęby, te które kiedyś nazwałam wampirkami, pokazały się. Przypomniało mi się, jak moja wyobraźnia podsunęła mi, iż on może być prawdziwym wilkołakiem. Co prawda, wilkołakiem nie był, ale był najprawdziwszym wilkiem. Wilkiem, który czasami przywdziewał owczą skórę. Artur Grandi był idealnym potwierdzeniem powiedzenia „Człowiek człowiekowi wilkiem” i tym razem, to na mnie miał ochotę ostrzyć swoje kły.

6 komentarzy:

  1. Gdybym nie znała intencji Artura, to naprawdę, czytając te ich przekomarzania powiedziałabym, że mają się ku sobie i że to nawet urocze. Myślałam, że Artur będzie ukrywał przed Klarą prawdziwe intencje i dowie się dopiero po ślubie, jak już ją tak omota, że nawet by nie odeszła. Chyba jednak wolę, że był uczciwy, chociaż odrobinkę. Szkoda mi tej Klary, naprawdę, że został jej ostatnią deską ratunku, przez to jak jej nabruździł.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Artur wbrew temu, że to taki straszny kłamca, to jest w nim bardzo dużo szczerości. On nie umie udawać, umie jedynie kłamać.

      Usuń
  2. Chcialabym znalezc odpowiednie slowo na okreslenie Artura, ale nic dobrego nie przychodzi mi do glowy. Samo "dupek" na niego nie pasuje. Manipulant bardziej, ale jest w nim jeszcze cos, czego nie potrafie okreslic. Moze za bardzo pewny siebie, ale tez wina jego dziecinstwa i tego, jak byl wychowany i traktowany. Chociaz sam w sobie tez mial takie cechy, bo nie kazdy ze zlego domu rowniez staje sie zly. Jesli wiesz o czym mowie.
    No i to... Artur moze mowic, co mu sie podoba, moze robic, co chce, aby dopiac swego, ale Klara nie ma prawa? Reka az sama swedzi by go porzadnie pierdolnac. Z jednej strony podziwiam Klare, bo Artur to kawal skurczybyka, a ona jednak sie nie poddaje i nie ulega mu az tak szybko, ale z drugiej strony jednak poniekad powoli leci do niego, bo jest przyciagajacy. No i sam charakter Klary mi jakos nie przypada do gustu. Trudno mi zobaczyc w niej kobiete, a bardziej buntownicza nastolatke. Moze dlatego, ze w tych czasach takie zachowanie przypisuje sie glownie nastolatkom. A w tamtych czasach bylo zupelnie inaczej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście, że nie każdy ze złego domu jest w przyszłości zły i odwrotnie - nie każdy z dobrego domu jest dobry. Ludzie nie rodzą się pustą stroną, termin białej kartki w dniu zaczerpnięcia pierwszego oddechu został już dawno obalony.
      Niestety, XIX wiek to wciąż czasy, gdy mężczyzna miał więcej do powiedzenia, albo raczej miał mniej do powiedzenia niż kobieta, ale to on miał prawo mówić
      Klara to faktycznie bardziej zbuntowana nastolatka. Ona nie wpisała się w tamte czasy, bardziej w nasze. Ja w niej widzę taką chłopczycę, a takie osoby faktycznie ciężko lubić. Są narwane, działają w emocjach, nic nie przemyślą - to właśnie cała Klara.

      Usuń
  3. Nie spodziewałam się, że Klara dowie się prawdy o udziale Artura w zerwaniu zaręczyn już teraz - jestem pozytywnie zaskoczona :) Przynajmniej teraz Klara nie zostanie oszukana, zostanie przymuszona ale wie prawdę.
    Mam nadzieję jednak, że Artur nie jest tak podły by kazać klękać dziewczynie, bo to poniżające dla niej. Z drugiej strony on kilkakrotnie prosił ją o rękę, a ona mu odmawiała (ale z tego co pamiętam nie klękał)
    Wkradły się dwa błędy:
    Mam lek wysokości – wspomniał.
    lęk
    też wypłacana co miesięczna renta
    comiesięczna

    amandiolabadeo.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobrze pamiętasz, nie klękał, jeszcze nie... nie jestem pewna, ale tam chyba jest taki moment, gdy zakłada jej pierścionek na palec. Wtedy chyba klęka na jedno kolano.

      Usuń