Autorka tego bloga należy do grupy „Projekt Prozaicy”, z tego też powodu strona korzysta z płatnych linków. Ujmując to krócej i bardziej zrozumiale – autorka zarabia, a czytelnicy nic na tym nie tracą. Te linki są całkowicie bezpieczne dla komputerów, tabletów i smartphone-ów pod warunkiem, że postępuje się zgodnie z instrukcją, czyli nie klika w reklamy, nic nie ściąga na swój sprzęt, a jedynie odczekuje symboliczne pięć sekund i przechodzi dalej. Za wszelkie utrudnienia autorka bloga przeprasza, za waszą aktywność jest wdzięczna, a prywatnie pozdrawia i życzy dobrej zabawy podczas czytania.

Link do instrukcji – KLIK

poniedziałek, 20 marca 2017

#18

Dwunasty wpis Klary
Białe małżeństwo

Stałam się hrabiną Grandi. Zyskałam tytuł i męża. Ludzie rożnie na to reagowali. Jedni zmilczeli, inni gratulowali, jeszcze inni wytykali palcami. Ja sama nie czułam się jednak jak kobieta zamężna. Artur był... zawsze był obecny w moim życiu, od mych najmłodszych lat, od tego feralnego spotkania przy węglu, gdy goniłam z kiecką podniesioną do góry za Filipem i Krystianem. Ich już nie było, a on był. Trwał przy mnie, choć nienamacalnie. Niby mogłam go dotknąć, poprosić do tańca, zjeść z nim kolację czy obiad, ale pomimo tego, to on zawsze był gdzieś obok. Miał swój świat i nie chciał mnie do niego wpuścić. Wtedy jeszcze nie rozumiałam dlaczego.
Obiecałeś mi coś – przypomniałam kilka tygodni po zaślubinach.
Siedział naprzeciwko mnie. Akurat jedliśmy śniadanie przy okrągłym stole. Smarował bułkę maślaną marmoladą.
Pamiętam – odparł, zmęczony jak wszyscy diabli. Powieki zdawały się samoistnie mu opadać.
Może gdybyś spędzał choć co drugą noc w domu, to byłbyś bardziej energiczny, mężu. – Uśmiechnęłam się do niego cynicznie i rozpoczęłam przekrawanie rogalika.
I jakbyś skorzystała na tej mojej energii? – Zaśmiał się. Wzruszył ramionami, wrzucił ostatni kęs do buzi, po czym wstał od stołu.
Arturze, zaczekaj! – zawołałam za nim. – Chcę wiedzieć kiedy przejmiemy majątek mego ojca?
Zatrzymał się. Nie odwrócił. Dłonie wsparł na biodrach i ciężko westchnął, pochylając głowę ku dołowi.
Coś się stało? – zmartwiłam się. Wstałam i wyminęłam go tylko po to, by stanąć dokładnie naprzeciw. – Okłamałeś mnie? Nigdy nie zamierzałeś tego dla mnie uczynić, prawda!? – nawet się nie spostrzegłam, a zaczęłam się unosić, a potem krzyczeć.
Cicho być. Przestań – starał się mnie uspokoić, ale do mnie żadne ze spokojnie wypowiadanych słów nie docierało.
Dopiero gdy wrzasnął, to ja zamilkłam. Wydarł się tak mocno, iż miałam wrażenie, że ściany się zatrzęsły i to tak bardzo, że niewiele brakowało, a by runęły.
Nie okłamałem cię. Po prostu sprawy się skomplikowały – wyjaśnił, spuszczając z tonu i starając się mówić w miarę cicho, opanowanie.
Co to znaczy „sprawy się skomplikowały”?
Jestem zmęczony. – Chciał mnie wyminąć, ale złapałam go za rękaw i szturchnęłam.
Jeszcze nie skończyliśmy! – zaznaczyłam.
Ja skończyłem – wyszarpnął się.
Chcę wiedzieć na czym stoję! – Nieustannie deptałam mu po piętach. Weszłam nawet za nim do łazienki. Patrzyłam jak obmywa twarz zimną wodą. – Arturze, ja do ciebie mówię!
A ja do ciebie milczę. Nie mam ochoty na rozmowę.
A co, boisz się mi powiedzieć, że przepiłeś i przegrałeś cały majątek zanim go w ogóle otrzymałeś!?
Jeśli masz o mnie takie zdanie, to po cholerę za mnie wychodziłaś!? – Cisnął zmiętym ręcznikiem do wanny.
Bo ci zaufałam, ale widocznie błędnie.
Najwidoczniej. Wychodzi na to, że jeśli spodziewałaś się po mnie czegoś dobrego, to okazałaś się być zwyczajnie głupia. Zresztą, myśl sobie co chcesz. – Wyminął mnie. – Nie obchodzi mnie twoje zdanie – dodał.
Żądam byś spełnił obietnicę, ty draniu! – Rzuciłam szklaną butelką szamponu do włosów. Oczywiście nie celowałam nią w niego, a w podłogę. Nie byłam na tyle niepoważna, by chcieć uszkodzić lub, co gorsza, zabić własnego męża.
Posprzątasz to – zapowiedział, wskazując na mnie palcem.
Ani mi się śni. To twoja wina.
Ty rzucasz przedmiotami, ale to moja wina? – nie dowierzał.
Oczywiście, że twoja, ty bydlaku. – Tym razem sięgnęłam po szczotkę do włosów i trafiłam nią w lewe udo hrabiego, który zapewne oberwałby w zupełnie inną część ciała, gdyby się nie osłonił.
Dobrze ci radzę, lepiej przestań!
Skończ mi grozić. Nie zbliżaj się do mnie – zażądałam, ale na nic się to zdało, bo on nieustannie postępował krok do przodu, unikając lub odbijając rękoma przedmioty, którymi starałam się w niego wcelować. Oczywiści z czasem rzucałam coraz prędzej, niechlujnie, przez to niemal wcale nie trafiałam. Zresztą, nigdy nie miałam dobrego oka.
Kiedy Artur był już bardzo, bardzo blisko, zdecydowałam się wybiec z łazienki i ruszyć biegiem do góry, wprost do sypialni, gdzie miałabym możliwość zamknięcia drzwi. Niestety, pochwycił mnie jedną ręką w pół i przyciągnął do siebie. Plecami czułam jak jego klatka piersiowa się unosiła i opadała. Lekko dyszał, mówiąc coś w bardzo męski sposób, z lekką chrypą, warkliwie, wprost do mojego ucha. Byłam tak oszołomiona tymi doznaniami, że wcale nie rozumiałam słów, wyczuwałam jedynie barwę jego głosu i ukłucia w podbrzuszu, które zdawały się być odczuciem, jakby ktoś mnie tam trącał od wewnątrz. Było to doznanie nie do opisania, ale wydaję mi się, że każda kobieta ma za sobą podobne, a jeśli nie ma, to oznacza jedynie tyle, że jeszcze wszystko przed nią.
Chcąc nie chcąc, też zaczęłam oddychać szybciej i bardziej płytko, jakbym się chciała dostosować do jego tempa. Musiał to wyczuć, przestał mówić albo zmienił barwę głosu na tyle, że ja już wcale nie wychwytywałam słów. Czułam za to jego rękę. Położył ją na moim brzuchu, a potem objął w taki sposób, jakby chciał się stać moim kaftanem bezpieczeństwa. I czułam się dziwnie bezpieczna i zagrożona za razem. Zaczęło mi się robić gorąco od tych wszystkich sprzecznych emocji, a on schodził dłońmi niżej, aż na moje uda. Jedną wniknął pomiędzy nie.
Pamiętasz co ci obiecałem? – zapytał.
Pokręciłam głową, bo słów mi zabrakło, a jego dwa palce, ten środkowy i wskazujący, zaczęły się poruszać w taki sposób, że drażniły moją kobiecość poprzez halkę i koszulkę nocną. Nie miałam na sobie innej bielizny, nie lubiłam w niej spać.
Dałem ci słowo, że cię nie tknę bez twej wyraźnej zgody. Ale jesteś ładniutka i niewiele brakuje, właściwie już po części je łamię. Obiecałem też, że jeśli zechcesz... zechcesz... – przeciągnął, a potem wypuścił mnie ze swoich objęć. Odskoczył w tył niczym oparzony.
Odwróciłam się w jego stronę, akurat w chwili gdy wskazywał dłonią na schody.
A teraz marsz na górę zanim się zdenerwuję!
Jego podirytowanie i kiepsko odegrana surowość wprawiły mnie w rozbawienie.
Starasz się być groźny? – zapytałam, przykładając trzy palce do ust, by ukryć uśmieszek.
Potrafię być groźny – zapowiedział. – Poza tym jesteś moją żoną, powinnaś być posłuszna. Powiedziałem na górę! – przypomniał i nawet wstrząsnął tą dłonią, którą pokazywał kierunek. Mimikę twarzy miał przy tym przecudowną, a już tupnięcie nogą stało się istną wisienką na torcie.
A ten bałagan? – drażniłam go dalej, doszukując się w tej zabawie dziwnego uwielbienia, jakbym nie chciała, by kiedykolwiek dobiegła końca.
Nigdy nie czułam się tak rozbita, a jednocześnie tak sprzeczna i poskładana jak przy Arturze Grandi. Był tym, który dawał ciepło. Palił mnie w upalne dni, ale też pozwalał się ogrzać w zimne wieczory. Innymi razy mroził do szpiku kości, ale też umiał dać ulgę tym chłodem, gdy gorąco stawało się nie do wytrzymania.
Nigdy nie sądziłam, że to powiem, a tym bardziej, że to napiszę i pozostawię do przeczytania dla przyszłych pokoleń, ale Artur Grandi był cudownym człowiekiem... jest cudownym człowiekiem. Artur Grandi nie umarł, choć od wielu, bardzo wielu lat, dla mnie samej powinien być martwy. Żył jednak w mych wspomnieniach. Gdy patrzyłam na nasze wspólne fotografie, to niemal czułam jego obecność, słyszałam charakterystyczną barwę głosu, a nocami budziłam się, gdy tylko wyczułam jego dotyk na mych nogach. Wracając późną nocą lub nad ranem, zwykle dotykał moich łydek. Kładł na nich dłonie, lekko zaciskał, ugniatał.
Dzień dobry, jak się spało? – zazwyczaj wtedy mawiał, zaraz po tym, gdy dostrzegał jak mozolnie unosiłam jeszcze ciężkie powieki.
Jednak zanim do tego doszło, nim pierwszy raz poczynił taki gest i wypowiedział te słowa, to w „Charlot” – rzece, która płynęła przez nasze miasteczko – upłynęło wiele wody.
Moment, w którym staliśmy pomiędzy łazienką a pokojem, a wokół nas były porozrzucane przedmioty i pozbijane szkło, mógł być przełomowym w naszym małżeńskim życiu. Mogłam wtedy odpowiedzieć na jego gest i przerwane zapytanie. Mogłam wypowiedzieć proste:
Zechcę.
Następnie zbliżyć usta do jego warg, zarzucić ręce na szyję. Mężczyźni tacy już byli, że w owych chwilach, po takich kobiecych poczynaniach, zwykle nie umieli odmawiać, nawet jeśli to następowało po głośnej kłótni, a być może, zwłaszcza po takich kłótniach szukali ukojenia w cielesnym spełnieniu.
Byłam jednak za młoda, jeszcze tak głupia i niedojrzała w sprawach kobieco-męskich, by wiedzieć jak rozegrać tę grę. Ludzie bowiem to takie instrumenty. Każdy może grać swoją melodię, zupełnie inną od pozostałych i może to przypominać ścieranie pazurów przez kota o kamienną powierzchnię, ale może też być miodem dla uszu. Niekiedy trzeba wymienić nuty, a czasami wystarczy jedynie dostosować tempo do siebie nawzajem i nie zmieniać w sobie niczego.
Na kilka tygodni po zamążpójściu, moje życie z Arturem Grandi przypominało grę porównywalną do ścierania pazurów. Pewnie byśmy dalej lubowali się w tych swych awanturach, doprowadzając nimi do wzajemnej nienawiści, ale Tymoteusz nam przeszkodził. Wszedł bez pukania, choć sam upierał się, że zastukał. Artur go skrzyczał, a nim ja zdążyłam się wtrącić, to Tymek przerwał wyjaśnieniem, że miał zawieźć hrabiego do miasta, do komornika.
Do komornika? Dlaczego nie do wierzyciela? – dopytywałam zaciekawiona, bo przecież sprawa tyczyła się majątku po mym ojcu.
Bo myśmy się trochę spóźnili z zaślubinami – odpowiedział. – Komornik nas ubiegł.
Czemu nie powiedziałeś mi wcześniej?
Bo nie musiałem ci się tłumaczyć – nadal mówił spokojnie, nie krzyczał, ale coś już pobrzmiewało w jego głosie i nakierowywało na rychłe zdenerwowanie.
Chodzi o dom, w którym spędziłam dzieciństwo, najlepsze lata mego życia, więc... – zaczynałam się unosić, bo moim zdaniem powinien być ze mną szczery w tym temacie i niczego przede mną nie zatajać.
Przestań! Dobrze!? – ryknął. – Zrobiłem co uznałem za słuszne, a teraz uważam, że ty najwłaściwiej postąpisz udając się na górę, do naszej sypialni, bo gołe nogi, to taka część ciała, którą żona powinna pokazywać jedynie mężowi. – Spojrzał na Tymoteusza, jakby chciał dać mi do zrozumienia, że prócz niego jeszcze jeden osobnik płci męskiej znajduje się w pomieszczeniu.
Jedziemy od razu czy...? – dopytywał Tymek.
Tylko się najpierw przebiorę – odparł, gdy ja byłam już w drodze, dokładnie to w połowie drogi do mojej sypialni.
Postanowiłam jednak zboczyć z trasy i wejść do pokoju mego męża. Usiadłam na jego łóżku. Sądziłam, że jakoś na to zareaguje, że cokolwiek powie, a on nawet się nie odzywał. Zachowywał się dokładnie tak, jakby mnie nie zauważał. Przebierał się bez skrępowania.
Obserwowałam go, choć na początku starałam się czynić to ukradkiem, skromnie. Potem jedynie nie chciałam się wgapiać jak ciele w malowane wrota. Patrzyłam jednak pewnie, dając mu do zrozumienia, że nie jest ani pierwszym, ani jedynym, ani wyjątkowym.
Wtedy pierwszy raz dotarło do mnie, że lubię jego plecy. Pierwszy raz miałam okazję podziwiać jak łopatki się do siebie zbliżają, gdy ich właściciel się przeciąga. Kiedy przywdział granatową, ale nie taką ciemną, a zbliżoną odcieniem do chabru marynarkę, zdecydowałam się wstać i otworzyć jedną z szuflad. Wyjęłam z niej bordowy krawat i srebrną spinkę z ciemnym, niemal czarnym oczkiem.
Będzie pasował – oznajmiłam, gdyż poczułam jego wzrok na mych dłoniach.
Mnie? – zdziwił się. – Do trumny?
Zmarszczyłam brwi, nie rozumiejąc o co mu chodzi.
Nie mam nic do twego gustu, ładny, ale obawiam się, że gdy następnym razem zechcesz rzucać we mnie przedmiotami, mogę nie być w wystarczającej formię, by się od nich wybronić.
Przepraszam – szepnęłam. – Nie powinnam była...
Nie powinnaś. Choć raz się zgadzamy. Wrócę wie...
Mogę pojechać z tobą? – zawołałam do jego pleców, gdy już kładł dłoń na klamce i szykował się do wyjścia. – Proszę, zgódź się.
Zawrócił. Sięgnął po papierośnicę, którą pozostawił na biurku. Przyglądał mi się, a ja nie umiałam znieść jego spojrzenia. Spuściłam głowę.
Masz w planach urządzić też scenę publiczną? Poranna ci nie wystarczy?
Skąd!? – zawołałam. – Nie mam takich planów!
A przeprosiny masz może w planie? – zapytał, chowając papierośnicę do wewnętrznej kieszeni.
Poprawił krawat i spinkę, którą do niego przypiął. Uczynił to przeglądając się w dużym lustrze toaletki. Żałowałam, że w moim pokoju takiego nie było.
No, słucham – przypomniał, że oczekuje odpowiedzi, a potem złapał za oparcie krzesła, postawił je przed sobą, obszedł i zasiadł na nim niczym król na tronie.
Przeprosiłam.
Tak? A mnie się wydaje, że jedynie powiedziałaś „przepraszam”.
A to nie to samo?
Nie dla mnie.
To co mam zrobić? Paść na kolana? – Zirytowałam się jego impertynencją. Nawet postąpiłam krok, by stać bliżej niego, by okazać mu, że się go nie lękam.
Nie wiem tego, Klaro. – Strzepnął jakiś pyłek ze swojego rękawa, a potem ponownie podniósł na mnie wzrok. – Wiem jednak, że następnym razem ci nie podaruję, nie puszczę płazem. Bardzo więc możliwe, że wtedy padniesz na kolana. I najważniejsze, nie zamierzałem cię oszukać, a sprawy się skomplikowały. Jednak mimo tego, zamierzam wywiązać się z obietnicy. – Wstał i odwrócił się do mnie plecami, ale spojrzał przez ramię. – Masz mniej niż pół godziny, jeśli chcesz ze mną jechać. Zaczekam na ciebie na dole, zapalę. Znajdź też chwilę na to, by przekazać służbie nakaz sprzątnięcia bałaganu, który narobiłaś. Nie sądzę, by cię po tym darzyli sympatią, ale cóż... piwo, które się naważy, trzeba wypić.
Artur miał rację, służba nieszczególnie była zachwycona dodatkowym obowiązkiem. Nawet ich za to przeprosiłam i zapewniłam, że w jakiś sposób się odwdzięczę, choć tak naprawdę jeszcze nie miałam pomysłu jak tego dokonam.
Po wejściu do kolaski i obserwowaniu wszystkiego zza szyby, zaczynało do mnie docierać jak świat się zmienił. Tak długo nie wychodziłam z pałacu, że nie wiedziałam nawet jak zmieniła się pogoda, że zapomniałam jaką mamy porę roku.
Gdy wyjdziemy od komornika, to przejdziemy się głównym rynkiem. Wstąpimy do cukierni.
Chcesz zjeść coś słodkiego?
Napić się czekolady na gorąco i zakupić ciasteczek obsypanych cukrem dla dzieci naszych pokojówek i wnuka lokaja. To będą najlepsze przeprosiny za ten bajzel. Ty wiesz, że mały Artur mówi na nie, że są obsypane słodką mąką?
Mały Artur? Dziecko pokojówki nosi po tobie imię? Czy to zbieg okoliczności?
To wnuk lokaja. Synowa przyjechała do niego po śmierci męża, była w ciąży. Gdy zaczęła rodzić była zamieć, a w pałacu było pusto, bo większość wyjechała do rodzin na święta. Nie mogliśmy czekać aż się pogoda uspokoi i pojechać po jakąś kobietę ze wsi.
Odbierałeś poród? – domyśliłam się, ale wolałam zapytać wprost.
Zdecydowałem się na to, ale wyszło mi to dość nieudolnie. Dziecko było źle ułożone. Chwyciłem je za pośladki i wyjąłem je z niej, ale ona dostała krwotoku. Wykrwawiła się i zmarła. Czasami żałuję, że nie poczekałem.
Gdybyś zaczekał, to pewnie i ona, i dziecko, by umarli.
Lokaj też tak uważa, dlatego nadał wnukowi moje imię. Martwił się czy mnie tym nie obrazi.
A obraził?
Nie, dlaczego? – zapytał z wesołym uśmiechem. – To cudowny chłopak. Nie poznałaś go jeszcze? Często pląta się po pałacu. Przechodzi tak sprytnie, że nikt go nie zauważa, a potem bawi się w chowanego, nie chcąc wracać do domu. Najbardziej fascynuje go fortepian, więc nie wystrasz się, gdy pomieszczenie wyda ci się puste, a dźwięk będzie się unosił.
Musi być cudowny skoro się tak uśmiechasz, gdy o nim opowiadasz.
Jest cudowny. Każde dziecko jest cudem.
Myślałeś kiedyś o własnym? Myślałeś, że będziesz ojcem?
Zanim przeczytałem ten durny testament własnego ojca, to tak. Myślałem, że oświadczę się jakieś kobiecie, założymy rodzinę, ale... wyszło inaczej. Może to i lepiej, byłbym fatalnym ojcem. Sam właściwie nie miałem ojca. – Odwrócił wzrok. Wbił spojrzenie w boczną szybę po swojej stronie.
Nawet jeśli chciałam powiedzieć coś jeszcze, bo czułam, że powinnam to zrobić, to krępowała mnie obecność Tymoteusza, który powoził i zapewne też przysłuchiwał się naszej rozmowie. Nie chciałam zranić jego uczuć, a nie wątpiłam, że coś do mnie czuł, dlatego nie zaproponowałam Arturowi powiększania rodziny. To nie był jedyny powód. Nie wyobrażałam sobie wydawać na świat dziecka w chwili, gdy sami z sobą żyliśmy jak pies z kotem, ale pragnęłam być matką. Czułam, że to jest ten czas, bo dzieci zaczęły mnie nagle rozczulać. Błyszczące oczy małego Artura, gdy wołał „Wujek, mas ciacha ze słotkom monką?”, sprawiały, że chciałam, by i na mnie ktoś tak patrzył.
Mały Artur podziwiał mojego męża. Traktował go niemal jak ojca. Bez żadnego skrępowania siadał mu na kolanach i wciskał w dłonie ulubioną książeczkę, nakazywał czytać.
Skromny pokój lokaja, który mieścił się, podobnie jak pozostałe, w domu za pałacem, był pierwszym, który odwiedziłam. Zostałam tam ciepło przyjęta. Od razu zaproponowano mi herbatę i polecono bym usiadła. Co prawda, Arturek się mnie krępował i za każdym razem jak wyczuwał na sobie mój wzrok, to chował twarz, przykrywając ją rozpiętą marynarką hrabiego.
Nie wstydź się, łobuzie – mówił do niego Artur, jednocześnie łaskocząc. – Powinieneś już być w łóżku, a nie na noc opychać się ciastkami.
Sam mu je pan tak późno przywiózł – wtrącił kamerdyner.
Załatwianie spraw na mieście nam się przedłużyło.
Jakieś problemy?
Zlicytowano połowę domu, należącego niegdyś do majątku mej żony. Wykupiliśmy drugą połowę i chcieliśmy skontaktować się z właścicielem tej pierwszej, ale nie wiemy kim on jest.
Nie udzielono wam takiej informacji?
Właśnie nie. Rzekomo jutro ma pojawić się w posiadłości. Klara go powita, bo ja muszę w tym czasie być gdzie indziej. Przyjdzie mi spożywać nudny obiad z wdową po baronie, którego nawet nazwiska nie pamiętam.
Zaprosiła cię baronowa? Samego? – zainteresowałam się.
Pewnie do niej jeszcze nie dotarły wieści, że jestem żonaty. W tym wypadku na dobre to wyszło. Nie masz konieczności tam być ze mną i możesz zająć się swoimi sprawami. Domem twego ojca. Tego chciałaś, prawda? – zapytał takim tonem, że aż mnie zmroziło.
Zwróciłam uwagę na dziadka małego Artura, który pokręcił głową jakby z niedowierzaniem.
Jest pan bardziej zmienny niż pogoda, panie hrabio – powiedział. – Cierpliwości pani życzę, hrabino. Do niego się przyda – szepnął w moim kierunku.
Nie powiedziałem niczego złego – bronił się.
Nie, ale sądziłam, że pójdziesz tam ze mną, by poznać tego drugiego właściciela.
A ja nie sądziłem, że możesz potrzebować niańki, gdybym wiedział, to wysłałbym wcześniej telegram i...
Nie tłumacz się – przerwałam mu. Wstałam od stołu i wymaszerowałam najpierw z pokoju należącego do kamerdynera, a potem z willi postawionej na tyłach pałacu. Nie zamierzałam jednak dłużej pozostawać w posiadłości Grandich. Postanowiłam udać się do swojego pokoju, tego we własnym domu. W końcu teraz byłam właścicielką połowy majątku mego ojca i miałam prawo tam przebywać, nawet jeśli moja matka i jej nowy mąż mnie tam nie chcieli.

8 komentarzy:

  1. Nie mogę się doczekać tego, jak Klara i Artur się do siebie zbliżą :D Ciekawe jak zareaguje matka Klary na jej przyjscie.:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Do ich zbliżenia (cielesnego) w sumie niedaleko.

      Usuń
  2. Jak na razie małżeństwo Klary i Artura się nie zmieniło. Zastanawiam się dlaczego Artur nie chce zbliżyć się do Klary. Czy dlatego, że Klara jeszcze na to się nie zgodziła czy może jest inny powód.
    Sprawa z majątkiem rzeczywiście jest skomplikowana. Ciekawe czy uda się odnaleźć tego właściciela i odzyskać drugą połowę.
    Ciekawe też jak matka Klary zareaguje na jej przyjście. Ostatnio ich relacje dobre nie były, więc nie zdziwiłabym się, gdyby zadowolona z wizyty córki w domu nie była.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A co ma zrobić? Siłą ją brać?
      Właściciel sam się odnajdzie, zjawi się w posiadłości.

      Usuń
  3. Myślałam, że już ją Artur spierze za te rzucanie przedmiotami prosto w niego, ale na szczęście nie. Za to ich nieco zbliżył ten incydent. Szkoda mi tylko Tymka, że się napatoczył, no i że w ogóle musi patrzeć na małżeństwo swojej ukochanej. W Arturze jest taki wyczuwalny smutek, mimo osłonki kpiny, gniewu czy zobojętnienia, bo zazwyczaj to takie uczucia wyraża. Ciekawa jestem czy Klara to zmieni. Do małego Artura jest jednak fajny i nie spodziewałabym się nawet, że będzie temu małemu pozwalał tak się do siebie zbliżać. Myśle, że kim jak kim, ale ojcem nie byłby najgorszym.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jakim Artur będzie ojcem czytelnicy będą mieli szansę zobaczyć.

      Usuń
  4. Spodziewałam się, że Artur nie podaruje Klarze awantury i każe samej po sobie posprzątać. Zmienny z niego facet :)
    Szkoda, że mama małego Arturka nie żyje, ale dobrze,że chłopiec ma rodzinę i nie trafił do sierocińca. Wydaje mi się, że Artur byłby dobrym ojcem, wbrew jego słowom.
    Wyłapałam kilka drobnych błędów:
    Patrzyłam jak obmywa twarz zimna wodą.
    zimną
    o kamienną powierzchnie
    powierzchnię
    Tak? A mnie się wydaję, że jedynie powiedziałaś „przepraszam”.
    wydaje

    amandiolabadeo.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jakim Artur będzie ojcem, będziemy mieli okazję się przekonać, bo w końcu urodzi się Filipek... ;-)
      Poprawiłam.

      Usuń