Autorka tego bloga należy do grupy „Projekt Prozaicy”, z tego też powodu strona korzysta z płatnych linków. Ujmując to krócej i bardziej zrozumiale – autorka zarabia, a czytelnicy nic na tym nie tracą. Te linki są całkowicie bezpieczne dla komputerów, tabletów i smartphone-ów pod warunkiem, że postępuje się zgodnie z instrukcją, czyli nie klika w reklamy, nic nie ściąga na swój sprzęt, a jedynie odczekuje symboliczne pięć sekund i przechodzi dalej. Za wszelkie utrudnienia autorka bloga przeprasza, za waszą aktywność jest wdzięczna, a prywatnie pozdrawia i życzy dobrej zabawy podczas czytania.

Link do instrukcji – KLIK

poniedziałek, 3 kwietnia 2017

#23

Szesnasty wpis Klary
Gdyby cudownie mogło trwać wiecznie

Pamiętam, że to był cudowny poranek, choć nie wiem czy gdyby nie ciocia Matylda to kiedykolwiek, by się wydarzył. Co prawda wiedziałam o jej przybyciu do posiadłości, bo rano piłam z nią herbatę i zajadałam drożdżowca, ale gdyby nie wpis Artura do pamiętnika, to nigdy nie wiedziałabym jak przebiegła ich rozmowa i, że takowa w ogóle miała miejsce.
Tamtego ranka nie obudziły mnie pierwsze promienie słońca, jak to miało miejsce zazwyczaj. Mój mąż, jako ten co najczęściej kładł się nad ranem i spał do późnego południa, zasłaniał okna ciężkimi zasłonami, przypominającymi kotary teatralne. Nawet kolor miały zwykle bordowy, czasami, ot święta, złoty. W jego sypialni poranne słońce nie było więc stałym gościem.
Wydostawałam się z krainy Morfeusza bardzo powoli, mozolnie, na moment się przebudzając i ponownie do niej wracając, gdy zdawałam sobie sprawę z tego, że wciąż jest ciemno, że jeszcze nie jest tak widno jak powinno być. Jednak, gdy uderzył w moje nozdrza zapach tytoniu, to po omacku, nim jeszcze na dobre otworzyłam oczy, zaczęłam dłonią poszukiwania. Szukałam czegoś co było mi znane. Rogu mojej poduszki, haftu halki. Nic z tych rzeczy nie znajdowało się przy mnie. Była za to dłoń, duża i męska, z obrączką na serdecznym palcu.
Dzień dobry – usłyszałam i wtedy dopiero zaczęłam się rozbudzać.
Dostrzegłam Artura, choć wszystko spowijał mrok. Nie taki typowy, nocny, ale mimo wszystko nie było jasno jak za dnia, a głównym źródłem światła były świece i lampy, których poprzedniego dnia nie ugasiliśmy.
Dzień dobry – odpowiedziałam cichutko, raczej grzecznościowo.
Przypomniałam sobie noc i wieczór. Śmierć niewinnego zwierzęcia, manto jakie otrzymałam i utratę dziewictwa, na którą sama przyzwoliłam. Artur do niczego mnie nie zmuszał. Być może wykorzystał chwilę mojej słabości, nagłą potrzebę bliskości, ale nie naciskał i jestem pewna, że wtedy, gdybym odmówiła, to on przyjąłby odmowę. Wtedy tak... jakiś czas później już nie, ale i na opowiedzenie tego wspomnienia przyjdzie czas.
Jak się spało? – zapytał niewinnie, gasząc papierosa w salaterce, która nie była do tego przeznaczona.
Wyglądał inaczej. Był taki potargany, niechlujny. Wydawał mi się wtedy przystojniejszy niż kiedykolwiek wcześniej. Zdawał mi się też być szczuplejszy, niż w chwili gdy odziany był w koszulę i kamizelkę. Ta kamizelka optycznie poszerzała jego ramiona. Myślę, że większości mężczyzn je poszerzała, przez to wydawali się być bardziej męscy budową ciała, niż byli w rzeczywistości. To odbywało się na takiej samej zasadzie, jak przy stroju kobiet, które gorsetem wyszczuplały brzuch i ujędrniały biust. Natomiast ciemnym, materiałowym pasem, nakładanym na suknie lub doszytym do spódnic, uwidaczniały talię, jednocześnie czyniąc ją węższą, szczuplejszą od pozostałych części ciała. W ten sposób powstawała tak zwana klepsydra.
Dobrze – opowiedziałam mężowi na jego zapytanie o sen.
Czułam się dziwnie skrępowana. Miałam świadomość, że pod przykryciem jestem całkiem goła.
A tobie, jak minęła noc? – spytałam.
Nie najgorzej – odparł dziwnym tonem, takim nie do końca grzecznym, jakby nie miał ochoty silić się na uprzejmości.
Jesteś zawiedziony? – dopytywałam, choć już po wypowiedzeniu tych słów, zdałam sobie sprawę, że niepotrzebnie drążę temat, że nie należy tak robić.
Bardzo. – Jego mina sposępniała. Odwrócił wzrok, a gdy ponownie na mnie spojrzał to szeroko się uśmiechnął. – No co? Nie spodziewałem się, że będę pierwszym.
Miałeś mnie za aż tak nieporządną?
Raczej Mateusza za takiego co nie lubi próżnować. – Obniżył się na łóżku, tak by móc się położyć. Odwrócił się w moją stronę i podparł głowę na dłoni, rękę ugiął w łokciu. – Nie żałuję jednak, że stało się tak jak się stało. Lubię być pierwszy. Lubię wygrywać.
Jestem trofeum?
Ty nie. Twój wianek tak. – Ponownie się uśmiechnął. Musnął mnie w okolice skroni.
Tamtego poranka był taki... ludzki. Tamtego poranka był mężczyzną, w którym bez wątpienia mogłabym się zakochać i chyba nie tylko ja byłabym do tego zdolna. Myślę, że większość kobiet złapałby w sidła, mocno je do siebie przywiązując, gdyby bywał taki dla nich, gdyby bywał takim częściej. Takie chwile jak tamta były jednak w naszym życiu rzadkością. Działy się ot święta. Tak jak zasłony zmieniały swój kolor z bordowych na złote tylko raz na jakiś dłuższy czas.
Za moment wrócę – powiedział szybko i wstał z łóżka.
Nie zadał sobie trudu, by się jakoś okryć. Nie należał do tych przyzwoitych. Nie krępował się swojej nagości. Zupełnie nagi podszedł do szafy. Wyjął z niej granatowy szlafrok. Obwiązał się nim szczelnie i zniknął za drzwiami. Długo go nie było, ale gdy pojawił się w nich ponownie to z tacą, na której znajdowały się dwie filiżanki, mały dzbanek i dwa kawałki drożdżowca.
Co to?
Śniadanie. Tylko nie wybrzydzaj, pierwszy raz je robiłem dla kogoś. – Wzruszył niedbale ramionami i odłożył tacę na stolik nocny po mojej stronie.
Zauważyłam kwiatka. Różę bordową tak mocno, że w tym nikłym świetle, jakie gościło w pomieszczeniu, zdawała się być niemal czarną. Była piękna, zwłaszcza w jego dłoniach... zwłaszcza w chwili, gdy płatkami i kielichem dotykała mego ciała, od ramienia, przez szyję, aż do dekoltu, między nim, w drodze do pępka i niżej, znacznie niżej.
To nie jest tak, że zaczynałam się w nim zakochiwać, choć zakochanie w mężu z pewnością wiele spraw by nam ułatwiło, albo wręcz przeciwnie – znaczenie je skomplikowało. Ja jednak dostrzegałam namiętność jaka się między nami wytwarzała. Potrafiłam doceniać przyjemność jaką on umiał mi ofiarować. Czułam się szczęśliwa pierwszy raz szczytując, choć ból poranionego po zerwaniu dziewictwa krocza wtedy jeszcze dawał mi się we znaki.
Jak chcesz to krzycz – wyszeptał do mojego ucha w chwili, gdy nasze ciała były bardzo blisko siebie, gdy moje nogi oplatały jego ciało w pasie. – Mam mocne bębenki – zażartował, nawet puścił przy tym do mnie oczko.
Nie krzyczałam, nie odważyłam się. Na to było za wcześnie. Ja do takiego otwarcia na doznania i zakomunikowania ich tej drugiej osobie, potrzebowałam bliskości innej niż tylko i wyłącznie ta fizyczna. Trzeba mi było silnej relacji, pojednania, złączenia dusz. Może nie aż miłości, ale czegoś na drodze do niej. Z Arturem mnie nic z tych nie łączyło.
On sam doskonale ubrał w słowa to co się między nami działo, gdy zakładając spodnie, rzekł:
Myślę, że raczej się nie pokochamy, ale teraz przynajmniej już wiemy, że możemy się dobrze z sobą bawić.
Kazał mi się ubrać. Wezwał pokojówkę, by ta przyniosła mi jakieś rzeczy. Stwierdził, że powinnam zejść na jakiś posiłek przed obiadem, bo wątpi bym najadła się niewielkim kawałkiem placka drożdżowego. Poza tym w pałacu była Matylda, a ta przecież była moją, a nie jego rodziną, więc to ja powinnam była dotrzymywać jej towarzystwa.
Matylda? Ciocia jest tutaj?
Co cię tak bardzo dziwi? – zapytał, wiążąc krawat, a następnie wpiął ozdobną szpilkę w stójkę. – Podobnie jak ty wprost uwielbia szlajać się nocami. Tylko ona nie ma męża, który przez skórę wytłukłby jej takie poczynania z głowy – dokończył, wciąż stojąc przed dużym lustrem toaletki. Rzucił na mnie spojrzeniem, a potem powrócił do ubierania się, czyli do zapinania guzików kamizelki.
Nie musisz taki być – zwróciłam mu uwagę, bo bardzo nie przypadł mi do gustu ton jego wypowiedzi.
Na pewno? – zdziwił się. Przełożył łańcuszek od kieszonkowego zegarka przez pętelkę, a następnie przypiął go do prawej kieszeni i podszedł do łóżka.
Zaczęły dzielić nas centymetry, bo wsparł się na rękach rozstawionych szeroko po moich bokach. Wtedy leżałam w łóżku, bo pokojówka jeszcze nie przyniosła mojego ubrania.
Między nami nic się nie zmieniło, Klaro. Ta noc, niczego nie zmieniła. Nadal to ja tu jestem panem i nie waż się myśleć inaczej, bo pożałujesz.
Nie musisz mi grozić. – Poczułam łzy, które chciały wypłynąć. Walczyłam z nimi. Nie chciałam się rozklejać, nie gdy Artur był w pokoju.
Nie grożę – Zwilżył usta językiem. – Jedynie mówię, by potem nie było, że nie ostrzegałem. A jeśli nadal boli, to jakaś maść chłodząca jest w szufladzie toaletki. Możesz się rozgościć. – Spojrzał w stronę drzwi, gdzie w progu stała pokojówka z suknią, ale nienależącą do mnie. – A to potraktuj jako prezent po niezwykle udanej nocy. – Wskazał na dziewczynę, ale wiadome było, że chodziło mu o ubranie. – Będzie ci pasowała do koloru oczu. Ty dotrzymasz towarzystwa ciotce, ona w zamian za to pozna z tobą tego drugiego właściciela naszej posiadłości, a ja w tym czasie zjem nudny obiad z baronową – postanowił albo raczej wydał rozporządzenie.
Ubrałam się sama, bez pomocy tej przemiłej dziewczyny. Miała na imię Anita, tyle się dowiedziałam. Zeszłam do salonu, zła na samą siebie, że tak bardzo dałam się nabrać, że omotało mnie złudzenie, że Artur może być w rzeczywistości inny niż mężczyzna, którego do tej pory znałam. Mgła złudzenia opadła, a on okazał się być dokładnie tą samą bestią co przed laty, tym wilkołakiem co postanowił naostrzyć sobie na drobnej mnie kły.
Ciocia Matylda jednak miała o nim całkiem różne od mojego zdanie. Siedziałyśmy przy kawie i drożdżowcu, gdy powiedziała:
Przystojny ten twój ślubny, tylko bardzo zasmucony.
Zasmucony? – zdziwiłam się. Ja o Arturze mogłam wiele powiedzieć i wiele też o nim sama myślałam, ale nigdy nie przeszło mi przez myśl, że on może być zasmucony.
Nie dostrzegasz tego? Ta poza aroganta, bezczelność w oczach i brak pohamowania w mowie. Typowy smutny i skrzywdzony z niego człowiek.
Drań jakich wielu na tym świecie – powiedziałam w taki sposób, by ciotce dać do zrozumienia, że chcę rozmawiać na przyjemniejsze tematy niż mój mąż.
Jesteś na niego zła bo ci przylał czy dlatego, że po tym wszystkim się mu oddałaś? – zapytała wprost, bardzo bez ogródek.
Byłam wściekła, że zadała mi takie pytanie, dlatego zamiast spuścić wzrok, to zacisnęłam zęby i ułamałam kawałek ciasta.
Obie jesteśmy już dorosłe, Klaro i chyba możemy spojrzeć na równi prawdzie w oczy. Nie jesteś tak bardzo zła na niego, jak na samą siebie, tylko jak ja, lubisz czuć się niewinna, a by to było możliwe, to trzeba przerzucić tę winę na kogoś innego. Nie przejmuj się. – Pokręciła szybko głową i uśmiechnęła się w uroczy, choć nieco cyniczny sposób. – Rozumiem to, bo sama tak robię.
Ty nie jesteś zamężna – pozwoliłam sobie zauważyć.
Bo to nie było dla mnie. Ty zawsze byłaś ode mnie różna. Nie tak bardzo, ale jednak. Ty chciałaś mieć kiedyś własną rodzinę, zakochać się. Tkwi w tobie dusza romantyczki i to pewnie dlatego nie poszłaś na łatwiznę i nie wyszłaś za człowieka jakiego wybrała dla ciebie matka.
Był ode mnie dwadzieścia lat starszy! – przypomniałam gniewnie.
I co z tego? Bo to mało kobiet za takich wychodzi. Są szczęśliwe. – Wzruszyła ramionami w lekceważący sposób. – Ty też byś była. Okręciłabyś sobie go wokół małego paluszka. Tańczyłby jakbyś mu zagrała, a gdybyś nie grała, to na wszelkie sposoby starałby się ciebie zadowolić. Wiem to, bo miałam okazję go poznać.
Odetchnęłam głośno, ale nic nie mówiłam, bo miałam świadomość, że jeśli ciotka tak bardzo się rozgadała, to zaraz powie coś jeszcze.
Mnie i ciebie jednak zawsze coś łączyło. Obie lubimy wyzwania. Moim jest życie w samotności, pełne niezależności, ale i pełne zmartwień codziennych, których nie podzielę na dwoję, a twoim jest skomplikowany Artur. Sama sobie tak wysoko postawiłaś poprzeczkę, kochaniutka.
Artur nie jest żadną poprzeczką, a moje życie z nim, to nie są zawody organizowane na święto wiosny.
Możesz tak sądzić, a ja i tak wiem swoje. Obawiam się, że w chwili gdy go przeskoczysz, mocno się potłuczesz po takim upadku z wysokości. Zwłaszcza, gdy będziesz toczyła z nim walkę.
A więc co mi radzisz?
Nie tocz z nim wojen i nie chciej być wyższa od niego. Życie kobiet zamężnych toczy się w cieniu męża. Okaż mu odrobinę pokory, a on być może to doceni.
Być może – zadrwiłam. – Będę się płaszczyła przed człowiekiem, by otrzymać od niego jedno dobre słowo na dzień. Jak ty sobie to wyobrażasz?
Wolisz się przed nim czołgać albo padać na kolana po tym jak znowu cię zleje? Jak ty to sobie wyobrażasz? – odpowiedziała pytaniem na pytanie. Położyła łokcie na stole i splotła palce dłoni. – Jeśli zrobił to raz, to będzie potrafił to zrobić jeszcze raz, a każdy kolejny będzie gorszy, Klaro. Jednak nikt cię do tego ślubu nie zmuszał. To był tylko i wyłącznie twój wybór. Teraz przez ten wybór masz przed sobą planszę szachów. Masz w tej grze do dyspozycji same pionki, nie masz szans zbić nimi króla. Możesz tylko robić uniki. Wierzę, że będziesz rozsądna. – Wstała, puszczając do mnie oczko.
Dokąd się wybierasz?! Nie pójdziesz ze mną na spotkanie z drugim właścicielem domu ojca?!
Nie obchodzi mnie dom twojego ojca. Z własne, nieprzymuszonej woli opuściłam go lata temu. Poza tym znam już Mateusza.
Mateusza? – zdziwiłam się. Nawet wstałam, gdy do moich uszu dobiegła taka niespodziewana wiadomość.
Tak, moja droga. – Pokiwała głową. – To ten sam Mateusz, z którym planowałaś ślub i gromadkę dzieci. Jeśli wierzysz, że odsprzeda ci i Arturowi swoją część, to obawiam się, że możesz się spotkać ze ścianą, mocnym murem. Uważaj na nos, przy zderzeniu łatwo o połamanie. – Ruszyła do drzwi, ale zaniechała dalszej drogi, gdy mój mąż przemierzał schody i wkraczał do salonu. – Jak dobrze cię widzieć! – zawołała do niego. – Wybierasz się dokądś?
Tak – odparł grzecznie, poprawiając mankiety ciemnej, niemal czarnej koszuli.
Podwieziesz mnie na dworzec – zadecydowała. – Pamiętaj, że nawet jeśli nie masz po drodze, to nie wypada odmówić damie, panie hrabio.
Artur westchnął w taki sposób, jakby go coś zabolało.
Dlaczego w twoich ustach, Matyldo, mój tytuł brzmi tak obraźliwie? – zapytał, przerzucając marynarkę przez ramię.
Pewnie dlatego, że sam w niego nie zawierzasz. Ciebie on zwyczajnie obraża, kochaniutki. – Pomimo że pierwsza dotarła do drzwi, to odsunęła się na bok i poczekała aż to mój mąż chwyci za klamkę i je przed nią otworzy. – Dziękuję, to było miłe, ale i tak daleko ci do prawdziwego dżentelmena.
Nie mam ambicji się nim stawać.
To dobrze, bardzo dobrze. Większość z nich to takie totalne ciapciaki i ciamajdy. Dokładnie takie same jak mój świętej pamięci brat. Nie chciałabym byś i ty stracił swój urok. Na całe szczęście odziedziczyłeś go po matce, choć podobny jesteś do ojca.
Ledwo zdałam sobie sprawę ze znaczenia słów jakie wypowiedziała Matylda, a do moich uszu dobiegł odgłos kół toczących się po kamienistej drodze. Kolaska odjechała i nie miałam już szansy na to, by dopytać ciocię czy ona i matka Artura się znały ani skąd była ta znajomość. Mogłam jedynie wysłać jej list lub telegram i łudzić się, że pomimo odległości jaka nas dzieli, szczerze mi odpowie.

4 komentarze:

  1. Po nocy poślubnej Artur zmienił trochę swoje zachowanie wobec Klary. Tylko dlaczego nie chce się całkowicie zmienić. Czy tylko dlatego, że jest mężem i żona powinna go słuchać, czy rzeczywiście Matylda ma rację i Artur maskuje swoje prawdziwe zachowanie.
    Teraz Matylda odbyła rozmowę z Klarą. Ciekawe czy Klara coś z tego wyniesie i będzie się starała być posłuszna mężowi.
    Mateusz jest właścicielem drugiej połowy domu. Ciekawe dalczego ją wykupił. I jak będzie wyglądać jego spotkanie z Klarą po jej ślubie z Arturem.
    Mnie też zastanawia skąd Matylda i matka Artura się znają.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ludzie niestety nie zmieniają się za sprawą pstryknięcia palcami. Mają swoje przyzwyczajenia, pewne zachowania wpojone przez najbliższych, nie bez znaczenia był też sposób w jaki zostali wychowani ani to co już za nimi, to co przeżyli.
      Klara i posłuszna? Oksymoron! A poważnie, to myślę, że mężczyźni tacy jak Artur nie byliby zadowoleni z uległej na każdym kroku, słabej żony.
      Skąd Matylda i matka Artura się znały wyjaśnia się już w kolejnym rozdziale - to mała wioska, tam każdy zna każdego :)

      Usuń
  2. Coś mi przyszło nagle do głowy kiedy pojawił się znowu w tekście Mateusz. Czyżby to on był Marcelem, bratem Artura? Wszyscy mają go za zmarłego, ale mnie się jednak wydaje, że on żyje.
    Tekściki Matyldy są bezbłędne :)

    amandiolabadeo.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też lubię tekściki Matyldy.
      Jesteś jedyna, która zaczęła snuć tak skomplikowane gdybanie na temat przyszłej fabuły. Cieszy mnie to ;-)

      Usuń