Autorka tego bloga należy do grupy „Projekt Prozaicy”, z tego też powodu strona korzysta z płatnych linków. Ujmując to krócej i bardziej zrozumiale – autorka zarabia, a czytelnicy nic na tym nie tracą. Te linki są całkowicie bezpieczne dla komputerów, tabletów i smartphone-ów pod warunkiem, że postępuje się zgodnie z instrukcją, czyli nie klika w reklamy, nic nie ściąga na swój sprzęt, a jedynie odczekuje symboliczne pięć sekund i przechodzi dalej. Za wszelkie utrudnienia autorka bloga przeprasza, za waszą aktywność jest wdzięczna, a prywatnie pozdrawia i życzy dobrej zabawy podczas czytania.

Link do instrukcji – KLIK

wtorek, 11 kwietnia 2017

#31

Rozdział 1
Dzielnica cudów

Na zegarze dochodziła piąta rano, gdy zbudził mnie koszmar. Doprowadził do kolejnych łez. I choć mój płacz irytował męża, to nie potrafiłam się powstrzymać. Wiedziałam, że Darek nie śpi, choć leżałam odwrócona do niego plecami.
Na Boga, przestań – syknął przez zęby. – Jeszcze chwila i sprawisz, że naprawdę wyjdę z siebie i stanę obok.
Nic mu na to nie odpowiedziałam. Pociągnęłam nosem, a mój płacz przybrał na silę. Stał się niemal histeryczny, a przez to z trudem łapałam oddech.
Kata, nie jesteś dzieckiem. Więc albo w tej chwili przestaniesz, albo osobiście sprawię, że płacz stanie się uzasadniony.
Jeszcze tego brakowało, by posuwał się do groźby. Tylko, że ja wcale nie robiłam mu na złość. Nie chciałam ani wzbudzać litości, ani wywoływać poczucia winy. Po prostu, mimo usilnych starań, nie umiałam przestać.
Poruszył się, poprawił poduszkę. Starałam się skoncentrować na jego poczynaniach, bo pragnęłam skupić myśli na czymkolwiek. Miałam nadzieję, że to pomoże mi powstrzymać łzy. Nie pomogło.
Dość, już naprawdę wystarczy – stwierdził. Zawisnął nade mną. Jego dłoń znajdowała się dokładnie przede mną, nieopodal twarzy. Sprawił, że prześcieradło w tym miejscu się pomarszczyło. Usiłował dosięgnąć wzrokiem moich oczu.
Kiedy mu się to udało, nie wyglądał na zmartwionego. Zdawał się być obojętny, ale głośne westchnięcie dawało znać, że nie umie takim pozostać.
Oddychaj powoli, spokojnie i przekonaj samą siebie, że to co się stało, to naprawdę nie jest powód do łez. Wydało się, nic więcej. Czasu nie cofniesz. Teraz są już tylko konsekwencje. Zamknąłem cię w domu, ale to też nie powód do wycia, bo sama przyznaj, że klatka iście luksusowa – podczas wypowiadania ostatniego zdania, wyraźnie zaczynał tracić cierpliwość. – Z nas dwojga, to ja powinienem ryczeć – rzucił z drwiną, ale także irytacją. Odsunął się, oparł plecami o poduszki.
Kamienie nie płaczą – szepnęłam cichutko.
No proszę – odparł. Nie widziałam go, ale byłam pewna, że gdy to mówił, to się uśmiechał. – Nawet szlochając masz cięty jęzor – dodał. – Rozumiem, że żałoba po wolności dobiega już końca, tak? Tak? – dopytywał, gdy nie odpowiadałam. – Przyzwyczaiłem się już, że zapominasz o dzień dobry, dobry wieczór i dobranoc, ale na zadane przeze mnie pytania masz odpowiadać.
Bo ty chcesz, a ja muszę?
Nie pyskuj, dobrze na tym z żadnej strony nie wyjdziesz. Jak już wspominałem, przekroczyłaś próg mojej tolerancji. Jeszcze chwila i przejedziesz też granice cierpliwości.
Co możesz więcej zrobić?
Nie pytaj się, co ja mogę więcej zrobić, tylko zapytaj samą siebie, co ty możesz jeszcze zrobić, by jeszcze bardziej pogorszyć swoje położenie albo, by je choć trochę poprawić.
Nawet nie licz, że będę zdzierała sobie kolana.
Zaśmiał się.
Nie miałem na myśli ani głębokiego gardła, ani nóg na za piętnaście trzecia. Gdybym tego chciał i na tym, by mi zależało, to albo bym cię zmusił, albo poszedł do innej, równie młodej, także ładnej. Myślisz, że masz cipkę z platyny albo dupę pozłacaną, że wypięciem jej się wykupisz? Nawet jeśliby tak było, to wierz lub nie, ale nie sądzę, by to jakoś znacznie powiększyło mój majątek. Tak więc, wybacz, kochana, ale nie tędy droga. Jak widzisz, umiem być równie bezczelny co ty i także nie przebierać w słowach. Przerzucamy się dalej złośliwościami, czy włączamy obustronnie pas?
Zawsze taki był. Umiał tak powiedzieć, by mnie odebrało mowę. Miało to swoje plusy, czasami było czymś dobrym, zwykle jednak sprowadzał mnie tym do parteru, zaniżał moją wartość przede mną samą i pokazywał, że jest silniejszy, bystrzejszy, bardziej oczytany. Nie miałam z nim szans ani w starciu na pięści, ani w walce na słowa.
Idź mi zrób kawę, bo i tak już nie zasnę – wydał polecenie, a potem sięgnął po gazetę.
Podniosłam się do siadu i spojrzałam na niego wielce zaskoczona. W dłoniach miał katalog samochodowy mało znanej, obrzydliwie drogiej marki. Lubił takie gadżety, których nie miał nikt inny, które były wyjątkowe, niemalże unikatowe.
Na co czekasz? – spytał, ponownie racząc mnie spojrzeniem. – Na to aż ci w końcu dam w mordę?
Nie, właściwie to na nic – odparłam, kręcąc delikatnie głową. Zeszłam z łóżka i udałam się schodami w dół, by dotrzeć do kuchni połączonej z jadalnią.
Stojąc przed dużym ekspresem, czekając na to aż filiżanka napełni się espresso, przypomniałam sobie moment, gdy stałam w zupełnie innym miejscu. To było przed laty. Miałam wtedy naście lat, a na głowie czapkę z daszkiem. Czajnik położony na palnik wydawał z siebie gwizd, który potrafił doprowadzić do bólu głowy. Podłoga była zimna, wyłożona gumolitem. Futryny odmalowane były na brązowo. Farba w kilku miejscach była zdarta, a ta na ścianach, okropnie turkusowa, w wielu miejscach odpadała.
Pochodziłam z tak zwanej dzielnicy cudów. Był to margines miasta, jego śmierdzący element, jak zagrzybiała, chora na gangrenę kończyna, którą pragnie się jedynie amputować. Nie dałam się jednak. Każdego jednego dnia śniłam o bogactwie, lepszym życiu, tym by nie martwić się o jutro. Z czasem moje marzenia stały się obsesją, a poznany przypadkowo Darek okazją, przepustką, której nie mogłam ominąć. Człowiekiem, którego musiałam wykorzystać, by zdobyć społeczny awans. Dlaczego więc nie czułam się dziś zwyciężczynią? Dlaczego uznawałam samą siebie za przegraną? Dlaczego? Po co? Co było powodem? I czy jakikolwiek powód w ogóle istniał? By udzielić odpowiedzi na te wszystkie pytania, musiałabym się cofnąć do samych podstaw tej opowieści.
Dzielnica cudów, ulica naznaczona imieniem i nazwiskiem znanego polskiego kompozytora, dom widniejący pod numerem szczęśliwej siódemki – do tych miejsc niegdyś skracał się mój cały świat. Podwórko, gdzie w piaskownicy nie bawiły się dzieci, zasikane bramy i cuchnące wilgocią, zarzygane klatki schodowe, to były miejsca, gdzie przesiadywałam całe dnie, a czasami nawet i noce.
Zaczęłam palić, skończywszy ledwie dwanaście lat. Gdy miałam szesnaście, to nie wyobrażałam sobie już poranka bez mocnej, słodkiej kawy i jakiegokolwiek papierosa. Oczywiście wolałam marki z górnej półki, ale zwykle nie było mnie na nie stać, więc paliłam nevady albo viceroye, ewentualnie takie, które zakupiłam u sąsiadki, mającej nielegalną produkcje. Jej mieszkanie było małe. Odnosiło się wrażenie, jakby całe było tylko i wyłącznie kuchnią. Obdrapany stół, który miał jedną nogę krótszą od pozostałych, zawsze zawalony był tytoniem oraz gilzami, ale też brudnymi szklankami po kawach i herbatach.
Mój brat – Wojtek, także palił. Nawet chyba więcej niż ja. Matka za to była wrogiem wszelakich nałogów, choć miała jeden i nabawiła się go nie na własne życzenie. Jej nałogiem była praca. Spędzała w niej po kilkanaście godzin każdego jednego dnia, za wyjątkiem niedziel. Nie przynosiło to kokosów, wynagradzane było raczej ochłapami, ale nie mogła sobie odpuścić. Zarabianie było koniecznością, by spłacać długi, mieć na rachunki i móc włożyć cokolwiek do garnka. Teraz myślę, że powinnam ją podziwiać, że powinna być dla mnie wzorem do naśladowania lub przestrogą, by nie iść tą samą drogą, by nie popełniać jej błędów. Ja jednak nią gardziłam, uważałam za niezaradną niedorajdę, a jej faceta za życiową pierdołę. To byli tylko dobrzy, zmęczeni życiem, poczciwi ludzie. Dla mnie tylko, bo ja chciałam więcej, pragnęłam sięgać wyżej, wybić się, być aż.
Ponoć byłam zdolna, ale leniwa. Tak mówili nauczyciele jeszcze za czasów, gdy uczęszczałam do gimnazjum. Jednak, gdy trafiłam do techników, to nie mówiono już o mnie ani jednego dobrego słowa. Odpuściłam sobie, rzadko pojawiałam się na lekcjach, a gdy już jakimś cudem znalazłam się w klasie, to niemiłosiernie się tam nudziłam. Przez ciągłe wagarowanie miałam zbyt duże braki, by móc brać czynny udział w zajęciach, a bierność zawsze mnie nużyła. No chyba, że była to bierność po imprezie, naznaczona kacem. Wtedy mogłam godzinami wysiadywać w starym fotelu i bezmyślnie wpatrywać się w MTV lub durne, brazylijskie telenowele. Tam widziałam lepszy świat i to właśnie tam wypatrzyłam mój cel. Nie, nie, Darek nie był wtedy aktorem. Zresztą, nie wypatrywałam w telewizji faceta. Po prostu, widziałam tam te wszystkie drogie marki, luksusowe wille, szybkie samochody, mężczyzn w garniturach i z pozorną klasą oraz piękne, odstrzelone jak jakieś miski kobiety przy ich boku. Zapragnęłam stać się taką kobietą i nie sądzę, by takie pragnienia były czymś złym, a to że mnie doprowadziły do miejsca w jakim znajdowałam się dziś, to wina tylko i wyłącznie moja. W końcu spójrzmy prawdzie w oczy, ilu z nas chce klepać biedę, walczyć o przeżycie każdego dnia, żyć od pierwszego do pierwszego, bez kasy na jakiekolwiek rozrywki, środków na podróże i tych potrzebnych do posiadania hobby? Jeśli ktoś mówi, że nie zależy mu na pieniądzach, że ich nie potrzebuje, że nie dają mu szczęścia, to znaczy tylko tyle, że nigdy nie zaznał głodu, zimna ani nie zastał komornika przed drzwiami swojego mieszkania. Zgodzę się, że pieniądze nie dają pełni szczęścia, ale życie z nimi jest znacznie przyjemniejsze niż bez nich. Do szczęścia po prostu potrzeba czegoś ponad je.
Miałam szesnaście lat. Lato zbliżało się wielkimi krokami, choć w mieszkaniach starych kamienic jeszcze bywało chłodno i konieczne było dogrzewanie. Matka wtedy jeszcze była sama, bez partnera. Miała tylko nas – mnie i Wojtka.
Ty w końcu zdajesz czy nie? – zapytała, w biegu szykując się do pracy.
Nie, więc lepiej będzie jak wyciągnę papiery, niż jak mam odebrać świadectwo bez promocji – uznałam, bo ani myślałam powtarzać klasę w tej samej szkole.
Zalałam trzy kubki kawy i przegryzłam bułkę, wcześniej maczając ją w ketchupie wylanym na talerzyk deserowy. Do dziś lubiłam ten smak. Jego wspomnienie napawało mnie taką magiczną nostalgią. Ketchup naprawdę zawsze mi smakował. Potrafiłam dodawać go do wszystkiego. Nawet do rosołu, by zrobić z niego szybką pomidorową. Właśnie do mnie dotarło, że od lat nie miałam ketchupu w ustach.
To kiedy zabierasz te papiery? – Matka sięgnęła po kubek kawy, zrobiła kilka łyków, odłożyła i szybko poszła do korytarza, by wciągnąć na nogi pozłacane baleriny. Ponownie pojawiła się w kuchni. Znowu sięgnęła po kubek z kawą.
Ty musisz tam iść. Jestem nieletnia – przypomniałam.
Przewróciła oczami i westchnęła, jakby to było dla niej kłopotem.
Ja pójdę. Powiem, że ty nie miałaś czasu, bo pracujesz – wtrącił się Wojtek, ledwie wchodząc do małego, naprawdę malutkiego pomieszczenia, gdzie nawet żadnej szafki nie dało się wcisnąć.
W kuchni była tylko niska lodówka, szeroka, zżółkła kuchenka i okrągły stół z ogrodowymi, rozkładanymi krzesłami. Pamiętam, że lodówka służyła też za blat. To na niej stawiało się kubki, by zalać kawę wodą. To na niej kroiło się chleb, smarowało go delmą i obkładało tym co akurat było do dyspozycji.
Dobra, dzieci, ja lecę. – Dała mi całusa w czoło. Wtedy byłam od niej niższa. Musiała się nieco pochylić, by to zrobić. Za to, by dosięgnąć Wojtka i rozczochrać jego i tak zawsze nieuczesane włosy, musiała stawać na palcach. – Może coś wskórasz – dodała, mówiąc oczywiście do mojego brata i już jej nie było.
Co jemy, siostra? – zapytał.
Przewróciłam oczami i bez słowa usiadłam na jednym z krzeseł. Sięgnęłam do parapetu, bo zauważyłam lakier do paznokci. Zaczęłam malowanie od kciuka.
Wojciech sam pofatygował się do chlebaka. Wyjął wczorajsze bułki i majonez. Ja uwielbiałam ketchup, a on właśnie majonez. Używał go często zamiast smarowidła, następnie obkładał pieczywo plastrami pomidora lub ogórka.
Czekałam aż paznokcie mi wyschną i obserwowałam przeciągającego się leniwie Wojtka. Miał na sobie starą, poplamioną koszulkę. Chyba nigdy nie miał takiej typowej piżamy. Zawsze sypiał w starych rzeczach. Ja zresztą podobnie, nierzadko w tych jego, bo były luźniejsze, a przez to też wygodniejsze.
Ledwie odpaliłam papierosa i napiłam się kawy, z za oknem już roznosił się krzyk:
Kaśka! Kaśka! Wojtek! Kaśka!
Tak, na tej dzielnicy cudów nie było domofonów, a nikt nie był na tyle kulturalny, by zadać sobie trud i wejść chociażby na parter, by zastukać do drzwi jak każdy normalny człowiek. Tam darto ryja. Od rana do wieczora darto ryja. Od najmłodszych lat darto ryja. Zmieniały się tylko krzyki z „chodź na rower!” i „wyjdź zagrać w chowanego!” na „idziemy do klubu!” i „chodź na picie!”.
Kaśka! Wojtek! Wyjdziecie!?
Zaraz! – ryknął mój brat. – Znaczy ja na moment, bo muszę do pracy!
Zaśmiałam się, widząc, że by ogłosić to naszym wspólnym znajomym, nawet nie zadał sobie trudu, by podnieść dupę z krzesełka i otworzyć okno. Dopiero ja się pofatygowałam, otworzyłam połówkę starego, drewnianego okna i nieco ciszej wyjaśniłam im, że Wojtek dziś pracuje. Dodałam też, że i ja muszę w końcu poszukać jakieś roboty, chociażby sezonowej, wakacyjnej, ale lepiej takiej na dłużej. Jak każda nastolatka miałam potrzeby, poza tym papierosy, choć znacznie tańsze niż teraz, to ciągle kosztowały i to niemało kosztowały. Nie umiałam rzucić, choć tak naprawdę, jeśli miałabym być szczera sama z sobą, to chyba nawet nie starałam się nigdy rzucać. Papieros, podobnie jak alkohol, uważałam za przyjemność, a tych było za mało w moim życiu, by móc nawet z tych niezdrowych rezygnować.
Każdy dzień zaczynał się podobnie, ale tego miało wydarzyć się coś więcej. Zbliżały się święta wielkanocne, ale to nie był czas postu, przynajmniej nie dla nas. Nasz kolega, przyjaciel, którego ledwie znałam albo raczej mało pamiętałam, opuszczał więzienne mury. Chciał się zabawić i chyba po cichu każda z nas liczyła, że to ją wybierze na swoją dziewczynę. Każda chciała zostać jego dziewczyną, zwłaszcza, gdy na podwórko wjechał dużym skuterem, a na nogach miał markowe adidasy i to nie jakieś najtańsze, oznaczone promocją. To była najnowsza kolekcja. Polówka z logiem krokodylka także nie prezentowała się na nim najgorzej. Dotarło do mnie, że inaczej go zapamiętałam. W moich wspomnieniach nie miał aż tak szerokich ramion ani drabinek na brzuchu. Nie miał też tatuaży i rozszerzonych źrenic, pobudzonych do takiego stanu jakimiś środkami chemicznymi, mającymi na celu dodawać energii lub zwiększać masę ciała, tak by potem mógł zamienić ją w mięśnie.
Tak, to był mieszkaniec dzielnicy cudów, gdzie dochodziło do licznych paradoksów. Tu wielu nie miało na chleb, a wszyscy mieli na alkohol, gdy naszła ich ochota, by się napić. Tu dzieci nie dostawały kieszonkowego, a jakieś drobne z zakupów z rzadka trafiały do ich kieszeni, ale i tak niemal każde z nich, co dnia potrafiło zdobyć potrzebną kwotę, by móc zakupić paczkę papierosów. Czy potraficie to zrozumieć? Jeśli tak, to wam gratuluję. Ja tam żyłam, tam się urodziłam, tam wychowałam, a nadal nie umiem tego wszystkiego ogarnąć rozumiem.
Stojąc w nowocześnie urządzonej kuchni, wspominając czasy mojej młodości, pokusiłam się o odpalenie papierosa. Paczkę i zapalniczkę znalazłam w salonie, na szezlongu, gdzie Darek wcześniej wysypał całą zawartość mojej torebki. Wróciłam do kuchni i zaciągnęłam się. Od dawna to już nie było dla mnie rodzajem rzadkiej przyjemności. W moim życiu było dużo wygód i całkiem spora ilość przyjemnych rzeczy w nim gościła. Nagle papieros zyskał inne, zupełnie nowe znaczenie. Stał się uspokajaczem, w pewien sposób mnie relaksował, wyłączał.
Raka kiedyś dostaniesz, a wtedy to już się w ogóle tej kawy nie doczekam – usłyszałam za moimi plecami. Podszedł bliżej, zabrał espresso i przełożył je na duży, szklany stół.
Nie widziałam tego, wpatrzona byłam w okno, a od parapetu dzieliły mnie jakieś dwa kroki. Dariusza jednak znałam już na tyle, że wiedziałam jakie ruchy wykonuje, w jaki sposób się porusza. Byłam pewna, że zaraz usiądzie, bo słyszałam dźwięk jaki towarzyszy odsuwaniu krzesła. Nie usiadł. Zaskoczył mnie, nagle wyrastając przede mną. Oparł się o parapet i wyciągnął dłoń po papierosa, którego trzymałam między ustami. Wyglądało to tak, jakby chciał zapalić, nawet zbliżał ustnik do swoich warg, ale w ostatniej chwili zrezygnował. Ugasił mój uspokajacz w doniczce, w której rósł sobie ładny storczyk o liliowej barwie. Przestał opierać się o parapet. Pochwycił moją twarz w swoje duże dłonie i pocałował.

A teraz mam do was pytanie, Drodzy Czytelnicy. Co na chwilę obecną sądzicie o bohaterach? Jakie myśli towarzyszą wam podczas czytania o tej dwójce?

10 komentarzy:

  1. Wydaje mi się, że Darek kocha swoją żonę. Ale czy mam rację? Nie wiem.. Chociaż nie podoba mi się to, że często zaniża jej samoocenę. Bohaterka jest zagubiona, wie że popełnia błędy, jest świadoma swojej niedoskonałości, lecz z nich nie rezygnuje, powiela je.

    Z niecierpliwością czekam na kontynuację obu twoich opowiadań.

    Pozdrawiam! ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak naprawdę nie da się walczyć z niedoskonałością. Każdy z nas jest niedoskonały. Niby człowiek uczy się na błędach, a jednocześnie często je powiela. Kaśka przewartościowała swoje życie, zamieniła stare na zupełnie nowe, inne.

      Kontynuacja nastąpi, ale najprawdopodobniej dopiero po świętach, bo teraz mam urwanie głowy.

      Usuń
  2. Dla mnie bomba,są bardzo interesującymi postaciami. Ciekawi mnie też Darek, to jak się dorobił takiego bogactwa, jego młodość i to dlaczego jest taki oschły dla żony. Alison :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Akurat recepty na sukces i bogactwo, to w tym opowiadaniu nie będzie, ale jego niektóre działania, przekręty i machloje wyjdą na jaw. Jednak nie poznamy Darka młodości, bo on jest dużo starszy od Kaśki, więc gdy ona była nastolatką, to on już był panem przed czterdziestką.

      Usuń
  3. Nie wiem jeszcze ,co mam o nich myśleć. Muszę ich lepiej poznać :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że w ogóle masz ochotę ich lepiej poznawać ;-)

      Usuń
  4. Zapowiada się ciekawie, choć o bohaterach za wiele powiedzieć nie można, bo i co? Jedynie można spekulować, że z Kaśki niezłe ziółko, skoro Darek komuś zlecił jej śledzenie i robienie zdjęć. No chyba że jest chorobliwie zazdrosny, ale po jego reakcji, nie jestem skłonna do tej teorii.
    Ciekawi mnie jak się poznali no i że on się nią zainteresował, bo podejrzewam, że takich jak ona, zainteresowana jego kasą, mogło być więcej, a jednak on wybrał ją na żonę. Z drugiej strony, zastanawiam się, czy on dla niej był tylko poprawą jej sytuacji, czy faktycznie obdarzyła mężczyznę głębszymi uczuciami.
    Zresztą ostatnim czasem załączyła mi się opcja niepoprawnej romantyczki, więc wszędzie mam nadzieję na prawdziwe uczucia ;)
    Tak więc pewnie zajrzę jeszcze, sprawdzić co i jak, dlaczego i po co. :)
    A jak przeczytałam o „darciu ryja”, to się uśmiechnęłam. Wracają wspomnienia ^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zazwyczaj na początku ciężko powiedzieć o bohaterach cokolwiek, ale tutaj już od pierwszych rozdziałów starałam się nakreślić taką wyraźną toksyczność związku.
      Faktycznie, takich kobiet zainteresowanych pieniędzmi faceta zwykle jest wiele i zazwyczaj pada pytanie "co miała ta jedna więcej niż pozostałe, że akurat na nią padło?".
      Osobiście, choć daleko mi do romantyczki, to jednak uważam, że nie da się z kimś spędzić X lat i nie poczuć coś do tej osoby. Ludzie podobnie jak zwierzęta się przyzwyczajają, a co za tym idzie też zaczynają coś czuć. Nie zawsze to jest miłość, ale zwykle jest to jednak coś więcej niż zwykłe lubienie, coś ponad samo przyzwyczajenie i wyrachowanie.
      "Darcie ryje" to i u mnie było. Do dziś pamiętam krzyki, gwizdy i uderzanie śnieżkami o parapet lub szyby w oknach ;-)

      Usuń
  5. Kaśka złapała swoją szansę, złapała Darka, stał się jej przepustką do lepszego i dostatniejszego życia. Zamieniła odrapane ściany mieszkania matki na luksusową klatkę domu swojego męża. Niby jej się udało spełnić sen o bogactwie, ale ona wcale nie jest szczęśliwa, mam wrażenie, że trochę tęskni za tamtym życiem, chociaż teraz nie ma problemów finansowych jak kiedyś, ale ma za to dużo więcej innych, które ją zżerają od środka. Też jak inni zadaję sobie pytanie co ona takiego w sobie miała, że Darek się z nią ożenił, bo przecież mógł się z nią zabawić, w myśl zasady, żeby napić się piwa nie trzeba zaraz kupować całego browaru. A jednak została żoną. Zakochał się, poczuł coś więcej ? A może zauroczyła go ładną buzią i zgrabnym tyłkiem i okręciła wokół palca? Zastanawiam się czy oni coś do siebie głębszego czują, czy tylko przyzwyczaili się do siebie, przywykli?
    Nie podoba mi się zachowanie Darka, rozumiem, że irytuje go płacz żony, pewnie wielu facetów by irytował, ale to nie powód żeby grozić żonie, że jak nie przestanie to jej zrobi coś złego i jeszcze się nad nią znęca psychicznie, wyśmiewa i upokarza. Z drugiej strony myślę, że Kaśka też ma swoje za uszami, bo Darek powiedział coś takiego, że to jest tak jakby odwet za jej zachowanie, że on też potrafi być tak jak ona bezczelny i chamski.
    Cały czas myślę nad tym co ona takiego nawyczyniała, że kazał ją śledzić, czego nie zdzierżył.
    Rozbawili mnie jak Darek stwierdził, że to on powinien ryczeć,a nie ona, czyżby ośmieszyła pana wielkiego gangstera? Może nie powinnam, bo bidulka wtedy płakała, ale jak przeczytałam tekst, ze kamienie nie płaczą to zaczęłam się śmiać.
    Końcówka mnie zaskoczyła, nie spodziewałam się pocałunku i to z inicjatywy Darka, już prędzej spodziewałabym się, że będzie się wydzierał, że mu jeszcze tej kawy nie zrobiła. czyżby ten pocałunek miał być próbą zawieszenia broni?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kaśka spotykając Darka miała już problemy inne niż finansowe, więc tu nie do końca trafiłaś.
      Nie, na zawieszenie broni to nie ma co liczyć, przynajmniej nie tak szybko.

      Usuń