Autorka tego bloga należy do grupy „Projekt Prozaicy”, z tego też powodu strona korzysta z płatnych linków. Ujmując to krócej i bardziej zrozumiale – autorka zarabia, a czytelnicy nic na tym nie tracą. Te linki są całkowicie bezpieczne dla komputerów, tabletów i smartphone-ów pod warunkiem, że postępuje się zgodnie z instrukcją, czyli nie klika w reklamy, nic nie ściąga na swój sprzęt, a jedynie odczekuje symboliczne pięć sekund i przechodzi dalej. Za wszelkie utrudnienia autorka bloga przeprasza, za waszą aktywność jest wdzięczna, a prywatnie pozdrawia i życzy dobrej zabawy podczas czytania.

Link do instrukcji – KLIK

poniedziałek, 3 lipca 2017

#38

Dwudziesty drugi wpis Klary
Naprawić nas

Mnie i Tymoteusza dzieliło biurko pokaźnych rozmiarów, ale to nie przeszkadzało palcom naszych dłoni się spotkać. To był niby przypadek, a potem dreszcz, jakby nagle zrobiło się zimniej.
Uniosłam się, nie słowem, tak jak powinnam była to uczynić. Jedynie pupę podniosłam z fotela i pozwoliłam na to, by Tymoteusz dalej obejmował mą dłoń swoją dłonią. Zezwoliłam na więcej. Zezwoliłam na to, by już nie tylko dłońmi mnie dotykał. Jego wargi objęły moje usta, jego język wdarł się pomiędzy moje wargi. W głowie miałam wiatr. Dosłownie, czułam jakby huragan szalał we mnie, w mym ciele, sercu, całej duszy.
Drzwi się otworzyły w najmniej odpowiednim momencie. Spodziewałam się każdego, ale nie Artura. Nie pamiętam czy coś krzyczał. Pamiętam jedynie, że wcisnął Filipa na moje ręce, tym samym zmuszając mnie bym zajęła się naszym synkiem, a nie potajemnymi schadzkami z młodym blondynem.
Panowie mierzyli się wzrokiem, obaj równie nieustępliwi, zaborczy, pewni swego. To trwało jednak tylko chwilę. Krótki moment, podczas którego Tymek przegrał, jakby sam sobie uświadomił, że mam męża, a więc też to, że nie należałam się jemu. Należałam do Artura Grandi. Byłam hrabiną Grandi.
Wyjdźmy na zewnątrz – zadecydował mój mąż i nie kierował tych słów do mnie.
Przeraziłam się. Tymek chyba też, ale nie dał po sobie tego poznać. Za wszelką cenę starał się trzymać fason.
Obserwowałam jak Artur przytrzymywał drzwi i dawał Tymoteuszowi znać, by przeszedł przez próg. Chciałam zaprotestować, chciałam ich zatrzymać, ale miałam gulę w gardle. W tamtej chwili byłam egoistką i choć odczuwałam lęk związany z tym co spotka mojego niedoszłego kochanka, to jednak bardziej martwiłam się o swoją skórę.
Nawet nie wyszłam do okna, by sprawdzić co dzieje się na zewnątrz. Słyszałam podniesiony ton zarówno jednego, jak i tego drugiego z mężczyzn. Trzymając łkającego Filipa przysiadłam ponownie w fotelu i wyczekiwałam, choć tak naprawdę sama nie wiedziałam na co czekam. Pewnym jednak było, że chciałam ten czas zawieszenia mieć już za sobą. Lepsza była najgłośniejsza z awantur i najgorsza z kar, niż trwanie w niepewności, czekając na to co nieuniknione.
Wspomniałam wtedy śmierć konia i gniew Artura, który tym spowodowałam. To jak czekałam na niego w pałacu, w jego sypialni. Jak wymiotowałam ze strachu przed laniem jakie mi sprawi. Doszłam do wniosku, że teraz byłam silniejsza albo po prostu już zaznałam od niego tak wielu krzywd, że żadna kolejna nie była mi aż tak straszną, by pobudzić do konwulsji.
Mój mąż pojawił się ponownie w drzwiach gabinetu. Tym razem nie wyglądał już tak okazale jak poprzednio. Włosy miał potargane, pięść zakrwawioną, koszulę wymiętą i marynarka jakoś tak na nim nie leżała. Wściekłość miał wypisaną w oczach, ale nie obawiałam się. Wiedziałam, że nie spoliczkuje mnie w chwili, gdy trzymałam na rękach naszego syna. W taki sposób Filip stał się moją tarczą, która już wkrótce miała zostać mi odebrana.
Idziemy do domu – zakomunikował.
Wstałam na równe nogi, ale nie ruszyłam się o krok. Nagle strach powrócił, sparaliżował mnie.
Chcesz bym zabrał cię na siłę!? – ryknął, a Filip, jak nigdy wcześniej, na dźwięk głosu Artura zareagował głośniejszym płaczem.
Pokręciłam głową, świadoma tego, że jeśli dopuszczę do sytuacji, by mąż siłą wyprowadzał mnie z gabinetu, miejsca mojej pracy, to stanę się pośmiewiskiem w oczach pracowników i gości. Gośćmi nazywałam wszystkich, którzy przychodzili obstawiać wyścigi konne lub zechcieli skosztować czegoś w pobliskiej, także naszej, restauracji.
Ruszyłam do przodu, tuląc do siebie Filipa. Wyminęłam męża i wyszłam na zewnątrz. Razem wsiedliśmy do powozu, tego samego, którym przyjeżdżałam do pracy. Nigdzie nie było woźnicy, ale Arturowi zdawało się to wcale nie przeszkadzać. Sam zajął się powożeniem. Dowiózł nas pod drzwi pałacu, a tam zabrał Filipa z moich rąk i rozkazał jednej z służących, by się nim zaopiekowała.
Artur nie czekał aż Eliza wyjdzie z salonu, w którym się znajdowaliśmy. Służąca ledwie odwróciła się do nas plecami, a ja poczułam mocny uścisk na ramieniu.
Na górę! – wydał polecenie i pchnął mnie w kierunku schodów. – Na górę! – powtórzył warkliwie.
Biegłam po schodach tak szybko jak tylko potrafiłam, jedynie raz oglądając się za siebie. Chciałam zobaczyć jak daleko ode mnie znajduje się Artur. Sądziłam, że depcze mi po piętach, ale myliłam się. Co prawda podążał za mną, ale czynił to bardzo niespiesznie.
Wbiegłam do sypialni i zamknęłam za sobą drzwi. Nie miałam jednak do nich klucza. Obserwowałam klamkę, oddalając się małymi kroczkami, aż napotkałam na przeszkodę w postaci komody postawionej pod ścianą. Klamka zadrżała, a chwilę potem została naciśnięta od zewnątrz. Drzwi otworzyły się. Artur wszedł do środka. Czułam się niemal tak, jakby ktoś zamknął mnie w klatce, a potem wpuścił do niej dzikie, drapieżne zwierzę. Mój mąż był zwierzęciem i udowodnił mi to niejeden raz.
Myślisz, że pozwolę ci się pierdolić po kątach!? – wrzasnął, a ja zatrzęsłam się w przestrachu, oczekując tego co wydarzy się dalej.
To nie tak – odważyłam się zaprotestować. – To był pierwszy raz! – wykrzyczałam przez łzy, które zdawały się zalewać całą moją twarz.
Pierwszy raz? – nie dowierzał. Zaśmiał się przy tym w specyficzny, niezwiastujący niczego dobrego sposób, a potem na mnie ruszył. Pochwycił za nadgarstek, uniósł dłoń.
Skuliłam się, wyczekując uderzenia.
Pierwszy, kurwa, raz? – usłyszałam tuż przy uchu. – A kiedy będzie następny!? Mam go zabić byś się z nim nie puszczała!?
W tamtym momencie, po takich słowach, bardziej obawiałam się o życie Tymoteusza, niżeli o własne. Ubodła mnie jednak niesprawiedliwość. On mnie zdradzał, sypiał z baronową, ale to ja byłam ta zła, bo odważyłam się zezwolić na pocałunek z kimś komu jeszcze na mnie zależało. Arturowi nie zależało od bardzo dawna i w końcu odważyłam się na wykrzyczenie tego prosto w jego twarz.
Zafrasowałam go. Oddalił się na krok i wydawał być zamyślony, przygaszony.
We mnie natomiast skumulowała się cała złość i musiałam jakoś się wyżyć. Kopnęłam go w kostkę, następnie uraczyłam siarczystym policzkiem. Poczułam nagłą sprawiedliwość, bo gdy on sypiał z Wiolettą to ja najbardziej ucierpiałam i to z jego ręki. Przyszedł więc czas na to, by on ucierpiał z mojej, pomimo iż to ja dopuściłam się namiastki zdrady. Wykrzykiwałam swoje myśli jedna po drugiej, bez ładu i żadnego uporządkowania. Obijałam przy tym pięści o klatkę piersiową męża, czasami trafiając w policzek, innymi razy w okolice brzucha.
Artur nie walczył ze mną. Starał się mnie powstrzymać, ale nie chciał stawiać siebie w roli mojego przeciwnika. Chwytał mnie za nadgarstki, zawsze jednak za słabo, nie na tyle mocno, by móc mnie utrzymać. Dopiero, gdy kopnęłam go po raz drugi, trafiając w wyjątkowo czuły punkt, choć nie było to krocze, to zdecydował się na złapanie moich ramion i naparcie z taką siłą, że plecami uderzyłam o ścianę.
Dawno nie widziałam go z tak bliskiej odległości. Nawet gdy z sobą spaliśmy, to byliśmy odwróceni do siebie plecami, gdy się kochaliśmy, to ja byłam tyłem. Na pocałunki nie było w naszym życiu miejsca, nie było więc okazji, by nasze twarze znajdowały się tak blisko siebie. Okazja pojawiła się tamtego dnia, w chwili, gdy moje plecy dotykały ściany.
Spuściłam wzrok, świadoma tego jak drżą mi wargi. Zawsze moje usta drżały, gdy płakałam i byłam zdenerwowana. Być może właśnie to podnieciło Artura na tyle, że zdecydował się na pocałunek.
Przy Tymku czułam wiatr. Gdy mnie całował, to huragan szalał w mojej duszy, sercu, we mnie całej. Przy Arturze były to pioruny, najprawdziwsze błyskawice. One jednak nie chłodziły, tak jak te, które towarzyszą deszczu. One rozgrzewały. Sprawiały, że płonęłam.
Uśmiechnęłam się, chyba nawet nieświadoma tego, że to robię. To nie była z mojej strony gra aktorska, ani pewna, wyćwiczona kobiecość. Ja znowu czułam się jak mała dziewczynka, nieświadoma swojej cielesności, dopiero co ją odkrywająca. Dzieci podniecenie odczuwają zupełnie inaczej niż dorośli. Nie umieją nazwać tego uczucia, ale u nich jest ono znacznie silniejsze, niż w latach późniejszych. Dzieci wszystko przeżywają inaczej, intensywniej.
Pozwalałam na to, by Artur obcałowywał moją szyję, a następnie mnie całą. Rozbierał przy tym moją suknię, zdejmował ją niedelikatnie, ale jednak z namiastką subtelności, jakby samego siebie powstrzymywał i zmuszał do celebrowania tej chwili, jakby był świadomy, że ona może się już nigdy więcej nie powtórzyć, że w każdym momencie mogę go odepchnąć.
Nie miałam jednak w planach go odpychać. Zajęta byłam wspominaniem. Obrazy pojawiały się same przed mymi oczyma, pozwalając mi na to, bym je chłonęła. W myślach znowu byłam małą dziewczynką i odczuwałam tamten rodzaj intymności. Przed mymi oczami stał młodzieniec na tle węgla w płóciennych workach. Mnie piekł pośladek, a nawet oba, bo w wyniku zderzenia z chłopcem upadłam na twardą ziemię. Potem poczułam chłodny wiatr napawający zimnem i drżenie nóg z powodu znajdowania się tyle metrów nad ziemią, na dodatek w obecności najprawdziwszego wilkołaka. Powróciły akompaniament huku i pieczenie policzka, żal po stracie Filipa, żywa nienawiść do młodego hrabiego. Dłonie Artura dotykały mnie dokładnie tak samo, jak wtedy, gdy chciał dodać mi otuchy na pogrzebie mego ojca. W uszach słyszałam tupot kopyt, gdy tuzin koni zbijał w powietrze tumany kurzu.
Dzięki pocałunkowi mego męża, miałam możliwość przeżyć te wszystkie chwile jeszcze raz, ale wcale nie od nowa. Miałam możliwość poczuć je takimi jakimi czułam je wtedy, ale ze świadomością jaką miałam teraz. I wiecie do jakiego doszłam wniosku? Tak, dokładnie tak. Za dużo przeżyliśmy, by móc to w jednej chwili zaprzepaścić i wystarczająco wiele razem przeszliśmy, by być zdolnymi do tego, by nas naprawić.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz