Autorka tego bloga należy do grupy „Projekt Prozaicy”, z tego też powodu strona korzysta z płatnych linków. Ujmując to krócej i bardziej zrozumiale – autorka zarabia, a czytelnicy nic na tym nie tracą. Te linki są całkowicie bezpieczne dla komputerów, tabletów i smartphone-ów pod warunkiem, że postępuje się zgodnie z instrukcją, czyli nie klika w reklamy, nic nie ściąga na swój sprzęt, a jedynie odczekuje symboliczne pięć sekund i przechodzi dalej. Za wszelkie utrudnienia autorka bloga przeprasza, za waszą aktywność jest wdzięczna, a prywatnie pozdrawia i życzy dobrej zabawy podczas czytania.

Link do instrukcji – KLIK

sobota, 29 lipca 2017

#40

Dwudziesty trzeci wpis Klary
Spokój przed burzą

Pamiętam, że tamtego dnia obudziłam się dziwnie spokojna. Od bardzo dawna nie zaznawałam już tego uczucia. Niemal go nie pamiętałam. Przez to spokój mnie przerażał. Był czymś obcym, nieznanym, budzącym lęk.
Otworzyłam oczy, by upewnić się, że to nie jest sen. Artur znajdował się obok mnie. Leżałam przy jego boku, czułam pod głową jego rękę, swoją dłoń trzymałam na jego brzuchu. Było tak jak być powinno, po prostu dobrze.
Dzień dobry – odezwał się, gdy przyuważył, że nie śpię.
Dzień dobry – odpowiedziałam z lekkim uśmiechem.
W tle słyszałam płacz Filipa. Domyśliłam się, że nasza służba spaceruje z nim po piętrze, z nadzieją, że ja i Artur zlitujemy się nad nimi i zabierzemy od nich tego małego krzykacza. Nie było nam jednak do tego spieszno. Chcieliśmy nacieszyć się sobą i choć być może było to z naszej strony zachowanie egoistyczne, to sądzę, że po tych wszystkich przeżyciach i czasie złym, jaki nam się przytrafił, jak najbardziej mieliśmy do tego prawo.
Nagle przypomniałam sobie Tymoteusza. Jego słowa, jego dotyk oraz groźbę jaką Artur wypowiedział pod jego adresem. Mój mąż nie groził mojemu kochankowi prosto w oczy, a przynajmniej nigdy nie byłam tego świadkiem. Zagroził jednak mnie. Zapytał się czy ma zabić Tymka, by nie musieć obawiać się z mojej strony zdrady. Brzmiało to tak, jakby był w stanie to uczynić.
Arturze? – zaczęłam niepewnie.
Tak?
Czy już pojąłeś, że jestem twoja? Zrozumiałeś, że nie masz konkurencji? Wiesz już, że nikogo nie musisz się obawiać?
Oprócz ciebie. Odnoszę wrażenie, że byłabyś w stanie wbić mi nóż w plecy, gdybym ci się zasłużył.
Jeśli nie uczyniłam tego do tej pory, to już tego nie uczynię – zapewniłam. – Ale chciałabym, by Tymoteusza nie spotkało nic złego – dodałam szybko i uniosłam głowę, by spojrzeć w twarz mojego męża, by móc dostrzec jego reakcje.
Co masz na myśli? – Zabrał rękę spod mojej głowy, uniósł się na łóżku do siadu i nerwowym ruchem, mocno drżącą dłonią sięgnął do swojej marynarki, która znajdowała się na podłodze. Wyjął z wewnętrznej kieszeni papierośnice. Odpalił jednego papierosa. – Co masz na myśli? – powtórzył nieprzyjemnym tonem.
Nie spałam z nim. Nie chcę więc, by za nic stała mu się krzywda. – Uniosłam się na jednej ręce, by nie być sporo niższa od niego, a przynajmniej się tak nie czuć.
Nie byłoby to za nic. Kręcił się przy tobie, przy mężatce.
Tak jak pewna wdowa przy tobie – wypomniałam i z oburzeniem odwróciłam twarz, by na niego nie patrzeć. Miałam nadzieję, że go to dotknęło.
Nie mógłbym go skrzywdzić, Klaro – wyznał z dziwną nostalgią. – Pamiętam go, gdy miał ledwie trzy, może cztery latka. Był wtedy bardzo chory. Modliłem się o jego życie i podkradałem ojcu pieniędzy na medyka i leki. Po tym wszystkim nie mógłbym mu tego życia odebrać. Tak więc o to nie musisz się martwić.
Dziękuję – szepnęłam.
Pewnym jednak jest, że Tymoteusz nie może tutaj dłużej zostać, nie może dłużej ci pomagać ani mieszkać w pobliżu. – Przyłożył dłoń do mojego przedramienia, potarł je. – Nie chcę byś go widywała.
To będzie kolejny, którego wyślesz do wojska? – zapytałam i napotkałam na zdziwione spojrzenie mojego męża. – Wiem, że zesłanie tam Mateusza, na dodatek tak daleko od miejsca zamieszkania, to twoja sprawka i nie udawaj.
Nie zamierzałem udawać. Przyznaję się. Zależało mi na tobie, od początku chciałem ciebie, a on stał na drodze.
Więc trzeba było go zdmuchnąć, tak?
A wolałabyś bym go zmiótł z powierzchni ziemi? Powinien być mi wdzięczny, dzięki mnie ma porządny zawód i wianuszek kobiet się za nim uganiających. Szkoda, że on zwraca uwagę tylko na jedną, na zajętą. Chyba mogę darować nam obojgu przedstawianie jej z imienia, prawda? Oboje wiemy o kogo chodzi.
Zaczynasz być niemiły.
Zawsze taki byłem. – Wstał i przytrzymując papierosa między wargami, przywdziewał szlafrok.
Mateusz też nie będzie już dla ciebie zagrożeniem – wyszeptałam smutno i poczułam jak łzy zbierają się w kącikach moich oczu. – Epidemia cholery powróciła. Jego stan jest tragiczny, śmiertelny – przyznałam to sama przed sobą i zaczęłam płakać, samoistnie, bo choć Mateusz był winny wielu moich cierpień, to jednak ciągłe był tym małomównym chłopcem sprzed lat, pierwszym mężczyzną, którego obdarzyłam uczuciem, z którym planowałam przyszłość, z którym się zaręczyłam.
Przykro mi – tylko na tyle było stać mojego męża. Potem wyszedł.
Tamtego ranka ja byłam spokojna, Artur najprawdopodobniej też, choć znowu snuł plany, które zamierzał przede mną ukryć. Hrabia miał pomysł na rozwiązanie wszystkich problemów i to nie tylko tych naszych prywatnych. Wiedział co zrobić, by jednocześnie pozbyć się Tymoteusza i Anicie oraz jej córeczce zapewnić opiekę. Nie zamierzał jednak tłumaczyć mi swoich planów, zwierzać się z nich, pytać o zdanie. Zamiast tego zabrał mnie i Filipa na spacer. Poszliśmy do miasteczka.
Przypomniałam sobie dzieciństwo, to jak wybierałam się do miasteczka z matką, czasami też w towarzystwie brata. Wróciły wspomnienia pana Henryka i jego bajek, cukierni i obrzydliwie słodkich ciastek, które zdaniem Filipa miały mnie utuczyć tak bardzo, że pewnym było moje staropanieństwo. Zwierzyłam się z moich wspomnień Arturowi. Śmiał się.
Jemu za to spacery do miasteczka kojarzyły się ze mną. Z pierwszymi tygodniami po naszym ślubie, gdy musieliśmy udawać przed wszystkimi, że tego chcieliśmy. Znaczy ja musiałam udawać, bo on tego właśnie chciał, on spełnił swoje plany, marzenia i cele.
Wolę ten późniejszy okres – przerwałam mu szybko. – Gdy co niedzielę chodziliśmy razem na msze, a potem odwiedzaliśmy cukiernie i brudziliśmy się nawzajem tortem lub kremówkami.
Nagle, niespodziewanie wskazał dłonią na wejście do cukierni. Podszedł do drzwi i otworzył je przede mną. Potem jednak szybko znalazł się przy mnie i zabrał mi z rąk wózek. Uznał, że jest ciężki, a próg wysoki i, że jemu będzie łatwiej podjechać. Faktycznie, ja bym się pewnie przy tym napociła co niemiara, a dla niego to była pestka. Był ode mnie silniejszy, sporo silniejszy, ale tylko fizycznie. Uczucia, rozum, dusza mojego męża... to wszystko było w totalnej rozsypce, ale krył się z tym na tyle dobrze, że nawet nie przychodziło mi do głowy, by mu dopomóc.
Po tym jak miło, wspólnie spędziliśmy dzień, wróciliśmy do domu. Filip był wyjątkowo spokojny. Spał w nieustannie kołyszącej się kołysce. To Artur ją co jakiś czas wprowadzał w ruch. Zasiedliśmy w salonie przy kominku, choć zwykle tego nie robiliśmy. Napiliśmy się wina, zapaliliśmy wspólnie jednego papierosa. To wtedy Artur na moment zniknął. Poszedł na strych, a gdy wrócił był cały zakurzony i w pajęczynach. Dopiero wtedy dotarło do nas, że na poddaszu od lat nikt nie sprzątał, a było tam naprawdę pięknie. Te wszystkie skosy i okna ostro zakończone. Miałam już wizję, że zrobię tam nasz prywatny, mały ogród, gdyż zawsze lubiłam kwiaty, a w pałacu było ich wciąż niewiele. Nim jednak tę wizję zaczęłam wprowadzać w życie, czy nawet opowiadać o niej mężowi, to na moich kolanach spoczął dziennik. Obity był w bordową skórę.
Chcę byś kiedyś mnie zrozumiała – powiedział dziwnie skrępowany. – Spisałem tam niemal wszystko. Wszystko to co najważniejsze. Nie czytaj jednak dziś ani jutro, ani nawet w przyszłym roku. Przeczytaj, gdy będziesz gotowa sama coś w nim napisać. Napisać w nim prawdę.
Wtedy zrobiło się dziwnie, ale spokój nadal mnie nie opuścił. Położyłam pamiętnik na niskiej ławie, a gdy wstałam, by przytulić męża, bo jego szklące się oczy wzmagały we mnie ochotę wzięcia go w objęcia i poczucia jak on obejmuje mnie, to potrąciłam kieliszek, gdy go stawiałam, to papieros był w mojej dłoni, więc i popiół spadł. Tak powstały plamy na dzienniku. Plamy, które od razu chciałam zetrzeć.
Zostaw, toż to pamiątki, niemal tak samo istotne dla nas, jak fotografie, jak listy pisane późną nocą, jak echo słów... szeptów rozognionych, gdy świt się pojawia na horyzoncie, budzi do życia miasta i wsie, i wyrywa nas ze swych objęć – przemówił szeptem tak podniecającym, że dreszcz przeszedł nie tylko wzdłuż mojego kręgosłupa. Ja odnosiłam wrażenie, jakby całe moje ciało stało się nagle jednym dreszczem.
To był moment, w którym Artur padł na kolana, a ja z wrażenia aż ponownie usiadłam na sofie. Znajdował się kilka kroków ode mnie i na kolanach ten dystans pokonał. Chwycił mą dłoń, pocałował jej wierzch i powiedział jedno, ciche, mające wszystko naprawić:
Przepraszam.
Wtedy nie rozumiałam, ale po roku pojęłam za co przepraszał. Sam mi to wyznał. Nie wszystko, ale większą część. Opowiedział historie mej matki, tego, że mój brat był dzieckiem z gwałtu, bo jego ojciec był zwierzęciem, nikim więcej. Przyznał, że on sam też, w pewnym momencie trwania naszego małżeństwa, zwierzęciem się stał.
Miałem w zamiarze cię chronić, nigdy krzywdzić – to słowa, które mówił poprzez szloch, słowa, które zawsze echem będą odbijały się w mym sercu.
Jednak zanim doszło do wyznań, to w życiu nas wszystkich nadszedł czas na wyjazd, ślub i pogrzeb. Na radość i łzy. Miejsce na rozstania, te na chwilę, choćby dłuższą, jak i te na zawsze.

2 komentarze:

  1. Nie mogłam się doczekać tego rozdziału i jak zwykle się nie zawiodłam :D Był naprawdę bardzo dobry :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję i cieszę się, że przypadł Ci do gustu. Zobaczymy czy dalej też będzie Ci się tak podobało i czy zakończenie Cię nie zawiedzie.

      Usuń