Autorka tego bloga należy do grupy „Projekt Prozaicy”, z tego też powodu strona korzysta z płatnych linków. Ujmując to krócej i bardziej zrozumiale – autorka zarabia, a czytelnicy nic na tym nie tracą. Te linki są całkowicie bezpieczne dla komputerów, tabletów i smartphone-ów pod warunkiem, że postępuje się zgodnie z instrukcją, czyli nie klika w reklamy, nic nie ściąga na swój sprzęt, a jedynie odczekuje symboliczne pięć sekund i przechodzi dalej. Za wszelkie utrudnienia autorka bloga przeprasza, za waszą aktywność jest wdzięczna, a prywatnie pozdrawia i życzy dobrej zabawy podczas czytania.

Link do instrukcji – KLIK

środa, 10 stycznia 2018

#50

Dwudziesty piąty wpis Klary
Mieć dla kogo żyć

Pamiętałam Mateusza, gdy ten był dzieckiem, gdy stawał się młodzieńcem i młodym, pełnym sił mężczyzną. Miał piękne oczy o barwie błękitnego, bezchmurnego nieba. Zakochałam się w tych oczach od pierwszego wejrzenia, od dnia, gdy uderzył mnie piłką. To miało miejsce jeszcze w sierocińcu, którego był wychowankiem. To wtedy pierwszy raz się odezwał. To ja byłam tą osobą, do której pierwszy raz przemówił.
Na łożu śmierci Mateusz wyglądał zupełnie inaczej. Strasznie schudł. Ramiona jakby mu się zapadły, klatka piersiowa także. Blask w oczach zgasł, stały się mętne, przykryte szarawą mgiełką. Pomimo tego jednak uśmiechnął się, gdy tylko mnie zobaczył.
Nie podchodź blisko – rozkazał szybko, ale głos miał słaby. – Nie chcę cię zarazić – dodał z troską.
Zatrzymałam się w bezpiecznej odległości. Stanęłam w progu i poczułam taką słabość, że byłam zmuszona weprzeć się na futrynie. Łzy nieproszone stanęły w moich oczach, a w gardle starałam się zdusić szloch. Czułam potrzebę płaczu większą niż kiedykolwiek. Nie miałam siły nic mówić, ale przecież sama chciałam odwiedzić Mateusza, więc powinnam była coś powiedzieć, nie wolno mi było milczeć.
Słyszałam o twym ślubie – zaczęłam.
Chcę przed śmiercią zrobić coś dobrego – wyjaśnił. – Zajmę się jej dzieckiem, uznam je i będzie jej się lżej żyło. Jeśli mamy możliwość komuś odjąć cierpień i ulżyć, i to tylko jednym podpisem, to chyba nie warto się wahać.
To nie tylko podpis. To też przysięga – przypomniałam.
A więc trafię do piekła. I tak tam na mnie czekają.
Nie mów tak. – Zbliżyłam się. Strach przed zarażeniem się cholerą gdzieś uleciał. Przysiadłam na łóżku, na tym samym, na którym Mateusz leżał i pochwyciłam jego dłoń. – Nie jesteś złym człowiekiem.
Jestem. Gdybym nie był, to byłbym teraz z tobą. Opiekował się naszym synem.
Zrobiłam duże oczy, bo nigdy nie sądziłam, by Mateusz choćby podejrzewał, że Filip może być owocem tamtejszej naszej wspólnej nocy. Teraz byłam pewna, że on od początku wiedział, że nie miał nawet wątpliwości.
Mogłem pomóc ci się od niego uwolnić – kontynuował. Mówiąc to miał na myśli Artura, mojego męża. – Wystarczyłoby, że bym się przyznał, a wasze małżeństwo zostałoby anulowane.
Z powodu mego cudzołóstwa.
Tak, ale...
Bylibyśmy zhańbieni.
Spojrzałam na Mateusza i zobaczyłam w jego oczach przekonanie, że właśnie tak by było. Sama byłam tego pewna. Koniec dziewiętnastego wieku nie był łaskawy dla rozwodników, a przede wszystkim nie był łaskawy dla kobiet, które dopuściły się zdrady i dla ich kochanków. U mężów to wyglądało zupełnie inaczej. Ich nikt nie piętnował za zdrady. Wydaje mi się, że panowało przekonanie, iż mężczyzna może zdradzać i ciągle szanować, a przy tym ciągle dochowywać wierności przysiędze jaką składał kobiecie przed Bogiem. Oni traktowali noce uciechy jak rozrywkę, jak pewien rodzaj sportu. Bardzo rzadko i niewielu łączyło to z miłością, a tym samym ciężko było upatrywać się w tym zdrady. Kobiety natomiast, zdaniem społeczeństwa, były słabe i ich słabością były uczucia. Jeśli więc była w stanie z innym sypiać, to innego też szanowała, innego kochała, innemu była posłuszna. Tyle wystarczyło, by po rozwiązaniu małżeństwa traktować ją jak trędowatą albo jeszcze gorzej.
Tamtego dnia zrozumiałam, że Mateusz nie przyznał się przed wszystkimi do tego, że był ojcem Filipa, bo chciał nam wszystkim oszczędzić cierpień. Nie chciał mnie skrzywdzić, nie chciał skrzywdzić naszego dziecka ani państwa Morello, których traktował jak rodziców. Kiedy to wszystko do mnie dotarło, było mi łatwiej pogodzić się z jego rychłymi zaślubinami, ale znacznie trudniej było mi zaakceptować jego odejście, a decyzja o jego śmierci była nieodwołalna. Śmierci nie dało się przekupić. W tym przypadku nawet Bóg zawodził i nie dało się u niego wybłagać jeszcze odrobiny czasu.
Mateusz na własnym ślubie wyglądał na tyle słabo, że obawialiśmy się, iż nie wytrzyma do końca ceremonii. Wszyscy sądziliśmy, że umrze w kościele, jeszcze przed złożeniem przysięgi małżeńskiej. Tak się nie stało. Mijały dni, a on nadal żył. Zmarł dopiero późną jesienią, niemal doczekał początków zimy. Udało mu się uratować Anitę. Udało mu się nawet uczynić ją brzemienną. Pod koniec lata urodziła zdrowego, silnego chłopca. Nadała mu imię po ojcu, bo państwo Morello bardzo na to nalegali. Zależało im na tym, bo chcieli widzieć w małym swojego Mateusza. Chłopczyk jednak ani trochę nie był podobny do swego ojca. Urodę odziedziczył po matce. Żałowałam, że w przypadku Filipa tak się nie stało. Filip z roku na rok stawał się coraz to wierniejszą kopią Mateusza.
Czas mijał, Filip rósł, ludzie zaczynali plotkować. Całe miasteczko i pobliskie wsie wpatrywały się w Filipa, starając się w nim dostrzec dowód mojej zdrady. To wtedy Artur zrobił coś nieoczekiwanego. Był gotów zrezygnować z tytułu. Tak bardzo zawierzał w mą wierność, w to, że mój syn jest także jego synem, że był gotowy oddać tytuł hrabiowski prawowitemu następcy, temu z prawego łoża. Jego brat, Mateusz, co prawda już nie żył, ale zostawił po sobie syna, zostawił dziedzica. Tytuł należał się więc synkowi Anity – Mateuszowi Juniorowi. Anita jednak nie chciała go przyjąć. Państwo Morello także nim gardzili.
Tytuł pozostał u nas, w naszej małej rodzinie, ale Artur nie porzucił myśli, by opowiedzieć ludziom prawdę. Ziścił ten plan. Wszystkie lokalne gazety opisały historię rodziny Grandi. Ludzie dzięki temu nie przestali gadać. Mówili jeszcze więcej i częściej na nasz temat, ale nikt już w Filipie nie upatrywał się dowodu mej zdrady. Ich zdaniem mały był podobny do wujka, tak jak w wielu innych rodzinach, wiele innych dzieci.
Artur nie pytał czy Filip jest jego synem. Tak naprawdę to pytanie zadał tylko raz, niedługo po tym jak mały pojawił się na tym świecie. Wtedy skłamałam, potem trwałam w tym kłamstwie. Myślę, że Artur zdawał sobie sprawę z prawdy, tak więc oboje trwaliśmy w tym mym kłamstwie za przyzwoleniem nas obojga.
Życie układało nam się różnie. Raz lepiej, raz gorzej. Ciągle spłacaliśmy długi z przeszłości mego męża, opłacaliśmy też edukację Tymoteusza, a przy tym staraliśmy się trzymać miasteczko i jego okoliczne wsie w dobrej kondycji. Ja i Artur byliśmy dobrymi partnerami. To zadziwiające, że potrafiliśmy nimi być, bo przed laty wątpiłam, że kiedykolwiek staniemy się zgodni. Nie sądziłam, że będziemy wspierać się nawzajem, wspólnie decydować, razem pomagać innym. To wszystko sprawiło, że nawet niepochlebna fama o moim mężu wyblakła. Jego dawna reputacja zbledła do tego stopnia, że dała radę ją przyćmić całkiem nowa, ta którą wspólnie wypracowaliśmy.
Doskonale pamiętałam czas, gdy Artur został hrabią Grandi. To było jeszcze na długo przed naszymi zaślubinami. Ludzie wtedy płakali nad swym losem. Nie widzieli przyszłości przy kimś takim jak Artur. Sądzili, że on wszystko sprzeniewierzy, wysprzeda, zaprzepaści. Po latach, nikt nie śmiał nawet tak pomyśleć. Ludzie więc kłaniali nam się na ulicach, uśmiechali do nas, czasami wręczali Filipowi jakieś słodkości, gdy ten nam towarzyszył w sobotnim lub niedzielnym spacerze. A ja pragnęłam tylko jednego. Pragnęłam, by Artur spisywał się w roli ojca, tak jak spisywał się w roli męża i w roli hrabiego. Nigdy nie udało mu się dogonić mych pragnień. Nigdy nie sprostał mym wymaganiom.
Nie mogę jednoznacznie stwierdzić, że Artur był złym ojcem. Nie był zły. Był jednak inny. Inny od większości. A ja byłam tym zmęczona. Męczyło mnie, iż to ja muszę zaganiać małego do nauki i do łóżka, a do tego ganić za niewłaściwe zachowania. Artur natomiast zwykle go przytulał, pocieszał i zabawiał. Chyba tylko raz krzyknął na Filipa albo ja tylko ten jeden raz pamiętam. Miało to miejsce przy niedzielnym obiedzie. Nie pamiętam co Filip robił. Być może zwyczajnie grymasił i nie jadł, a być może się wygłupiał jak to miał czasami w zwyczaju. Natomiast doskonale pamiętam trzask, uderzenie otwartej dłoni o stół i wypowiedziane mocnym barytonem, niemal krzykiem:
Jedz do cholery!
Wtedy było dziwnie. Z jednej strony Artur zrobił coś czego oczekiwałam od niego od dawna. Z drugiej strony wcale nie byłam do tego przyzwyczajona i upatrywałam się w tym czegoś ponad zły humor. Filip zaczął płakać, zeskoczył z krzesła, na którym siedział i nim pobiegł schodami do swojego pokoju, to wcześniej potrącił talerz. Porcelana się zbiła, obiad rozsypał po podłodze, jakiś jego składnik poplamił biały dywan. Artur wstał i nim poczynił krok, to ja poszłam w jego ślady. Szarpnęłam za rękaw koszuli.
To dziecko, zostaw go, proszę.
Ustąpił. Uznał, że mogę mięć rację. Ponownie usiadł, dokończył posiłek, a później kazał pokojówce posprzątać cały bałagan. Wieczorem, jak gdyby nigdy nic, opowiedział Filipowi bajkę, a później długo z nim rozmawiał. Mały lubił go słuchać przed zaśnięciem. Nigdy nie zechciał abym to ja zastąpiła Artura, choć kilkakrotnie proponowałam.
Pamiętam też moment, gdy Filip się zgubił. Nie miał więcej niż cztery lata. Artur oskarżał mnie o to, że nie dopilnowałam naszego syna. Ja oskarżałam Artura, bo nie zamknął bramy wjazdowej do pałacu. Krzyczeliśmy na siebie podczas poszukiwań. Po równi się baliśmy. Ja chyba nawet bardziej, bo pamiętałam sytuację sprzed lat, gdy razem z mym bratem szukałam Krystiana. To był ten sam las, to samo miejsce nad rzeką.
Chłopiec przeszedł mostkiem i szedł w kierunku torów – poinformowali nas okoliczni wędkarze.
Miałam im za złe, że go nie zatrzymali, choć wiedziałam, że nie musieli. Tak naprawdę nawet nie musieli w Filipie widzieć przyszłego hrabiego, bo nie mieli konieczności się mu przyglądać, a dzieci chodzących samopas było wiele. Nawet ja i mój brat, wraz z Krystianem, a potem ja wraz z Mateuszem chodziliśmy sami po miasteczku, odwiedzaliśmy różne miejsca, na przykład cukiernie. Jednak Filip był moim synem i mogło mu się stać coś złego, a to zniekształcało cały obraz obiektywizmu.
Kiedy z Arturem doszliśmy, a właściwie to dobiegliśmy do torów, to dwóch chłopców, w tym Filip, na nich leżało, a reszta im kibicowała. Pociąg jechał dokładnie z naprzeciwka, po szynie, na której oni leżeli. Poczułam się tak, jakby mi serce stanęło. Zupełnie tak, jakbym miała zaraz umrzeć, choć to nie mnie, a mojemu synkowi groziło niebezpieczeństwo. Ruszyłam biegiem. Artur za mną. Jednak to ja biegałam szybciej. Ten drugi chłopiec powstał wcześniej. Wystraszył się sygnału jaki dawał konduktor. Filipa zabrałam z torów w ostatniej chwili. To co działo się później, to był impuls. Trzymałam go na rękach i tuliłam do siebie, choć ważył już całkiem sporo i normalnie nie dawałabym rady go unieść na tak długo. Pociąg przejechał, Artur do nas dobiegł. To był moment, w którym odstawiłam Filipa na ziemię i spoliczkowałam.
Czy ty jesteś normalny? – zapytałam.
Filip trzymał się za policzek i płakał. Artur szarpnął mną do tyłu i stwierdził, że jeśli mam się na kimś wyżyć to na nim, bo to on opowiadał dziecku o zabawie na torach. Później sam zaczął krzyczeć na pozostałe dzieci. Były starsze od Filipa, niby niewiele, ale w przypadku tak małych dzieci, to nawet dwa lata robi różnice. Artur chciał ich odprowadzić do domów, ale wyperswadowałam mu ten pomysł z głowy. Wiedziałam, że jeśli dzieciaki wrócą do swych domostw z nim, a ten jeszcze na nich naskarży, to ich rodzice w obawie, że przez swoje pociechy narazili się hrabiemu, spiorą swych synów na kwaśne jabłko. Nie pragnęłam żadnej zemsty ani niczyjej krzywdy, bo w ostatecznym rozrachunku, przecież nie stała się żadna tragedia. Na szczęście nie stała się żadna tragedia.
Artur wziął Filipa na ręce, tym samym zadecydował, że powinniśmy już wracać do pałacu. Mały tulił się do niego i płacząc, tłumaczył, że nie chciał źle, że chciał być tylko tak samo odważny jak tata.
To nie jest odwaga. Nie ma nic odważnego w chęci spojrzenia w oczy samej śmierci – odpowiedział nienaturalnie szybko i nieco zmienionym głosem, jakby sam ledwie powstrzymywał się od płaczu.
Ale ty wytrzymywałeś na torach najdłużej. Wszysty o tym mówią. Pamiętają – powiedział Filip i objął szyję ojca mocniej niż do tej pory.
A teraz nie położyłbym się ani na sekundę.
Bo już nie jesteś taki odważny? – dopytywał dalej Filip.
Nie, nie dlatego. Bo już mam dla kogo żyć. Bo jesteś ty i twoja mama.

Zanim wszyscy zauważą i zwrócą uwagę, że napisane jest „wszysty” zamiast „wszyscy”, to od razu informuję, że to słowo Filip bardzo długo będzie źle wypowiadał, a nawet w wieku dorosłym mu się zdarzy tak niejednokrotnie przejęzyczyć.
Długo mnie nie było, ale w ostatnich miesiącach nie miałam czasu nawet na sen i jedzenie, tak więc pisanie, publikowanie i inne przyjemności zeszły na dalszy plan. Są rzeczy, których nie da się przeskoczyć, a życie prywatne i zawodowe jest dla mnie ważniejsze od blogowego czy wattpadowego. Mimo wszystko jednak nie zamierzam znikać.
Nie musicie się obawiać, że kiedyś po dłuższej przerwie nie powrócę, bo powrócę zawsze. NIE MAM ZAMIARU RZUCAĆ PISANIA! No przynajmniej nie mam zamiaru tego zrobić dopóki nie opublikuję wszystkich opowiadań i powieści, które postanowiłam opublikować, a nimi są:
– „Na kartkach pamiętnika”
– „Żona gangstera”
– „Się nie zdarza taka miłość”
– „Zostaw uchylone”
– „Samotna królewna”
– „Prawdziwa legenda”
Tak więc, jak sami widzicie, jeszcze długo będziecie się ze mną męczyć (mam cichą nadzieję, że w pozytywnym tego słowa znaczeniu).
Zachęcam do komentowania, bo to naprawdę daje kopa do dalszej pracy: do wymyślania, pisania, publikowania!