Autorka tego bloga należy do grupy „Projekt Prozaicy”, z tego też powodu strona korzysta z płatnych linków. Ujmując to krócej i bardziej zrozumiale – autorka zarabia, a czytelnicy nic na tym nie tracą. Te linki są całkowicie bezpieczne dla komputerów, tabletów i smartphone-ów pod warunkiem, że postępuje się zgodnie z instrukcją, czyli nie klika w reklamy, nic nie ściąga na swój sprzęt, a jedynie odczekuje symboliczne pięć sekund i przechodzi dalej. Za wszelkie utrudnienia autorka bloga przeprasza, za waszą aktywność jest wdzięczna, a prywatnie pozdrawia i życzy dobrej zabawy podczas czytania.

Link do instrukcji – KLIK

piątek, 11 maja 2018

#87

Rozdział 9
Chociaż spróbować

Studio, a na środku niego ława zawalona różnymi teczkami z portfolio i kilkoma luźno rozrzuconymi zdjęciami. A między tym wszystkim ona w skąpej, białej bieliźnie. Moja dłoń zsuwająca jedno ramiączko i usta wpijające się po chwili w to miejsce. Jej twarz przy mojej twarzy, jej wargi na mojej szyi, jej dłoń rozpinająca mój pasek i… pobudka. Obudziłem się zdyszany jak jeszcze nigdy. Spazmatycznie łapałem powietrze, jakbym przebiegł nie jeden, a osiem maratonów. Przetarłem jeszcze przymknięte powieki, by po chwili złapać się za serce. Biło jakby chciało wylecieć z klatki piersiowej. Poczułem suchość w ustach i brak możliwości złapania powietrza. Ledwie udało mi się sięgnąć do szuflady szafki nocnej po leki na nadciśnienie, a potem po wodę, którą zawsze miałem przy sobie. Odkręciłem nakrętkę, włożyłem pastylkę do ust i napełniłem szklankę – niezmienny zwyczaj, nawet w chwili zagrożenia utratą przytomności czy zawałem. Połknąłem lekarstwo i opadłem na poduszki, starając się nie myśleć o obrazie jaki nie tak dawno miałem przed oczami.
To siedemnastolatka, zapomnij – powtarzałem sobie w myślach.
Z drugiej strony jednak patrząc, nie raz i nie dwa sypiałem z małolatami, co prawda pełnoletnimi, ale mniej dojrzałymi niż ona... mniej kobiecymi. Jednak one były takie… typowe kurwy lecące na pieniądze albo chcące się w ten sposób wspiąć po szczeblach kariery. Majka… Mel była inna.
Zapomnij, zapomnij, Hubert zapomnij! – krzyczałem na samego siebie bezgłośnie, wewnątrz.
Sięgnąłem dłonią do zasłonki, nieco ją uniosłem. Za oknem zaczynało świtać. Wstałem i dopiero wtedy zauważyłem, że jestem w dżinsach. Wczoraj byłem tak zmęczony dniem pracy, że nawet nie miałem siły ich zdjąć. Pewnie koszulę też nadal bym miał na sobie, gdyby nie to, że zostawiłem poplamioną w pracy. Kiedyś z pewnością nabawię się zapalenia płuc, zwłaszcza, gdy częściej w środku zimy będę pod kurtką nagi, jadąc motocyklem. Udałem się za szklaną ścianę, odgradzającą sypialnię od prysznica. Zdjąłem spodnie i poczułem to nie do opisania relaksujące i zarazem kojące nerwy uczucie jakie dawała letnia woda. Nie miałem jednak na relaks za dużo czasu. Był dzień jak co dzień, musiałem brać się do roboty, a wcześniej ogarnąć nieco mieszkanie, przynajmniej z grubsza.
Masz coś do prania?! – krzyknąłem, stojąc w kuchni, przy pralce ukrytej w jednej z szafek, nieopodal zmywarki.
Oczywiście Suzi mi nie odpowiedziała, więc najpierw nakarmiłem czarnego kota, a potem wszedłem do jej pokoju.
Mógłbyś się nauczyć pukać – warknęła, zapinając jednocześnie stanik.
Też mi coś. Jakbym dziewczyny w jej wieku w bieliźnie nie widział. Na plażach było takich tysiące latem, a w pracy miałem niewiele starsze, nawet półnagie, każdego dnia.
Pytałem czy masz coś do prania – wyjaśniłem, mijając ją i opierając się o parapet. Sunąłem wzrokiem po jej ciele od pępka po oczy i szukałem odpowiedzi na pytanie: „kiedy do cholery tak urosła?”.
To jest chore – wypaliła nagle, sięgając po bluzę.
Co jest chore?
Własny ojciec patrzy mi się na cycki.
Chyba to zawsze lepsze niż cudzy – zażartowałem. – Taki joke – wyjaśniłem, gdy zauważyłem jej nieprzychylną minę. – Kwiatek przykuł moją uwagę. Ładny, taki… A właściwie kto ci pozwolił zrobić tatuaż, jeszcze w takim miejscu?
A co, wolałbyś bym wydziarała sobie na czole BDR?
Boże daj rozum?
Nie, Boże duś rodzica.
Brzmi prawie jak „Bogurodzica”, czyli nie tak najgorzej. – Uśmiechnąłem się ciepło i trąciłem palcem wskazującym jej nos w chwili, gdy ona zirytowana przewracała oczami. – To jak, masz coś do prania?
Jasne, w każdym rogu coś znajdziesz, wystarczy poszukać. – Trzynastolatka wskazała palcem na jedną górę ubrań, a następnie na drugą.
Nie nauczono cię, że brudne ubrania wrzuca się do kosza na pranie?
Nie miał kto mnie tego nauczyć. A teraz przepraszam, ale chciałabym się w końcu móc przebrać, bez publiczności.
Jasne. – Wyminąłem ja. – Przynieś te rzeczy, wypiorę. Jakbyś mogła to posegreguj, a jak nie, to… zresztą nieważne. – Wyszedłem, bez pytania: „dlaczego nie jesteś już przy drzwiach i nie idziesz do szkoły?”.
Uznałem, że być może wolny dzień, mój i jej, taki wspólny, dobrze by nam zrobił. Tu nawet nie chodziło o to, że my nie lubiliśmy swojego towarzystwa. My się po prostu nie znaliśmy i dotarło do mnie, że jest coraz starsza, i że mogę nawet nie zdążyć jej poznać, bo prędzej znajdzie sobie męża, niż zamieni trzy zdania bez podniesionego głosu z własnym ojcem.
Wysyłałem właśnie wiadomość Robertowi, że dziś nie przyjdę do pracy. Zamówiłem się, nieistniejącą u mnie, anginą. Plany zepsuł mi dzwonek do drzwi i Chantel (czyt. Szantel), stojąca za progiem z niewielką walizką. Zdziwiło mnie to, bo ona zawsze podróżowała z dużymi gabarytami, ze względu na to, że nie wyobrażała sobie nawet dnia, bez dwukrotnego zmieniania obuwia, a co za tym szło, na tygodniowy urlop brała trzy walizki – z ubraniami, butami i torebkami. Każda była w innym kolorze, by jej się czasami nie myliło. Wsunąłem telefon do kieszeni dżinsów. Zabawne, że po prysznicu, założyłem te same co wczoraj i dopiero to do mnie dotarło. Patrzyłem niczym ciele w malowane wrota. Wrota będące ładną, choć chudą, długonogą brunetką o prostych jak druty włosach.
Na dole jest reszta walizek, mężu – powiedziała jak zwykle pewna siebie, a mnie aż usta się otworzyły z wrażenia. – No co tak stoisz? Ani po walizki nie idziesz, ani żony nie uściskasz?
Nie możesz się tutaj wprowadzić – powiedziałem powoli, niemal szeptem.
Podeszła do mnie, stukając obcasami o popielate płytki, w których można było się bez problemu przejrzeć. Położyła dłoń na moim nagim torsie. Postukała o niego dwoma paluszkami i wyszeptała wprost do mojego ucha:
Powiedz to mojemu prawnikowi, maleńki. – Wyminęła mnie i rozsiadła się wygodnie na mojej kanapie, którą sam wybierałem. Zajrzała do mojego barku, marudząc, że są tam same sok i napoje bezalkoholowe.
Jak chcesz chlać, to idź do baru, jest za rogiem. Nieopodal jest też hotel. Na pewno trafisz. – Wystawiłem jej walizkę za drzwi.
Wstała, sięgnęła po swój bagaż i postawiła ponownie w tym samym miejscu, w którym znajdował się wcześniej. Oczywiście, uczyniła to z głośnym przytupem.
To mieszkanie jest w połowie moje. Johan mnie zostawił. Musze mieć gdzie spać i co jeść. Jesteś moim mężem i masz obowiązek mnie utrzymać. Zwłaszcza, że to z twojej winy zbankrutowałam.
ZbankrutowaLIŚCIE, chciałaś powiedzieć.
Bo to tobie zachciało się… – Już miała mi wyrzucić to co zwykle, gdy do drzwi ponownie ktoś zapukał.
Zacząłem się już zastanawiać czy domofon na dole nie działa, czy może ktoś drzwi klatkowe wystawił. Specjalnie wprowadziłem się do wieżowca, na ósme piętro, by móc czasami udawać, że nie ma mnie w domu i unikać nieproszonych gości. Widać jednak, że niektórych wizyt nie da się uniknąć.
Witam. Ewa Małecka, pracownik miejskiej opieki społecznej. Pan Hubert Mielczarek?
Z początku miałem wrażenie, że informacje jakie mi podała ta młoda i lekko otyła kobieta zetną mnie z nóg, ale szybko się otrząsnąłem i postanowiłem trzymać fason.
Baker. Hubert Baker. – Podałem jej dłoń i zrobiłem miejsce, by mogła wejść.
Moja żona także się przywitała:
Victora Chantel Baker. Co panią sprowadza?
To co zawsze sprowadza takich ludzi. Dręczenie normalnych ludzi, nienormalnymi ustawami – odpowiedziałem nieuprzejmie. – Szkoła panią przysłała, zgadłem?
Tak. Na wstępie chciałabym zadać kilka pytań. – Weszła jak do siebie, więc wskazałem jej ławę i fotel, bo co innego miałem zrobić? – Pan Hubert…
Bart Baker – wyjaśniła moja żona. – Hubert Mielczarek to poprzednie nazwisko. – Zdjęła kurtkę i dała mi do odwieszenia, szepcząc: „ja to załatwię”. Usiadła naprzeciw kobiety z MOPS-u i założyła nogę na nogę.
Zmienił pan tożsamość? – zdziwiła się. – Zaraz, ten Bart Baker? – Spojrzała na mnie zaskoczona, właściwie, to nawet zszokowana.
Ten sam. Bart to tylko pseudonim. Baker to nazwisko żony. Zdecydowaliśmy, że posiadanie różnych nazwisk nie ma sensu, a żona była wiązana nazwiskiem z firmą, więc…
Rozumiem. Miło rozmawiać ze znanym na całą Europę fotografem.
Tylko proszę o tym nie rozpowiadać na lewo i prawo. Staram się wreszcie normalnie i spokojnie żyć. Z dala od świateł reflektorów. Chcę zacząć od nowa, w innym miejscu i z czystą kartą.
Ta czysta karta jest spowodowana szumem medialnym, który kilka lat temu kręcił się wokół pańskiej osoby?
A czy tego dotyczy pani wizyta? – dopytałem zirytowany.
Nie, z początku nie dotyczyła, ale pańska córka jest nastolatką, a pan…
Mój mąż nie miał romansu, a już na pewno nie z nieletnią. To były czyste oszczerstwa. I mnie samej zajęło kilka lat, by w to uwierzyć. Został uniewinniony. Myślę, że pół roku aresztu, bez możliwości wyjścia za kaucją, nauczyły go, by nie ufać roznegliżowanym gówniarom – przy ostatnim zdaniu wbiła we mnie nienawistne spojrzenie. – Pani wizyta dotyczy Zuzy, tak? – zapytała z lekkim uśmiechem, a ja byłem szczęśliwy, że przynajmniej zeszła z tego niewygodnego tematu. – Ja zdaje sobie sprawę, że mój mąż nie jest najlepszym opiekunem. Czasami się dziwię, że sam siebie jeszcze nie zgubił, nie spalił i w nerwach nie wywalił przez okno, ale skoro on żyje, i jest cały, to jego córce, tym bardziej, nic przy nim nie grozi. On naprawdę, gdyby musiał i mógł, to oddałby za bliskich życie, choć na pierwszy rzut oka nie wygląda.
Może mnie pani nie zagadywać i dać panu Hubertowi dojść do głosu?
Ależ oczywiście, będę milczała jak grób. No mów kochanie, mów.
Ledwie usiadłem obok niej na kanapie, a już zaczęła poklepywać po moim ramieniu, co mnie niezmiernie drażniło.
Ale pani jeszcze o nic konkretnego nie zapytała, tak więc… czekam. – Uśmiechnąłem się ironiczne do rudej kobietki. Zawsze wiedziałem, że co z serca to z oczu, i że co rude to wredne.
Pańska córka wagaruje, nałogowo pali, zwraca się wulgarnie, nie tylko do rówieśników, ale także do nauczycieli. Pana wizyta w szkole także niczego nie zmieniła, mało tego, dyrektorka ocenia pana…
Jako skończonego chuja? Tak, wiem. Miałem gorszy dzień. Nie mam najlepszych relacji z córką i sam o tym wiem. Nie lubię, gdy mi się to wypomina. Najprościej jest komuś zarzucić, że się nie zajął własnym dzieckiem zaraz po urodzeniu albo, że potem nie zabrał tego dziecka do nowej rodziny, gdy już taką założył. Najłatwiej wydać osąd, znając tylko półprawdy.
Jaka jest prawda?
Nie pani sprawa. – Wstałem z kanapy i podszedłem do lodówki, by wyjąć coś zimnego do picia.
Bart! Cholera! Przepraszam za męża, jest kapryśny jak każdy artysta. Jego pierwsza żona zmarła przy porodzie. On zaczął pić, a meliny w których bywał nie byłyby odpowiednim miejscem do przebywania dla noworodka. Potem dziadkowie dziewczynki wykorzystali moment, gdy był na odwyku i ograniczyli mu prawa rodzicielskie. Zanim je odzyskał był już moim mężem. Mała bywała u nas na święta i wakacje, stopniowo zaczęliśmy ją przyzwyczajać, że z nami zamieszka w Londynie. Lubiła to miasto, ale… Pani wybaczy, ciężko o tym mówić. Gdy byłam w ósmym miesiącu ciąży miałam wypadek. Ja przeżyłam, dziecko nie.
A ja wróciłem do picia, na krótki moment. Potem wypłynęła ta sprawa z… z wykorzystaniem nieletniej. W efekcie tego straciłem dobre nazwisko i pracę. Nie chciałem zabierać córki do tego hardkoru. Potem były bransoletki na nadgarstki i areszt, a potem… potem już moja siostra się nią zajęła, gdy dziadek zmarł. Oto cała historia. Zanim podniosłem się z dna, z długów, komornika… to trwało lata, w których pracowałem po szesnaście godzin dziennie, by móc wreszcie otworzyć coś własnego i zacząć od początku. Nie byłbym w stanie wtedy wychowywać córki – wytłumaczyłem.
A teraz pan jest?
Spojrzałem w szybę. Wbiłem wzrok w niebo i jego chmury, zza których wyłaniało się słońce, dające nadzieję.
Nie wiem – przyznałem ze łzami w oczach. – Ale chciałbym chociaż spróbować. Przepraszam. – Poczułem jak pierwsze łzy toczą się po moich policzkach, więc pośpiesznie wszedłem do łazienki i zamknąłem za sobą drzwi. Oparłem się o nie i osunąłem. Siedząc na zimnych płytkach, zdałem sobie sprawę, że czternaście lat użalałem się nad sobą, szukając pocieszenia albo w alkoholu, albo w kobietach, albo w pasji. Teraz musiałem się podnieść i pomyśleć w końcu o kimś innym, o kimś kto mnie jeszcze potrzebował, bo być może za rok albo dwa będę już tylko zbędnym dodatkiem do jej życia.
Wróciłem do salonu, a ta ruda pani rozglądała się po moim mieszkaniu. Zapytała się Zuzy dlaczego nie jest w szkole.
Angina – odpowiedziała zachrypłym głosem. Była na tyle dobra, że gdybym nie wiedział, że udaje, pewnie sam byłbym skory jej uwierzyć. Czyli miała coś po mnie. Ja też zawsze wymawiałem się anginą.
Kuchenka nie działa – zauważyła rudowłosa Ewa.
Naprawdę? – zdziwiłem się, podchodząc do sprzętu. – Przysięgam, że gdy ją kupowałem, to działała.
Kiedy pan ją kupował?
Dwa miesiące temu, ale… Ja wiem jak to brzmi. Wiem, że widzi pani bałagan, widzi kobietę z walizkami i dziecko, które powinno być w szkole albo już w kolejce do lekarza. Przyznaję, że nie jestem idealny, ale…
Ale nie lubi pan gotować? – zgadywała.
Lubię, uwielbiam, ale nie mam czasu. Ciągle pracuję i… – Wtedy zdałem sobie sprawę, iż sam przyznałem, że nie mam czasu na własną córkę. To niemal tak, jakbym strzelił sobie nie w jedno, a w obydwa kolana.
Dlatego ja przyjechałam – wtrąciła Chantel.
Pani będzie gotowała?
Raczej nie – odpowiedziała szybko i aż się otrząsnęła na samą myśl, że miałaby spędzać w kuchni więcej czasu, niż jest potrzebne na zagrzanie wody w elektrycznym czajniku bezprzewodowym lub wykonanie kawy za pomocą nowoczesnego ekspresu. – Gdybym to ja gotowała, to jedliby tylko jajecznice i parówki. Ewentualnie, od większego dzwonu, tosty z samym serem, by się za bardzo nie napracować. Mąż będzie gotował. Ja odciążę go w pracy, w firmie. Przez to będzie miał więcej czasu dla domu i dla dziecka – Poklepała mnie po torsie, a potem przytuliła Zuzę do siebie, mówiąc: – Jak dobrze cię widzieć.
Nawzajem – syknęła bez entuzjazmu moja czternastolatka.
Czyli nie tylko ja nie miałem ochoty na towarzystwo pani Baker w moim domu, pracy i życiu. Zuza była do niej tak samo wrogo nastawiona, a być może nawet bardziej.
Dam panu szansę, ale proszę się samemu zgłosić do naszego ośrodka, porozmawiać z psychologiem. Może potrzebny jest wam mediator.
Dziękuję, ale na pewno nie skorzystam. Uważam, że sprawy rodzinne załatwia się w rodzinie, a nie z pomocą przeszkadzajek. Do widzenia. Jeśli pani pozwoli, odprowadzę panią do drzwi. – Nie czekając na jej odpowiedź, wziąłem jej torebkę i stanąłem z nią przy wyjściu.
Wyrwała ją z moich rąk i wyszła ze złośliwym uśmieszkiem na ustach, i wrednym „do widzenia”.