Autorka tego bloga należy do grupy „Projekt Prozaicy”, z tego też powodu strona korzysta z płatnych linków. Ujmując to krócej i bardziej zrozumiale – autorka zarabia, a czytelnicy nic na tym nie tracą. Te linki są całkowicie bezpieczne dla komputerów, tabletów i smartphone-ów pod warunkiem, że postępuje się zgodnie z instrukcją, czyli nie klika w reklamy, nic nie ściąga na swój sprzęt, a jedynie odczekuje symboliczne pięć sekund i przechodzi dalej. Za wszelkie utrudnienia autorka bloga przeprasza, za waszą aktywność jest wdzięczna, a prywatnie pozdrawia i życzy dobrej zabawy podczas czytania.

Link do instrukcji – KLIK

wtorek, 17 października 2017

#49

Rozdział 5
Raj na ziemi

Zszedłem na dół po krętych, niewygodnych, blaszanych schodach i spojrzałem na Patryka. Uniosłem przy tym geście brwi do góry i wykrzywiłem usta. Krótko ścięty barman rzucił mi pytanie samym wzrokiem, bez otwierania jadaczki.
Siedemnaście – odpowiedziałem, chwytając za jedną z teczek. Zacząłem przeglądać faktury. – Już legalna – skomentowałem, jakby od niechcenia i przysiadłem na brzegu ławki, takiej jak szkolna.
Chce szef coś...?
Nie wiem co takiego w niej widzisz. Taka sierotka Marysia. – Odnalazłem potrzebną mi fakturę, na której zawyżyłem koszty i podałem Patrykowi. – Dzięki temu, zwrócą nam większy VAT – wyjaśniłem.
Przejął dokument, a ja na moment odłożyłem teczkę i założyłem dłonie na biodra, by następnie wcisnąć tylko i wyłącznie kciuki do kieszeni. Zagrałem na własnych udach niczym na bębnie i zapytałem:
Podoba ci się?
Zależy jak się ubierze. Do pracy przyszła taka…
Seksowna – podpowiedziałem. – Była po prostu seksowna, jak większość kobiet, gdy podkreślą swoje walory dekoltem i zrobią oko.
Właśnie.
Właśnie – powtórzyłem powoli. – Więc ci się nie podoba – stwierdziłem. – Masz po prostu jakieś wyobrażenie kobiecości, a na to wyobrażenie nakierowały cię dzisiejsze media albo, co gorsza, pornosy.
Mówisz tak tylko, bo chcesz sobie ją zostawić dla siebie. – Spojrzał na mnie w taki sposób, jakby mnie oceniał.
Nie przeczę. Ma ładny tyłek, miłą twarz, trochę mały biust, ale nie ma kobiety idealnej, no chyba, że ją photoshop zrobi. – Puściłem do Patryka oczko, a on zrobił nieprzychylną minę. – Chętnie bym ją poobracał na tysiąc jeden różnych sposobów i w co najmniej sześćdziesięciu dziewięciu pozycjach, ale gdyby była choć pięć lat starsza. Więc, chłopie, wyluzuj, bo ja mógłbym mieć córkę w jej wieku, gdyby pierwsza w trawę nie poszła. Chcesz, to ją bierz, byleby się to na jej pracy nie odbiło.
Właśnie, a jak tam córka, szefie?
Patryka pytane sprawiło, że otworzyłem szeroko oczy. Zakląłem pod nosem, bo po spojrzeniu na zegarek, okazało się, że właśnie jestem spóźniony. Chwyciłem za kask i wbiegłem na górę po tych przeklętych, krętych schodach. Szczerze ich nienawidziłem, bo zawsze przy końcu kręciło mi się w głowie. Wsiadłem na motocykl i ruszyłem do szkoły. Będąc w połowie drogi już nie czułem dłoni, bo zapomniałem rękawiczek, ale za to kurtkę zdążyłem założyć, tyle, że już nie zdążyłem jej zapiąć.
Wpadłem do gimnazjum, zdejmując kask, a następnie okulary przeciwsłoneczne. Chwilowo zastępowały mi szybkę w kasku, która pękła podczas jednej z przejażdżek po wiejskich, nierównych drogach. Po prostu kask wtedy miałem zawieszony na jednej z rączek kierownicy i się odpiął.
W końcu odnalazłem gabinet dyrektorki, zapukałem i po zaproszeniu do środka, wszedłem.
Kobieta odziana w spódniczkę i marynarkę, wyglądała jak takie typowe wyobrażenie nauczycielki rodem z PRL–u. Podała mi dłoń, przedstawiając się. Przeprosiłem, że moje dłonie są zimne i zająłem miejsce. Przeżułem gumę, właściwie, to obróciłem ją na drugą stronę przednim zębami, za co ta, na pierwszy rzut oka sztywniara, posłała mi surowe spojrzenie.
Uważaj, Hubert, bo jeszcze ta wiedźma ma gdzieś schowaną linijkę i ci da po łapach – pomyślałem, przez co się uśmiechnąłem.
O dziwo odpowiedziała mi uśmiechem.
Są problemy z pańską córką – zaczęła.
Sądziłem, że będzie kontynuowała, więc postanowiłem milczeć. Nastała cisza, więc widocznie liczyła na jakiś komentarz z mojej strony.
Uraczyłem ją stwierdzeniem:
Domyślam się, przecież gdybyście państwo mieli kłopoty z cudzą córką, to byście wezwali jej rodzica, a nie mnie, prawda?
W rzeczy samej.
Poprawiłem się na krześle, założyłem stopę na nogę, kask kładąc na rozporku i zapytałem:
Co zrobiła tym razem?
Nie chodziła do szkoły. To nie jest pański podpis, sprawdziłam. – Położyła zeszyt na biurku.
Pewne sądziła, że za niego chwycę i zacznę się przyglądać, ale nawet nie wyciągnąłem po ten kajet ręki.
W takim razie, wpiszcie jej nieobecności. Chyba tak się robi w takiej sytuacji, prawda?
Ona nas okłamała. Posługiwanie się cudzym podpisem, to przestępstwo…
Czyli mógłbym ją za to zamknąć? – zaciekawiłem się tematem.
Zauważyłam uśmiech na pana twarzy czy mi się tylko wydawało?
Nie wydawało się pani, ale się tylko zgrywałem. Po prostu, propozycje zamknięcia mojej córki słyszę już siódmy raz w tym miesiącu. Od wychowawczyni, pana katechety, teraz pani, ostatnio i wczoraj na policji, a nawet gdy płaciłem mandat autobusowy – wyliczałem. – Chyba nawet jedna czy dwie sąsiadki też mi to zaproponowały, ale nie. Nie wyślę własnego dziecka do żadnego ośrodka tylko dlatego, że jest w trudnym wieku. Kiedyś musi jej minąć. Spróbujcie nie zwracać uwagi, tak jak ja, to może prędzej jej się znudzi.
Pan sobie żartuje? Mamy nie zwracać uwagi na to, że Zuzia otwiera okno na korytarzu i odpala papierosa?
A za pani pali czy za moje?
Ma pan bardzo lekkie podejście do wychowywania – brzmiało w jej ustach niczym oskarżenie i skazanie na krzesło elektryczne. – Nieletnim nie wolno palić papierosów.
A co mam zrobić? Palce jej połamać, by nie mogła ani jednej szlugi z paczki wyjąć? Poza tym, wybaczy pani, ja naprawdę jestem przeciwny tej modzie palenia wśród dzieci, bo sam tak zaczynałem i już piętnaście lat rzucam i rzucić nie mogę. Wiem jak to się potem mści na człowieku. To samo wagary, powtarzanie klas czy picie alkoholu, ale nie mam mocy pana Boga, by być wszechobecnym i wszechwiedzącym. Zresztą, nie oszukujmy się, moja córka tym nikogo nie zabija, to nie zbrodnia szkodzić tyko sobie.
Mam rozumieć, że szkoła nie może liczyć na współpracę z panem?
A na czym miałaby ta współpraca polegać? Na zafundowaniu boiska czy pomalowaniu płotu? Od razu uprzedzam, że na pierwsze mnie nie stać, na drugie nie mam czasu, ale rozumiem, że gdy znalazłbym i pieniądze, i czas, to nagle pani przestałaby dostrzegać błędy w zachowaniu mojej córki, i nie wyolbrzymiała ich do rozmiarów działania na szkodę społeczeństwa, prawda? Przecież szkoły publiczne, to jak kościoły, wszyscy macie swój program wyborczy.
Pan nas obraża.
Nawet jeśli, to nienaumyślnie, a już na pewno nie z własnej winy. Porozmawiam z córką… w najbliższym czasie.
Dlaczego nie dziś?
Dziś pracuję.
Dużo pan pracuje?
A pani z policji? Nie wydaje mi się, więc to nie pani sprawa! – uniosłem się. – Pracuję ile trzeba, by spłacać kredyt oraz utrzymać siebie i dziecko.
Może w tym tkwi problem. Z tego co wiem, Zuzannę wychowywali dziadkowie, potem sam dziadek, bo babcia zmarła. Dziecko przeżyło traumę, a pan nawet się nie zjawił na pogrzebie.
Byłem wtedy w Londynie – wyjaśniłem szybko.
Kobieta spojrzała w notatki i kontynuowała wyliczanie mi moich błędów:
A potem pan zamiast zająć się córką, zostawił ją pod opieką nowo poznanej kobiety, by po miesiącu przenieść się do Warszawy, ale tam też zostawił pan córkę pod opieką siostry, bo pana partnerce zawadzała, tak?
Nie i w ogóle skąd ma pani informacje o moim prywatnym życiu?
Od pańskiej córki.
Aha, mogłem się tego spodziewać. – Uśmiechnąłem się, w sposób niezwykle nieprzyjemny, ale starałem się trzymać fason.
To wszystko nieprawda?
Tego nie powiedziałem. Część jest prawdą. Jednak nie życzę sobie, by pani mnie oceniała, nie jesteśmy na kastingu. Wychowuję własne dziecko jak chcę, z kim chcę i gdzie chcę, a szkole nic do tego. Wy się lepiej edukacją zajmijcie, a nie zadajecie pracę domowe, by to rodzice nad nimi ślęczeli. To wam płacą za naukę, dziecka czas po szkole, to powinien być dziecka czas po szkole. Ja pracy do domu też nie zabieram. Do widzenia i proszę mnie więcej nie wzywać, no chyba, że Suzi kogoś zabije, potnie albo wydłubie mu oko. Żegnam. – Wyszedłem i trzasnąłem za sobą drzwiami.
Pierwsze co uczyniłem po wyjściu, to zapaliłem papierosa i odetchnąłem głębiej zimnym powietrzem. Rozejrzałem się dookoła. Kilku uczniów poddawało się tej samej czynności co i ja. Później spojrzałem naprzeciw mnie i usłyszałem znajome:
Cześć Hubert.
Ty, tutaj? – zdziwiłem się, widząc drobną blondynkę, tę kłamczuchę, co posługiwała się nieswoim dowodem. – Jeszcze trochę i pomyślę, że mnie prześladujesz. Pewnie się mścisz, tylko nie za bardzo wiem za co.
Cześć panu – powiedział do mnie chłopczyk, którego trzymała za rękę.
Mówi się „dzień dobry” – poprawiła go.
Oj, już, od razu niech najlepiej mi dziadku mówi – zażartowałem i przykucnąłem przy brzdącu. – Żółwik. – Zderzyłem się swoją pięścią z jego piąstką, po czym wyprostowałem i ponownie zaciągnąłem dymem. – Co ty tu robisz?
Ja… przyniosłam usprawiedliwienie.
Tutaj? Przecież tu nie ma liceum ani podstawówki – zauważyłem i wskazałem dłonią na gmach gimnazjum publicznego.
Tak, wiem, ale mam jeszcze siostrę. Będziemy już szli. Do piątku. – Wyminęła mnie pośpiesznie, a ja wypaliłem do końca, wyrzuciłem niedopałek i wsiadłem na motocykl.
Udałem się od razu do domu, choć z początku miałem w planach, zaraz po wizycie w szkole, wrócić do klubu, a następnie jechać do drugiej pracy.
Jakim prawem opowiadasz jakieś durnej babie o moim prywatnym życiu!?– zacząłem, ledwie po przekroczeniu progu.
Zamknąłem za sobą drzwi, a dziewczyna w dresie, wsparta plecami o futrynę, odpowiedziała:
Matki i ojcowie nie mają prywatnego życia, bo mają dzieci. – Zrobiła balon z gumy do żucia i odwróciła się do mnie plecami. Wbiła wzrok w jakiś teledysk MTV, wyświetlany na czterdziestodwucalowej plazmie.
Być może matki i inni ojcowie nie mają prywatnego życia, ale ja miałem! I swoje brudy prałem w czterech ścianach, a nie szedłem z nimi do ludzi! – Wyminąłem ją, wziąłem pilot z ławy i wyłączyłem telewizor.
Czy to moja wina, że pedagog pytała? Chciała znaleźć przyczynę mojego nieodpowiedniego zachowania. – Zuza, jak gdyby nigdy nic, usiadła sobie na kanapie i ze spokojem zaczęła malować paznokcie.
To po cholerę ciebie o to pytała? Mogła mnie zapytać, od razu wystawiłbym odpowiednią diagnozę.
Jaką? – Spojrzała na mnie i tak jakoś dziwnie się zawiesiła.
Nie lubiłem tego. Nie chciałem, by mi się długo przyglądała, bo wyglądała wtedy jak jej matka, gdy miała do mnie pretensje albo powątpiewała w moje ambicje, działania i plany.
No jaką? – ponowiła pytanie.
A taką, że w życiu nigdy porządnego lania nie dostałaś.
A czy to moja wina, że ty nawet na to nie znalazłeś czasu między pierwszym kieliszkiem a ostatnią butelką?
Nie rozumiem – przyznałem zakłopotany. – Nie wiem czy wiesz, ale inne dzieci, innym rodzicom, wypominają właśnie to, że byli bici, a ty mi wypominasz wręcz odwrotne.
No popatrz, jak to człowiekowi trudno dogodzić – zadrwiła, wstając i zakręcając to kolorowe cholerstwo.
Wpuszczą cię z takimi paznokciami do szkoły? – zapytałem, siadając w wygodnym, choć niskim, fotelu.
Wzruszyła ramionami w odpowiedzi.
Suzi, ja pytam poważnie, bo mi się nie uśmiecha znowu rozbijać dnia, tylko po to, by potem pół godziny słuchać od jakieś obcej baby, jak to ja się nie nadaję na ojca. Przecież sam o tym wiem, że się nie nadaje, więc po co ma mnie ktoś o tym informować? Poza tym, ja jestem za stary aby chodzić na dywaniki do gabinetu dyrektora. – Spuściłem wzrok i zająłem się miętoleniem brzegów koszuli. – Ja wiem, że mnie nie lubisz, nie szanujesz, nie kochasz i nie musisz – zacząłem i dopiero po tej przemowie na nią spojrzałem. – Przemęczmy się tylko jakoś do twojej osiemnastki, postarajmy sobie nawzajem nie zawadzać, a potem opłacę ci studia i wynajmę mieszkanie. Nawet nie będziemy musieli mieć z sobą kontaktu. Tylko mnie nie zadręcz do tego czasu, bo jak padnę na zawał, to już nikt się tobą nie zajmie, bo już nikt cię nie chce, dziewczyno, a w domu dziecka nie byłoby ani MTV, ani nowego smartphone-a. Umowa stoi? – zapytałem, ale ona już w połowie mojego monologu odwróciła się do mnie plecami, tak więc nie miałem pojęcia czy słyszała. – Umowa stoi? Dogadamy się? – powtórzyłem pytanie.
Jasne, tatusiu – odpowiedziała dziwnie zmienionym głosem.
Ale co to, ty płaczesz? – zapytałem zszokowany, odkładając kask na kanapę obok i wstając. – Z jakiego powodu? – dopytywałem i chciałem do niej podejść, ale usłyszałem tylko:
Zostaw mnie.
Potem trzasnęły drzwi jej pokoju.
Wróciłem więc na fotel, włączyłem pilotem telewizor i przewinąłem, by zobaczyć wiadomości, a potem chwyciłem za kask i wyszedłem z mieszkania, krzycząc za sobą:
Będę jakoś po drugiej. Zamów sobie coś na obiad i na kolację też. Słyszysz, mała?! – Nie odpowiedziała, więc wróciłem się i zajrzałem do jej pokoju.
Siedziała przy komputerze i miała słuchawki na uszach. Strąciłem je tak, by zatrzymały się na karku.
Ej, dzidzia, ja mówiłem do ciebie?
Nie mów do mnie dzidzia.
Okay, Suzi. Zamów sobie coś na obiad i na kolację. Postaraj się chociaż odrobić lekcje i nie pal na tarasie, bo sąsiedzi mi skarżą. Maciejewska to już opieką społeczną grozi za ostatnią balangę.
Przecież to była twoja balanga.
Wiem, ale teraz wszyscy musimy przez nią zaciskać pasa, bo na kolejną będę musiał wynająć jakąś salkę albo pokój w hotelu.
A gdy mnie nie było, to nie miałeś takich problemów, prawda?
Ani takich, ani nie musiałem latać do szkoły, ani podpisywać uwag. Trzema słowami, miałem raj na ziemi, ale skoro już tu jesteś, to mi nie utrudniaj. Ja nie wchodzę ci w drogę, ty mi nie wchodź w drogę i jakoś to będzie stykać, byle nie zgrzytało. Do jutra, dzidzia.
Nie mów tak do mnie! – wrzasnęła, ale już nic jej nie odpowiedziałem, bo właśnie wychodziłem i zatrzaskiwałem za sobą drzwi.