Autorka tego bloga należy do grupy „Projekt Prozaicy”, z tego też powodu strona korzysta z płatnych linków. Ujmując to krócej i bardziej zrozumiale – autorka zarabia, a czytelnicy nic na tym nie tracą. Te linki są całkowicie bezpieczne dla komputerów, tabletów i smartphone-ów pod warunkiem, że postępuje się zgodnie z instrukcją, czyli nie klika w reklamy, nic nie ściąga na swój sprzęt, a jedynie odczekuje symboliczne pięć sekund i przechodzi dalej. Za wszelkie utrudnienia autorka bloga przeprasza, za waszą aktywność jest wdzięczna, a prywatnie pozdrawia i życzy dobrej zabawy podczas czytania.

Link do instrukcji – KLIK

piątek, 9 lutego 2018

#55

Rozdział 6
Rozbierzcie ją

Wielu ludzi uważa, że można zmusić się do snu. Mówią, że wystarcza mały, ciemny pokój i odrobina ciepła płynąca z kołdry lub koca. Nasz salon był duży, łóżko wygodne, w całym domu było ciepło, ale mnie coś mroziło. Coś sprawiało, że trudniej mi było zasnąć, niż za czasów dzieciństwa, gdy w domu temperatury sięgały minusowych, zupełnie tak jak na dworze.
Przełknęłam ślinę i uświadomiłam sobie, że jednocześnie nienawidzę tych wspomnień i bardzo je lubię. Wspomnienia są pewne. Tam się już nic nie zmienia. Nic nas w nich nie zaskakuje. Znamy finał każdego takiego slajdu z naszej przeszłości, a wszystkie, połączone w całość, doprowadzają nas do miejsca, w którym znajdujemy się podczas tego wspominania. Mnie doprowadziły do kanapy w salonie, a następnie do kuchni, gdzie wydawało mi się, że zostawiłam paczkę papierosów. Paczki nie było nigdzie, nawet w mojej torebce. Były za to kieliszki i wino. Nienawidziłam użerać się z korkiem. Z nostalgią więc wspomniałam wino marki wino, które miało blaszaną nakrętkę, sięgając przy tym po korkociąg.
Po alkoholu łatwiej jest zasnąć. Szczególnie, gdy zmiesza się go z niewielką ilością tabletek nasennych. Mnie wystarczyły dwie. Dwie tabletki i trzy kieliszki wina.
Tak, wiem, leków nie należy mieszać z alkoholem. Czytałam taką informację na niejednej ulotce, a mimo tego nie przestraszyłam się na tyle, by nie spróbować. Za czasów młodości brałam różne świństwa, tworząc z nich różne mieszanki. Ketonal popijaliśmy wódką, a tę przepijaliśmy energetykami. Zdarzały się też jakieś antydepresanty i lekarstwa wypisywane na receptę, głównie od psychiatrów. Matka Rafała się leczyła, moja cierpiała na ciągłe migreny, ojciec kogoś innego miał padaczkę alkoholową. Zawsze mieliśmy do czegoś dostęp. Później na rynku pojawiły się sklepy z pierwszymi dopalaczami. Wtedy to były smart-shopy, gdzie oferowano głównie palenie o różnych wymyślnych nazwach. Nie było to nic mocnego i nie ryło głowy na dłuższy czas. Każda wiksa kiedyś puszczała, nawet najgorsza. Z tabletami i wciąganiem było już gorzej, zwłaszcza, gdy zostały zakupione w sklepach, które nosiły tę chwytliwą nazwę – Dopalacze. My wtedy jednak już przestaliśmy eksperymentować z legalnymi narkotykami. Przerzuciliśmy się na te legalne, zdrowsze. Mieliśmy dojście do marihuany z Holandii, a nawet mieliśmy kolegę, który uprawiał własną, skitraną w procesorze od starego komputera. Tym roślinkom było tam ciepło i miały odpowiednie nasłonecznienie przez jakieś specjalne żaróweczki. Mój brat się więcej tym interesował. Ja wolałam to palić. Z czasem sięgnęłam też po amfetaminę, mefedron, ekstazi. Z Darkiem spróbowałam pierwszej w życiu koki. Może nie uwierzycie, ale nigdy od niczego nie umiałam się uzależnić. Nawet papierosy paliłam wyłącznie dlatego, że to lubiłam. Zawsze robiłam co lubiłam, nigdy co musiałam ani co mi kazano, może dlatego nie zdobyłam nawet średniego wykształcenia, ale przynajmniej dzięki takiemu podejściu nigdy też nie wylądowałam na odwyku.
Zasnęłam. W końcu mi się to udało, ale o wiele za późno, by móc rano powiedzieć „wyspałam się”. Zresztą, to czy się wyśpimy, czy nie, tak naprawdę tylko w niewielkiej mierze zależy od godzin, które spędzimy w łóżku i z zamkniętymi oczami. Ważniejsze jest to w jakim stanie zaśniemy, jakie myśli będą nas nawiedzały przed snem i czy obudzimy się będąc w fazie drzemania czy głębokiego snu. Ponoć te dwie fazy przeplatają się przez całą noc i trzeba dobrze wycelować. Moim zdaniem Klaudiusz wycelował źle. Obudził mnie w takim momencie, że dzień zaczęłam bólem głowy. Przy okazji przypomniał mi też o Darku, co od razu wpędziło mnie w kiepski nastrój.
Klaudiusz jednak miał rację. Nie mogłam walczyć z mężem, bo nie byłam w stanie go pokonać, a robieniem mu na złość i nie wypełnianiem tego co wypełniałam dotychczas, mogłam tylko pogorszy swoje, i tak już fatalne, położenie.
Spełniłam więc swoją powinność wrzucając tabletkę do szklanki wody. Chwilę obserwowałam jak się musuje, a potem wzięłam z szuflady łyżeczkę i z tym wszystkim udałam się na górę.
Darek nie spał. Nigdy nie spał o tej godzinie, zupełnie tak, jakby był zaprogramowany na siódmą trzydzieści. Rano nie budził się później. Zdarzało mu się co najwyżej wcześniej, gdy wspomógł się budzikiem.
Leżał na łóżku. Trzymał się za głowę, a konkretniej to dwoma palcami każdej dłoni dotykał skroni. Widać było, że cierpi. Nie było mi go żal.
Odłożyłam szklankę na stolik nocny i już miałam wyjść, gdy złapał mnie za nadgarstek.
Przebierz się. Po śniadaniu wychodzimy – zapowiedział.
Klaudiusz mi mówił.
Ma stanowczo za długi język. – Sięgnął po szklankę i najpierw powąchał, a dopiero potem się napił, jakby trucizna miała być wyczuwalna w zapachu.
Rozbawił mnie tym, bo choć nie znałam się na trutkach, to sądziłam, że ich nie da się tak po prostu wyczuć. Wątpiłam, by zmieniały zapach napoju czy potrawy. Zapewne nie działały też znacznie na smak.
Mogę już odejść? – zapytałam, znacząco spoglądając na swoją rękę, która ciągle tkwiła w jego uścisku.
Nie zapytasz jak masz się ubrać?
Sądziłam, że nie ma to znaczenia. Jednak jeśli ma... Co mam włożyć?
Coś eleganckiego – odpowiedział z dziwnym rodzajem uśmiechu na ustach.
Ma pasować do trumny?
Nie pajacuj i nie pyskuj – zwrócił mi ostro uwagę, szarpnął za rękę, a potem ją puścił.
Może się zdziwisz, ale pytałam całkiem poważnie. Czuję się jakbyśmy się wybierali na egzekucję i nie wiem czy czasami już nie powinnam pisać prośby o ułaskawienie. – Zaśmiałam się. Zaśmiałam się jemu na złość, choć wiedziałam, że nie warto go złościć.
Ty chcesz dostać ode mnie po pysku jeszcze przed wyjściem?
Zaskoczył mnie tym pytaniem. To nie tak, że nie spodziewałam się po nim chamstwa, ale nie sądziłam, że będzie mi od rana groził. Gdy wstał, to cofnęłam się o dwa kroki. Udał się do garderoby. Miał na sobie samą koszulę, niechlujnie zapiętą. Kiedy wyszedł, to od razu zauważyłam, że trzyma moją sukienkę. Była na tyle krótka i obcisła, że zwykle nosiłam ją do legginsów albo grubszych rajstop. Czasami robiłam od tego wyjątek, gdy szliśmy do klubu albo, gdy jedliśmy kolację w samotności.
Może być ta. Dobrze ci w niebieskim. – Rzucił ubraniem na łóżko i od razu poszedł do łazienki, po drodze zdejmując tę jedną rzecz, którą miał na sobie.
Sięgnęłam po niebieską sukienkę i już miałam iść do garderoby, by dobrać do niej bieliznę, legginsy i buty, ale zrezygnowałam z tego przed wykonaniem choćby jednego kroku. Odrzuciłam kieckę z powrotem na łóżko i weszłam do łazienki.
Darek? – zapytałam, starając się mówić na tyle głośno, by usłyszał mnie pomimo szumu wody.
Szum ucichł, ale o nic nie zapytał. Głowy zza szklanej szyby, wyglądającej jak skuta lodem, też nie wychylił.
Musimy tak? – zapytałam. – Musimy w taki sposób? Nie możemy rozmawiać z sobą normalnie?
Po dłuższej chwili doczekałam się odpowiedzi.
Ja rozmawiam z tobą normalnie. Masz się ubrać, przygotować śniadanie i zaczekać na mnie na dole. Uważasz, że mówię w jakiś nienormalny sposób?
Myślę, że mało obchodzi cię co uważam. Ale tak, uważam, że nie mówisz, a wydajesz rozporządzenia.
Uważasz, że nie mówię, ale wydaję rozporządzenia... ciekawe – skomentował. – Mam rozumieć, że wydaję je na migi? – zapytał.
Nieważne – skwitowałam i już miałam wyjść i trzasnąć drzwiami, gdy usłyszałam głośne:
Wręcz przeciwnie! Jeśli zaczęłaś rozmowę, to teraz nie uciekaj, tylko ją dokończ.
Nie sądzę byś miał na nią ochotę.
Gdybyś zawsze robiła to na co mam ochotę i unikała tego na co nie mam, to nie byłoby tej rozmowy.
Miał rację, ale co z tego? Nie dało się cofnąć czasu. Nie było też możliwości, by zawsze spełniać czyjeś oczekiwania i móc sprostać cudzym wymaganiom. W końcu rzadko kiedy dajemy radę sprostać nawet tym własnym.
Nabrałam powietrza i mimo strachu podeszłam bliżej, tak by jego i mnie przestałą oddzielać ta skuta lodem szyba.
Co cię tak naprawdę boli? To, że miał mnie inny? – zapytałam, starając się nie spuszczać z niego wzroku. Patrzyłam mu w twarz. Prosto w oczy. – Czy to, że wszystko się wydało i dotarło do twoich kumpli?
Zaśmiał się. Wspomniał ponownie o tym, że Klaudiusz ma za długi język, a potem szarpnął za moje ramię i przyciągnął mnie do siebie, następnie docisnął mnie do ściany w taki sposób, że policzkiem dotykałam zaparowanej płytki.
Puść mnie – zażądałam niemal histerycznie, ale bardzo niezrozumiale, jakbym nagle zaczęła się jąkać i przy okazji miała też inne problemy z wymową.
A co, teraz się boisz? – zapytał i uruchomił prysznic. Nie wiem czy zrobił to specjalnie, czy po prostu potrącił gałkę.
Woda była zimna. Nielodowata, ale zimna i także nieprzyjemna. Lała się po równi na mnie i na niego. On jednak zupełnie nie przejmował się wodą.
Miałaś odwagę się kurwić, a teraz co? – mówił wprost do mojego ucha, trzymając przy tym za włosy i dociskając mnie do ściany.
Nie odpowiedziałam. Nie wiedziałam co. Poza tym nie mogłam... nie potrafiłam wypowiedzieć ani jednego słowa. W końcu mnie odwrócił.
Jesteś moją żoną – niemal warknął. – Sypiasz z moim podwładnym – dodał przez zaciśnięte szczęki. – I jeszcze śmiesz pytać o co mi, kurwa, chodzi? I co mam ci, kurwa, odpowiedzieć? Miłość zawsze była u nas między innymi. Należysz do mnie i nie pozwolę, by z twoją pomocą jakiś frajer mi szkodził. A teraz, marsz się ubrać i nie dyskutuj ze mną więcej. – Wypchnął mnie spod prysznica i nim zdążyłam zrobić cokolwiek, usłyszałam jeszcze: – Nie wyj, bo jeszcze ci nic nie zrobiłem.
Jeszcze” było tu kluczowym słowem. Niby takie niewinne, a w tamtej chwili wzbudzało strach. Tamtego dnia wyjątkowo, bardzo silnie, działało na moją wyobraźnie.
Dariusz Ratmajer był niebezpieczny i miałam okazję się o tym nieraz przekonać, choć nigdy na własnej skórze, bo przecież nie da się do tego zaliczyć ostrzejszych słów, szarpnięć czy nawet spoliczkowania. Byłam jednak kilka razy świadkiem tego w jaki sposób wymierzał sprawiedliwość.
Pamiętam widok faceta, który nagi, ze związanymi dłońmi, uciekał po lesie. Nie wiem co się z nim stało dalej. Darek go tylko tam dowiózł. Tego dnia byłam z Ratmajerem w kinie i nie wiem kiedy ani jak ten facet znalazł się w jego bagażniku. Być może przyjechał z nim już po mnie. Było to bardzo możliwe. W każdym razie, odjechaliśmy zanim ludzie Ratmana byli łaskaw go zabić.
Innymi razy, na własne oczy widziałam małolatów. Trzech chłopców, bardzo nieletnich, którzy biegali dla Darka z towarem. Kradli dragi. Z każdej samarki odsypywali trochę i gdy uzbierali działkę, to z niej całą kasę brali dla siebie. Na sztuce to nie jest opłacalne, ale mojego męża przekręcili w ten sposób na setki, a być może i na tysiące sztuk. W końcu do tego, który miał ich pod opieką doszły słuchy, że nie zawsze zgadza się waga zakupionego narkotyku. Mój mąż nie miał więc wyjścia. Musiał ich ukarać w taki sposób, by dla nich było to nauczką, a dla innych przestrogą. To wszystko miało miejsce w zwykłej, blokowej piwnicy. Wstąpiliśmy tam po wizycie w galerii handlowej. Tego dnia szukaliśmy kreacji na zbliżające się sylwestra. Każdy z tych chłopców był trzymany przez dwóch innych chłopców, niewiele starszych, ale widać było, że znacznie silniejszych. Najpierw twarzą byli zwróceni do nas, później do ściany i przyciśnięci do niej tak mocno i nieuważnie, że niejeden przy tym krwawił z nosa lub powstałego zadrapania.
Zdejmijcie im spodnie. Szkoda markowych dresów – powiedział mój mąż, wyciągając nóż sprężynowy z tylnej kieszeni dżinsów.
Zrobiono co kazał i wtedy się zaczęło. Była krew, dużo krwi. Ciekła po ich nogach. Był też płacz i krzyk. I było moje przerażenie. A Darek po wszystkim, jak gdyby nigdy nic, wytarł nóż w chusteczkę higieniczną, a tę upuścił na ziemię. Schował narzędzie, które wbijał w uda jeszcze dzieci i wskazał mi drogę powrotną. Z galanterią otworzył przede mną drzwi piwnicznej komórki.
Widziałam kilka takich akcji w wykonaniu Dariusza i jego ludzi. Miałam świadomość, że było ich kilkadziesiąt, a może nawet i kilkaset. Widziałam niejedno zanim zostałam jego żoną. Miałam możliwość się wycofać, zwłaszcza, gdy było jeszcze przed zaręczynami. Ja jednak mimo wszystko brnęłam w to dalej. To samo co mnie przerażało, sprawiało, że serce biło mocniej i szybciej. Przy tym mężczyźnie wszystko było intensywniejsze. Każde jedno doznanie i to mi się podobało. Darek w pewien sposób mi imponował, bo dużo miał i wszystko zdobył sam. Poza tym był typem mądrali i twardziela jednocześnie, a kobiety lubią zarówno inteligentnych i oczytanych, jak i silnych mężczyzn. Ja nie byłam tu żadnym wyjątkiem.
Wychodząc za Darka nie miałam złudzeń. Liczyłam się z tym, że może nie wracać na noce i mieć niejedną kochankę. Mężczyźni w tej branży tacy byli. Większość z nich odwiedzała kluby ze striptizem, ekskluzywne agencje towarzyskie, ale też podrzędne burdele i tanie, domowe kurewki. Sądziłam, że i on w końcu zacznie to robić, kiedy już miesiąc miodowy się skończy albo minie rok lub dwa i zwyczajnie mu się znudzę w łóżku. Byłam gotowa zacząć pełnić rolę tylko i wyłącznie ozdoby. W zamian miałam otrzymać to wszystko co dziś mnie otaczało.
Przewidziałam, że mąż może mnie zdradzać, że może pić i ćpać, a nawet to, że może mi przyłożyć, gdy będzie w złym humorze. Jednak nie zakładałam, że może być odwrotnie. Nie sądziłam, że to ja mogę zdradzić jego. Takiej ewentualności nigdy nie brałam pod uwagę. Choć nie wiem czy byłoby prościej, gdyby moje przewidywania okazały się być trafione. Kiedyś sądziłam, że umiałabym sobie z tym wszystkim poradzić. Kiedyś byłam za młoda i za głupia, by wiedzieć z czym to się tak naprawdę by wiązało, z iloma wyrzeczeniami i z jaką szkodą dla psychiki z powodu słabnącego poczucia własnej wartości. Z godnością, tą ludzką, zwyczajną, też nie byłoby lepiej. Byłaby ostro poharatana. Darek jednak nie wydawał się być odarty z godności czy zasmucony. On był wściekły. Mój postępek zdawał się wyłącznie go wkurwić. Jego zdaniem byłam jego własnością, a on nie lubił się niczym dzielić. Na dodatek, to co zrobiłam miało wpływ na jego interesy, a praca zawsze była dla niego na pierwszym miejscu.
Ubrałam się tak jak chciał. Zrobiłam nawet makijaż, choćby po to, by zakryć lekko zasiniony policzek. Niezależnie od tego co chciał zrobić mój mąż, nie wszyscy od razy musieli wiedzieć, że już w domu mi przyłożył.
Klaudiusz pomógł mi przygotować śniadanie. Właściwie to zanim zeszłam z góry, on już ponacinał kiełbasę i naszykował patelnie oraz jajka. Za smażenie się nie brał. Szczerze wątpiłam, że umie cokolwiek usmażyć. Nigdy go nawet przy grillu nie widziałam.
Podałam wszystko tak jak należało. Nałożyłam nawet sobie, choć tak naprawdę nie miałam ochoty jeść. Nie chciałam jednak poić się aż tak mocną kawą na pusty żołądek. Przy śniadaniu powiadomiłam Darka, że mamy niemal pustą lodówkę. Uznał, że mogłam poinformować służącą, że trzeba zrobić większe zakupy. Jego zdaniem mogłam nawet sporządzić jej listę. Faktycznie, często tak robiłam, bo sama nie lubiłam spożywczaków i rzeźników, i unikałam ich znacznie bardziej niż ognia piekielnego. Piekło mnie podniecało, a wybieranie produktów spożywczych tylko nudziło i zdawało mi się być takie... poniżające. W sklepach tego typu zwykle bywały zapuszczone kury domowe. Uważałam siebie za lepszą ligę i nie chciałam zniżać się do ich poziomu.
W końcu nadszedł długo oczekiwany przeze mnie czas. Może to dziwne, ale od pewnego momentu już nie chciałam, by czas oczekiwania trwał w nieskończoność. To co najgorsze chciałam mieć już za sobą.
Darek otworzył przede mną tylne drzwi samochodu. Kazał wsiąść i jeszcze zanim to zrobiłam, to on zajął przednie miejsce pasażera. Klaudiusz zamknął za mną drzwi, trzaskając nimi niemiłosiernie, a potem usiadł za kierownicą.
Jechaliśmy dosyć długo, bo do sąsiedniego miasta, obwodnicą. W końcu zaparkowaliśmy przed jakąś blaszaną halą, wyglądała trochę jak jakiś magazyn, a przynajmniej tylko z tym mi się kojarzyła. Wysiadłam sama, gdy tego ode mnie zażądano. Z każdym krokiem wykonanym w stronę dużych, garażowych drzwi czułam się gorzej. Czułam się tak, jakbym szła na ścięcie.
W środku było przestronnie, a całe wnętrze przypominało mi parking zagracony drewnianymi skrzyniami i pełnymi workami, takimi jak do śmieci. Stały też dwa czarne motocykle. Nie ścigacze. Jakieś normalne.
Dario! – zawołał jakiś mężczyzna, a potem powiedział coś po rosyjsku.
Klaudiusz przetłumaczył powitanie na język polski. Wtedy zrozumiałam po co on był Dariuszowi potrzebny. Mój mąż nie znał rosyjskiego, a jego brat z tego przedmiotu był szóstkowym uczniem. Spędził też kilka miesięcy w Moskwie, pracując na jakieś produkcji, ale nie mam pojęcia czy legalnej, czy było to jakąś przykrywką i bajką dla Zofii. W każdym razie Klaudi potrafił mówić w obcym języku zupełnie tak, jakby był tamtejszej narodowości. Z tego co słyszałam od Zośki, to ponoć nawet akcentu nie kaleczył i cyrylicą umiał czytać. Z pisaniem było trochę gorzej, bo plastyka nie była jego mocną stroną i nawet nasze litery stawiał w taki sposób, że nie dało się nic z nich rozczytać.
Doszedł do nas drugi Rosjanin. Obaj się ze mną przywitali. Jeden nawet pocałował mnie w policzek. Później wskazali nam miejsce do siedzenia. Krzesła przypominały te szkolne, a stół był stary, zbity z kilku krzywych desek.
Siadaj – rzucił rozkazująco w moją stronę mój mąż i niechlujnie odstawił dla mnie krzesło od stołu.
Dziękuję, postoję – odpowiedziałam, bo nie chciałam się ubrudzić, a cały ten magazyn był zakurzony i zapajęczony.
Poczułam nagłe uderzenie w twarz. Było silne. O wiele silniejsze niż wszystkie wcześniejsze. Być może nawet zwaliłoby mnie z nóg i sprawiło, że upadłabym na ziemię, ale zatrzymałam się rękoma na stole.
Rzuciłam okiem na mężczyzn, których miałam przed sobą. Żaden z nich sobie nic z tego nie robił. Jeden napełniał szklanki jakimś alkoholem, a drugi przyszykowywał dokumenty.
Powiedziałem siadaj – usłyszałam za plecami.
Usiadłam. Wtedy już nie interesowało mnie czy to krzesło było czyste, czy ujebane. Po prostu nie chciałam drugi raz oberwać. Nie chciałam też dawać Darkowi satysfakcji ani urządzać pokazu dla Rosjan, dlatego nie przyłożyłam dłoni do puchnącego policzka ani nie uroniłam żadnej łzy.
Ktoś coś powiedział w obcym mi języku, a potem szklanka wylądowała przed moimi oczyma. Klaudiusz przetłumaczył, iż to znaczy „dla pani”.
Spasiba – odpowiedziałam, zapewne niezwykle kalecząc ich język, ale wydawało się, że zrozumieli.
Objęłam szklankę dłońmi i wypiłam niemal do dna, ale to nie przyniosło żadnego znieczulenia. Musiałabym wypić całą butelkę, zajebać się i zasnąć, by odczuć jakąkolwiek ulgę.
Darek z Klaudiuszem zaczęli przeglądać dokumenty. Dyskutowali między sobą, czasami kierując też swoje słowa do Rosjan, a ci im coś odpowiadali. Zrozumiałam jedynie, że chodzi o kilka przewozów tego samego towaru z Rosji do Polski lub odwrotnie, tak, by móc jak najwięcej wyciągnąć na zwrocie VAT-u. Nie znałam się na tym, ale wiedziałam, że Dariusz często tak kręcił urząd skarbowy.
Później pojawił się temat przewozu broni z Rosji na polski rynek. Darek uznał, że można ją przewieźć razem z materiałem budowlanym, tym samym, za który miał być zwracany kilkakrotnie VAT.
Gwarantujesz? – zapytał Klaudiusz, patrząc na Darka. Tłumaczył tego Ruskiego, który więcej mówił. Widać było, że on był od interesów, a ten drugi robi tylko za ochronę.
Gwarantuję – odpowiedział z całą pewnością mój mąż.
Potem padło kilka słów i Klaudiusz zamilkł, jakby nie chciał ich przetłumaczyć. Rosjanin powtórzył je aż czterokrotnie.
Co on mówi? – dopytywał Darek.
Klaudi ze spuszczoną głową odpowiedział:
Pyta się czy dajesz taką samą gwarancję jaką dawała twoja żona przed ołtarzem.
Poruszamy tematy prywatne?
Mam im to przetłumaczyć?
Darek kiwnął głową, że tak.
Niekoniecznie, ale boimy się, że tak cię zajmą problemy rodzinne, że zapomnisz o nas albo, że ktoś zajmie twoje miejsce i nie będzie nawet o nas miał pojęcia. Na mieście już różnie mówią.
Spytaj się ich, kto chce zająć moje miejsce – zwrócił się Darek do Klaudiusza, a mnie serce zabiło mocniej ze strachu. Bałam się, że wskażą Rafała, zwłaszcza, gdy w odpowiedzi padło:
Może ten, który posuwa tę małą.
Rosjanin wskazał na mnie dłonią, a Darek się uśmiechnął w ten swój specyficzny, groźny sposób. Spojrzał Ruskiemu w oczy i zapewnił:
Ten, który posunął moją żonę dzisiaj zdechnie. Na jej oczach.
Klaudiusz tłumaczył, a ja bledłam z każdą chwilą. Jeśli Darek chciał kogoś zabić, to by znaczyło, że wiedział z kim dopuściłam się zdrady. Nie miałam pojęcia jak się tego domyślił i czy miał stu procentową pewność, ale przecież nie mogłam go o nic takiego zapytać. Mogłam tylko patrzeć jak odbiera kopertę od swoich wspólników i wręcza ją bratu, by ten przeliczył pieniądze. Byłam świadkiem informacji, że to zaliczka i podania dłoni na znak zawarcia umowy. A potem byłam już w samochodzie i w drodze do klubu bilardowego, znajdującego się niemal w samym centrum. To był ten sam klub, w którym jadłam z Rafałem kolację, ten sam, w którym wspólnie ścieraliśmy krew z podłogi i ten sam, w którym pieprzyliśmy się pod prysznicem.
Z początku miałam nadzieję, że Rafa zdążył wyjechał, że dokonał ucieczki za pieniądze, które ode mnie otrzymał, ale kiedy weszłam do środka wszelkie takie złudzenia mnie opuściły. Rafał stał za barem i układał butelki na regale. Stał do nas plecami, ale bez trudu go poznałam. Odwrócił się dopiero, gdy ktoś ze zgromadzonych raczył się przywitać. Dopiero wtedy zauważyłam, że zgromadzeni są wszyscy, których Rafa miał pod sobą.
To wszyscy twoi ludzie? – zapytał mój mąż.
Brunet przeskoczył bar, zapierając się rękoma na blacie i uczynił to lekko, bez żadnego trudu, pomimo niewygodnego ubrania. Miał na sobie spodnie od garnituru, białą koszulę i czarną kamizelkę. Pierwszy raz widziałam go wtedy takiego eleganckiego.
Zwołałem wszystkich, choć nie wiem w jakim celu. Niektórzy są od osiemnastu godzin na nogach – odpowiedział.
Jeśli mają ochotę, to mogą pierdolnąć mojej żonie. To jej wina.
Po takich słowach poczułam się nieswojo, ale wątpiłam, że którykolwiek z nich odważy się mnie uderzyć. Darek też musiał to wiedzieć. Byłam żoną szefa ich szefa, a więc osoby najwyższej rangą.
Skoro nikt nie ma ochoty – ciągnął swoją przemowę dalej mój mąż – to przejdźmy do sedna. Stańcie w jednym szeregu i rozbierzcie się. Wszyscy.
Kilkudziesięciu mężczyzn, obecnych w tej zadymionej, zaciemnionej sali, spojrzało po sobie i widać było, że szczerze nie wiedzieli jak mają się zachować. W końcu zaczęli podnosić dupska z krzeseł i stołów, na których wcześniej siedzieli. Niektórzy odbili od ściany, o którą się opierali.
Nie wszystko, tylko koszulki – dorzucił Klaudiusz do ustawiających się w rzędzie facetów i przekazał Darkowi jakąś kartkę zwiniętą na cztery.
Kiedy mój mąż tę kartkę rozwinął, ujrzałam zdjęcie. Było to zbliżenie łopatki Rafała, przedstawiało tatuaż. Nie łudziłam się, że ktoś jeszcze, prócz niego, ma wydziaraną swastykę na górze pleców, dlatego poczułam jak słabnę. Spojrzałam na Rafę, który zdawał się nie lękać. Klaudiusz zaczął podążać za moim spojrzeniem. Na całe szczęście, to zauważyłam i dzięki temu w podobny sposób spojrzałam na kilkoro innych, by nie rzucić na Rafała ani cienia podejrzeń.
Wszyscy zaczęli się rozbierać. Niektórzy nie mieli wiele na sobie, więc szybko ściągnęli przez głowy koszulki i bluzy. Inni rozpinali koszule. Rafał zaczął rozpinać kamizelkę, a Darek zaczął chodzić od osoby do osoby i sprawdzać jego plecy. W końcu dotarł do Rafała, który ciągle jeszcze miał koszulę na sobie. Położył mu rękę na ramieniu i wyszeptał coś do ucha.
Jak każesz – padło w odpowiedzi, wyraźnie żartobliwym tonem.
Poczułam ulgę i wtedy Klaudiusz stanął przy mnie.
Tylko mi nie mów, że to on – szepnął niemal bezgłośnie.
Pokręciłam głową, ale na tyle niepewnie, że w oczach Klaudiego dostrzegłam, iż nie nabrał się na moje zaprzeczenie.
Niespodziewanie Rafał zaczął zapinać te guziki koszuli, które zdążył rozpiąć i na powrót przywdziewać kamizelkę. Darek zaczął go wypytywać czy to na pewno wszyscy, a on nic nie odpowiedział, jedynie wyrwał mojemu mężowi zdjęcie z rąk. Zaczął się mu uważnie przyglądać.
Dlaczego on nie musi się rozbierać? – zapytał ktoś z obecnych w taki sposób, jakby był niezwykle urażony niesprawiedliwym potraktowaniem.
Bo jestem tutaj szefem – odpowiedział Rafał z lekkim uśmiechem.
Nie dlatego – wtrącił Darek.
Przecież wiem, ale nie muszą...
Bo Rafał jest moim synem. Wierzę, że dzieciak nie przeruchałby własnej macochy.
Wtedy poczułam się tak, jakbym jeszcze się nie obudziła, na dodatek śniła jakiś paskudny koszmar. Ledwie powstrzymałam się przed tym, by nie usiąść na ziemi.
Synem? – rzuciłam pytająco. – Jak to jest twoim synem? To jakiś gangsterski stopień?
Nie, idiotko. Jestem jego biologicznym synem – odpowiedział niezwykle chamowatym tonem. – Paweł ma taki tatuaż. Dziś nie przyszedł do pracy – powiedział Darkowi, a potem oddał mu zdjęcie. Oparł się o pobliski stolik i wydawał się być niezwykle znudzony.
Znajdź go dla mnie – rozkazał mój mąż.
Jasne, sam go szukam. Buchnął z kasy kilka stów. Jego żona ostatnio coś pląkała, że ma problem z dragami.
Co robiła? – zaczął dopytywać mój mąż.
Pląkała.
W sensie mówiła?
Chyba tak. Nie wiem, baby zawsze coś mamroczą pod nosem. Ja bym tego mową nie nazwał. – Zaśmiał się i wskazał na mnie dłonią. – Skoro szukasz Pawła, to znaczy, że ta twoja i ten sierota...? Sorry, że pytam, ale wszyscy pytają. Ludzie i tak gadają.
Nie, to wcale nie tak – wtrąciłam się. Podeszłam bliżej Rafała i mojego męża. – Nic z nim nie robiłam. Zjedliśmy kolację, rozmawialiśmy, zalał koszulę winem. Pomogłam mu ją zdjąć, a potem zaprałam.
I tyle? – zapytał Dariusz, wyraźnie mi nie wierząc.
Wtedy miałam dość publicznych przesłuchać i upokorzeń. Miałam dość jego i chciałam mu dopiec. Nagle cena jaką przyjdzie mi zapłacić, przestała się dla mnie liczyć. Rafał okazał się być synem Darka i coraz bardziej to stawało się dla mnie realne. Zaczynałam w to wierzyć i na skutek tego, coś wewnątrz zaczynało mnie boleć. Mogłam wtedy się zemścić, powiedzieć prawdę i wskazać na bruneta w białej koszuli i czarnej kamizelce. Nie zrobiłam tego. Zamiast tego odpowiedziałam mojemu mężowi:
Tak, tylko tyle. No może jeszcze mogę dodać to, że całuje znacznie lepiej od ciebie.
Tym razem uderzył mnie na odlew. Tym razem upadłam na ziemię i poczułam metaliczny posmak krwi. Tym razem nie tylko bolało. Zaczęło mi szumieć w jednym uchu i czułam się tak, jakby całkiem odebrano mi siły.
Rozbierzcie ją – usłyszałam przez ten cały gwar, który nagle zdawał się panować naokoło mnie i zakłócać wszystkie myśli, a większość słów stała się dla mnie niezrozumiała, ale ten rozkaz, który mój mąż skierował do innych, był słyszalny.
Udało mi się jeszcze wychwycić jak Klaudiusz usiłuje go powstrzymać. Jak go napomina wyłącznie imieniem, bo niedane jest mu dokończyć.
Nie wtrącaj się! – ryknął Darek. – Pierwszy i ostatni z szeregu.
Otworzyłam oczy i zauważyłam, jak pokazuje na mnie dłonią. Usłyszałam też kroki i wkrótce zauważyłam nad sobą dwóch mężczyzn, prawdopodobnie najmłodszych jacy byli w zespole. Sama nie dałabym im więcej niż dwadzieścia lat.
Od pasa w dół – dodał mój mąż. – Rozbierzcie ją od pasa w dół – objaśnił z dużym zniecierpliwieniem, kiedy tych dwóch podnosiło mnie z podłogi.

Jutro jeszcze raz przeczytam rozdział i ewentualnie poprawię te powtórzenia, których nie chcę i literówki, które wyłapię. Dziś już nie mam na to siły, a nie chciałam Was po raz kolejny zawodzić i znowu kazać Wam czekać.
Nie wiem czy udało mi się pokazać w wystarczający sposób, jak w opowiadaniu przeplatają się dwa światy – bieda i bogactwo. Bieda, która nie jest typową nędzą i patologią, wynika jedynie z niewielkich zarobków i mieszkania w nieodpowiedniej dzielnicy, w pewnych określonych już warunkach. Tu można wieszać na matce Kaśki psy, że nie zapewniła dzieciom więcej. Z tym, że późniejsze losy pokażą, że nie wynika to z braku chęci, a z braku możliwości i ze zobowiązań, które w większej mierze zaciągnął jej mąż. W przypadku długów jest tak, że w Polsce ściąga się je z tego małżonka, z którego jest możliwe ściągnąć cokolwiek. Łatwiej więc ściągnąć należności z pracującej kobiety, niż z migającego się od pracy faceta, czy z takiego mężczyzny, który siedzi za kratkami lub jest już na cmentarzu.
Nie to jednak jest najważniejsze. Ja chciałam Wam przekazać coś zupełnie innego i się Was zapytać czy to jest widoczne. Chodzi mi o to, że Katarzyna nie lubi swojej przeszłości i tamtejszych warunków, a jednocześnie zdaje się za nimi tęsknić i pragnąć do nich wrócić, móc cofnąć czas. Z drugiej strony ona uwielbia luksusy, to że może sobie na wszystko pozwolić, a jednocześnie nie lubi tego w jaki sposób żyje obecnie. I o to właśnie chciałam zapytać, czy udało mi się to przekazać w jej narracji?
No i na koniec pytanie najważniejsze. Czego spodziewacie się w kolejnym rozdziale? Chodzi mi o to, co Waszym zdaniem Darek wymyślił dla Kaśki?