Autorka tego bloga należy do grupy „Projekt Prozaicy”, z tego też powodu strona korzysta z płatnych linków. Ujmując to krócej i bardziej zrozumiale – autorka zarabia, a czytelnicy nic na tym nie tracą. Te linki są całkowicie bezpieczne dla komputerów, tabletów i smartphone-ów pod warunkiem, że postępuje się zgodnie z instrukcją, czyli nie klika w reklamy, nic nie ściąga na swój sprzęt, a jedynie odczekuje symboliczne pięć sekund i przechodzi dalej. Za wszelkie utrudnienia autorka bloga przeprasza, za waszą aktywność jest wdzięczna, a prywatnie pozdrawia i życzy dobrej zabawy podczas czytania.

Link do instrukcji – KLIK

środa, 23 sierpnia 2017

#42

Dziesiąty wpis Artura
Zabawa w swatkę

Spotkałem się z Matyldą w tajemnicy przed Klarą. Uważała, że ma dowód na to, że to Mateusz zabił Filipa. Nie miała dowodu, miała jedynie poszlakę i zdolność logicznego myślenia, co jak na kobietę, szczególnie taką szaloną, było wręcz czymś niebywałym.
Pamiętam, że ciotka Klary drżącą dłonią podawała mi kopertę. Mówiła coś o przedstawieniu dla dzieci z sierocińca, że napisała sztukę, bajkę. Zdjęć w środku było kilka, jedno grupowe. Rozpoznałem na nim Mateusza i to bez trudu, bo pamiętałem, gdy jako dziecko przyjeżdżał wraz ze swoimi przybranymi rodzicami do Klary.
Siostra Anastazja bardzo kocha te dzieci, wszystkie sieroty. Co święta bożonarodzeniowe wykonuje fotografię i wypisuje z tyłu imiona malców, by ich nie zapomnieć, nawet, gdy już odejdą, gdy znajdą dom – wyjaśniła Matylda.
Chociaż jedna odpowiednia osoba, na odpowiednim miejscu – odparłem i przemieniłem zdjęcie. To grupowe włożyłem pod spód, a moim oczom ukazała się kolejna fotografia, zdjęcie, którego widoku nie byłem w stanie znieść. Cały plik wraz z kopertą wypadł mi z dłoni. – To był Mateusz? – zapytałem.
Przypatrz się mu – nakazała. – Siostra nie chciała, by wiedział, pragnęła, by zapomniał, dlatego nikomu nigdy tych zdjęć nie pokazała. Miał je przy sobie, gdy go znaleźli. Nie wiadomo co to za ludzie, ale skrzywdzili go na całe życie.
Przyznałem jej rację, bo wykorzystywanie w taki sposób dziecka, jakby był ladacznicą za pewną opłatą, nawet takiemu zwyrodnialcowi jak ja nie mieściło się w głowie.
Nie chciałem już patrzeć na te zdjęcia. Matylda jednak nalegała. Mówiła bym spojrzał chociaż na ostatnie, na to, na którym był najmłodszy, ale ja wiedziałem, że na to będzie mi się patrzyło najtrudniej. Pomimo tego jednak schyliłem się, ale nie po cały plik. Wygrzebałem to z niemowlęciem. Mateusz był na nim kruchy i mały jak Filip przed kilkoma miesiącami. Był też nagi, a jakaś kobieta obejmowała jego genitalia ustami.
Po co mam na nie patrzeć? – zapytałem, podnosząc się z kucek.
Na komodach w twoim pałacu, w gabinecie, który należał do twojego ojca, jest fotografia tego samego chłopca – uświadomiła mi.
Marcela – wyszeptałem.
Do gabinetu ojca nie wchodziłem często, a jak już wchodziłem, to nie przyglądałem się pamiątkom jakie po nim pozostały. Nie byłem sentymentalny. Nie byłem też aż tak spostrzegawczy, by zauważyć podobieństwo, niemalże identyczność chłopców z obydwóch fotografii. Nie miałem też tak doskonałej pamięci, by przypomnieć sobie jak Marcel wyglądał, gdy jeszcze mieszkał w pałacu, zanim moja matka się go pozbyła. Wziąłem więc to zdjęcie i ruszyłem w stronę wozu. Poczekałem aż Matylda pozbiera resztę i ukryje je na powrót w kopercie. Wraz z nią wbiegłem do pałacu, następnie do gabinetu ojca i porównałem zdjęcia. Matylda miała rację, Mateusz był Marcelem, był moim bratem, a tym samym też bratem nieżyjącego Filipa.
Nie mów nic Klarze! – krzyknąłem do Matyldy i wybiegłem ze zdjęciami w dłoni. Zdecydowałem się na podróż nie powozem, a konno. Byłem dobrym jeźdźcem, konno było znacznie szybciej.
Udałem się do sąsiedniej wioski, do posiadłości państwa Morello. Niechętnie, nieco zdziwieni moim nagłym przybyciem, ale jednak zaprosili mnie do środka. Ich dom był takim jakim opisywała go Klara. W salonie była broń na ścianie, kolekcja pana Gustawa. Na niskiej ławie stały słodkie herbatniki i słone krakersy. Było ciepło, rodzinnie.
Chciałbym pomówić z Mateuszem – rzekłem cicho, spokojnie.
Jest chory – odparła jego przyszywana matka.
Przechodziłem cholerę w młodości. Nie zarażę się drugi raz – zapewniałem. – Nie chcę też go denerwować. Chcę się pogodzić.
Oboje spojrzeli na mnie nieufnie, ale skierowali mnie do sypialni na piętrze. Zastukałem w białe drzwi, bo tak wypadało, a potem delikatnie je uchyliłem i zapowiedziałem, że to ja. Nie czekałem na zaproszenie, wszedłem.
Mateusz był w takim samym stanie jak ja przed laty. Ciurkiem ściekał po nim zimny pot, oczy miał mętne, poczerwieniałe, skórę bladą, każdą jedną żyłę pod nią widoczną. Bolało mnie patrzenie na niego. Bolało, że zadam mu większy ból. Zanim jednak pokazałem zdjęcia, to zawołałem:
Marcel!?
Spojrzał na mnie. Z jednej strony wydawał się być dziwnie nieobecny, a z drugiej zdawało się jakby wiedział, że to jego prawdziwe imię.
Ty wiesz? – zapytałem.
Przełknął ślinę. Uczynił to z trudem.
Podszedłem bliżej, bo wiedziałem, że nie będzie w stanie mówić na tyle głośno bym go usłyszał.
Odwiedzałem sierociniec nieraz z rodzicami. Zawoziliśmy tam rzeczy, z których wyrosłem. Szukałem swoich korzeni – powiedział słabo, bardzo słabo i bardzo cicho.
Przysiadłem na jego łóżku, tuż przy jego boku. Sądziłem, że się rozgada, że powie coś więcej, pomimo że mówienie sprawiało mu trud, ale nie. On zamilkł. Dlaczego spodziewałem się więcej? Przecież on zawsze był małomówny, od dziecka, od najmłodszych lat.
A kiedy i jak dowiedziałeś się, że jesteśmy rodzeństwem?
Filip chciał wyjechać, Klara później do niego dołączyć. Nie chciałem jej stracić. Twój ojciec był wojskowym, miał kontakty.
Chciałeś wysłać Filipa na służbę wojskową lub zaniechać w jakiś sposób jego edukacji? – zgadywałem.
Dokładnie tak. Tam zobaczyłem swoje zdjęcie. Zapytałem się kim jest to dziecko. Odpowiedział, że to był jego syn. Przestudiowałem historie twojej rodziny.
Naszej – poprawiłem go szybko.
Nie, nie naszej. Twojej. Kobieta, która mnie urodziła, zabiła się. Twa matka też się zabiła. Tam był tylko ten człowiek, zimny, zgorzkniały.
I dlatego, ze względu na charakter mojego ojca, nie dowodziłeś swojej prawdziwej tożsamości? – nie dowierzałem.
Wtedy każdy, by mnie podejrzewał, gdyby tobie się coś stało. Poza tym już miałem rodziców, rodzinę. Miałem też Klarę. Miałem to wszystko stracić? Za pałac? Tytuł? Jestem równie majętny co ty, a nawet bardziej, bo nie mam długów, nigdy ich nie miałem. Na co mi tytuł hrabiego? To tylko obowiązek, zbyteczny, bo to miasteczko podupadało i znów zacznie podupadać. Tytuły za kilka dekad przestaną ważyć, nie będą znaczyć.
To z pewnością była najdłuższa wypowiedź jaka popłynęła z ust Mateusza. Była szczera. Była też przyznaniem się do morderstwa, do spowodowania wypadku.
Gdyby wiedzieli, że jesteśmy spokrewnieni, to by cię podejrzewali – nawiązałem do tego co powiedział wcześniej. – Ty uszkodziłeś wóz. Nie chciałeś zabić Filipa. Wtedy nie wiedziałeś, że on też cokolwiek dziedziczy i nie majątek miał dla ciebie znaczenie. Chciałeś Klarę, a ja stałem na drodze. Byłeś przy jej boku, a ona wodziła oczami za mną.
Chciałem cię nastraszyć, nie zabić – zaznaczył.
Zginął niewinny. Zamieniliśmy się wozami – wspomniałem.
Tym bardziej później chciałem być przy Klarze, bo czułem się winny.
Zabiłeś jej brata – powiedziałem twardo. – Jak mogłeś patrzeć jej w oczy?
A ty? Czy nigdy nikogo nie zabiłeś? Jak patrzysz w swoje oczy każdego dnia? Spoglądasz w lustro, hrabio Grandi?
O czym ty mówisz? – zapytałem, bo nie wiedziałem czy chodzi mu o to, że zamieniłem się z Filipem wozami i przez to, to co miało spotkać mnie, spadło na niego, czy ma na myśli fakt, że nie udzieliłem Filipowi pomocy kiedy tonął.
W domu twego ojca widziałem też inne zdjęcia. W domu matki Klary zaś widziałem papiery, rozwiązanie małżeństwa. Co stało się z prawdziwym mężem tej twojej ladacznicy, Arturze? Nie odpowiadaj, nie musisz. Anita mi się zwierzyła kiedy prała moje koszule.
Przed moimi oczami stanął obraz męża Wiktorii. Tego jak ją odnalazł, jak się nad nią pastwił. Byłem młodszy, słabszy, mocno pijany. Nie dałbym mu rady. Chciałem go tylko ogłuszyć. Chwyciłem za siekierę, która stała w rogu pokoju. Uderzyłem tą drugą stroną. Myślałem, że trafię w plecy, nieopodal karku. Trafiłem w głowę, poleciała krew, a on osunął się na ziemię. Nie umarł od razu. Męczył się. Patrzyłem na to, patrzyłem z zimną krwią, sądząc, że skoro tak się stało, to najwidoczniej Bóg tak chciał. Jednak to nie Bóg miał krew na rękach. Ta krew była na mych dłoniach.
Zamilkłem na jakiś czas, a po odetchnięciu i uspokojeniu rozkołatanego serca, przypomniałem sobie po co tak naprawdę przybyłem do Mateusza. W końcu planowałem się do niego udać jeszcze zanim Matylda pokazała mi prawdę o nim.
Anita zawsze cię lubiła – zacząłem delikatnie.
Wielu kobietom się podobałem. Rodzice mnie wykształcili, zapewnili szanowany zawód.
Akurat to, że jesteś wojskowym to moja zasługa – przypomniałem szybko, nieco bezczelnie.
Zabawne, że uczyniłeś ze mną dokładnie to samo, co ja chciałem uczynić z Filipem.
Widocznie draństwo jest dziedziczne.
Mateusz się uśmiechnął.
Jednak gdyby nie wcześniejsze nauki i szkoły, to moja kariera zakończyłaby się na niższym stopniu.
Przyznałem mu rację. Ja go tylko nakierowałem, ale to państwo Morello zapewnili mu odpowiednie wykształcenie, życie na wyższym, ponadprzeciętnym poziomie.
Anita jest w trudnej sytuacji i nie ma nikogo kto mógłby jej pomóc. Państwo Morello po twej śmierci zostaną sami. Pamięć o tobie przepadnie, nie przekażesz nazwiska. Żona i dziecko, jeślibyś je uznał, dziedziczyliby po tobie rentę.
Bawisz się w swatkę? – zapytał z drwiną.
W ostatniego sprawiedliwego.
Wychowano mnie w prawości. Anita to córka Wiktorii. Poza tym miałbym się przyznać do nieślubnego dziecka? – dopytywał i nie dowierzał w mój szalony pomysł.
Ja wiem, że wychowała cię rodzina z tradycjami. Zdaję sobie sprawę z tego jak taka wiadomość ich chwilowo skrzywdzi, ale ta krzywda minie, jej poczucie zaniknie, bo po twojej śmierci będą myśleli, że mają jeszcze dla kogo żyć. Będą sądzili, że mają wnuczkę i kogoś na miarę córki. Będą mieli kogo wziąć na kolana, kogo zaprosić na niedzielny obiad. Twa hańba, skandal potrwa krótko, choć ludzie będą gadali latami, ale to nie jest warte tyle co przyszłość, a po twojej śmierci, jeśli nic po sobie nie zostawisz, ludzie, którzy cię wychowali, nie będą mieli przyszłości. Zrobisz jak uważasz. – Wstałem i skierowałem się do wyjścia.
Arturze! – krzyknął za mną, ale słabo, ledwie słyszalnie. – Jeśli Anita się zgodzi, ja także się zgodzę. Jednak nigdy nie powiesz Klarze, że jej brat zginął przeze mnie.
To też był nasz brat – przypomniałem. – Nie powiem – zapewniłem, zamykając za sobą drzwi.