Autorka tego bloga należy do grupy „Projekt Prozaicy”, z tego też powodu strona korzysta z płatnych linków. Ujmując to krócej i bardziej zrozumiale – autorka zarabia, a czytelnicy nic na tym nie tracą. Te linki są całkowicie bezpieczne dla komputerów, tabletów i smartphone-ów pod warunkiem, że postępuje się zgodnie z instrukcją, czyli nie klika w reklamy, nic nie ściąga na swój sprzęt, a jedynie odczekuje symboliczne pięć sekund i przechodzi dalej. Za wszelkie utrudnienia autorka bloga przeprasza, za waszą aktywność jest wdzięczna, a prywatnie pozdrawia i życzy dobrej zabawy podczas czytania.

Link do instrukcji – KLIK

środa, 4 kwietnia 2018

#78

Rozdział 13
Prezenty przysyłane znikąd

Amanda Rodríguez de Falcone przekroczyła próg posiadłości. Od razu została powitana przez zaniepokojoną Marthę, która opowiadała jej o dziwnym telefonie Marco w środku nocy oraz dopytywała o to, dlaczego kobieta powróciła z Hiszpanii bez dziecka i bez kota. Pedro i Eduardo byli nieodłącznymi elementami pani Falcone. Nie było dnia, by nie widziano ją w towarzystwie jednego i drugiego, a nierzadko zdarzało się tak, że jedząc obiad w restauracji miała na jednym kolanie syna, a na drugim kota. Goście, którzy odwiedzali kino i przed seansem lub po seansie zajadali się jakimś sytym posiłkiem albo lekkim deserem, już wcale się temu nie dziwili. Po plotkach wiedzieli, że tego mogą się spodziewać po żonie kandydata na burmistrza. Zresztą, mały chłopiec z burzą loków na głowie i czarny kociak o jasnych, niebieskich oczach stali się pupilami większości gości. Nie było na nich skarg, ani informacji, by komuś przeszkadzali.
Nie mam teraz czasu, Martho – Amanda zbyła służącą tymi słowami, wyminęła ją i ruszyła do mieszkania na piętrze, które zajmowała razem z synkiem i mężem.
Te dwa, niewielkie pokoje mieściły w sobie nie tylko meble i sprzęty domowego użytku, takie jak maszyna do pisania i maszyna do szycia. Również zdobiły je nie tylko tapety i fikuśne żyrandole. Mieszkanie było puszką pełną wspomnień, miejscem gdzie małżonkowie przeżyli wiele chwil szczęścia, ale i takich pełnych łez.
Amanda przysiadła na brzegu łóżka i wspomniała moment, gdy mały Pedro, mający wtedy niespełna roczek, mocno się pochorował. Na zmianę płakał i spał, a oni naprzemiennie nosili go na rękach i czuwali przy jego łóżeczku. Wtedy też bywało tak, że brali go do swojego łóżka i leżał z nimi, w środku. Mało spali. Każdej nocy przysłuchiwali się czy chłopiec oddycha i czy jego małe serduszko bije.
Do kobiety powróciło też inne wspomnienie, to ostatnie z tych dobrych, gdy chłopiec przerwał im uciechy cielesne, a pasek ojca, a konkretnie jego dzwoniąca klamra skojarzyła mu się z dzwonkami sań Mikołaja. Mały Pedro wspomniał wtedy o prezentach, nie mogąc się już doczekać kolejnych.
Prezenty – szepnęła Amanda sama do siebie i wstała z łóżka. Udała się w stronę szafy, gdzie schowała wszystkie zwinięte kolorowe papiery i ozdobne pudła. W jednym z takich ukryty był prezent dla jej synka od babci. Prezent ten znalazł się pod choinką. Marco powiedział jej, że przyszedł pocztą.
Amanda odnalazła pudełko, ale nie znalazła na nim nic oprócz adresata. Napisane było: „Dla Pedro Falcone od Babci”, ale nie było żadnego znaczka pocztowego ani stempla poczty. Czuła, że jest coraz bliżej rozwikłania zagadki, ale to wcale ją nie uspokajało, jedynie bardziej niepokoiło.
Pani Falcone, pomimo wyjścia za mąż, nie wyzbyła się robienia wszystkiego co przyjdzie jej na myśl od razu, bez konieczności konsultowania tego z mężem. Zresztą, Marco w chwili obecnej był ostatnim człowiekiem, któremu była w stanie zaufać. Tym bardziej więc nie zamierzała się z nim dzielić swoimi planami i przypuszczeniami.
Przebrała się najszybciej jak to tylko było możliwe. Włosy doprowadziła do ładu, tylko po to, by u jubilera wzięto ją na poważnie, ale nie robiła makijażu. Nie miała czasu na przywiązywanie większej wagi do poprawiania swej urody, nie w chwili, gdy jej synek zaginął. Znalazła jednak czas, by włożyć kolczyki, które ofiarowała jej matka. Wspomniała jej słowa, które brzmiały:
Gdy byłaś mała, to uwielbiałaś przymierzać moją biżuterię. Te kolczyki i ten pierścionek upodobałaś sobie najbardziej. Kolczyki ci ofiaruję, teraz jesteś już dorosła, więc idealnie do ciebie pasują. Oczko mają w kolorze barwy twych oczu. Pierścionek jednak sobie pozostawię. Przypomina mi najlepsze chwile jakie spędziłam z twym ojcem, te zanim się tak bardzo zmienił. Dostaniesz go po mojej śmierci. Wszystko co należy do mnie, dostaniesz po mojej śmierci. Ty i twój synek albo córka.”
Amanda przypomniała sobie dotyk swej matki, ostatni jaki poczuła. Teraz zdawało jej się, jakby rodzicielka ponownie dotykała jej lekko zaokrąglonego brzucha.
Nagle do kobiety dotarł fakt, że co miesięczne krwawienie ponownie jej się spóźnia. Ostatnia taka sytuacja miała miejsce, gdy była w ciąży, a wcześniejsza, gdy zdecydowała się poślubić Marco. Pragnęła, by teraz, jak i wtedy, był to wynik niesprzyjających okoliczności, stresu. Coś jej jednak podpowiadało, że tym razem jest inaczej. Czuła, że nie może być w ciąży, nie z tym człowiekiem. Nie chciała nosić pod sercem dziecka swego męża, człowieka, który wyrządził jej tyle krzywdy, który tak wiele razy ją okłamał.
Potrząsnęła głową i na moment postanowiła zapomnieć o tym frasunku. Chciała poprosić Ludovico, by na ten dzień stał się jej szoferem. Nigdzie jednak nie mogła znaleźć tego mężczyzny. Rozpoczęła więc rozmowę z jednym z kelnerów, dowiadywała się czy mężczyzna umie prowadzić. Umiał, a więc był idealnym kandydatem do roli jaką mu wyznaczyła. On sam także się z tego cieszył. Wolał spędzić dzień za kierownicą, niż obsługując pokaźnych rozmiarów przyjęcie.
Z jakiej okazji zebrało się tylu ludzi? – zapytała, zasiadając na miejscu pasażera.
Ogłoszono wynik wyborów. Pani mąż został burmistrzem. To na jego cześć to przyjęcie.
Naprawdę? – zdziwiła się.
Ani ona, ani Marco nie uczestniczyli w ogłoszeniu wyników. Byli wtedy w drodze do Hiszpanii. Teraz Amanda, także nie miała głowy do przyjęć, wyborów i czynienia dobrych pozorów. Wskazała mężczyźnie dokąd ma jechać, a gdy znaleźli się na miejscu, to rozkazała, by na nią zaczekał.
Dzień dobry – przywitała się z jubilerem, zmuszając do lekkiego, przyzwoitego uśmiechu. – Poszukuję czegoś co pasowałoby do tych kolczyków – wskazała na wiszącą na jej uszach biżuterię.
To ma być pierścionek, broszka, może zawieszka?
Wszystko mi jedno – odpowiedziała szybko, starając się stwarzać pozory, iż nie poszukuje czegoś konkretnego. – Mój mąż właśnie został burmistrzem – pochwaliła się. – Pozwolił mi z tej okazji na kosztowny prezent. Niestety, muszę go sama dla siebie wybrać, bo on jest bardzo zajęty. – Zamrugała kokieteryjnie powiekami i oparła się o oszkloną ladę w taki sposób, że jubiler miał dokładny widok na jej jędrne piersi, pomimo że te skryte były pod beżową koszulą. Rozpięte guziki jednak spełniały swoje zadanie i przykuwały męski wzrok.
Ta broszka, by pasowała – stwierdził i wyciągnął z jednej z szuflad kosztowną ozdobę. Poprawił swoje okrąglutkie okulary i przekazał biżuterię na dłonie Amandy.
Faktycznie, wzór podobny, ale oko niebieskawe. Szukam czegoś co miałoby oliwkową barwę.
Oczko można wymienić – zaproponował.
Być może, ale lubię różnorodność, jednak w granicach rozsądku. Moim skromnym zdaniem, komplet niekoniecznie musi być identycznego wzoru. Powinien mieć jednak pewien element wspólny i to ten element, który najbardziej rzuca się w oczy. W przypadku biżuterii jest to kolor oczka.
Chciałem pani dać do tej broszki to oczko. – Wyjął spod lady pleciony woreczek i wysypał na obitą materiałem tacę kilka kamieni. Znalazł odpowiedni i przysunął go bliżej klientki.
Amanda rozpoznała w oczku ten nieregularny kształt, identyczny jak przy kolczykach. Było oliwkowej barwy.
Skąd pochodzi? Czy z innej broszki? – dopytywała z uśmiechem udawanej radości, trzymając szlachetny kamień w dwóch palcach. Przyglądała się mu pod słońce, które wpadało do sklepu przez pokaźne okna witrynowe.
Z pierścionka. To taki sam kamień jak przy pani kolczykach.
Tak? – zdziwiła się. – Bardzo możliwe, zupełnie się na tym nie znam.
To peridot. Znany jest także pod nazwą chryzolitu.
Dobrze wiedzieć. – Ponownie uśmiechnęła się w stronę jubilera.
Pochodzi znad Morza Czerwonego. Jego pierwsze występowanie odnotowano na tysiąc pięćset lat przed narodzinami Chrystusa. Krzyżowcy przywieźli je do Europy. Te pani i ten, który trzyma pani w dłoni ma mniejszą zawartość chromu i niklu, przez co ich kolor nie jest intensywnie zielony, a przypomina bardziej barwę oliwki greckiej.
A ten pierścień, z którego pan go wydobył?
Sprzedałem go, ale mężczyzna chciał wymienić oczko na akwamaryn. Mówił, że to bardziej pasuje do oczu jego przyszłej żony, bo oszlifowany był na przezroczysty błękit.
A więc zbliżony do oczu mego męża. Chętnie bym go odkupiła, kamień też bym wzięła. Da mi pan adres tego mężczyzny albo chociaż jego imię i nazwisko. Bardzo proszę, a to proszę zapakować. – Podała na spoconą dłoń jubilera kamień peridotu.
Nie jestem pewien czy...
Może pan. – Puściła do niego oczko w sposób bardzo uwodzicielski.
No dobrze, skoro pani tak nalega – odparł skrępowany i zawstydzony. – Ten mężczyzna nazywał się Ludovico Murquía. Pamiętam go dokładnie, bo pierścień był drogi, a on ubrany raczej niechlujnie, w dodatku czuć było od niego kacem. Wystawił czek. Bałem się go przyjąć, ale uznałem, że może upił się ze szczęścia i miłości.
I jak było naprawdę?
Czek został przyjęty w banku. To dowód na to, że nie należy oceniać ludzi po pozorach. – Podał zapakowany kamień i wyliczył jego cenę na podstawie gramatury oraz wyraźnych zarysowań.
Amanda zapłaciła żądaną kwotę także czekiem, wystawionym na nazwisko męża.
Mam upoważnienie – zapewniła.
Nawet gdyby pani nie miała, to nie żałowałbym, że trafił w pani ręce – odparł i skinieniem głowy się z nią pożegnał. Zachłannym wzrokiem odprowadził ją nie tylko do drzwi, ale także do automobilu. Widział jak do niego wsiada przez duże szyby witrynowe.
Kiedy pani Falcone powróciła do posiadłości, nie mogła uwierzyć własnym oczom. Od samego progu powitali ją Marco z Borysem, jeden stojący przy drugi, stykający się niemal ramionami.
Śnię? – zapytała wprost.
Gdzieś ty była? Czemu wyjechałaś bez... – Marco nagle zamilkł. Spojrzał ponad głowę żony, gdzie dostrzegł hiszpańskiego policjanta, któremu zgłaszali zaginięcie syna oraz matki Amandy. – Co pan tutaj robi?
Ruszyłem w ślad za groźnym przestępcą, ale widzę niepotrzebnie, gdyż już go państwo odnaleźli – zadrwił i nawet nie wyjął kajdanek. Powstrzymał też swoich dwóch pomagierów, którzy już ruszali do przodu, by schwytać Borysa Swiryda. – Rozumiem, że to nie pan Były-Lokaj stoi za zniknięciem małego Falcone, czyż tak?
Tak. Najwidoczniej tak – odpowiedziała Amanda. – Pozwoli pan ze mną, muszę panu coś pokazać. – Chwyciła Javiera za rękaw marynarki i bez skrępowania pociągnęła za sobą na górę. Tam wydobyła z szafy pudełko z adresatem, ale bez znaczka i stempla pocztowego. – To prezent, który otrzymał mój syn od mojej matki. Wiem od służby, że nie był zawinięty w żaden dodatkowy papier. Niektóre z pozostałych też nie były, ale one mają stemple. – Wydobyła kolejne, tym razem przypadkowe pudełko.
Ciekawe.
Wyprostowała się i pewna swego mówiła dalej, zupełnie nie zwracając uwagi na męża i byłego kochanka. W tej chwili dla niej istniał tylko policjant, na którego pomoc liczyła. W szczere intencje obydwóch panów, którzy w jakiś sposób byli ważni w jej życiu, już dawno zwątpiła. Co prawda obaj zapisali się w scenariuszu jej istnienia, ale teraz żadna przeszłość nie miała dla niej znaczenia. Liczyła się tylko przyszłość, a tę chciała spędzić z najważniejszym w jej życiu mężczyzną – z synem. Amanda zaczęła opowiadać o znalezisku rybaków oraz o ozdobie jubilerskiej, kamieniu jaki zakupiła i tego skąd pochodzi.
Trzeba wezwać nurków – zadecydował Javier i nim skinął na swych pomagierów, by poczynili w tym celu odpowiednie kroki, to Borys pierwszy zgłosił się na ochotnika.
Dobrze pływam – powiedział. – Umiem także nurkować.
Jest zimno panie Swiryd, nie sądzę by...
Chcę pomóc. Być może... może to pomoże znaleźć mojego syna – stwierdził, choć wiedział, że w rzece nie znajdzie ciała Pedro. Był pewien, że chłopiec jest z biologiczną matką, a ta nie będzie w stanie go skrzywdzić. Chciał jednak pozbyć się Marco i odzyskać Amandę. Sądził, że znalezienie kości Elsy Rodríguez mu w tym pomoże.
Jeszcze tego samego dnia, gdy zbliżał się wczesny wieczór, wszyscy znaleźli się nad rzeką, tuż przy moście, który wskazali rybacy, mówiąc, że to właśnie nieopodal niego odnaleźli fragment ciała. Byli szczerzy, choć tłumaczyli się chaotycznie, pragnąc uniknąć konsekwencji. Okradzenie nieboszczyka nie było czynem chwalebnym, być może było nawet i karalnym, ale Amanda nie zamierzała żądać wyciągnięcia względem nich konsekwencji.
Marco dotarł nad rzekę najpóźniej ze wszystkich. Musiał wygłosić przemówienie. Zdecydował się na najkrótsze z możliwych, wcześniej się specjalnie na tę okazję nie strojąc. Jedynie przywdział czarny fular i zmienił marynarkę na elegantszą, w barwie intensywnej czerni. Wymówił się problemami rodzinnymi, związanymi z synkiem, dając tym tłumowi powód do oklasków, gdyż ludzie uznali, że rodzina powinna być dla człowieka najważniejsza. Pokładali nadzieję, że burmistrz, który jest w stanie zatroszczyć się o bliskich i ich stawia na pierwszym miejscu, będzie w stanie też zatroszczyć się o ich małą społeczność.
Swiryd zdjął koszulę, a następnie zsunął szelki z ramion. Już miał skoczyć, kiedy Marco go powstrzymał:
Idę z tobą. – Pośpiesznie zsunął buty stopa o stopę i także zaczął zdejmować górę ubrania. Nakazał Amandzie, by przytrzymała jego marynarkę i nie zważał na jej protesty.
Nie powinniście. Lepiej jeśli zrobią to profesjonaliści – mówiła.
Nie będziemy na nich czekali. Nim ktoś wyda nakaz... to strata czasu – głosili zgodnie.
Obaj weszli na most. Szli równo, ramię w ramię. W końcu zatrzymali się na samym końcu. Po równi obawiali się zetknięcia z zimną wodą i obcą im głębią.
Płyń. – Marco wskazał brodą na rzekę.
Pan powinien...
Ten raz ci ustąpię. W końcu nawet mą żonę miałeś jako pierwszy – powiedział Falcone nim Borys zdążył dokończyć zaczęte zdanie.
Jak chcesz – warknął Swiryd i skoczył do wody.
Marco, nim ruszył za nim, wpierw się przeżegnał. Nie modlił się o siły ani o determinację. Nie bał się szoku, jaki spowoduje nagłe wrzucenie własnego, ciepłego ciała do zimnej wody. Obawiał się wyłowienia prawdy. Prawdy, którą on znał i skrywał od ponad dwóch lat.
Amanda przypatrywała się, jak Marco i Borys, co jakiś czas, się wynurzają w celu nabrania powietrza. Zaciskała pięści, licząc na jakiś znak, na choćby poszlakę. Niespodziewanie detektyw stanął przy jej boku.
Który, pani zdaniem, jest odpowiedzialny za zbrodnie? – zapytał.
Słucham?
Jeden z nich panią szczerze kocha, dlatego aż tak się poświęca. Drugi to najprawdopodobniej morderca pani matki.
Pierścień, który moja matka nosiła, z którym się nie rozstawała, wykupił od jubilera Ludovico Murquía. To przyjaciel mego męża, jego prywatny ochroniarz, tak zwana prawa ręka. Niech więc pan sam sobie odpowie na pytanie, które mi pan zadał – odpowiedziała głosem zniżonym do niemal szeptu.
Nie wierzy pani w niewinność własnego małżonka?
Tego nie powiedziałam. Przynajmniej nie tak dosadnie. Ja tylko powątpiewam.
Został burmistrzem. Uważany jest za prawego człowieka.
Podobnie jak sam Lucyfer – syknęła. – Diabeł, pan piekieł, też był kiedyś aniołem światłości – wyjaśniła.
Usłyszeli kroki za plecami. Odwrócili się niemal jednocześnie. Zobaczyli jak dobrze zbudowany mężczyzna, ubrany w ubrania czyste, ale niedrogie i codzienne, się do nich zbliża.
To Ludovico – szepnęła w stronę Javiera Amanda.
Pomówię...
Ja z nim porozmawiam. Policja może go spłoszyć, a nie o to nam wszystkim chodzi – przerwała tymi słowami wypowiedź policjanta i już miała ruszyć w kierunku Murquía, ale usłyszała jeszcze jak mężczyzna do niej mówi:
Jest pani niezwykle dzielną kobietą, pani Falcone.
Nieprawda. Jestem tylko matką – odpowiedziała. Przyzwoicie skinęła głową i, podchodząc do Ludovico, zarzuciła marynarkę męża na plecy. Chciała choć trochę ochronić je i ramiona od nieprzyjemnego, nagle wzbierającego na sile, wiatru.