Autorka tego bloga należy do grupy „Projekt Prozaicy”, z tego też powodu strona korzysta z płatnych linków. Ujmując to krócej i bardziej zrozumiale – autorka zarabia, a czytelnicy nic na tym nie tracą. Te linki są całkowicie bezpieczne dla komputerów, tabletów i smartphone-ów pod warunkiem, że postępuje się zgodnie z instrukcją, czyli nie klika w reklamy, nic nie ściąga na swój sprzęt, a jedynie odczekuje symboliczne pięć sekund i przechodzi dalej. Za wszelkie utrudnienia autorka bloga przeprasza, za waszą aktywność jest wdzięczna, a prywatnie pozdrawia i życzy dobrej zabawy podczas czytania.

Link do instrukcji – KLIK

wtorek, 14 sierpnia 2018

#93

Rozdział 14
Ryzykowny plan

Kiedy człowiek siedzi w zamknięciu, to wszystko wygląda inaczej niż za czasów wolności. To nie jest tak, że nabieramy dystansu i nagle widzimy tylko to co w życiu powinno mieć największe znaczenie. Nie oszukujmy się, że po uwięzieniu w sekundę mądrzejemy.
Mnie osobiście z dystansem było bardzo trudno. Sprawa dotyczyła mnie i, co prawda, mogłam się wznieść ponad nią i zobaczyć wszystko z pewnej odległości, ale to nie odbierało mi stronniczości. Emocje także były na swoim miejscu – szalały we mnie.
W takich momentach ponownie zdawałam sobie sprawę z przewagi Darka. On, co prawda nie zawsze, ale jednak potrafił na wiele spraw związanych z nim spoglądać jakby był tylko widzem. To świadczyło o jego sile... sile spokoju. Nie, nie był oazą i potrafił się naprawdę mocno wkurwić, ale potrafił też to wkurwienie, zwykle w odpowiednim momencie, zatrzymać. Dzięki temu był zwycięzcą.
Darek był też odważny albo udawał, że jest odważny. W każdym razie nikt, nawet ja, nie zauważał różnicy. Tą odwagą wzbudzał strach, respekt, szacunek.
Często też zastanawiałam się jak Darek to robi, że śpi po nocach. Oczywiście poza momentami kiedy w nocy pracował, biegał, uprawiał seks. Chodzi mi po prostu o to, że mój mąż nie cierpiał na bezsenność. Zamykał oczy i odpływał. Jego trupy nie wysypywały się z szafy, a moje, choć zdawałoby się, że są znacznie lżejsze, to lawiną mnie przygniatały.
Co noc przed zaśnięciem widziałam Pawła, jego żonę, jego dzieci. Śniło mi się, że budzę się cała we krwi. Bywało też tak, że przychodził do mnie Wojtek, mówiący „I co ty mi zrobiłaś?”. Jego szyja była... to było straszne. Wszystkie koszmary były straszne, ale te z moim bratem w roli głównej zdawały mi się być najgorsze. Do czasu, bo w końcu przyśnił mi się Rafał.
Tamtego dnia wydano zgodę na widzenie. Odwiedził mnie Klaudiusz i Zofia. Nie, nie zrobili tego osobno. Uczynili to razem. To było dla mnie wielkim zaskoczeniem.
Jak się trzymasz? – zapytał szwagier.
Miałeś znaleźć mi adwokata – przeszłam od razu do rzeczy.
To może być trudne – wtrąciła Zośka. – Ostatnią decyzją Darka było odcięcie wszystkich sznurków.
Co? – zdziwiłam się. – Nie mógł tego zrobić.
Może i mnie by tego nie zrobił, gdyby moja głupia żona nie poszła do szwagra na skargę, że jej mąż jest homoseksualistą.
To trzeba było nie być pedałem – warknęła szeptem, nawet na niego nie zerkając.
Przestańcie się kłócić! – wysylabizowałam przez zaciśnięte zęby. – Przynajmniej nie tutaj. Nie mamy płynności finansowej? – dopytywałam. – A moje karty?
Twój mąż je opróżnił, poblokował, różnie.
Przez chwilę osłabłam, szybko jednak się podniosłam. Oparłam łokcie o stolik, przypominający nieco szkolną ławkę i przychyliłam się do odwiedzających. Moja pupa przy tym ledwie dotykała krzesła.
Jestem jego żoną. Wyjmę pieniądze ze wspólnego konta – rzekłam triumfalnie.
Nie wyjmiesz – stwierdził poważnie Klaudiusz. – Konto jest puste. Sprawdziłem to kartą. PIN-u nie zmienił. Zostały tam jakieś grosze.
A jakieś konta na Kajmanach albo innych wyspach? – pytałam i myślę, że zarówno Zośka jak i Klaudiusz słyszeli w moim głosie panikę.
A miał w ogóle coś takiego? – Moja przyjaciółka zmarszczyła nos, a po chwili całą twarz wykrzywiła.
Przyjrzałam jej się uważniej i przyszło mi do głowy, że wygląda jak typowa zmęczona życiem kobieta, która miesza środki przeciwbólowe z tymi na sen i z amfetaminą. Jedno łykała, by móc spać, a drugie by się pobudzić. Klaudiusz wyglądał od niej lepiej, ale też nieszczególnie korzystnie. Sprawiał wrażenie jakby go coś bolało. Nagle w tym wszystkim wychwyciłam jedno słowo z wcześniejszej wypowiedzi Zofii.
Miał? – zapytałam nagle, niemal to wykrzykując. – Ostatnia decyzja – powtórzyłam cicho słowa, które padły na samym początku dyskusji. – Czy to znaczy, że on...
Klaudiusz pokręcił głową.
Powiedziałabym nawet, że zdrowieje. Wybudzili go, ale ciśnienie, ból głowy. Pieprzyli coś i znowu go odesłali w kimono.
Nawet z nim nie rozmawialiście?
Kiedy? – syknął Klaudiusz. – Za tydzień lub dwa spróbują go znowu wybudzić. Do tego czasu ktoś mnie pewnie zabije, bo nie mam z czego wypłacić mu pensji.
A stacje benzynowe?
Dobrze wiesz, że to funkcjonowało na podjazdach i lewych fakturach. Ludzi mogę jeszcze jakoś przytrzymać, do miesiąca. Mogę dać jakieś zaliczki i mówić, że ty niedługo wyjdziesz i zajmiesz się interesami męża.
Pewnie, zwal wszystko na mnie. – Uśmiechnęłam się cynicznie. Jego pomysł wydawał mi się całkiem poroniony, bo mógł mi zaszkodzić.
I tak już siedzisz po uszy w gównie – przypomniał. – Nie wyjdziesz stąd w tydzień. Tu cię raczej nie sięgną. To więzienie dla kobiet, a takich raczej nie mamy w swojej branży.
Nie licząc prostytutek – wtrąciła Zośka. – No chyba, że to też preferujecie tylko w męskim wykonaniu – dopowiedziała złośliwie.
Za moment ci pierdolnę! – Klaudiusz się uniósł, a strażnik zaczął nas wszystkich uspokajać.
Nie rozumiałam skąd ta odpowiedzialność ogółu tak bardzo modna w naszym kraju. Darek był w śpiączce, to on ukradł pieniądze, ale to ja nie miałam z czego zapłacić i mnie, Klaudiuszowi, innym mogło się za to oberwać od jeszcze innych. Na widzeniach to Klaudiusz się uniósł, ale zwrócono uwagę nam wszystkim i to mnie grożono za to pozbawieniem widzeń w kolejnych tygodniach.
Przepraszam za męża – uspokoiła strażnika Zośka.
Sorry – syknął Klaudi. W końcu spojrzał na mnie ponownie. – Rosjanie nie poczekają. Jadą tu z towarem. Jeśli nie zapłacimy to mogą nas nawet... – Wycelował dwoma palcami w swoją głowę i klekotnął językiem, co dało dźwięk zbliżony do przeładowywania broni.
Coś wymyślę – zapewniłam, bo czułam, że muszę coś wymyślić. Nie mogłam teraz zostawić wszystkich samym sobie i to nie tylko, dlatego że mogło się to odbić na mnie. Czułam, że jestem coś winna Darkowi. Chciałam, by mojego męża nadal w biznesie traktowano poważnie. Ja nadal miałam pozostać żoną gangstera, a nie żoną człowieka, którego większość gangsterów chce odstrzelić za niedotrzymanie terminów. To była ta moja chora lojalność. – Sejfy – przyszło mi nagle do głowy. – Opróżnił też sejfy?
Klaudiusz wykonał swoją typową dla intensywnego myślenia minę.
Nie sądzę – odpowiedział. – Blokował karty i wszystko takie robił rano. Raczej telefonicznie, internetowo niż stacjonarnie w oddziałach banków
Niemożliwe – zaprzeczyłam. – Znaczy, mogę się mylić, ale nie sądzę. Darek nawet rachunki płaci na poczcie. To nie jest nowoczesny człowiek. A do infolinii bankowych i bankomatów ma uraz od momentu jak w pewną niedzielę chciał wypłacić pieniądze i wydało mu sam kwitek, bez gotówki. Od tamtej pory nawet wpłat i wypłat dokonywał w oddziałach.
Ja mówiłam, a Klaudiusz bladł.
Co ty pierdolisz!? – krzyknął i szybko przeprosił za to strażnika. Inni odwiedzający i osadzone zaczęli się na nas patrzeć z zaciekawieniem.
Pamięć – szepnęłam. – Masz dobrą pamięć. Powiem ci szyfry do sejfów. Niemal każdy jest inny, nie wszystkie pamiętam... Dobra, już się koncentruję. Koduj – rozkazałam i zaczęłam od adresów wszystkich stacji benzynowych i szyfrów jakie znałam. Czasami mówiłam, że gdzieś może być jedynka, a nie siódemka i odwrotnie. To samo piątka i dwójka czy szóstka i dziewiątka. Byłam wzrokowcem. Podobnie wyglądające znaki często mi się myliły, jeśli od ich użycia minęła spora ilość czasu. – W pierwszej kolejności zapłać Rosjanom i zajmij się interesem z nimi. Nie zaniedbuj przy tym nizin, które zadowolą się ochłapami, zaliczkami. Zobaczymy jak wyjdzie. Ile będzie brakować. Pomyślimy o kredycie.
Już widzę jak dają kredyt osadzonej – wtrąciła Zośka.
Napiszę odwołanie. Może sąd zgodzi się na kaucję. Jeśli opuszczę więzienie i będę mogła odpowiadać z wolnej stopy, to w banku nie muszę ani słowa szepnąć, że wisi mi nad głową sprawa karna.
Aby się odwołać i mieć szansę w sądzie musisz mieć adwokata – trzeźwo myślała.
Faktycznie. Sąd inaczej patrzy na ludzi z prawnikiem. Tacy nawet sprawy rozwodowe wygrywają, choćby największymi skurwielami byli. Wystarczy, że ich żon nie stać na papugę.
Ty masz mi go załatwić – przypomniałam.
Większość dobrych wie jaka jest teraz sytuacja, bo zna ten świat. Darek przebywa w szpitalu, a my z każdym dniem jesteśmy coraz bardziej niewypłacalni. To się roznosi.
Sprawdź sejfy. Z tego też daj jakąś zaliczkę najlepszemu obrońcy w mieście.
O ile wystarczy. Rosjanie muszą być pierwsi, bo z nimi nie ma żartów – przypomniał mi.
Musisz coś wymyślić. Przytrzymać ich w razie czego jakiś czas. Jeśli wyjdę, wezmę kredyt, szybko się ich spłaci.
Jeśli wyjdziesz, ale nie dadzą ci kredytu, szybko nasz ZUS spłaci zakład pogrzebowy, który będzie łaskaw zająć się naszym pochówkiem.
Zośka złapała się za głowę, słysząc moje i Klaudiusza kombinatorstwo. W końcu ponownie włączyła się do rozmowy.
Weźmiemy kredyt na nasze mieszkanie.
Spłacamy już hipotekę – przypomniał Klaudi.
To spłacimy ją z pieniędzy, które tam gdzieś w tych sejfach pewnie są. Po tygodniu weźmiemy znowu kredyt na chatę, bo wtedy będziemy wiarygodni dla banku.
Wiesz, że to ryzykowne? Nie wiemy ile zyskamy, może tylko czas.
Ona też ryzykuje. Pływamy w tym samym gównie. Ponadto jesteśmy rodziną, coby nie było. – Przewróciła oczami i westchnęła.
Mogą nam nie dać kredytu nawet po spłacie wszystkiego. Twoje ćpanie nie było tanie. Wszystkie chwilówki, pożyczki...
To sprzedamy mieszkanie! – warknęła.
Nie zamieszkamy u twojego ojca, a na wynajem...
U mojej matki – wtrąciłam. – Zamieszkacie u mojej matki.
Co? – zdziwiła się Zośka.
Nie „co?”, tylko „musi nam pomóc” – niemal wysylabizowałam.
Od lat z nią nie rozmawiałaś – przypomniała.
Wiem, ale... muszę. Dziś do niej zadzwonię.
Klaudiusz podparł głowę na dłoni, a potem podrapał się po brodzie bez zarostu.
Z pewnością się twoja mamuśka ucieszy, że zwalimy jej się na głowę.
Jego ironia nie była na miejscu, bo nie było innych pomysłów. W takiej sytuacji nie było w czym wybierać. Nie było „lepsze” i „bardziej lepsze”. Nie było „lepsze” i „gorsze”. Nawet „gorsze” i „bardziej gorsze” nie było. Było jedno, jedno jedyne wyjście.
Potem zadzwoń do nas, gdy już pogadasz z mamą. – Zofia wstała, nachyliła się do mnie i musnęła mnie w czoło. – I koniecznie jakoś się trzymaj.
Cześć – rzucił Klaudiusz, a potem podał mi dłoń. – Cześć nowy szefie – dodał nagle. Zupełnie się tego nie spodziewałam.
To nie potrwa długo. On się obudzi i się wszystkim zajmie – gdy to mówiłam byłam tego niemal pewna.
Do celi odprowadzał mnie strażnik. Ten sam, który tyle razy zwracał nam uwagę podczas widzeń. Nie wiem czemu on, skoro powinien pilnować reszty na sali odwiedzin. W każdym razie, gdy szliśmy długim korytarzem, odezwał się do mnie:
Katarzyna Ratmajer.
Wiedziałam, że musi znać moje imię i nazwisko przez to jaki zawód wykonuje, ale w jego wypowiedzi było coś dziwnego.
Prowadziłaś fundację – dodał po krótkiej chwili.
Znamy się? – zapytałam.
My nie, ale znałaś mojego syna – odpowiedział, a ja zaczęłam się mu przyglądać.
Pewnie musiałam zrobić minę jakbym uważała go za nienormalnego. Facet nie wyglądał na kogoś kto może mieć syna w zbliżonym do mojego wieku. Nagle sobie przypomniałam o Rafale i o tym, że Darek jest jego ojcem i wtedy doszłam do wniosku, że ten strażnik mógłby mieć syna w moim wieku, gdyby się tylko nieodpowiednio wcześnie o niego postarał.
Jak ma na imię twój syn?
Filip.
To było chore, bo nie znałam żadnego Filipa.
Być może uratowałaś mu życie – dopowiedział i pchnął mnie do celi. Nacisnął odpowiedni przycisk, krata się zamknęła, a on odszedł. Nie zdążyłam zapytać o nic więcej.
Z innymi więźniarkami nie chciałam się spoufalać. Udawałam, że czytam książkę. Udawałam, bo choć lubiłam czytać, to nie mogłam skoncentrować się na treści. Za dużo się wokół mnie ostatnio działo. Nagle jedna we mnie czymś rzuciła. Nawet nie wiem czym, bo to coś spadło za łóżko. Odrzuciłam więc w jej stronę butem. Trafiłam w głowę. Tyle wystarczyło, by nawiązała się między nami bijatyka i to do tego stopnia, że niemal krzesło na niej połamałam. Przed tym ostatnim powstrzymali mnie strażnicy. Zaprowadzili do izolatki, ale ledwie ogarnęła mnie ciemność i świadomość tego jak anorektyczne jest to pomieszczenie, to inny strażnik, ten, którego syna rzekomo znałam, uchylił taką klapkę w drzwiach, wpuszczając w ten sposób nieco światła do pomieszczenia. Podeszłam bliżej, a on podał mi telefon. Zwykły, stary, taki jaki niemal każdy miał przed laty. Przypomniałam sobie, że niegdyś uwielbiałam Nokie, a model 3310 był niemal niezniszczalny.
Powinnaś zadzwonić do matki. Uprzedzić ją nim sprowadzisz jej na głowę tych dwoje wariatów – powiedział. – I następnym razem cię uprzedzę, gdy coś ci ustawię, nim jeszcze za morderstwo będziesz siedzieć. Mogłaś ją tym krzesłem zabić.
A można dostać dwa dożywocia? – odpowiedziałam pytaniem na pytanie.
Dostałaś dożywocie? – zdziwił się.
Albo całą młodość za kratkami – sprostowałam. – Mnie już sądzą za morderstwo, proszę pana. Dziękuję – dodałam, oddalając się i wybierając numer do matki. Miałam tylko nadzieję, że przez te wszystkie lata go nie zmieniła.