Autorka tego bloga należy do grupy „Projekt Prozaicy”, z tego też powodu strona korzysta z płatnych linków. Ujmując to krócej i bardziej zrozumiale – autorka zarabia, a czytelnicy nic na tym nie tracą. Te linki są całkowicie bezpieczne dla komputerów, tabletów i smartphone-ów pod warunkiem, że postępuje się zgodnie z instrukcją, czyli nie klika w reklamy, nic nie ściąga na swój sprzęt, a jedynie odczekuje symboliczne pięć sekund i przechodzi dalej. Za wszelkie utrudnienia autorka bloga przeprasza, za waszą aktywność jest wdzięczna, a prywatnie pozdrawia i życzy dobrej zabawy podczas czytania.

Link do instrukcji – KLIK

sobota, 12 sierpnia 2017

#41

Dziewiąty wpis Artura
Wartość pereł

Rzadko kiedy z Klarą byliśmy tak zgodni jak w temacie Tymoteusza. Oboje zdawaliśmy sobie sprawę, że on zagraża naszemu małżeństwu. Po równi też wiedzieliśmy, że na wsi, pracując w stajni czy pomagając w prowadzeniu wyścigów konnych, ten chłopak się marnuje. Był na to za zdolny, miał zbyt lotny umysł. Chciałem, by go wykorzystał. Nie chciałem, by zaprzepaścił szansę jaką otrzymał od samego Boga.
Pamiętałem Tymka, gdy był jeszcze dzieckiem. Małym, chorym, umierającym. Widziałem jak stawał na nogi, po wielu miesiącach leżenia w łóżku. To był cud. Kolejnym było to, że wychowując się przy Wiktorii, bez pieniędzy i możliwości edukacji, on samodzielnie, w wieku pięciu lat, nauczył się czytać. Pisanie także przyszło mu łatwo. Z liczeniem było gorzej, ale douczałem go. Grałem z nim w karty na zapałki. Z doświadczenia wiedziałem, że przy hazardzie cyfry najłatwiej wchodzą do głowy.
Zdecydowaliśmy więc z Klarą, że trzeba Tymoteusza przepędzić ze wsi, ale nie w sposób typowy. Nie chciałem go zastraszać, bić, ani w żaden sposób hańbić. Zresztą, gdybym zhańbił go publicznie, mówiąc, iż romansował z mą żoną, to na niej ta hańba odbiłaby się najmocniej. Ja oberwałbym rykoszetem. I Filipowi potem, by dokuczano, że jego matka rozkładała uda przed stajennym. Dzieciaki teraz, podobnie jak kiedyś i tak jak jeszcze przez wieki będą, bywały okrutne, bo to dorośli ich tego okrucieństwa uczyli.
Tymka postanowiliśmy wysłać na studia, do miasta oddalonego o setki kilometrów od naszego miasteczka i pobliskich wsi. Nie mieliśmy na to środków. Wciąż spłacaliśmy długi. Byliśmy winni Baronowej jej należności oraz Mateuszowi musieliśmy wypłacać comiesięczną kwotę w wysokości wcześniej umówionego procentu od zysku. Klara miała jeszcze pierścionek, który otrzymała od Mateusza. Sądziła, że jest dużo wart, więc postanowiła go sprzedać, jednocześnie udowadniając mi, że Mateusz nic dla niej nie znaczył. Jednak w rzeczywistości, to rzeczy nie miały dla niej żadnej wartości, a nie ludzie. Mateusz był ważny, tak samo jak ja i Tymek. I tak samo bez znaczenia były dla niej pamiątki po nas, prezenty jakie od nas otrzymała. Nie miał więc wartości pierścionek zaręczynowy ani perły, ani własnoręcznie wykonana zawieszka do łańcuszka. Tą ostatnią jednak postanowiła zatrzymać, gdyż sprzedaż jej nie miałaby najmniejszego sensu. Zawieszka nie miała żadnej wartości pieniężnej. Jednak kwota jaką otrzymaliśmy za sprzedaż pierścionka i pereł wystarczyła na pokrycie podróży i opłacenie roku studiów. Tymek miał w przyszłości zostać księgowym, a być może później, gdyby zdecydował się dalej uczyć, to miałby szansę na bycie prawnikiem i to całkiem dobrym. Znając jego ambicję i zapał do uczenia się nowych rzeczy, czytania, nabywania wiedzy, nie było możliwości, by był słaby w zawodzie jaki zdobędzie.
Oczywiście to Klara dała mu pieniądze. Nakłamała, że inaczej grozi mu z mojej strony niebezpieczeństwo. To był jedyny sposób, by go przegnać. Nie chcieliśmy dla niego źle, ale mej rady, by nie usłuchał. Klara miała na niego wpływ, bo była dla niego kimś bardzo ważnym. Tylko dla jej spokoju zgodził się wyjechać.
Pozostała jeszcze Anita i jej córka. Nie chciałem, by się rozstały. Z własnego doświadczenia wiedziałem, że dziecku będzie najlepiej przy matce, nawet najgorszej, nawet nie do końca dobrej, nie prawej, nie niewinnej, ale przy matce, a nie przy obcych czy samym ojcu.
Moja matka nauczyła mnie kochać. Jej miłość była tak silna, że była gotowa dla mnie zabić i za mnie umrzeć. Gdy ojcu narodził się dziedzic, to go wykradła i porzuciła w lesie. Nie byłoby tego, gdy Marcel był Marceliną. Był jednak chłopcem, zagrażał mi. To on miał przejąć tytuł, a nie ja. Kiedy dowiedziałem się co zrobiła moja matka, targany różnymi uczuciami i emocjami wyszedłem na dach pałacu Grandich. Była burza, stałem przy samym filarze. Bujałem się i szukałem w sobie odwagi, by oddać skok. Mama weszła na ten dach po mnie. Dała radę doprowadzić mnie do okna, usadzić na parapecie i nakazać bym wrócił na strych. Ją jednak przestraszyła błyskawica, omsknęła jej się noga. Spadła, obijając się o gałęzie wysokich drzew. Wyglądała jak lalka, jak jakaś kukła, która zrzucona uderza o wszystko co stoi jej na drodze. Na końcu jednak pojawiła się krew. Uderzyła głową o murek, pękła czaszka. Patrzyłem na to wszystko i milczałem. Krzyk ugrzązł mi w gardle. Byłem jednak w stanie zbiec na dół i zerwać jej z szyi perły. Jedyny prezent jaki otrzymała od mojego ojca. To były te same perły, które po latach naprawiłem i ofiarowałem Klarze w święta. Te same perły, które sprzedane dały szansę Tymoteuszowi na lepszą przyszłość.
Po śmierci mamy dopadł mnie silny lęk wysokości. Trzęsły mi się nogi nawet, gdy wchodziłem po schodach i patrzyłem poza poręcz lub w dół. Nie podchodziłem też do okna, bałem się. Jednak, gdy zobaczyłem Klarę na dachu stodoły, to nie byłem w stanie przejść obojętnie. Strach nie zniknął, on mi towarzyszył także wtedy, jednak przy tej smarkuli starałem się trzymać fason. Wtedy myślałem, że jest moją siostrą. Nie chciałem, by ktoś jeszcze z mojego rodzeństwa zginął, dlatego zdecydowałem się ściągnąć ją na dół. Dlatego też nie byłem w stanie zabić Filipa, choć Klara mnie o to podejrzewała. Tak naprawdę wtedy miałem zginąć ja, a nie on.
Faktem było, że ja i Filip zatrzymaliśmy się w trasie, by porozmawiać. Mocno się wtedy pokłóciliśmy i on był gotowy zawrócić. Jednak podróży przyświecał szczytny cel i to on go powstrzymał. Dochód jaki płynął z przemytu opium przeznaczałem na hazard, opał i kozy. Hazard był moją rozrywką, ale opał zapewniał ciepło biednym mieszkańcom, których nie było na to stać. To dzięki mojemu sprytowi i przestępstwom ich dzieci co zimę nie były zmuszone chodzić po domu w kilku parach spodni i rękawiczkach. Kozy żywiły sieroty, niemowlaki porzucone w sierocińcu oraz dzieci, którym zmarły matki nim zdążyły je wykarmić. Tylko dzięki temu miały szansę dorosnąć, szansę przeżyć. Wszystkiemu jednak winny był mój ojciec. To on jako hrabia powinien dbać o mieszkańców miasteczka i wsi. Nie robił jednak tego. Smarował bogatym, by ci uczynili go jeszcze bardziej bogatym. Los biedaków był mu obojętny. Dla niego to były nic niewarte wszy.
Ten co zabił Filipa był w stanie ocalić Anitę i jej córkę, zapobiec zerwaniu więzi. Nie sądziłem, że będę go jeszcze o cokolwiek prosił. Ciężko patrzyło mi się w jego oczy. Był pierwszą miłością Klary. Dla niej zezwolił na wybudowanie toru wyścigowego na ziemi, która należała także do niego. W tej sytuacji jednak postanowiłem schować dumę do kieszeni. Nie było sensu go hańbić, nazywać mordercą i udowadniać winy. On już był umierający. Na niego czekał jedyny sprawiedliwy sąd, ten ostateczny. Miał jednak szansę przed śmiercią dokonać czegoś dobrego i być może tym jakoś załagodzić karę na jaką zasłużył i jaka z pewnością będzie mu dana po śmierci.