Autorka tego bloga należy do grupy „Twoja odskocznia”, z tego też powodu strona korzysta z płatnych linków. Ujmując to krócej i bardziej zrozumiale – autorka zarabia, a czytelnicy nic na tym nie tracą. Te linki są całkowicie bezpieczne dla komputerów, tabletów i smartphone-ów pod warunkiem, że postępuje się zgodnie z instrukcją, czyli nie klika w reklamy, nic nie ściąga na swój sprzęt, a jedynie odczekuje symboliczne pięć sekund i przechodzi dalej. Za wszelkie utrudnienia autorka bloga przeprasza, za waszą aktywność jest wdzięczna, a prywatnie pozdrawia i życzy dobrej zabawy podczas czytania.

Link do instrukcji – KLIK

wtorek, 19 lutego 2019

#96

Rozdział 13
Konsekwencje

Moja matka, gdy bywała trzeźwa, mawiała, że w życiu jest czas na wszystko, tylko, że ludzie zazwyczaj komplikują sobie życie, czyniąc nieodpowiednie rzeczy w nieodpowiednim czasie. Teraz, gdy stałam niemal na środku niewielkiego studia, pełnego luster, kosmetyków i lamp, powróciły do mnie, we wspomnieniach, te jej słowa. Czy były przestrogą? Nie wiem. Patrząc na Huberta, jego zakłopotanie, zastanawiałam się na co jest teraz czas i czy jest on w ogóle mój, bo być może należał, tylko i wyłącznie, do zegara, który nieubłaganie odmierzał kolejne sekundy, zamieniając je w minuty, a następnie w godziny. Co prawda, ta wymowna chwila milczenia, która zawładnęła nami i chwilą, nie trwała dłużej niż pięć minut, ale pomimo tego, mnie wydawała się być całą wiecznością. Hubert w końcu się poruszył, podszedł do plecaka i wyjął z niego czarny, niewielki tablet.
Póki pamiętam – oznajmił i zamilkł. Przełknął nerwowo ślinę, tak głośno, że nawet na odległość, która nas dzieliła, to usłyszałam.
Mnie również zaschło w gardle.
Nie musisz... – zamilkłam, gdy wyciągnął w moją stronę drżącą dłoń.
Pierwszy raz wydawał mi się taki... słaby? Nie, to nie była słabość, a nawet nie lęk. To było coś dziwnego, coś co wisiało między nami, niczym siekiera na gęstym powietrzu, gdy atmosfera nie sprzyja.
Nie potrafiłam wykonać ruchu. W końcu to on zadecydował, chwycił za moją torebkę, odpiął jej zamek i włożył sprzęt do środka. Potem ją zapiął i ponownie odwrócił się do mnie plecami, zanim zdążyłam cokolwiek wyczytać z jego twarzy.
Co się stało? – powtórzyłam chyba po raz ósmy to pytanie i w końcu doczekałam się odpowiedzi.
Po prostu jestem kretynem – wycedził przez zęby.
Każdy z nas nieraz nim jest – starałam się go pocieszyć, chociaż było to niezwykle trudne, zwłaszcza, gdy się nie znało całej sprawy, a nawet nie miało cienia przypuszczeń o co może chodzić.
Nie aż tak jak ja. – Odwrócił się i uśmiechnął kpiąco, jakby sam z siebie drwił. – Zrobiłaś kiedyś coś, czego kurewsko żałowałaś, a jebany czas nie chciał się dać cofnąć? – zapytał, żywo przy tym gestykulując jedną z dłoni. Drugą miał wciśniętą do kieszeni dżinsów.
Każdy z nas zrobił, co najmniej, kilka takich...
Tak, tylko ty jesteś na starcie. Dopiero zaczynasz życie i masz czas to wszystko poukładać. A ja? W moim wieku, to już bliżej do trumny i w końcu przyjdzie taki moment, że umrę, a na moim pogrzebie będzie tylko ksiądz...
Ciii – wyszeptałam, podchodząc do niego. Uniosłam dłoń i przyłożyłam palec wskazujący do jego ust. – Ciii – powtórzyłam.
Co ty robisz? – zapytał nagle i oddalił się krok do tyłu. Spojrzał w bok i dopadł do komputera. – Wyjdź – polecił.
Dlaczego? – Postanowiłam nie dać za wygraną.
Muszę coś sprawdzić na komputerze.
Poczekam – oznajmiłam, uśmiechając się sama do siebie.
Hubert po raz kolejny chciał załagodzić suchość w gardle i przełknął głośno ślinę. Otworzył laptopa i usiłował się zalogować, ale ekran zaczął skakać. Przypieprzył z całej siły otwartą dłonią w klawiaturę i zaklął pod nosem.
Dlaczego go bijesz? – zapytałam lekko. Chciałam go rozluźnić, by znowu był sobą, takim Hubertem jakiego znałam, a nie zatroskanym i niezdecydowanym, niczym nastolatek.
Gdyby komputer był kobietą, znaczy rodzajem żeńskim, to bym odpowiedział, że jest nieposłuszna z natury. Miałaś wyjść, a jeszcze tu jesteś – zauważył, rzucając mi przelotne spojrzenie.
Nie spodziewałam się, że wyjdzie z ciebie taki szowinista.
Mało mnie jeszcze znasz – warknął chamowatym tonem i ponownie uderzył w klawiaturę, tym razem z taką siłą, że aż stolik, na którym stał laptop, podskoczył, a ja zatrzęsłam się w przestrachu. – Nie wyjdziesz, prawda?
Jeszcze nie wiem, ale jeśli mogę się wtrącić, to takie uderzanie nic nie da. Zepsujesz go tylko. – Podskoczyłam i usiadłam na jedynym, większym, okrągłym stole. Był chyba rekwizytem do jakieś sesji, bo całkiem nie pasował do wnętrza.
I tak już jest zepsuty. To nie moja wina, że on nie chce ze mną współpracować. – Tym razem w ruch już poszły pięści i głośne „cholera” podczas przykładania opuchniętych kostek do lekko drżących ust.
Kobiety też tak traktujesz, gdy nie chcą z tobą współpracować? – dopytywałam bez cienia przejęcia w głosie.
Oczywiście, przez kolano i heja – wyczułam dobrze mi znany, żartobliwy ton. – Albo dwie heje, ewentualnie trzy. – Odwrócił się do mnie, uśmiechnął łobuzersko i stwierdził. – W twoim przypadku to by i dziesięć hejów nie wystarczyło. Miałaś wyjść. Jesteś niereformowalna.
– „Heji”, nie „hejów” – poprawiłam go i wbiłam swój wzrok w wyświetlacz telefonu.
Przyszedł SMS od Nowej, że ojciec ją wkurzył i teraz nie wie czy skorzystać z zaproszenia macochy, i wypić dobrego szampana, czy iść spać i marzyć jakby uśmiercić rodziciela na tysiąc jeden sposobów. Odpisałam, że ja na jej miejscu dobrze bym się bawiła i zupełnie nim nie przejmowała, aby mu było łyso.
Już się na tobie koncentruję, przepraszam, ale... – zaczęłam.
Nie musisz mi się tłumaczyć – przerwał szybko i gwałtownie. – Masz swoje życie, jak każdy.
Zeskoczyłam na ziemie, całkowicie zapominając o tym, że mam na sobie wysokie buty. Co prawda, nie były to szpilki, ale i tak zachwiałam się pod wpływem utraty równowagi. Hubert znalazł się przy mnie w ułamku sekundy i przytrzymał za ramię. Poczułam znajome ciepło na skórze, w miejscu gdzie jeszcze przed momentem znajdowały się jego palce.
To jak to było z tymi hejami i kobietami? – nawiązałam do poprzedniego tematu.
Hubert wyraźnie się zmieszał i wcisnął swoje dłonie do tylnych kieszeni dżinsów.
Gdybym bił kobiety, to co druga, z którą miałem styczność, lądowałaby na OIOM-ie.
Uuu, biedne. Aż tak zalazły ci za skórę?
Aż tak.
Jak na przykład ta, z którą wcześniej rozmawiałeś? Ta szczupła brunetka. Kim ona jest?
Moją byłą – padła szybka odpowiedz. – A Michał, to już twój były czy jeszcze obecny? Nie zabrałaś go ze sobą. To bardzo dziwne.
Były – skłamałam, bo nie miałam teraz ochoty tłumaczyć mu tej zawiłości. Poza tym, to było drobne kłamstewko. Sądziłam, że Hubert i Misiek nigdy więcej się nie spotkają. Szkoda mi było tracić czas na prostowanie takich minimalnych ściem. – Więc skoro już ty i ja jesteśmy tutaj, i nie mamy żadnych zobowiązań, to możemy zrobić coś jeszcze, także bez zobowiązań – nie wiem jakim cudem to zdanie przeszło mi przez gardło, ale nie miałam niczego do stracenia. Gdyby udało mi się Huberta uwieść, to miałabym go w garści, bo przecież po seksie nie odmówiłby mi dobrego kontraktu, nie mógłby.
Coś jeszcze? Znaczy, co jeszcze? – Podrapał się po karku i oparł o jedno z wysokich krzeseł.
Miałam go na wyciągnięcie ręki, ale jednak nie miałam odwagi go dotknąć. Nie umiałam. Nie znałam się na tym!
Coś więcej...
Co więcej? Co ty mi proponujesz? – Uśmiechnął się lekko, jakby z niedowierzaniem. – Dzidzia, to była ściema. O mnie i o modelkach, to tylko takie legendy. Ja, naprawdę, nie sypiam z każdą...
Ale z większością tak. Tak działa ta machina, prawda? – Zdjęłam torebkę, założoną wcześniej na skos i zaczęłam się bawić ramiączkiem od swojej sukienki. – Taki jest ten biznes, czyż nie?
Nie... nie wiem, ale... nie możemy – zadecydował i ponownie odwrócił się do mnie plecami.
Zrozumiałam, że to jest ten czas. Teraz albo nigdy. W końcu co za różnica czy stracę dziewictwo z jakimś byle jakim typkiem, wmawiając sobie, że to co nas łączy, to miłość, czy z fotografem, który może mi zapewnić znacznie więcej niż puste i nietrwałe uczucia? W tym pierwszym widziałam zwykłą, beznadzieją i nastoletnią głupotę, a w tym drugim, czysty interes.
Położyłam dłonie na ramionach Huberta i zatoczyłam kciukami koliste ruchy. Poprosiłam, by się odwrócił. Uczynił to, ale niemal natychmiast spuścił wzrok. Zdążyłam tylko wychwycić kilka kropli potu na jego czole. Wsunęłam dłoń pod męską, białą koszulę, a jego spojrzenie na moim dekolcie stało się niemal namacalne.
Nie mo-że-my – wysylabizował niepewnie.
Zmusiłam go, by na mnie spojrzał. Wyczułam drapiący zarost na swojej delikatnej skórze. Sunęłam opuszkiem wskazującego palca po jego ustach, jakbym chciała nauczyć się ich na pamięć.
Hubert utkwił w moich ciemnych tęczówkach swoje jasne, niemal popielate spojrzenie. Poruszył nerwowo szczęką i oznajmił:
Jestem od ciebie dużo starszy.
Wiem.
I nie przeszkadza ci to? – dopytywał.
To tylko seks.
Tylko seks – wydrwił. – Jesteś...
Stuprocentowo pewna, że to tylko sek... – Nie zdążyłam dokończyć, bo męskie dłonie chwyciły za moje policzki i przyciągnęły mnie delikatnie w stronę swojego ciała.
Hubert, chyba, wykonał krok, by stanąć bliżej mnie i wpić się w moje usta. Dokonał tego szybko i zachłannie. Pocałunek trwał chwilę, choć zapowiadał się na dłuższy... o wiele dłuższy. Uśmiechnęłam się, chcąc dodać mu odwagi, a on bawił się ramiączkiem mojej sukienki. Objął mnie w pasie jedną ręką, chwytając dłonią za moje biodro. Trzymał tak, jak trzymać powinien mężczyzna, przynajmniej tak mi się wydawało, a gdy obrócił nas i wylądowaliśmy na drzwiach... konkretnie to ja plecami wylądowałam na drzwiach, moje serce zabiło mocniej, a moje tętno zdawało się rozsadzać żyły, w których teraz nie płynęła krew, a wrzątek.
Nasze usta ponownie się spotkały, a języki zatoczyły dobrze sobie znany taniec. Splatały się i rozplątywały szybko, zachłannie, jakby miało nie starczyć im nocy. Kierowana instynktem, bo przecież nie posiadałam żadnego doświadczenia, rozpięłam dolne guziki koszuli swojego szefa. Zdjęłam mu ją z ramion, niemal w tej samej chwili, co on strącał ramiączka mojej sukienki na boki. Poczułam jak materiał mozolnie po mnie płynie, by upaść na ziemię, nieopodal jego ubrania.
Hubert odsunął się na krótką chwilę, ale nieznacznie, bez konieczności czynienia kroku. Okrył swoim wzrokiem mój biust, by po chwili nakryć każdy z sutków, po kolei, swoimi ustami. W pewnym momencie syknęłam, czując nieznajomy dyskomfort, jakby pieczenie i lekki ból na lewej piersi.
Przepraszam – wyszeptał przy moim uchu. – Nie mam wyczucia, a ty jesteś... taka... delikatna.
Tym razem szorstki język zatoczył okręgi na moim uchu i tuż pod nim. Jego zarost łaskotał i sprawiał, że kąciki moich ust same unosiły się ku górze. Przyznam, że z początku się bałam, ale potem... potem cały strach gdzieś wyparował. Lęk ustąpił i zostawił miejsce na doznania, i samą, czystą, nieprzyzwoitą przyjemność... bo to chyba była przyjemność. Po raz kolejny tego dnia, kierowana pierwotnym instynktem, wgryzłam się nieco ząbkami w skórę, tuż nad piersią Huberta, zassałam ją lekko, pozostawiając na niej czerwony, mocny i wyraźny ślad.
Nie zaznaczaj mnie, nie lubię tego – wychrypił przy moim uchu, po chwili czyniąc dokładnie to samo co ja, tylko, że na mojej szyi.
W którymś momencie nawet zabolało na tyle, że chciałam się odsunąć, ale jego dłoń na moim ramieniu skutecznie mnie przed tym powstrzymała. A gdy przejechał górnymi zębami po dopiero co powstałym sińcu, pomimo nasilenia się nieprzyjemnego uczucia bólu i dyskomfort, moje ciało przeszedł dreszcz przyjemności... pierwszy w moim życiu taki dreszcz.
Dobra, dzidzia, kończymy zabawę. – Baker rozpiął pasek swoich spodni, następnie rozporek, a z tylnej kieszeni wyciągnął zapakowaną prezerwatywę.
Byłam zdziwiona, że jest tak dobrze przygotowany, ale nie miałam wtedy głowy, by go o to wypytywać. Jego ton i nagła zmiana zachowania, sprawiły, że strach do mnie powrócił. Było jednak już za późno, by się wycofać.
Hubert złapał mnie pewnie za ramiona i sunął dłońmi aż do moich nadgarstków. Następnie nasze palce splotły się jak u pary zakochanych nastolatków, spacerujących dla szpanu po parku. Nasze usta ponownie się połączyły, ale było już inaczej... zaczynałam się stresować.
Jeszcze możesz się wycofać – zapewnił szeptem.
Spojrzał na mnie pytająco, a ja pokręciłam głową na nie. Jednego czego nauczyli mnie rodzice w tym życiu, to tego, by nigdy się nie poddawać i nigdy nie zawracać, dlatego ani myślałam się wycofywać. Hubert zrozumiał mój niewerbalny przekaz. Chwycił mnie oburącz za biodra i uniósł do góry, jakbym ważyła mniej od piórka.
Opleć mnie nogami – polecił. – Będzie nam wygodniej – wyjaśnił, a gdy spełniłam jego polecenie i zaczął mnie delikatnie osuwać w dół, wprost na swojego penisa, wyczuł barierę, musiał ją wyczuć, bo zapytał: – Co, kurwa... co jest? – Z jego spojrzenia natomiast wyczytałam, że i on zrozumiał, iż jest już za późno, by się wycofać.
Baker doprowadził sprawę do końca, w przyśpieszonym tempie i bez żadnych delikatności. W którymś momencie jego stosunek do mnie się zmienił i potraktował mnie niczym rzecz.
Nie jestem dobry w rozdziewiczaniu – wyznał, wyrzucając zużytą, pokrwawioną prezerwatywę do kosza i poszukując czegoś po szafkach. Trzaskał szufladami tak głośno, że chyba na samym parterze go słyszeli. – Przepraszam, ale... mogłaś mi, kurwa, powiedzieć! – krzyknął.
Wtedy byś się nie zgodził! – odkrzyknęłam.
Oczywiście, że nie. Nikt przy zdrowych zmysłach... Ja pierdolę! – Złapał się za czoło. – Tam jest łazienka. – Wskazał mi drogę. – Poczekam na ciebie, wyjdziemy razem, jak gdyby nigdy nic. Tego nie było, rozumiesz? A jeśli było, to sama tego chciałaś i sama jesteś sobie winna. Chwal się, że przeleciał cię fotograf, ale za te pół roku, gdy już będziesz pełnoletnia – cisnął słowami niczym z karabinu maszynowego. W końcu znalazł chusteczki nawilżające. Wyjął jedną, a mnie wcisnął całe opakowanie w dłonie. – Doprowadź się do porządku, byle szybko, nie mam całej nocy.
W tamtej chwili zrozumiałam, że to był błąd i chciało mi się płakać, ale postanowiłam być twarda, w końcu sama tego chciałam. Propozycja wyszła ode mnie, nie od niego, ale pomimo tego, to chyba mógł być odrobinę milszy. W tamtej chwili, obmywając się w małej łazience i zakładając wymiętą sukienkę, byłam pewna, że ten seks był błędem. Wtedy jednak jeszcze nie wiedziałam jak bardzo i jakie będzie niósł z sobą konsekwencje.
Wyszliśmy tak jak Hubert chciał – wspólnie. On jeszcze poprawiał swoją koszulę, wsuwając ją w spodnie. Przeczesał też włosy palcami, uczynił to kilkakrotnie, układając je w bardziej ogarnięty, artystyczny nieład. Dostrzegłam Nową i poczułam się jak... jak w jakieś taniej i kiepskiej komedii romantycznej, która rozgrywała się na moich oczach niczym dramat. Przez chwilę pomyślałam, że Hubert i Zuza są razem, bo dziewczyna chwyciła go za ręce, a on starał się ją od siebie odsunąć, będąc przy tym lekko zmieszany, może nawet zażenowany. Nie dał się nawet pocałować w policzek na powitanie.
Już ci minęło? – zapytał ostro.
Z początku sądziłam, że kieruje te słowa do mnie, ale jednak kierował je do niej.
Tak, dzięki Mel. Napisała mi SMS-a, że mam się dobrze bawić, aby było ci łyso, prawda?
O kurwa! – to było pierwsze co miałam ochotę wykrzyczeć na głos. Byłam jednak w takim szoku, że żadne słowa nie chciały mi przejść przez gardło. Zrozumiałam, że Hubert Baker jest nikim innym, jak ojcem Zuzanny Mielczarek. Tylko dlaczego mieli inne nazwiska?
Znacie się? – zapytał, zerkając raz na mnie, a raz na brunetkę w ładnej, zupełnie niepasującej do jej stylu, sukience.
Tak – przemówiłam. – Przypadek. – Nie chciałam, by się wydało, że ja i Zuza chodzimy do jednej szkoły.
A wy skąd się znacie? – zapytała Nowa.
Robił mi zdjęcia – starałam się jakoś wybrnąć z tej sytuacji.
Tak, tatuś jest najlepszy w zdjęciach. Tylko we wszystkim innym się nie popisał. – Poklepała go po klatce piersiowej.
Suzi, przestań. To nie jest śmieszne. Jeśli już tu przyszłaś, to się chociaż zachowuj. – Poprawił swoją marynarkę i potarł dłonią zarośnięty, nico skąpany siwizną podbródek.
Dlaczego nie zauważyłam tego wcześniej? Przecież to jasne, że skoro siwieje, nie mógł mieć mniej niż trzydzieści pięć lat. Cholera! A ja myślała, że już nie mogło być gorzej. Życie jednak znowu mnie zaskoczyło i udowodniło, że nigdy nie jest tak źle, by nie mogło być okropniej.
Okay, okay, będę się zachowywała. Gdzie zgubiłeś żonę?
Żonę? Czy ona powiedziała żonę? – pytałam samą siebie w myślach.
Hubert spojrzał na mnie, zdawało mi się, że przepraszająco, ale przecież on nie był takim typem, który czuje się winny z powodu takiej błahostki. Ja natomiast straciłam czujność, a Nowa w tym czasie zapytała czy dam jej w poniedziałek odpisać matmę.
Znacie się ze szkoły? – podchwycił Hubert.
Konkretnie to z klasy. Nawet siedzimy czasami razem w ławce – pochwaliła się na wyrost.
Hubert wbił we mnie pytające a zarazem pełne nienawiści spojrzenie. Zuza pocałowała go w policzek i wyminęła nas. Chyba zauważyła tę brunetkę, która jak się okazało wcale nie była byłą, a obecną, na dodatek żoną pana Bakera.
Z klasy? – powróżył, a jego wzrok stracił wyraz. Stał się taki... nieprzytomny.
Uśmiechnęłam się przepraszająco, ale i triumfalnie, bo przecież teraz nie mógł mnie już zwolnić. Mogłoby to grozić skandalem i złą reputacją, nie tylko dla niego, ale i dla całej firmy. Wspólnicy pewnie nigdy, by mu tego nie wybaczyli i zadbaliby o to aby nigdzie indziej nie znalazł zatrudnienia.
Hubert przyłożył swoją prawą dłoń do lewej strony torsu. Wsunął ją pod rozpiętą do połowy koszulę i przymknął powieki, wykrzywiając przy tym twarz, jakby go coś bolało. Nagle osunął się po ścianie i wylądował na ziemi. Wyglądał, jakby powstrzymywał łzy resztkami sił, które jeszcze mu zostały. Wystraszyła się, zwłaszcza, gdy poczerwieniał na twarzy, a potem zaczął na niej sinieć.
Zrobił się tłok, taki sztuczny tłum gapiów. Zuza coś krzyczała, ta brunetka klepała go po twarzy, pytając się co się stało i nakazując mu spokojnie oddychać. Jakiś blondyn z grzywką na lewą stronę, nachodzącą na oczy, wrzasnął:
Czy ktoś ma komórkę! Niech jedna osoba wezwie karetkę!
Ale co mu jest!? – krzyknął jakiś damski głos z tłumu.
Chyba zawał – odpowiedział blondyn.
Zuza wcisnęła w jego dłoń komórkę i to on wezwał pogotowie.
Ogarnęło mnie wszechobecne i obezwładniające poczucie winy. Nie wiedziałam jak mam się w takiej sytuacji zachować. Przyjechali sanitariusze. Nakazali wszystkim odejść, odsunąć się i zrobić miejsce. Zabrali go. Wróciłam po torebkę do pomieszczenia gdzie odbywały się sesje i drobne poprawki makijażu. Potem odnalazłam Agatę i razem wróciłyśmy do domu.
Nie martw się, wiem, że się polubiliście. Nic mu nie będzie, musi mu nic nie być. – Łzy ciekły po jej policzkach tak mocno, że zamieniły się w dwie grube strugi wodospadu, zmieszane z czernią kredki do oczu. – Chantel do mnie zadzwoni, gdy tylko będzie coś wiedziała. Wtedy ja zadzwonię do ciebie.
Byłabym wdzięczna – nic więcej i nic mniej nie chciało mi przejść przez gardło.
Wysiadłam w centrum, nieopodal miejsca gdzie mieszkałam i idąc, zdałam sobie sprawę z tego do czego doprowadziłam. Zastanawiałam się co zrobię jeśli Hubert umrze? Jak ja będę z tym żyła?