wtorek, 28 lutego 2017

#11

Szósty wpis Klary
Zaręczyny

Nigdy nie sądziłam, że zostanę żoną. Znaczy, myślałam o tym, ale nie tak jak każda, typowa kobieta. Myślę, że byłam inna niż większość kobiet, tak jak wcześniej różniłam się od większości dziewczynek. Nigdy nie lubiłam zabawy w dom czy udawania, że przewijam lalkę. Kiedyś nawet dostałam taką ładną, zamykały i otwierały się jej oczy, przez co wszyscy mi jej zazdrościli. Ubrana była w niemowlęcy kaftanik i wełniane rajstopki. Powoziłam ją jeden dzień w drewnianej skrzynce na kółkach, a potem rzuciłam w kąt i chwyciłam za skórzaną piłkę, by pokopać nią do prowizorycznej braki, która była dwoma kijkami wbitymi spory kawałek od siebie. Na bramce oczywiście stał Filip – mój brat.
Mój brat nie żył. Zginął tragiczną śmiercią w tak bardzo młodym wieku. Ojciec także umarł, w wyniku epidemii cholery. Zostałam sama z matką, która dnie i noce spędzała na rozpaczaniu, laniu łez hektolitrami lub bezłzawym zawodzeniu, gdy już brakowało jej słonych kropel.
Starałam się jakoś sama prowadzić gospodarstwo. Dbałam o to, by opłacić wszystkie rachunki, regularnie spłacać należności, dowodzić, zatrudnionymi jeszcze przez mojego ojca lub zesłanymi tu przez Artura, ludźmi, a przy tym też sama garnęłam się do pracy fizycznej i tej w domu, bo ciągle brakowało rąk, by wszystko ogarnąć i wyprowadzić na prostą. Miałam wrażenie, że z dnia na dzień było do zrobienia coraz więcej, a po wykonaniu pracy, jej nie ubywało, tylko jeszcze, w zamian za tę jedną, dochodziły dokładane dwie kolejne.
Mateusz mi pomagał, starał się jak mógł. Zbliżała się sroga zima, więc łatał dziury w szopie i te, które utworzyły się w dachu domu. Przez nie dach nieustannie przeciekał i byłam zmuszona w nocy, nieraz po kilka razy, wędrować na strych, by opróżniać pełne wody wiaderka, misy i niewielkie, niemowlęce balie.
Akurat zabierałam kurom jajka, by przyrządzić jajecznicę na kolację, gdy Mateusz zawitał do stajni, która znajdowała się nieopodal. Zostawiłam więc jajka kurom, bo go dostrzegłam, więc postanowiłam mu towarzyszyć. Ostatecznie kolacja mogła poczekać.
Była mniejsza – skomentował stojąc w progu, jakby się bał wejść głębiej.
Była – przyznałam. – Ale nowy hrabia Grandi nakazał ją rozbudować. – Postąpiłam naprzód i przyjrzałam się koniom. Przerażały mnie, gdy ich mordy znajdowały się tak blisko i to z każdej strony.
Jednak ilekroć wchodziłam do stajni, to od razu przypominało mi się, że gdy byłam dzieckiem, to wypłakałam u ojca mojego własnego kucyka. Chciałam wtedy się nauczyć jeździć konno, a w marzeniach miałam wizję siebie pokonującej wszelkie przeszkody. Nigdy nie stałam się aż tak wyszkolonym jeźdźcem, by dosiąść nieułożonego konia, a te, które otrzymałam od Artura, wszystkie co do jednego, wydawały mi się być wyjątkowo niewychowane.
Przechowuje u nas swoje konie? – zapytał, nie kryjąc przy tym zaskoczenia. Zaczął się zbliżać do mnie, ale nawet mnie nie dotknął. Wyminął, jakbym była jakąś zarazą, byleby tylko się o mnie przypadkiem nie otrzeć i położył otwartą dłoń na nosie czarnego rumaka.
Niezupełnie przechowuje. Są moje – powiedziałam w końcu i już miałam opuścić stajnie, zrażona jego zachowaniem, ale mnie powstrzymał.
Poczułam jak dłoń Mateusza zaciska się na moim ramieniu, ale niemocno, właściwie ledwo wyczuwalnie.
Zaczekaj – przemówił niezwykle twardo. – Proszę – dodał jakby dla złagodzenia tonu, czyli musiał sobie zdawać sprawę ze swej nagłej ostrości. – Jak to są twoje?
Normalnie. – Wzruszyłam ramionami. – Artur...
Hrabia Grandi – poprawił – któremu zgodziłaś się raz pomóc, najwidoczniej się za bardzo zadomowił skoro oddał ci swoje konie.
Nigdy nie były jego! – wykrzyknęłam. – Kupił je dla mnie!
Dla ciebie? – Zmarszczył nos, brwi, czoło i wszystko co tylko się dało zmarszczyć na twarzy. – Za co? W ramach podziękowań za pomoc jakiej udzieliłaś wieśniakom?
Czujesz się miastowy? – Wyśmiałam go, bo przecież sam pochodził ze wsi, a to ja byłam z miasteczka. Teraz jednak nie to było najważniejsze, bo zupełnie nie podobał mi się ton jakiego użył.
Nie rozmawiaj ze mną w ten sposób.
W jaki ty rozmawiasz ze mną? – zapytałam.
Dobrze. – Zabrał rękę, już nie dotykał mojego ramienia. Obie dłonie uniósł do góry w poddańczym geście. – Za co są te konie?
Wiedziałam, że Mateusz nie odpuści, że będzie drążył tak długo aż wydrąży, więc zdecydowałam się na prawdę:
To swojego rodzaju oświadczyny.
Oświadczyny? Oświadczył ci się!?
Tak.
Przyjęłaś?
Oszalałeś!?
Odmówiłaś?
Tak sądzę.
Co znaczy „tak sądzę”? – Uśmiechnął się kpiąco i w specyficzny sposób przewrócił oczami. Jego wzrok wydawał się wtedy być taki... rozbiegany.
Dałam mu do zrozumienia...
Zamiast powiedzieć „nie”, to ty „dałaś mu do zrozumienia”? Co takiego powiedziałaś?
Jesteś zdenerwowany – zauważyłam, bo zaczął nieco podnosić ton i nadmiernie gestykulować.
Dziwisz mi się?!
Tak! Jeśli tak bardzo zależało ci, bym nie przyjmowała niczyich zaręczyn, to mogłeś pierwszy wykazać się inicjatywą.
Miałem padać na kolana, z pierścionkiem w dłoni, w dzień śmierci twego ojca czy może dopiero na jego pogrzebie? A może miałem się jeszcze bardziej pośpieszyć i w chwili, gdy dowiedziałaś się, że twój brat się utopił, a Artur cię spoliczkował, to powinienem, zamiast cię podnosić i pocieszać, już wzywać księdza i wciskać ci obrączkę na palec?
Tego było dla mnie za wiele. Nie umiała znieść takich słów, takiego cynizmu, na dodatek nawiązania do utraty dwóch najbliższych dla mnie osób i to w tak bezczelny sposób. Spoliczkowałam go. Tak po prostu. Nawet nie zrobiłam tego mocno. Właściwie to ledwie poczuł, ale w odpowiedzi i tak podniósł na mnie rękę. Nie zakrywałam się. Chyba nawet się nie bałam, bo nie zamknęłam oczu, jakbym wiedziała, że Mateusz nie posunie się dalej, że nie będzie w stanie. Gdyby to Artur stał wtedy przede mną, to już dawno mój żołądek związałby się w bolesny supeł i strach sprawiłby, że moje serce na kilka sekund zamarłoby, przestało bić.
Brunet zamknął swoje błękitne oczy, które czasami przechodziły w delikatny turkus, ale wtedy, w dzień, w który o mały włos, a by mnie uderzył, były szare, smutne. Opuścił dłoń, zamlaskał jakby z niedowierzaniem i odszedł. Zwyczajnie wyszedł z tej stajni nic nie wyjaśniając, niczego nie tłumacząc.
Pobiegłam za nim, ale w odpowiedzi usłyszałam tylko:
Chcę być sam. A ty zastanów się, czego sama tak naprawdę chcesz.
Chcę czuć się bezpiecznie, a Artur powiedział...
Niedługo napiszesz książkę z jego złotymi myślami, cytując te jego głupoty! – odkrzyknął idąc tyłem i nadmiernie gestykulując.
To nie zawsze są głupoty! – krzyknęłam za Mateuszem i miałam ochotę nachylić się po kamień, a nawet nabrać ich całe garście i ułożyć na sukience, a potem biegać za nim i usiłować go trafić, jak wtedy gdy byłam dzieckiem, jak wtedy, gdy Krystian i Filip żyli.
Tamtego dnia Mateusz wrócił do domu nietrzeźwy. Może nie był mocno pijany, ale z pewnością był bardzo pobity. Krwawił na twarzy, a jego plecy zdobiły sińce od ciosów zadawanych pięścią. Najwięcej ich było przy dole, tam gdzie znajdowały się nerki.
Przykładałam do pleców bruneta namoczoną w zimnej wodzie szmatkę, a on siedział okrakiem na krześle w kuchni, czyli w miejscu, do którego moja matka raczej nie zaglądała. Chyba nie chciał psuć jej wyobrażeń o sobie, dlatego to właśnie tam się ukrył. Przede mną się nie ukrywał, choć się po mnie nie udał. Sama zeszłam na dół, gdy usłyszałam stukot kół wozu o kamieniste podłoże, jakie mieliśmy przed domem. To Tymoteusz wyłożył podwórko tak zwanymi kocimi łbami. Zrobił to na rozkaz Artura, a ja nie protestowałam.
Z kim się pobiłeś?
Trafiłem na twojego adoratora – odpowiedział, patrząc wprost przed siebie. Był dziki w oczach, dziwnie obcy. Zauważyłam to, gdy podawałam mu drugi namoczony w wodzie materiał, by mógł go przyłożyć do twarzy.
Pobiłeś hrabiego? – Odsunęłam sobie krzesło i przysiadłam, bo czułam jak nogi odmawiają mi posłuszeństwa. – Jak mogłeś? Wiesz co teraz będzie?
Nic nie będzie, bo zostaniesz moją żoną, a nie jego. – Spuścił rękę w dół. Najpierw myślałam, że chce zaciągnąć szelki na nagie ramiona, ale jednak jego dłoń powędrowała do kieszeni.
Moim oczom ukazał się pierścionek, niewielki, drobny, skromny, ale kamień był niebieski, niemal tak samo jak jego oczy.
Mam ci odpowiedzieć teraz? – zapytałam, nie mogąc spuścić wzroku z biżuterii. Była piękna, taka subtelna. Pasowała do mnie.
Mateusz pokiwał głową, zbliżając raz policzek do jednego ramienia, a za drugim razem do drugiego. Uśmiechnął się łobuzersko.
A co, wolisz „dać mi do zrozumienia”? – zażartował, kładąc szczególny nacisk na ostatnią część zdania, co w tym wypadku, po naszej wieczornej rozmowie, było raczej bardzo nie na miejscu.
Ponownie miałam ochotę go zdzielić, tym razem jednak nie uczyniłam tego w twarz, a jedynie w ramię i to jeszcze lżej niż ostatnim razem.
Przepraszam, że cię uderzyłam.
Nie kłam. – Cały czas nie przestawał się uśmiechać. – Wcale nie żałujesz – dodał. Wstając, sięgnął mojej prawej dłoni i wsunął pierścionek na palec serdeczny. – Nie przyjąłbym odmowy – zapewnił niezwykle poważnie.
Stanęłam, bo tak jak wcześniej z wrażenia usiadłam, tak wtedy poczułam potrzebę podniesienia się na równe nogi, by się upewnić, że jeszcze mogę to uczynić. Nasze usta się spotkały, tak samoistnie, jakby były sobie przeznaczone. Moja dłoń powędrowała do jego karku, potem na włosy, a następnie moja pupa znalazła się na starym, dużym stole. Kiedy mnie na nim kładł, potrąciłam krzesło. Narobił się rumor, którego się wystraszyłam i przez to przygryzłam całującego mnie Mateusza w język. To sprawiło, że nieco ode mnie odstąpił, tak na krok i przyłożył wierzch dłoni do wargi opuchniętej nie tylko od pocałunku, ale też od wcześniejszej bitki.
Masz w sobie coś z kota – powiedział cicho, siląc się na uwodzicielski ton. – Najpierw się łasisz, a potem pazurkami po oczach. – Nachylił się, by podnieść krzesło, które potrąciłam.
Już miałam go zganić, powiedzieć, że jest okropny i w bardzo nieodpowiedni sposób żartuje, ale wtedy, gdy jeszcze się pochylał, spojrzałam ponad jego głowę, i zobaczyłam tam postać. Ledwie była widoczna, bo stała za progiem kuchni i przez to skąpana była w cieniu, bo pokój był zupełnie nieoświetlony, a i w kuchni zapaliliśmy tylko dwie lampy naftowe, z czego jedna stała na stole, a druga nieopodal, na brzegu blatu.
Kto tam jest!? – zawołałam, nie spuszczając wzroku z osoby, której twarzy nie było widać.
Osoba, której z początku się wystraszyłam, okazała się być mą matką. Kamień spadł mi z serca i poczułam nagłą ulgę, ale szybko się okazało, że to wszystko nastąpiło przedwcześnie.
Twój ojciec i brat niedawno zmarli, a ty... co ty właściwie wyczyniasz!? – zapytała za ostro. Jak na nią, to nawet o wiele za ostro.
Nic takiego, tylko...
Tylko zachowujesz się jak dziwka – wtrąciła, nie dając mi dokończyć.
Prosiłbym, by pani... – zaczął Mateusz nieśmiało, ale moja matka nie pozwoliła mu kontynuować.
To ja bym prosiła ciebie o coś! – uniosła się. Była bardzo zagniewana. – Prosiłabym byś się w tej chwili spakował i opuścił mój dom, natychmiast.
Dlaczego!? – wykrzyknęłam, zeskakując ze stołu i stając między mą rodzicielką, a mym już narzeczonym.
Bo cię nie szanuje i sprawił, że ty sama się nie szanujesz.
Skoro naprawdę tak uważasz – zaczęłam, stając na palcach, by uchodzić za wyższą niż byłam... za wyższą od niej – to dopiero ci pokażę, co to znaczy się nie szanować.
Wybiegłam jak stałam, w samej nocnej koszuli. W takim też stroju wpadłam do stajni i wyprowadziłam z boksu pierwszego z koni, tego należącego do Mateusza. Znałam tę zwierzynę, była łagodna, więc nie obawiałam się. Nawet jej nie przygotowałam do jazdy. Wskoczyłam na nią, ledwie dając radę się wspiąć, by przełożyć nogę. Objęłam w szyi i ruszyłam przed siebie.

niedziela, 26 lutego 2017

#10

Piąty wpis Klary
Las krzyży

Wiek XIX chylił się ku końcowi, a nasz małomiasteczkowy cmentarz zaczął przypominać las... las krzyży. Wyrastało ich więcej niż grzybów po deszczu. Umierali starzy i niedołężni, ale też młodzi i silni, którym choroba odebrała witalność. Nie brakowało również małych trumien, zazwyczaj białych i łez matek dzieci, które Bóg zabrał za wcześnie. Niemal co dnia odbywał się jakiś pogrzeb, ale pomimo tego nie potrafiłam zaakceptować nieuchronności losu. Nie potrafiłam pogodzić się z odejściem najbliższych i tych, których mijałam na targu, tych, u których zakupowałam słodycze jako dziecko, tych, z którymi bawiłam się w berka i tych, którzy ganili mnie za zadeptywanie ich pól czy chodzenie po ich drzewach. Ktoś by powiedział, że do tego co częste idzie nawyknąć. Ludzie umierali od zawsze, codziennie z kuli ziemskiej znikało co najmniej kilkaset istnień, a czy przez to my nauczyliśmy się lubić i szanować śmierć? Nie sądzę. W końcu ciągle szukaliśmy leków, opatrywaliśmy złamania, odkażaliśmy skaleczenia. Czy nie czyniliśmy tego wszystkiego po to, by pożyć dłużej? Czy nie było to walką o każdą kolejną chwilę z najbliższymi?
Cholera dopadła także mego ojca. Bardzo szybko go wyniszczyła i doprowadziła na cmentarz. Miało to miejsce dokładnie w tym samym dniu, w którym odbywał się pogrzeb hrabiego Grandi. Było dla mnie wielkim zaskoczeniem, gdy większość zebranych podążyła za trumną mego ojca, a nie za pożegnalnym konduktem hrabiego.
Mój ojciec nie był dobrym człowiekiem – wyszeptał mi wprost do ucha Artur.
Stałam wtedy z tyłu, za wszystkimi ludźmi, a nie razem z moją rodziną. Nie chciałam podchodzić. Już raz widziałam jak ksiądz święci trumnę, a potem ziemia ją zasypuje. Wspomnienie tego widoku śniło mi się po nocach i pragnęłam uniknąć kolejnych koszmarów. Choć może powinnam była stać przy matce, trzymać ją za rękę, wspierać w płaczu, ale... ja sama nie miałam już łez. Za dużo ich wypłakałam po stracie Krystiana i Filipa. Na szczęście moja matka nie była w tym sama, stał przy niej Mateusz i państwo Morello.
Dlaczego jesteś tutaj? – wyszeptałam do Artura i spojrzałam lekko przez ramię. Zadarłam też głowę odrobinę do góry. Byliśmy niemal równi, ale ja tego dnia miałam buty na płaskiej podeszwie, a on takie na podwyższeniu.
Bo chcę – odpowiedział, przykładając obie dłonie do moich ramion. Potarł je delikatnie, następnie mocniej zacisnął palce, ale nadal nie w taki sposób, by było to bolesne. Zbliżył twarz do tyłu mojej głowy. Poczułam jego nos w moich włosach i usłyszałam ciche muśnięcie. – Będzie dobrze. Wszystko się jakoś ułoży. Bądź twarda – powiedział, a potem odszedł do miejsca, w którym, jako syn hrabiego Grandi, powinien był od początku stać.
Zachowanie Artura wydawało mi się dziwne. Budziło niepokój i sprawiało, że zaczęłam się zastanawiać jakie ma pobudki. Okazało się, że jeszcze w tym samym dniu miałam się o tym przekonać. Przybył do mojej posiadłości konno i nie wyglądał na kogoś pogrążonego w żałobie. Jak zwykle przeskoczył przez duży pień złamanego drzewa, przez co ja aż zamknęłam oczy i zapobiegawczo jeszcze odwróciłam głowę, przyciskając policzek do jednego ramienia. Obawiałam się, że koń nie da rady pokonać tak dużej przeszkody i zarówno on, jak i jego jeździec ulegną wypadkowi. Nic takiego jednak się nie stało i już po chwili usłyszałam wolniejszy stukot kopyt oraz to jak Artur zeskakuje na ziemię tuż obok mnie.
Witaj ponownie – przywitał się i delikatnie uśmiechnął. – Mam sprawę – zaczął niemal od razu i pochwycił mnie za ramię, lekko ciągnąc, jakby sugerował, że powinniśmy się przejść.
Nie chciałam nigdzie z nim chodzić. Nie lubiłam go. Artur nieustannie wzbudzał mój niepokój, ale też sprawiał, że chciałam na niego patrzeć, a wtedy czułam się onieśmielona i taka... tak inaczej, po prostu inaczej.
W tamtym okresie całe miasteczko drżało i każdy się modlił o odnalezienie drugiego syna hrabiego Grandi, sądząc, że majątek i władza w rękach Artura doprowadzi nas wszystkich do ruiny i biedy z nędzą.
Jaką sprawę? – dopytywałam, idąc z nim w kierunku pastwiska, gdzie pasły się krowy.
To czasy nieurodzaju – zaznaczył. – Wiele zwierząt zachorowało. Pozdychały. Sądzę, że trzeba pomóc ludziom.
A więc pomagaj! – niemal krzyknęłam, bo ciągle nie rozumiałam czemu to akurat mnie zwierza się ze swoich planów. Nie byłam jego doradcą ani nikim ważnym w jego życiu.
Zrobiłbym to – wyznał, wyprzedził mnie i przystanął. Patrzył głęboko w moje oczy. – Gdybym mógł, to bym to zrobił. Nie mam jednak możliwości. Czekam na odczytanie testamentu. Gdybym teraz coś wynosił z własnego domu, to mogłoby zostać uznane za kradzież. Te rzeczy na pewno są wpisane w inwentarz notarialny.
A więc ja mam wynosić z mojego!? – uniosłam się.
Nie prosiłbym o aż tak wiele – odpowiedział. – Masz gospodarstwo, a dzieci w miasteczku potrzebują mleka. Masz też z pewnością zapasy zboża.
I nie mam rąk do pracy. Większość naszych pracowników umarła...
To by wyjaśniało twój niechlujny ubiór – wtrącił, zmierzył mnie wzrokiem od stóp do głów i złośliwie się uśmiechnął.
Przynajmniej jest żałobny. – Spojrzałam się w intensywnie czerwoną barwę jego krawatu, który idealnie pasował do chabrowej marynarki.
Jeśli masz po kim nosić żałobę, to noś, nie bronię, ale ode mnie nie wymagaj. Twój ojciec nie był mi aż tak bliski.
A twój własny?
Był mniej wart od niejednego bezdomnego. Pomożesz czy nie? – spytał natarczywie.
Pomogę, ale nie robię tego dla ciebie. – Odwróciłam się na pięcie i odeszłam, a jeszcze tego samego dnia, przed drzwiami mojego domu stanęło kilku dorosłych mężczyzn gotowych do pracy.
Nie chcieli za tę pomoc pieniędzy, a jedynie wynagrodzenie w postaci jaj, mięsa, mleka i zboża. Za nimi, nieco w oddali stał Artur. Uniósł dłoń na wysokość podbródka i delikatnie zamachał. Dał mi do zrozumienia, iż sprawił, by wilk był syty i owca cała. Jednak tym sposobem zrzucił na mnie odpowiedzialność za ludzi, za których przecież to on, jako następca hrabiego, powinien być odpowiedzialny. Ja więc dbałam o to, by każdy był najedzony, miał pracę i by miasteczko po epidemii cholery wracało do poprzedniej formy, a on przepadł. Dosłownie nigdzie go nie było, jakby postanowił na jakiś czas zniknąć. Chodziły pogłoski, że pewnie już jest po odczytaniu testamentu, a więc Artur przegrywa właśnie przyszłość nas wszystkich w karty albo ruletkę, ewentualnie wydaje na kurwy.
Ludzie jednak nie mieli racji, bo Artur powrócił. Nie sam, a z końmi i to nie dwoma czy trzeba, a co najmniej z dziesiątką. Byłam zaskoczona, gdy zjawił się z tymi zwierzętami u mnie i zaczął opowieść o pewnym sułtanie, który za kobietę swego życia był gotowy oddać dwa wielbłądy. Już gdy zaczął tę opowieść, to ja byłam pełna obaw, ale gdy dodał „Ja jestem w stanie oddać tuzin koni”, to strach mnie sparaliżował. Nie wiedziałam jak mam się zachować ani co mu odpowiedzieć. Zamilkłam.
Kochasz to miasto bardziej niż ja. Ludzie cię lubią i szanują. Tylko z taką żoną mam szansę postawić je na nogi.
Niemal się nie znamy – zaprotestowałam.
Bzdura! Znamy się prawie całe życie!
Ale nie w taki sposób w jaki...
Klara – przerwał mi i chwycił za mą dłoń. – W testamencie mego ojca jest warunek. Jeśli ja mam wszystko przejąć, a nie jego brat, to muszę się ustatkować, a mój głupi ojciec za wyznacznik tego ustatkowania przyjął małżeństwo.
A więc mam być...
Nie przerywaj mi! – uniósł się i szarpnięciem wypuścił moją dłoń ze swojej. – A co będzie z twoim domem, gospodarstwem? Twa matka nie jest jeszcze taka stara, zaraz się koło niej zakręci jakiś wdowiec czy stary kawaler i będzie się tu panoszył jak u siebie. Ciebie się pozbędzie, wydając za mąż za tego kogo sam ci wybierze, a wybierze pewnie starego i bogatego zboczeńca. Moja propozycja jest korzystna dla nas oboje, więc dobrze ją przemyśl, bo spytam cię o to już tylko jeden raz, za kilka, może kilkanaście dni i jeśli wtedy odmówisz, to już próby zdobycia twej ręki nie podejmę. – Wyjął z zewnętrznej kieszeni marynarki jakieś dokumenty zwinięte w rulon. – Rodowody i dowód zakupu. – Wskazał dokumentami na konie, a potem wcisnął mi je w dłoń. – Są twoje! – dopowiedział, a potem wsiadł na swojego rumaka, tego samego co zwykle i ryknął na swoich ludzi, że już wszystko załatwione i czas wracać.
Do widzenia przyszłej pani Grandi – przemówił do mnie jakiś blondyn, który teraz powoził jednym z pustych wozów, a wcześniej wypuszczał przywiezione przez Artura konie na wolność, czyli na moje podwórko.
Zaczekaj! – krzyknęłam za nimi. – Zaczekajcie! Ja nawet nie mam takiej wielkiej szopy, nie mam do nich boksów! Gdzie je umieszczę!? – nawoływałam.
Artur jednak nie zawrócił, ale blondyn zatrzymał wóz, zsiadł z niego i przystanął dokładnie naprzeciw mnie.
Pomogę pani z nimi – zaproponował.
Dziękuję – odparłam zdenerwowana. Cała się trzęsłam, niemal jak zwykle po spotkaniu z Arturem. On mnie denerwował, niepokoił i... przyciągał w sposób czysto nieprzyzwoity. – Jak ci na imię? – spytałam blondyna.
Uśmiechnął się szeroko, bardzo przyjemnie, tak przyjaźnie i serdecznie.
Tymoteusz – odpowiedział.

czwartek, 23 lutego 2017

#9

Drugi wpis Artura
Wyrzuty sumienia

Zaciskałem dłoń na kubku, który do połowy był pełen nalewki własnej roboty. Doprawiłem ją czystą wódką, nalewając wprost z piersiówki, którą kiedyś komuś ukradłem, ale nawet już nie pamiętałem w jakich okolicznościach do tego doszło. Na moim życiorysie było bardzo dużo takich ciemnych plam. Przełożyłem kubek do drugiej dłoni, by choć trochę zniwelować pieczenie po jej wewnętrznej stronie. Piekło i szczypało, a nie chciało mi się iść po wodę do studni, by zanurzyć bolącą dłoń i samemu sobie tym sposobem ulżyć. Chyba nawet nie chciałem czuć ulgi, bo byłem nauczony ponoszenia konsekwencji i tego, że żaden występek, ni dobry, ni zły, nie pozostaje bez echa.
Niespodziewanie pewna kobieta dosięgnęła moich pleców. Właśnie podniosła się z łóżka, na którego krawędzi siedziałem.
Zdejmij – mówiła proszącym głosem.
Poniekąd miała rację. Powinienem zdjąć marynarkę, bo z niej aż wyciekała woda i moczyła nie tylko łóżko oraz podłogę, ale przede wszystkim mnie samego. Czułem jakbym się topił, choć to nie ja tego dnia byłem topielcem. Było mi też zimno, ale nie robiłem nic, by temu zapobiec. Dokładnie tak, jakbym chciał, by ten chłód doprowadził do zapalenia płuc, a choroba miała być pokutą za moje winy.
Nie powinienem był jej bić – przemówiłem, odwracając twarz w stronę brunetki. Pozwoliłem, by jej i moje wargi się zetknęły.
Całowałem ją już tyle razy w życiu, że zaczynało mnie to nudzić. Pamiętałem pierwsze dni, gdy ledwie zacząłem ją muskać, dotykać, a moje poczynania były marne, nieśmiałe i całkiem nieumiejętne. To ona nauczyła mnie jak być mężczyzną w łóżku, jak stać się dorosłym kochankiem.
Wiktoria była ode mnie sporo starsza, a co za tym idzie – uczyła mnie życia. Zaczęła mnie go uczyć od dnia, gdy pojawiła się ze swoimi dziećmi w pobliżu dworca, na którym ja przesiadywałem i grywałem w karty.
Anito, przynieś Arturowi jakieś ubrania Tymoteusza. Powinien się przebrać – przemówiła do córki, która znajdowała się za parawanem, gdzie mieściła się część kuchenna.
Anita mnie nie lubiła. Od dzieciństwa nie darzyła mnie sympatią. Gdy była małą dziewczynką, to pewnie sądziła, że odbieram jej uwagę matki i skupiam ją na sobie. Być może sądziła, że zechcę zająć jej miejsce, ale nie miałem tego w planach. Ja byłem jedynie kochankiem Wiktorii, nie chciałem stawać się jej kolejnym dzieckiem.
Siedząc na łóżku, zupełnie nie ruszałem głową ani nie kręciłem szyją. Wiktoria mnie rozbierała, a ja wpatrywałem się w jeden punkt. Gapiłem się w ten pieprzony parawan złożony z drewna i lekko prześwitującego materiału. Śledziłem krągłości kobiecej pupy i miałem ochotę samego siebie uderzyć w mordę, bo nawet w takiej sytuacji upatrywałem się ukojenia dla duszy w uciechach brudnej cielesności.
Wiktoria klękała między moimi nogami i rozpinała ostatnie z guzików koszuli. Otrząsnąłem się ze swych nieporządnych marzeń i sam ją z siebie zdjąłem, a potem pozwoliłem, by chwyciła za brzegi bawełnianej podkoszulki i pozbawiła mnie jej przez głowę.
Siedziałem tak zupełnie nagi, bo spodni i butów już dawno nie miałem na sobie. Przykrywałem jedynie swojego penisa białym prześcieradłem. Wtedy Anita wyłoniła się zza parawanu z miseczką w dłoni.
Rozgrzeje cię – szepnęła i podała naczynie wprost do moich rąk. – Rozgrzeje pana – poprawiła się i przestała sunąć wzrokiem po mojej nagiej klatce piersiowej.
Dziękuję – odrzekłem.
Ledwie skosztowałem, a do izby wszedł Tymoteusz niosący dla mnie ubranie. Jemu również podziękowałem. Przy nim się nie krępowałem, więc oddałem miseczkę Wiktorii do potrzymania i wstałem, by się ubrać. Blondyn przyzwoicie się odwrócił, czym nieco mnie rozbawił.
Uczyłem cię nie sikać pod wiatr. Nie ma co teraz zakrywać oczu.
Teraz jest pan hrabią – przypomniał.
Jeszcze nie jestem – sprostowałem, mając świadomość, że mój ojciec ledwie co, ale jednak jeszcze dycha. – Chyba, gdyś był młodszy, to bardziej śmiały, mniej wstydliwy – dodałem, wciągając bawełnianą bluzkę w spodnie, które były na mnie lekko za ciasne i odrobinę za krótkie. Poczochrałem chłopaka po jego jasnej blond czuprynie i dałem głośno do zrozumienia, że już może się na powrót odwrócić.
Tymek zaśmiał się i spytał wprost:
Gdzie się pan tak skąpał?
Tym pytaniem ten jeszcze tak skrajnie niedorosły, gdyż za bardzo wesoły jak na dojrzałego mężczyznę, chłopak, wprawił mnie w nie lada stan oniemienia. Na powrót mi przypomniał w jakim stanie do nich przybyłem i dlaczego w takim.
W końcu przyznałem głośno:
Sam się zmoczyłem. Wodą.
Za zimno na kąpiele – odpowiedział, nie zdając sobie sprawy z tragedii jaką była śmierć Filipa, bo gdy opowiadałem o niej Wiktorii, to w izbie była tylko Anita. Tymek i pozostała dwójka byli w pokoju obok, za zamkniętymi drzwiami.
Nie kąpałem się – sprostowałem. – Woda była ze studni, bo nie chciałem wyjść na tchórza. – Opadłem tyłkiem na łóżko i ukryłem twarz w dłoniach, przejechałem po niej i załzawionymi oczami spojrzałem ponownie na Tymoteusza, ale także na Anitę i jej matkę. – Filip wypadł z drogi, wpadł do wody. Uderzył się i nieprzytomny tonął, a ja... a ja nie zrobiłem nic. Nawet nie krzyczałem pomocy.
Gdy tak to wszystko mówiłem, to docierało do mnie jakim jestem strasznym tchórzem. Nie tylko nie miałem odwagi rzucić się za Filipem w czeluść rzeki, ale strach spętał mi nogi i zabronił biec po pomoc, zawiązał mi też supeł na mym własnym gardle i nie pozwolił krzyczeć, a ja nawet nie miałem siły z tym walczyć. Ogarnęła mnie niemoc.
Najgorsze jednak było to, że kłamałem. Nie chciałem uchodzić za bohatera, ale nie chciałem też być obwiniany o to, że niczego żem nie zrobił, dlatego ta studnia, stojąca na drodze przy samym lesie, okazała się być zbawienną. Postanowiłem zrobić to co robiłem najlepiej – kłamać, a teraz czułem się z tym gorzej niż zazwyczaj. Zwykle czułem się z tym całkiem dobrze, normalnie, bo, przez te wszystkie lata, kłamstewka i największe łgarstwa stały się dla mnie chlebem powszednim.
Oszukiwałem nawet ojca, a tym samym też pokojówkę, która się nim opiekowała. Podmieniałem leki, niektóre doprawiając arszenikiem, inne zamieniając na takie zwyczajne syropy na kaszel. Ampułki z płynem do zastrzyków podmieniałem na te z wodą fizjologiczną. Robiłem wszystko, by stary sukinsyn nie wyzdrowiał, by w końcu zdechł, ale on był mocnym zawodnikiem, a ja nie mogłem działać bardziej zdecydowanie. Po pierwsze z tego powodu, by nie wpaść i nie zrzucić na siebie podejrzeń, a po drugie, dlatego że nigdy nie umiałem odebrać komuś życia i patrzeć mu przy tym w oczy. Nie miałem nawet odwagi zmierzyć się z kimś wbijając mu nóż w plecy, bo taki osobnik, nawet stojący tyłem, wydawał mi się niezwykle groźnym przeciwnikiem i w moim mniemaniu, mógł mi zaszkodzić.
Tak jest! Ty, który teraz to czytasz, masz rację! Przez większość swojego życia byłem cholernym, parszywym tchórzem, ale też nieprzyzwoitym szczęściarzem. Coś sprawiało, że czyniłem zło, obcowałem z nim nieustannie, ale ono samo mnie omijało, jakbym był jakiś nawiedzony i nawet strach, lęk, i ból oraz inne nieszczęścia bały się ze mną zostać na dłużej.
Ale ona się mnie nie bała. Klara... Moja Klara nigdy się mnie nie bała. Nie lękała się przeżyć, które z sobą wnoszę, ani tego ile fragmentów jej własnej niewinności śmiem jej odbierać, gdy odzieram ją z godności i tej całej kobiecej, śmiesznej dumy. Nocami darłem na niej niejedną sukienkę. Gwałty małżeńskie. Prychnąłbym pod nosem, gdyby w tamtych czasach ktoś o tym choćby napomknął. Za naszych czasów o tym się nie mówiło i nawet jeśli w prawie istniał jakikolwiek zapis w tym temacie, to nie był on powszechny, gdyż kobiety się nie skarżyły, a mężczyźni sobie używali. Ja do pewnego momentu też. Do pewnego momentu, bo wszystko w naszym życiu jest do pewnego momentu.
Odejdźmy jednak od dnia, w którym ponownie zechciałem lub, chyba nawet bardziej, poczułem potrzebę spisywania wspomnień, by się z nimi i własnymi wyrzutami sumienia uporać. Powróćmy do momentu, gdy jeszcze byłem po części niewinny. gdy ta niewinność, dobroć i inne mankamenty męskiego charakteru we mnie drzemały. Czasami się budziły, nieustannie tliły i co jakiś czas przypominały o sobie.
Filip utonął, ja się przebrałem w domu mojej kochanki, a potem długo nie mogłem spać. To nie była bezsenna noc, gdzie nad ranem zapada się w sen. Ja całymi dniami i nocami usiłowałem zasnąć, i nawet jeśli mi się to udawało, to na bardzo krótko, a i tak zawsze się budziłem tak samo zmęczony. Klara i wymierzony jej policzek mi ciążyły, bo miała prawo do gniewu, do złości, do typowej reakcji, która świadczyła o zranieniu, a ja to prawo pogwałciłem, odebrałem je jej, zakazałem, a to wszystko przez to, że jej złość dosięgała mnie. Mnie! Cholera, mnie! A ja byłem winny. Cóż za paradoks.
Filip był moim przyjacielem, więc nie mógłbym... Musiałem być obecny przy nim w dniu jego własnego pogrzebu. Udałem się na cmentarz jednak dopiero wtedy, gdy zobaczyłem, że ludzie już go opuszczają. Domyślałem się, że ani Klara, ani jej rodzice nie chcą mnie tam widzieć. Byłem hrabią, miałem dbać o moje hrabstwo, a ja... ja je nieustannie nie tylko zadłużałem, ale i pozbawiałem życia jego mieszkańców. Ludzie umierali od przedawkowania opium, od zamarzania na śniegu po dużym upiciu nielegalnym alkoholem, od spalenia się na proch, gdy zaciągali się nielegalnym tytoniem podczas leżenia w łóżku. Ja to sprowadzałem, ja byłem jednym z przemytników, ja... ja byłem mordercą zanim jeszcze osiągnąłem pełnoletność. Zabiłem własną matkę, bo ta pragnęła mnie ratować. Zabiłem własnego brata, bo to on był tym, który powinien przejąć majątek po ojcu i moja rodzicielka, niestety, zdawała sobie z tego sprawę. Urodziłem się chyba właśnie po to, by te wszystkie złe rzeczy się działy, by w tych wsiach i miasteczkach nie było za nudno, by mogło szumieć w nich od plotek.
Na cmentarzu było pusto, jedynie nad świeżo zasypaną mogiłą stała kobieta. Wiedziałem, że to Klara, i że powinienem się wycofać, ale zerknęła przez ramię. Zauważyła mnie, więc głupio było tak uciekać jak tchórz. Zdecydowałem się na staniecie nieco za nią i trochę z boku, ale w końcu postąpiłem krok i zrównałem się z nią. Przeżegnałem się i złożyłem ręce jak do modlitwy.
Przepraszam – szepnąłem, wbijając spojrzenie w spulchniałą ziemię.
Klara chyba sądziła, że nie mówię tego do niej, a do Filipa, więc nawet nie drgnęła, ale kiedy odwróciłem się tak, by stać przodem do jej prawego profilu, to w końcu spojrzała w bok i położyła podbródek na własnym ramieniu. Nie musiała zadzierać głowy. Byliśmy niemal jednakowego wzrostu.
Przepraszam, że...
Że? – zapytała pewnie, bez cienia strachu, choć jej policzek i część przy oku zdobił potężnych rozmiarów siniec.
Zdałem sobie sprawę, że byłem jego sprawcą i zaniemówiłem.
Nie wynagrodzę ci śmierci brata i żadne me przeprosiny... one go nie zwrócą, dlatego nie śmiem cię przepraszać za to, że umarł, za to, że przy mnie, za to, że poniekąd z mej winy. Przepraszam więc jedynie za to, że cię uderzyłem, bo na to miałem wpływ, a na wykolejenie się wozu... nie miałem na to wpływu.
Nie czekałem na jej odpowiedź. Chciałem odejść, ale usłyszałem ciche:
Arturze, zaczekaj.
Tak? – odwróciłem się w jej kierunku, ale nie przybliżyłem się.
Blado wyglądasz – zauważyła.
I to chciałaś mi powiedzieć? – nie dowierzałem.
Nie, nie to. Nie winię cię. – Uśmiechnęła się smutno. – Nie byłeś winny wypadkowi, a uderzyłeś mnie, gdy ja pierwsza podniosłam na ciebie rękę. Zresztą już raz z mej winy oberwałeś.
Spojrzałem na nią tak jakbym nie wiedział o czym mówi. Chyba to dostrzegła, bo wyjaśniła:
Gdy ściągnęli mnie z dachu to nakłamałam. Byliśmy wtedy dziećmi. Ja byłam wtedy dzieckiem, ty już starszym chłopcem.
Faktycznie – przyznałem. – Coś takiego miało miejsce. Było sprawiedliwe, bo ty z mej winy, też jako dziecko, zebrałaś w skórę od ojca. Wtedy jeszcze byłaś blondynką. Dopiero potem zaczęłaś farbować włosy. Jakoś przed rokiem, prawda?
Tak – przytaknęła. – Skąd...
Czasami na ciebie patrzę – szepnąłem cicho. – Gdy pijam w miejscowym barze, to niekiedy widzę jak idziesz z matką lub samotnie, z wiklinowym koszykiem na zakupy. Gdy włóczysz się z tymi miejskimi hultajami goniąc za piłką, co właściwie damie nie przystoi, ale ma swój urok, to też cię widzę. Niemal też co roku, zimą, jeżdżę z dostawcami węgla...
Lub opium i innych pochodnych – przerwała. – Nie winię cię za śmierć brata, za wykolejenie się wozu, ale za to, że towarzyszył ci w tak bezcelowej podróży...
Miała cel – warknąłem przez zaciśnięte zęby.
Żadnego dobrego.
Nawet jeśli, to nie ci to... – zbliżyłem się do niej i palcem wskazującym, którym wygrażałem niemal dotknąłem jej nosa. – Nie chcę się kłócić. Nie na cmentarzu – szepnąłem, rezygnując z toczenia z nią kolejnego boju.
Wtedy wzięło mnie na kaszel, więc zbliżyłem białą chusteczkę do ust. Zakasłałem, a Klara niespodziewanie dotknęła mojego policzka.
Nie masz gorączki, ale jesteś blady – zauważyła i sięgnęła do mojego nadgarstka, by odchylić moją dłoń. Spojrzała na chusteczkę, ale nie było na niej krwi. Dopiero potem zerknęła w moje oczy i cofnęła się o krok z przerażeniem. – Musisz iść do lekarza – oznajmiła, a nawet wydała polecenie. – Musisz się tam zgłosić jak najszybciej.
Po co?
Od kiedy źle się czujesz? – zapytała.
Od dnia, w którym Filip... – zamilkłem.
Opiłeś się wody, zapewne skażonej – stwierdziła. – Ale ta w rzecze nie jest... – dotarło do niej i spojrzała na mnie uważniej.
Piłem wodę ze studni, tej przy lesie. – Ponownie zakasłałem i poczułem jak kręci mi się w głowie. Od dawna już miałem takie zawroty. Zdarzało mi się też wymiotować, choć nie towarzyszyły temu nudności. – Zgłoszę się do lekarza – zapewniłem, kierując się w stronę bramy. Chciałem ją tylko uspokoić, w rzeczywistości nie miałem zamiaru się do żadnej kliniki udać, ani tym bardziej wzywać medyka do siebie.
W końcu jednak nieświadomy zaraziłem ojca, a gdy jego lekarz wydał wyrok brzmiący „cholera”, nakazał przebadać wszystkich domowników i każdą osobę mającą styczność z mym rodzicielem, w tym także mnie.
Najczarniejszym humorem w tym wszystkim stało się to, że gdy zaprzestałem ojca podtruwać i odmieniłem jego wszystkie leki na te właściwie, to on zaraził się ode mnie i tak po prostu umarł. Nie chciałem mieć kolejnego człowieka na sumieniu, a przynosząc chorobę do pałacu Grandich, doprowadziłem nie tylko do śmierci ojca, lecz do zarażenia wielu. Ponad połowa z nich nie przeżyła, ale ja się wywinąłem z lepkich łap śmierci, bo choć było ze mną najgorzej ze wszystkich, to jak zwykle, choć nosiłem z sobą nieszczęście, to ono zawsze mnie samego omijało.

poniedziałek, 20 lutego 2017

#8

Czwarty wpis Klary
Mateuszek i kolejna tragedia

Nie byłam w stanie przeczytać więcej niż to jedno wspomnienie Artura. Zaczęłam rozumieć przez co przechodził, jak żył, do czego dążył, choć chyba nigdy nie będę w stanie pojąć tego ile przeżył. Tak właściwie, to ja nigdy nawet nie zadałam sobie trudu, by wczuć się w jego sytuację, by postawić się z tej drugiej strony, tak różnej od mojej, i spróbować się z nim porozumieć, tak zwyczajnie, bezinteresownie. Nie, my nigdy się nie rozumieliśmy. Byliśmy różni jak ogień i woda, co tworzyło ciekawą interakcję, zwłaszcza, gdy namiętność się budziła o zmroku, by sięgnąć zenitu dopiero nad ranem.
Dziś uśmiecham się do tych wspomnień, choć nie mogę ich spisać jednym tchem bo, by opowieść miała sens trzeba jakieś chronologii. Powróćmy więc do czasów mojego dzieciństwa, do tygodnia, który spędziłam na wsi u państwa Morello... do dnia, w którym poznałam Mateusza.
Pamiętam, że tamtego dnia Filip był dla mnie naprawdę okropny! Zupełnie nie chciał się ze mną bawić. Co prawda, podróż do posiadłości naszego przybranego wujostwa nie trwała długo, ale i tak wolałam spędzać ją na rozmowie, zgadywankach i wygłupach, a nie patrzeć, niczym ciele w malowane wrota, przez szybę kolaski. Mój brat jednak nie dał się nakłonić na nic, w efekcie czego ja przyłożyłam skroń do zimnej tafli szkła i odpłynęłam do krainy Morfeusza.
Obudziłam się w łóżku, akurat na podwieczorek. Do dziś mam na końcu języka smak czekoladowego budyniu, który był tak gęsty i słodki, że aż kleił się do podniebienia. Zajadałam się nim, co jakiś czas starając się umorusać Filipa, zupełnie jak za czasów, gdy Krystian był z nami, ale nie przyjął tej zabawy szczególnie ochoczo. Najpierw się ode mnie odsuwał możliwie jak najdalej bym nie mogła go dosięgnąć, a gdy ja nie ustępowałam i nieustannie podążałam za nim, to po prostu wstał od stołu, pozostawił swój pucharek i odszedł. Było mi smutno, nie tylko dlatego, że nie chciał się ze mną bawić, ale też że przez moją nieustępliwość nie zjadł swojej porcji do końca, a budyń czekoladowy był, przecież tym jego ulubionym.
Filip zamykał się w sobie z dnia na dzień coraz bardziej, a ja patrzyłam jak marnieje w oczach. Rodzice mówili, że mu przejdzie, ale ja wcale nie byłam tego taka pewna.
Tamtego dnia, w posiadłości państwa Morello zjawiła się siostra zakonna, która prowadziła przytułek dla sierot znajdujący się nieopodal. Mieliśmy się tam udać, by zanieść rzeczy Krystiana, bo było pewne, iż wujostwo nie będzie miało więcej potomstwa. Wtedy tego nie rozumiałam. Nie pojmowałam jak nasi rodzice mogli mieć nas dwoje, a rodzice Krystiana tylko jego. Po latach poczułam to na własnej skórze i zrozumiałam jak to jest trzymać w dłoniach taki mały skarb, mieć świadomość jak bardzo jest kruchy i pewność, że jeśli coś mu się stanie, to nie będzie kolejnego. Ktoś powie, że nie można zastąpić jednego dziecka drugim. Zgodzę się z tym, jednak to drugie dziecko, gdy pierwszemu coś się stanie, zawsze daje nadzieję. Daje też chęci do życia, motywacje, by wstać z łóżka każdego ranka i stawić czoła rzeczywistości, problemom, przeszłości, właśnie dla niego, dla tego drugiego, bo dzięki niemu ciągle trwa się w przekonaniu, że nadal ma się jeszcze dla kogo żyć.
Państwo Morello tamtego dnia dostali drugą szansę od życia. Moment, gdy przekroczyliśmy wysoką, żelazną bramę sierocińca znajdującego się przy kościele był kluczowym w ich, jak i też w moim, życiu. To wtedy piłka uderzyła mnie w twarz tak mocno, że aż się wywaliłam. Większość chłopców, którzy wcześniej ją kopali pouciekała, a kilku się odsunęło, tłumacząc, że to nie oni, ale jeden z nich podszedł.
Przepraszam – powiedział i podał mi rękę. Pomógł wstać.
Miał ładne, jasnoniebieskie oczy i lekko opaloną karnację. Jego ciemne włosy nachodziły na czoło za sprawą za długiej grzywki.
Siostra zakonna była wtedy pod wrażeniem. Ja nie rozumiałam jeszcze dlaczego, ale chwilę potem dowiedziałam się, że było to pierwsze słowo jakie Mateusz powiedział od roku, dokładnie od dnia świętego Mateusza. Był to dzień, w którym Krystian umarł, a on został odnaleziony zmarznięty, głodny i zaniedbany. Nie mogli nawet wyciągnąć z niego jak ma na imię. Nie chciał powiedzieć ani napisać. Sądzili, że nie umie, więc pytając zgadywali, oczekiwali na przytaknięcie, ale on wgapiał się w przestrzeń przed sobą, jakby cały świat, który istnieje obok niego, dla niego zupełnie nie istniał. Nadano mu imię od dnia świętego, w którym go odnaleziono. Nazwano go Mateuszem.
Do dziś nie wiem czy przez to imię, czy przez dzień, ale z pewnością przez jakiś, nie do końca dla mnie zrozumiały sentyment państwo Morello zdecydowali się zabrać Mateuszka z sobą. Był zupełnie inny niż Krystian. Wyższy ode mnie o głowę, wyższy nawet od Filipa. Starszy, ale ile miał lat, też można było tylko zgadywać. Uznali, że dziesięć. Żyli w nadziei, że chłopiec szybko się otworzy, zwłaszcza, gdy będą dla niego dobrzy, ale on przy nich nie mówił ani słowa. Z początku odzywał się jedynie przy mnie, ale to i tak niewiele i zazwyczaj niespodziewanie. Choćby w noc, gdy nie mogłam zasnąć i chciałam sprawdzić co porabia. Nie było go w jego łóżku. Siedział na drzewie. Wspięłam się więc też, co było łatwe, bo miało ono wbite deski do konara. Przypominało to prowizoryczną drabinę.
Nie boisz się sam, gdy jest tak ciemno? – zapytałam i uśmiechnęłam się do niego ciepło.
Miałam nadzieję, że odpowie, ale milczał i gdy już zupełnie straciłam nadzieję, on szepnął:
Jest księżyc.
Ale byłeś tu całkiem sam.
Od urodzenia jestem sam – odparł i zeskoczył.
Wystraszona zerknęłam w dół. Sądziłam, że połamał sobie wszystkie nogi, znaczy te dwie, które miał. Jednak nic takiego się nie stało. Przed upadkiem powstrzymały go lekko ugięte kolana i ręce, którymi przytrzymał się błotnistej ziemi. Otrzepał się i poszedł dalej, a ja za nim, bo w przeciwieństwie do niego, mnie księżyc nie wystarczał, ja bałam się ciemności.
W tamtym tygodniu nie zamieniłam z Mateuszem więcej ni zdania, ale za to bawiłam się z nim. Nauczyłam puszczać latawce, a on mnie wspinać się na drzewa, takie bez drabiny. Rozumieliśmy się bez słów, czym zasłużył sobie na miano mojej pierwszej, dziecięcej, niewinnej miłości. Potem, gdy przyjeżdżałam, to już zawsze wszystko robiliśmy razem. Razem pomagaliśmy cioci gotować albo wujkowi zajmować się rolą. W tym samym czasie nauczyliśmy się jeździć konno, a nawet całować. Robiliśmy to na tyłach stodoły, zaczynając od muśnięć, a kończąc na wciskaniu sobie nawzajem języka po same gardła.
Mateusz jednak nigdy nie bawił się ze mną, gdy byłam w towarzystwie Filipa i odwrotnie, ten drugi nie podchodził, gdy byłam zajęta moim nowym przyjacielem. Trzymali się na dystans. Nie dokuczali sobie, nie podkładali nóg, nie popychali, a traktowali jak najzwyklejsze powietrze. Chciałam ich zjednać, sprawić, by się polubili, ale moje próby spełzły na niczym i było tak za każdym razem, gdy je podejmowałam, więc w końcu zupełnie sobie odpuściłam. Być może to był mój błąd, może, gdybym miała inny charakter i tak łatwo się nie poddawała, a dążyła do celu mimo porażek, to nie tylko nie doszłoby do tragedii jaką była dla mnie śmierć brata, ale także moje małżeństwo wyglądałoby inaczej. Lepiej. Szczęśliwiej.
Filip nie zmarł jako dziecko, a jako niemal dorosły. Chciał jechać w świat, studiować konstrukcje statków, by móc zabrać mnie z sobą w podróż życia. Namawiał bym pojechała z nim. Usilnie przekonywał rodziców, że się mną odpowiednio zaopiekuje, jak na starszego brata przystało. Byłam gotowa się na to zgodzić, może nie od razu tak w ten sam dzień jechać, ale obiecałam, że gdy już się tam urządzi, gdy dojdzie sam z sobą do ładu, to przyjadę. Filip więc wyjechał, a ja za nim tęskniłam, choć Mateusz, który nadal mówił niewiele, ale już znacznie więcej niż za czasów dzieciństwa, przekonywał mnie, iż mam jego i nikt inny nie jest mi do szczęścia potrzebny, zwłaszcza taki Filip, który miał swój świat i swoje kredki, na dodatek wpuszczał mnie do tego swojego świata tylko od święta.
Mój brat powrócił, gdy ja byłam z Mateuszem coraz bliżej, gdy już zaczynaliśmy się sobą interesować w taki sposób, jak to interesują się osoby odmiennej płci. On chciał więcej, ale ja, gdy patrzyłam w jego błękitne oczy, nie byłam co do tego przekonana. Dlatego zadecydowałam, że wyjadę z Filipem na rok, a jeśli nasza miłość przetrwa czas rozłąki, to wtedy, gdy tylko powrócę, to jeszcze w ten sam dzień się pobierzemy. Rodzice byli temu bardzo rad, gdyż od dziecka mieli co do nas właśnie takie plany. Chcieli połączyć rodziny i jeszcze za czasów życia Krystiana żartowali sobie, że gdyby był tylko odrobinę starszy, to może, może... Krystian zmarł, Mateusz go zastąpił, a ich plany miały wreszcie możliwość się ziścić. Miały, ale ja nie wyjechałam... nie miałam już z kim, bo Filip zmarł dzień przed wyjazdem.
Tamtego dnia zbierało się na burzę. Mateusz u nas nocował, gdyż rodzice nie chcieli, by snopki namokły, a rąk do pracy brakowało. Panowała jakaś epidemia, chyba cholery. Filip z Mateuszem nigdy się nie dogadywali, dlatego, gdy ten zgodził się pomagać na roli, to mój brat zdecydował się na pomoc młodemu hrabiemu Grandi przy rozwożeniu węgla. Wtedy mnie dziwiło, że węgiel jest wożony w drewnianych, porządnie zawekowanych skrzyniach, a nie tak jak zwykle w workach. Dziś wiem, że to było opium. Dowiedziałam się po śmierci Filipa.
Wóz, którym akurat jechał mój brat się wykoleił i spadł z urwiska. Byłam zaskoczona, że Artur wtedy zatrzymał swój i po niego wskoczył, ryzykując przy tym swoje własne życie, a przynajmniej tak opowiadał, gdy powrócił cały mokry i z oczami zaczerwieniałymi, być może od wody, a może właśnie od łez.
To tamtego dnia, po raz kolejny i chyba pierwszy tak mocny rzuciłam się na niego z rękoma i biłam na oślep gdzie tylko popadło. Wrzeszczałam jak mógł, że po co go zabrał, że on to zawsze tylko kłopoty. Wrzeszczałam i płakałam, dosłownie wyłam wmawiając mu, że to jego wina, że gdyby nie on, to Filip, by żył, że go nienawidzę całym sercem. Starał się mnie powstrzymywać. Nie osłaniał się, a jedynie łapał za moje nadgarstki, ale miał to zadanie utrudnione, gdyż jego jedna ręka była złamana, choć chyba sam o tym jeszcze wtedy nie wiedział. Być może do tego złamania doszło tego samego dnia podczas skoku z urwiska, gdy chciał ratować Filipa przed utonięciem. Do dziś pamiętam, że gdy zaciskał tę lewą dłoń, to musiało mocno go boleć, bo wtedy się krzywił i w efekcie tych niesprzyjających mu okoliczności udało mi się dosięgnąć jego policzka paznokciem, zadrapać go. Wtedy w nim coś puściło, jakieś tamy, a nerwy trzymane na wodzy wypadły z rąk i bardzo się potłukły. Pamiętam tylko jak wziął zamach, bardzo głęboki, a potem krzyknął:
Uspokój się!
Mój policzek mocno zapiekł, ale nie to było najgorsze. Uderzenie dosłownie zwaliło mnie z nóg i sprawiło, że upadłam na murowane stopnie schodów. Ból fizyczny jednak był niczym w porównaniu z tym, który zagościł w moim sercu po stracie ukochanego i jedynego braciszka. Ból też nie przekonał mnie do zmiany zdania. Ciągle uważałam, że Filip zmarł przez Artura i to właśnie jego obwiniałam za tę śmierć, wielokrotnie mu to zresztą wypominając.

piątek, 17 lutego 2017

#7

Pierwszy wpis Artura
Po pierwsze, pierw sądź siebie

Nigdy nie byłem dobrym mówcą. Pisarz, także ze mnie marny. Z liczeniem natomiast miałem problem od pierwszego dnia, gdyśmy się z sobą spotkali i najwidoczniej nie zaznajomili. Miałem wtedy kręcone włosy, które przeszkadzały mi, bo wchodziły do moich oczów. Odgarniałem je wierzchem dłoni i krzyczałem „Moje ocza!”.
Matka chciała bym pokazywał na palcach ile mam lat. Wbijała mi to do głowy przez powtarzanie tej samej czynności po kilka razy każdego dnia, a ja i tak nieustannie się myliłem. Ojca to denerwowało. Głośno komentował, że wyrosnę na debila, na dodatek maminsynka, bo choć włosy mi przeszkadzały, to jak tylko zobaczyłem nożyczki, to uciekałem za długą spódnicę rodzicielki w obawie, że to dziwne urządzenie obetnie nie tylko moje kudły, ale przede wszystkim moje uszy. Ojciec często mnie straszył, że mi je poobcina, bym nie podsłuchiwał nocami ani w inny czas dorosłych rozmów. Wziąłem więc jego słowa do swojego, trzy czy czteroletniego, serca.
Po takim wstępie, mam nadzieję, że przyszłe pokolenia i każda inna osoba, która, o zgrozo, będzie miała zaszczyt przeczytać mój bełkot, wybaczy mi błędy merytoryczne, logiczne, gramatyczne, datowe i wszelakie inne jakie tylko się pojawią.
Nigdy nie sądziłem, że będę spisywał swoje myśli na kartkach papieru, ale swojego czasu pojawiło się ich za dużo bym wszystkie pragnął pozostawić w mej głowie. Wziąłem więc przykład z matki, która przed samą śmiercią także dużo pisała. Listów. Wszystkie zaadresowane były donikąd. Wziąłem je i ukryłem, zanim ktokolwiek je odnalazł. Czasami sądziłem, iż były tak naprawdę kierowane do ojca, ale wtedy szybko tłumaczyłem sobie, że to przecież niemożliwe.
Jako mały chłopiec często bywałem na torach. Bawiłem się w ich pobliżu, a najczęściej na nich. Tam też się modliłem. Ustawiałem na szynach żołnierzyki z pierwszym z mych przyjaciół i patrzyłem jak rozjeżdżają je koła pociągu, jak je kruszą na drobny pył i wtedy jakoś mniej bolało. Naprawdę je lubiłem, ale w końcu i tak by się zniszczyły, a tak przynajmniej miały spektakularny obrót w nicość. Już jako mały chłopiec wiedziałem, że mniejsze znaczenie ma to jak żyjemy, niż to w jaki sposób umieramy.
Innymi razy, gdy odwiedzałem tory, kładłem na nich lichtarzyki z białymi świecami. Wtedy bywałem tam sam, zwykle nocami. Klękałem na trawie, bądź śniegu i składałem ręce jak do pacierzu, prosząc Bozię, by ojciec, który dzień czy dwa wcześniej wyjechał, nigdy już nie powrócił. Zawsze wracał. W końcu przestałem wierzyć, a na torach zacząłem kłaść samego siebie. Było to w latach młodości, gdy zakładaliśmy się z okolicznymi łobuziakami o to, który z nas jest odważniejszy. Ten, który pierwszy się podniósł za karę dostawał kilka kopów czy pasów, a ten który wytrzymał najdłużej i ledwie co umknął przed pociągiem był tym wymierzającym karę, tym bijącym. To była tylko jedna z brutalnych zabaw w jakie zwykłem się bawić z okolicznymi chłopakami.
Pewnego dnia dorosłem. Zdawało mi się, jakby to nie był proces długotrwały, a natychmiastowy. Jakby to było coś, co nastało z dnia na dzień albo trwało góra kilka dni, najwięcej tydzień. To też miało miejsce na torach. Graliśmy z Dominikiem w karty. Oczywiście na pieniądze, bo na zapałki nie byłoby tej samej frajdy. Zajadaliśmy się mandarynkami. Pamiętam, że lało jak z cebra, a my siedzieliśmy skuleni pod wiatą nieopodal dworca. Opatuleni w płaszcze i koce, których nawet nie braliśmy do domu. Zostawialiśmy tam, na miejscu. Był tam stróż, który je dla nas przechowywał. Czasami za to dawaliśmy mu jakiś rarytas trudny do zdobycia dla biedoty i pospólstwa. Nierzadko był to alkohol ukradziony z naszych domowych barków. Ojcowie tego nie liczyli, za dużo mieli spotkań w tak zwanych interesach, a większość z nich sama pijała w nadmiarze. Mój nie pił wcale, dlatego ja szybko zacząłem pić za dwoje.
Tamtego dnia, jak zwykle w deszcz, przegrałem wszelakie oszczędności, nie tylko swoje, ale także te pożyczone. Nie martwiłem się. Wiedziałem, że za kilka dni znów trzeba będzie pomagać przy rozwożeniu węgla. To był sposób na zarobek. Sposób na zdobycie pieniędzy, by dalej się zadłużać i nadmiernie staczać w dół, by znowu mieć co postawić, by wygrać i wygraną stracić w podobny sposób w jaki się ją uzyskało. Położyłem ostatnie trzy monety i wtedy ją zobaczyłem. Miała zmęczoną twarz, ciemnobrązowe, zmokłe od deszczu włosy i dziecię trzymane za rękę. Ciągnęła chłopca, by szybciej przebierał nogami. Dwoje pozostałych dzieci biegło przed nią. Najmniejszy podszedł do mnie i Dominika. Wyciągnął rękę i powiedział niewyraźne „am”. Obrałem mu więc mandarynkę i podałem kawałek. Wziął do buzi i zaczął gryźć w taki sposób, jakby to był pierwszy jego posiłek od bardzo, bardzo dawna.
Zbieramy się. Ciemno już – zadecydował Dominik, a ja wstałem.
Wyjąłem z kieszeni płaszcza kilka owoców mających pomarańczową skórkę i podałem dziewczynce, która stała przy boku chłopca.
Dzieci nie łączyło z sobą nic, oprócz oczów. Ta sama szmaragdowa barwa, która nie pozwalała odwrócić od nich wzroku, a mimo tego ludzie go odwracali, udając przy tym, że nie widzą tej biedy, tego bólu, nędzy i cierpienia.
Tamtego dnia to ja miałem składać nasze koce i odnieść je stróżowi. Nie zrobiłem tego. Pozostawiłem rzeczy na ławce, znajdującej się z drugiej strony budynku niż miejsce, w którym my siedzieliśmy. Odchodząc, rzuciłem jeszcze raz spojrzenie na tę kobietę zmęczoną życiem i trójkę jej maluchów, niemniej zmęczonych niż ona sama. Uśmiechnąłem się smutno, co z pewnością nie dało się uznać za pokrzepiające, a potem wracałem na dworzec regularnie, każdego dnia. Spotykałem ją tam wybiórczo. Patrzyłem na dzieci bawiące się w kałużach, skaczące po nich tak mocno, że woda bryzgała na wszystkie strony. Po miesiącu nie wytrzymałem i zapukałem do kanciapy stróża. Nadchodziła zima. Uprosiłem, by zaprosił ją do środka, mając świadomość, że propozycji ode mnie, jeszcze dziecka, by nie przyjęła.
Kolej nie da tyle węgla. Będzie jej tu zimno tak samo jak na dworze – wyjaśnił, gdy staliśmy na zewnątrz.
Poczęstowałem go papierosem ojca. Cygara i inny tytoń także rodzicielowi podkradłem, niemal tak samo jak alkohol i pieniądze, tyle że te w znacznie większych ilościach. Palił więcej niż wszyscy mężczyźni w klubie hazardowym zebrani, tak więc nigdy nie byłby w stanie się doliczyć braku kilkunastu czy nawet kilkudziesięciu sztuk tygodniowo.
Ja dam ten węgiel.
Jak to zrobisz? Z hrabstwa wyniesiesz? – dopytywał z drwiną.
Mój ojciec nawet z konającym głodem nie podzieliłby się kromką chleba, tylko jadł na jego oczach i patrzył jak biedak kona. Z jego dworu nie uda mi się zabrać nic co jest większe od butelki whisky.
Jaki więc ma panicz pomysł?
Zaśmiałem się, widząc jak łypie na mnie ciekawskim spojrzeniem.
Nie mów do mnie paniczu, brzydzi mnie ten tytuł. Będę z chłopakami pakował węgiel do wywozu.
Oszukasz gospodarzy?
Po szpadlu z każdego. Im ten ubytek nie zaszkodzi. Pewno nawet nie będzie im dane go dostrzec. Ona przetrwa zimę – zadecydowałem i jednocześnie upuściłem niedopałek na mokre od deszczu deski. Przydepnąłem butem i ruszyłem przed siebie, swoim trzynastoletnim krokiem.
Pewnego dnia, przybyłem tam, gdy stróża nie było. Przyniosłem kilka słoików konfitur i jakieś pieczywo. To był dwudziesty czwarty grudnia.
Skąd pochodzisz? – zapytałem kobietę.
Była nie więcej niż dekadę starsza ode mnie. Kilka łez stoczyło się po jej policzku, ale milczała. Zasiadła na ziemi, na kocach i pierzynach, które także ja im dostarczyłem. Chwyciłem za nóż i zacząłem rozkrawać bochenek. Dałem piętkę temu malcowi, co ponad miesiąc wcześniej tak ochoczo wyciągał dłonie po moje mandarynki.
Jesteśmy z dużego miasta – odezwała się kilkuletnia dziewczynka, a potem szybko zatkała usta dłońmi i szepnęła – przepraszam.
Zrozumiałem, że nie wolno jej było mówić. Ktoś jej zabraniał, ale nie wiedziałem czy matka, czy to jakiś odgórny zakaz. Tak na dobrą sprawę, to nawet nie miałem pojęcia czy ta kobieta, którą miałem przed oczami, była rodzicielką trojga tych dzieci.
Czego się boisz? – szepnąłem, odkładając nóż i bochenek na stary, imający się stół. Podszedłem bliżej i przysiadłem obok niej. – Przed czym uciekasz? – dopytywałem, darowując sobie zbyteczne formy grzecznościowe, bo nawet jeśli była ode mnie starsza, to ja byłem synem hrabiego, a ona tylko kobietą na mej łasce.
Pewno nawet nie zdawała sobie sprawy z mojego pochodzenia, a po mym pytaniu wsparła głowę na moim ramieniu. Zapłakała, jakby głośniej, a potem całkiem zamilkła. Dzieci biegały wokół stołu, rysując coś kredą na starych deskach podłogowych. Zapatrzyłem się na nich, ubranych czapki i opatulonych szalikami, bo choć donosiłem im węgla, to i tak trzeba było oszczędzać. Poczułem jak powieki mi opadają, bo byłem tym wszystkim zmęczony. Męczyło mnie picie, hazard, ojciec, praca, nowe obowiązki, które sam wziąłem na swoje barki. Przymknąłem oczy odrobinę i nagle poczułem oddech tej kobiety na swoim uchu. Usłyszałem szept i rozwarłem oczy tak mocno, jak to tylko było możliwe. W tamtej chwili rozbudziłem się na dobre.
Nie oceniaj mnie. Nie miałam co zrobić – bełkotała, ciągle szlochając. – Nie miałam za co ich już wykarmić. Mój mąż nie chciałby... on by się bardzo zezłościł – kontynuowała jak w amoku, a ja tylko zadawałem jedno pytanie.
Gdzie?” powtarzałem kilkakrotnie. W końcu nie wytrzymałem. Stałem nad nią, pochylałem się, łapałem za ramiona i energicznie potrząsałem.
Do cholery, gdzie!? – ryczałem na całe gardło.
Na torach – padły słowa, a ja zamilkłem. – Zakopałam przy torach – dodała.
Nie czekałem już ni chwili. Podałem jej kartkę i ołówek.
Dokładnie gdzie!? – krzyczałem. – Narysuj układ tych torów, kamienice, budynki, drzewa, cokolwiek! – zażądałem.
Gdy oddała mi zmiętą kartkę i do tego wskazała kierunek, z którego przybyła, ja chwyciłem za łopatę i nie czekałem już ani chwili dłużej. Poszedłem w tamtym kierunku i dotarłem na miejsce.
Kułem ziemie pół nocy. Nie czułem rąk, tak mocno były zmarznięte, pomimo tego, że rozpaliłem nieopodal ognisko. Moje dłonie pokryły pęcherze, a przetarcia zaczęły krwawić, ale dobrnąłem swego. Wydobyłem zawiniątko i coś podkusiło mnie, by zajrzeć do środka. Z trudem odwinąłem zamarzniętą poszwę i zobaczyłem sine niemowlę z nieodciętą pępowiną. Przyglądałem się jakby czas stanął w miejscu. W uszach mi zaszumiał wiatr, a martwe dziecko wypuściłem z rąk wprost na białą pierzynę śniegu. Uklęknąłem. Dosłownie padłem na kolana, jakby coś mnie na nie powaliło. Zacisnąłem zęby i wziąłem się w garść, bo wiedziałem, że muszę. Zawinąłem niemowlaka z powrotem i wsadziłem do płóciennego worka, który miałem przy sobie. Zakopałem ziemię, wiedząc, że ponownie zamarznie. Zabrałem łopatę i ruszyłem w drogę. Musiałem się go pozbyć, ale pozbyć tak, by nikt go nigdy nie odnalazł. Zrobić to mądrzej niż jego matka i nie narazić przy tym jej ani trojga małych dzieci, które jej jeszcze pozostały.
Tamtego dnia dorosłem na dobre. Tamtego dnia zdałem sobie sprawę, że najłatwiej byłoby ją osądzić, a przy okazji jeszcze skazać, pomimo tego, że nigdy ni mili nie przeszedłem w jej butach. Moja matka zawsze mówiła, by w pierwszej kolejności sądzić siebie, a nim osądzi się innych, to choć spróbować poczuć się nimi przez jeden, jedyny dzień, ze świadomością, że będzie to trwało znacznie dłużej niż dobę.